ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Oh, I am well aware
With that burnin' stare
If this ends like all things do, I have come prepared


Mimo tego, że przecież we wrześniu w szpitalu zawsze zaczynały się zajęcia nowych stażystów, a październik niósł ze sobą rozpoczęcie kolejnego roku akademickiego, jesień zawsze kojarzyła się Ashishowi z przedwczesnymi zakończeniami. Słońce znikało za budynkami zanim człowiek zdążył się na to przygotować, niosąc ze sobą chłód wdzierający się złośliwie za kołnierzyk i pod mankiety; powietrze, jeszcze niedawno ciężkie letnim ciepłem, zaczynało pachnieć wilgocią. Ash nie miał czasu na nostalgię, więc starał się nie przywiązywać nadmiernej wagi do opłakiwania przemijających pór roku - i tak przecież nie miał wpływu na bieg czasu, który pozłacał liście na drzewach, a potem metodycznie zrywał je z gałęzi podmuchami wiatru. Nie było jednak szansy, by wychodząc z postawnego gmachu Mount Sinai Hospital dzisiejszego wieczora, nie zwrócił uwagi na rześkość powietrza i mgłę panoszącą się między budynkami.
Za jego plecami, za przepierzeniem podwójnych, szklanych drzwi, szpital powoli zmieniał rytm z dziennego na nocny. Moloch nie cichł - bo żaden szpital nie zna przecież prawdziwej ciszy - ale wyraźnie dało się dostrzec, jak pośpiech ustępuje powoli nocnej powolności. Od strony podjazdu dla karetek dobiegał przytłumiony odgłos silnika, trzask zamykanych drzwi, krótki fragment rozmowy urwany przez odległość. Światła samochodów przesuwały się po mokrym asfalcie, choć deszcz musiał skończyć się już jakiś czas temu, ale brakowało już letnich temperatur, które mogłoby skutecznie się z nim rozprawić.

Skręcając za winkiel, ku miejscu, które zwykle niosło mu wytchnienie podczas krótkich przerw w pracy - albo między zmianami, jeśli akurat wypełniał przedłużony dyżur, nie patrzył ani przed siebie, ani pod nogi, rytmicznie przesuwając wzrok między ekranem trzymanego w jednej dłoni telefonu, a kubkiem z kawą, który miał w drugiej. Która to była porcja kofeiny dzisiejszego dnia? Nie pamiętał. Trzecia? Piąta? Może siódma? Wolał nie liczyć, w lęku przed nie tylko upokarzającą, ale i przede wszystkim niezdrową prawdą o ilości mocnej (choć kiepskiej) kawy, której trzymał się ostatnio jak tonący przysłowiowej brzytwy.
Od samego rana - a dochodził już wieczór - Kapoori czekał na wyniki ostatnich badań swojego ojca.
To zdanie, choć od kilku godzin zapętlało się w jego głowie jak mantra, wciąż brzmiało dziwnie i obco. Oczywiście, brunet aż nazbyt dobrze wiedział, jakie analizy wykonano, czego szukano, jakie możliwości należało brać pod uwagę i które z nich były bardziej prawdopodobne od pozostałych. Potrafił uporządkować informacje, oddzielić fakty od przypuszczeń, postawić rokowania. Przecież przez większość dorosłego życia uczono go właśnie tego: jak zachować spokój, kiedy inni go tracą; jak mówić o rzeczach trudnych w sposób, który nie odbiera im znaczenia, ale pozwala je unieść.
Tylko, że życie skutecznie wytrącało mu z dłoni oręż intelektu i racjonalizacji, kiedy chodziło o jego własnego rodzica.
Jego telefon milczał, a Ash wpatrywał się w ekran jakby próbował przekonać urządzenie, by przesłało mu choćby jakiś urywek informacji.
