Elliot nie należał do ludzi, którzy szczególnie przejmowali się zmianą pór roku. Jesień była jesienią; Toronto robiło się chłodniejsze, dzień kończył się zdecydowanie za szybko, a ludzie nagle przypominali sobie o istnieniu płaszczy, gorącej kawy i narzekania na pogodę. Dla niego znacznie bardziej wymiernym sygnałem końca lata były poranki, podczas których coraz trudniej przychodziło mu opuszczenie mieszkania, oraz wieczory takie jak ten, kiedy po wyjściu ze szpitala zimne powietrze uderzało w twarz wystarczająco mocno, żeby przez krótką chwilę rzeczywiście zatęsknić za sierpniem. Dzisiejszy dzień zresztą nie dawał mu wielu powodów do sentymentów. Dyżur przeciągnął się bardziej, niż początkowo zakładał, chociaż w przypadku jego pracy słowo „zakładał” od dawna traktował raczej jako luźną sugestię niż coś, na czym rzeczywiście należało opierać plany. Ostatnie kilkanaście minut spędził jeszcze przy ambulansie, doprowadzając do porządku rzeczy, które spokojnie mógł zostawić komuś innemu. Mógł, ale nie zostawił. To była jedna z tych cech, które sam u siebie zauważał i których jednocześnie nie miał najmniejszego zamiaru analizować. O wiele łatwiej było zajmować się cudzym chaosem niż własnym. Zarzucił kurtkę na ramiona i ruszył wzdłuż budynku, wyciągając telefon. Na ekranie czekało kilka wiadomości, żadna na tyle ważna, żeby wymagała natychmiastowej odpowiedzi. Jedną przeczytał, drugą pozostawił bez otwierania, a przy trzeciej zatrzymał kciuk nad klawiaturą, zanim ostatecznie zablokował urządzenie. Odpowie później. Najwyraźniej „później” było dzisiaj wyjątkowo popularną kategorią. Nie zdążył przejść daleko, kiedy zza rogu dobiegło go czyjeś zirytowane. Elliot zwolnił. Nie dlatego, że przekleństwa czy frustracja w okolicach szpitala były czymś szczególnie niezwykłym. Wręcz przeciwnie. Gdyby reagował na każde podobne westchnienie, prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do domu. Tym razem jednak głos dochodził z miejsca, które znał aż za dobrze. Okolica za budynkiem była jednym z tych nieoficjalnych punktów odpoczynku dla ludzi, którzy potrzebowali pięciu minut poza sterylnym światłem korytarzy, pytaniami pacjentów i ciągłym dźwiękiem urządzeń. Skręcił za róg i niemal natychmiast dostrzegł przykucniętego przy krawężniku mężczyznę. Lekarski fartuch wystarczyłby, żeby Elliot zorientował się, z kim ma do czynienia, ale jeszcze bardziej wymowna była ciemna plama rozlewająca się po jego rękawie. Kubek w dłoni dopełniał obrazu sytuacji. Kącik jego ust drgnął. -
Nie jestem lekarzem, ale stawiam na ciężki przypadek agresywnej kawy. - Nie było w jego głosie kpiny, przynajmniej nie takiej, która miałaby uderzyć w człowieka znajdującego się przed nim. Raczej ten rodzaj humoru, którym Elliot odruchowo próbował rozładowywać sytuacje. Czasami działało. Innym razem ludzie mieli ochotę go udusić. Podszedł bliżej, zatrzymując się w bezpiecznej odległości, żeby nie wejść mężczyźnie całkowicie w przestrzeń osobistą. Dopiero wtedy zauważył telefon leżący ekranem do dołu na chodniku. Zestawienie go z kawą, zmęczoną twarzą lekarza i miejscem wybranym na samotną przerwę sugerowało, że rozlany napój był prawdopodobnie najmniejszym problemem tego wieczoru. Tego już jednak nie skomentował. Elliot znał ten wygląd. Nie konkretnie jego - człowieka przed sobą nie znał, przynajmniej nie na tyle, by przypomnieć sobie nazwisko - ale spojrzenie kogoś, kto fizycznie wyszedł ze szpitala, a myślami nadal znajdował się kilka pięter wyżej. W swojej pracy widywał je regularnie. Czasami w lusterku ambulansu również u siebie. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął niewielkie opakowanie chusteczek. Przez moment przyglądał mu się krytycznie, jakby właśnie oceniał swoje możliwości ratunkowe, po czym wyciągnął je w kierunku nieznajomego. -
Mam chusteczki, dwie ręce i podstawowe przeszkolenie medyczne. Myślę, że damy radę uratować przynajmniej fartuch. - Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zerknął na plamę jeszcze raz. -
Dobra. Cofam ostatnie. Fartuch może być już przypadkiem beznadziejnym. - Uśmiechnął się lekko, ale nie ruszył dalej. Normalnie prawdopodobnie rzuciłby komentarz i poszedł w swoją stronę. Tym razem coś go zatrzymało. Może sposób, w jaki tamten wcześniej patrzył na telefon. Może fakt, że siedział za szpitalem sam, z kubkiem czegoś, co nawet z odległości wyglądało jak najgorsza kawa dostępna w promieniu kilku kilometrów. A może zwyczajny zawodowy odruch, przez który Elliot miał irytującą tendencję do zauważania ludzi, którzy ewidentnie nie mieli najlepszego dnia. Przeniósł wzrok z lekarza na porzucony obok telefon, ale nie zapytał, na jaką wiadomość czekał. Granica pomiędzy zainteresowaniem, a wścibstwem była cienka, a Elliot przynajmniej przy pierwszym spotkaniu potrafił jeszcze jej nie przekraczać. Zamiast tego wskazał brodą kubek. -
Jeżeli to kawa z automatu na drugim piętrze, to chyba właśnie dostałeś od losu znak, żeby przestać ją pić. - Sam korzystał z niego wystarczająco często, żeby rozpoznawać charakterystyczne kubki. Jednocześnie nie miał prawa nikogo pouczać w kwestii kofeiny. Podczas gorszych zmian potrafił funkcjonować głównie dzięki kawie i przekonaniu, że sen jest problemem przyszłego Elliota. Przesunął dłonią po karku, czując chłód, który zdążył już przedostać się pod kołnierz kurtki. Powinien iść. Naprawdę. Czekał na niego prysznic, jedzenie i kilka godzin spokoju przed kolejnym dniem. Mimo to został. -
Elliot. - Przedstawił się dopiero teraz, jakby właśnie dotarło do niego, że rozpoczął rozmowę od diagnozowania napaści ze strony napoju zamiast od podstawowych zasad kontaktów międzyludzkich. -
I zanim zapytasz: nie, zazwyczaj nie zaczepiam obcych lekarzy za śmietnikami. Staram się zachowywać odrobinę bardziej profesjonalnie. - zaśmiał się.
ash kapoori