Co jakiś czas przychodził mu na myśl pomysł, by zadzwonić - nie do rodziców, ale do lekarza prowadzącego, błagając by ten przekazał mu wyniki zanim zostaną przesłane do jego rodziciela. Ash znał tę nadgorliwość zbyt dobrze - tę potrzebę, by wykonać jeszcze jeden telefon, zadać dodatkowe pytanie, wyprosić jakiś cynk, który lekarze zwykli dawać sobie z poczucia powinowactwa. W pracy bywała użyteczna, a czasem nawet konieczna, ale w życiu prywatnym ciężko było ją odróżnić od zwyczajnego strachu.
Upił łyk kawy. Była zbyt gorzka, zbyt chłodna, i zbyt tania jak na to, by się łudzić, że jej smak będzie przypominał cokolwiek innego niż zwyczajne pomyje.
— Pysznie — mruknął pod nosem, biorąc jeszcze kilka kroków, aż do krawężnika gdzieś za rzędem szpitalnych śmietników, przy którym przykucnął. Jego telefon zawibrował, a lekarz spojrzał na ekran tak szybko, że niemal rozlał kawę. Nie wyniki; tylko nowa oferta od operatora komórkowego - jesienny rabat, Back to school, niepowtarzalna okazja by obniżyć rachunek za telefon, i jeszcze kupić przy okazji najnowszy model iPhone'a.
Z głębokim westchnieniem, Ash zamknął oczy. Jego ojciec zawsze miał szczególny talent do traktowania poważnych rzeczy tak, jakby były jedynie drobną niedogodnością. Nawet teraz, kiedy choroba zaczęła odbierać mu kolejne fragmenty codzienności, potrafił mówić o niej rzeczowo i lekko, jak o przeziębieniu, które przeminie bezpowrotnie wraz z nadejściem kolejnego tygodnia. Jakąś częścią siebie, Ashish oczekiwał, że ich rozmowy z czasem staną się dramatyczne. Że pojawią się w nich wielkie wyznania, prawdy o życiu, w końcu - zapowiedź pożegnania. Ale za każdym razem gdy dzwonił do rodziców, albo kiedy ich odwiedzał, rozmawiali tylko o codzienności, większe i ważniejsze tematy zostawiając na później.
Później. Słowo, które zaczynało ostatnio nabierać nieprzyjemnego ciężaru. Zadzwoni później. Przyjedzie później. Później porozmawiają o rzeczach, o których nie rozmawiali przez ostatnie trzydzieści kilka lat. Później, kiedy będzie wiadomo więcej. Później, kiedy sytuacja się uspokoi. Później, kiedy—
Ash pokręcił głową. Otworzył oczy. Poprawił jeden rękaw fartucha, potem drugi. Znów spojrzał na telefon, a potem odłożył go na bok, na chodnik, ekranem do dołu. Przez kilka następnych minut nie robił absolutnie nic, trwając tylko w niewygodnych kuckach za szpitalem, słuchając odległego szumu ruchu ulicznego i odgłosów karetek opuszczających obszar Mount Sinai. Życie, jak zwykle, nie potrzebowało jego zgody, żeby toczyć się dalej. Ta myśl zirytowała go bardziej, niż powinna, i niesiony jej falą sięgnął po telefon kolejny raz, zupełnie zapominając o kawie.
Kubek przechylił się w jego dłoni, pozwalając ciemnej lurze przelać się przez swój brzeg, obfitą strużką spływając po rękawie lekarskiego fartucha. Ash znieruchomiał. A potem się roześmiał, tak gorzko, jak gorzka była jego kawa.
— Och, na litość boską!

Elliot Carlisle
25 y/o
For good luck!
180 cm
ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Good intentions, questionable decisions and just enough charm to get away with both. Elliot lives somewhere between having everything under control and making things unnecessarily complicated. He’ll probably laugh it off either way.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Elliot nie należał do ludzi, którzy szczególnie przejmowali się zmianą pór roku. Jesień była jesienią; Toronto robiło się chłodniejsze, dzień kończył się zdecydowanie za szybko, a ludzie nagle przypominali sobie o istnieniu płaszczy, gorącej kawy i narzekania na pogodę. Dla niego znacznie bardziej wymiernym sygnałem końca lata były poranki, podczas których coraz trudniej przychodziło mu opuszczenie mieszkania, oraz wieczory takie jak ten, kiedy po wyjściu ze szpitala zimne powietrze uderzało w twarz wystarczająco mocno, żeby przez krótką chwilę rzeczywiście zatęsknić za sierpniem. Dzisiejszy dzień zresztą nie dawał mu wielu powodów do sentymentów. Dyżur przeciągnął się bardziej, niż początkowo zakładał, chociaż w przypadku jego pracy słowo „zakładał” od dawna traktował raczej jako luźną sugestię niż coś, na czym rzeczywiście należało opierać plany. Ostatnie kilkanaście minut spędził jeszcze przy ambulansie, doprowadzając do porządku rzeczy, które spokojnie mógł zostawić komuś innemu. Mógł, ale nie zostawił. To była jedna z tych cech, które sam u siebie zauważał i których jednocześnie nie miał najmniejszego zamiaru analizować. O wiele łatwiej było zajmować się cudzym chaosem niż własnym. Zarzucił kurtkę na ramiona i ruszył wzdłuż budynku, wyciągając telefon. Na ekranie czekało kilka wiadomości, żadna na tyle ważna, żeby wymagała natychmiastowej odpowiedzi. Jedną przeczytał, drugą pozostawił bez otwierania, a przy trzeciej zatrzymał kciuk nad klawiaturą, zanim ostatecznie zablokował urządzenie. Odpowie później. Najwyraźniej „później” było dzisiaj wyjątkowo popularną kategorią. Nie zdążył przejść daleko, kiedy zza rogu dobiegło go czyjeś zirytowane. Elliot zwolnił. Nie dlatego, że przekleństwa czy frustracja w okolicach szpitala były czymś szczególnie niezwykłym. Wręcz przeciwnie. Gdyby reagował na każde podobne westchnienie, prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do domu. Tym razem jednak głos dochodził z miejsca, które znał aż za dobrze. Okolica za budynkiem była jednym z tych nieoficjalnych punktów odpoczynku dla ludzi, którzy potrzebowali pięciu minut poza sterylnym światłem korytarzy, pytaniami pacjentów i ciągłym dźwiękiem urządzeń. Skręcił za róg i niemal natychmiast dostrzegł przykucniętego przy krawężniku mężczyznę. Lekarski fartuch wystarczyłby, żeby Elliot zorientował się, z kim ma do czynienia, ale jeszcze bardziej wymowna była ciemna plama rozlewająca się po jego rękawie. Kubek w dłoni dopełniał obrazu sytuacji. Kącik jego ust drgnął. -Nie jestem lekarzem, ale stawiam na ciężki przypadek agresywnej kawy. - Nie było w jego głosie kpiny, przynajmniej nie takiej, która miałaby uderzyć w człowieka znajdującego się przed nim. Raczej ten rodzaj humoru, którym Elliot odruchowo próbował rozładowywać sytuacje. Czasami działało. Innym razem ludzie mieli ochotę go udusić. Podszedł bliżej, zatrzymując się w bezpiecznej odległości, żeby nie wejść mężczyźnie całkowicie w przestrzeń osobistą. Dopiero wtedy zauważył telefon leżący ekranem do dołu na chodniku. Zestawienie go z kawą, zmęczoną twarzą lekarza i miejscem wybranym na samotną przerwę sugerowało, że rozlany napój był prawdopodobnie najmniejszym problemem tego wieczoru. Tego już jednak nie skomentował. Elliot znał ten wygląd. Nie konkretnie jego - człowieka przed sobą nie znał, przynajmniej nie na tyle, by przypomnieć sobie nazwisko - ale spojrzenie kogoś, kto fizycznie wyszedł ze szpitala, a myślami nadal znajdował się kilka pięter wyżej. W swojej pracy widywał je regularnie. Czasami w lusterku ambulansu również u siebie. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął niewielkie opakowanie chusteczek. Przez moment przyglądał mu się krytycznie, jakby właśnie oceniał swoje możliwości ratunkowe, po czym wyciągnął je w kierunku nieznajomego. -Mam chusteczki, dwie ręce i podstawowe przeszkolenie medyczne. Myślę, że damy radę uratować przynajmniej fartuch. - Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zerknął na plamę jeszcze raz. -Dobra. Cofam ostatnie. Fartuch może być już przypadkiem beznadziejnym. - Uśmiechnął się lekko, ale nie ruszył dalej. Normalnie prawdopodobnie rzuciłby komentarz i poszedł w swoją stronę. Tym razem coś go zatrzymało. Może sposób, w jaki tamten wcześniej patrzył na telefon. Może fakt, że siedział za szpitalem sam, z kubkiem czegoś, co nawet z odległości wyglądało jak najgorsza kawa dostępna w promieniu kilku kilometrów. A może zwyczajny zawodowy odruch, przez który Elliot miał irytującą tendencję do zauważania ludzi, którzy ewidentnie nie mieli najlepszego dnia. Przeniósł wzrok z lekarza na porzucony obok telefon, ale nie zapytał, na jaką wiadomość czekał. Granica pomiędzy zainteresowaniem, a wścibstwem była cienka, a Elliot przynajmniej przy pierwszym spotkaniu potrafił jeszcze jej nie przekraczać. Zamiast tego wskazał brodą kubek. -Jeżeli to kawa z automatu na drugim piętrze, to chyba właśnie dostałeś od losu znak, żeby przestać ją pić. - Sam korzystał z niego wystarczająco często, żeby rozpoznawać charakterystyczne kubki. Jednocześnie nie miał prawa nikogo pouczać w kwestii kofeiny. Podczas gorszych zmian potrafił funkcjonować głównie dzięki kawie i przekonaniu, że sen jest problemem przyszłego Elliota. Przesunął dłonią po karku, czując chłód, który zdążył już przedostać się pod kołnierz kurtki. Powinien iść. Naprawdę. Czekał na niego prysznic, jedzenie i kilka godzin spokoju przed kolejnym dniem. Mimo to został. -Elliot. - Przedstawił się dopiero teraz, jakby właśnie dotarło do niego, że rozpoczął rozmowę od diagnozowania napaści ze strony napoju zamiast od podstawowych zasad kontaktów międzyludzkich. -I zanim zapytasz: nie, zazwyczaj nie zaczepiam obcych lekarzy za śmietnikami. Staram się zachowywać odrobinę bardziej profesjonalnie. - zaśmiał się.

ash kapoori
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
trouble
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Och, oczywiście. Mimo wszystkich różnic, które dostrzec między nimi można było już na pierwszy rzut oka, i których na pewno pojawiłoby się jeszcze więcej przy nieco dogłębniejszej analizie, Ashish i Elliot z pewnością mogli zgodzić się w tej właśnie kwestii: cudzy chaos zdecydowanie był o wiele mniej zatrważający, niż ten prywatny, personalny. Można go w końcu było rozebrać na czynniki pierwsze za pomocą siły intelektu, jakoś zorganizować, rozplanować, zrozumieć. Radząc sobie z cudzymi problemami, o wiele łatwiej robiło się wszak ten krok do tyłu, który umożliwiał nabranie do nich zdrowego dystansu, zamiast spoglądać na wszystko z nadmiernym zaangażowaniem i wyłącznie w emocjach. Może w gruncie rzeczy dlatego właśnie - a nie, wbrew pozorom, w ramach jakiejś pogoni za aprobatą ze strony ojca i podziwem płynącym od matki - Ash w ogóle zdecydował się zostać lekarzem. Nic w końcu nie dawało równego poczucia kontroli, niż świadomość, że uratowało się czyjeś życie czy zdrowie. Co z tego, jeśli w tym procesie niejednokroć ostatecznie wystawiało się na szwank swoje własne.
W pierwszej chwili, Ashowi chyba naprawdę wydawało się, że dobiegający do niego z lewej strony, męski głos - przyjemny w brzmieniu i stosunkowo młody, a więc najpewniej należący do któregoś z początkujących lekarzy czy asystentów, a nie samego ordynatora - jest po prost halucynacją. Nie byłoby w tym nic nieprawdopodobnego, biorąc pod uwagę jaki wpływ niedobór snu i nadmiar kawy potrafiły mieć na ludzki układ nerwowy. Mimo to, nie zignorował komentarza - wręcz przeciwnie, podążając za jego brzmieniem, uniósł wzrok i spojrzał w stronę Elliota, mrugając intensywnie, jakby w próbie rozproszenia gęstej mgły własnego zamyślenia.
Nie, młody brunet z pewnością nie był fatamorganą. Diagnoza, którą jednak stawiał, nie brzmiała też jak faktyczna, medyczna jednostka...
Ach. A więc żart. Kapoori miał czasem lekkie trudności, z rozróżnianiem humoru od ironii, i ironii od powagi, więc tak szybka identyfikacja, że nieznajomy nie mówi zupełnie poważnie, była jakimś rodzajem sukcesu.
- Będę wdzięczny - Przyznał odruchowo, z jakimś rodzajem zmęczonej bezradności rysującym się klarownie w ciemnych tęczówkach. -Myślę że fartuch ma w gruncie rzeczy większe szanse na przetrwanie tego dyżuru, niż ja - Pociągnął, entuzjazm deklarując trochę przedwcześnie, skoro po nieco dokładniejszym przyjrzeniu się efektom niezdarności Ashisha, Elliot spisał losy jego szpitalnego uniformu na kompletną stratę. Mimo to, sięgnął jednak po chusteczkę - choćby dla zasady, i by wyrazić wdzięczność za ten drobny, a jednak pełen jakiejś ujmującej, codziennej empatii gest. - Mówisz? - Pociągnął, zdając sobie sprawę, że jego głos cechuje specyficzna chrypka, ta sama, której nabawiał się zawsze wówczas, gdy za dużo pracował, i za często milczał. - To może ta tragedia - Sugestywnie przeniósł spojrzenie na kawowy kleks na rękawie - Przyniesie mi jednak jakieś długoterminowe korzyści...
Mówiło się przecież, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - a jako lekarz Ash zawzięcie wierzył w moc pozytywnego przewartościowania, choć oczywiście o wiele łatwiej było mu je uskuteczniać gdy chodziło o jego pacjentów, a nie o niego samego.
Porzuciwszy nadzieję na choćby łyk tej paskudnej kawy, lekarz przesunął się jednak, pół-świadomie robiąc przestrzeń dla Elliota, gdyby ten z jakiejś dziwacznej przyczyny miał ochotę zostać w jego towarzystwie na dłużej, niż - jak zrobiłby to każdy normalny człowiek - wrócić do własnego życia, nie poświęciwszy przybitemu medykowi ani chwili więcej.
- Ashish - Odparł odruchowo, wyciągając ku chłopakowi rękę. Jego dłonie były chłodne i szczupłe; ładne, podobno - do tego stopnia, że czasem zamiast za chirurga, brano go za pianistę. W gruncie rzeczy, obydwa zawody wymagały od wykonujących je osób niezwykłej delikatności, i jednocześnie precyzji, więc może była w tym jakaś logika. - Ash. - Poprawił się też zaraz, porzucając prędko oficjalną, długą wersję swojego imienia.
Dopiero teraz przyzwolił sobie, by objąć rozmówcę spojrzeniem na choćby sekundę, rejestrując, że chłopak wydawał się odrobinę niższy, i zdecydowanie młodszy od niego. A więc stażysta? Pielęgniarz?
- W porządku - Zgodził się, uśmiechając się półgębkiem - Uznam to więc za wyjątek od reguły. - Jak na to, że miał dość całego świata, Ash okazywał się być zaskakująco rozmowny. Może to już ten etap wycieńczenia, na którym człowiek zamienia się nagle w swoje absolutne przeciwieństwo. - Dopiero zaczynasz? Czy kończysz? - Zapytał, posługując się szpitalnym żargonem, chyba w lekkiej nadziei, że tym samym dowie się jaką rolę Elliot spełniał w szpitalnym uniwersum - Mam na myśli zmianę.
Zupełnie, jakby mogło chodzić o cokolwiek innego.

Elliot Carlisle
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”