25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zadziwiające było to, że wielu nieporozumień, a właściwie wszystkich, udałoby im się uniknąć, gdyby tylko dokończyli rozmowę w aucie. Ile skumulowanego w nich cierpienia, żalu i zdenerwowania można było oszczędzić, gdyby Zoya nie uniosła się emocjami i nie trzasnęła drzwiami Mercedesa.
W momencie, w którym Lucien skrócił dzielący ich dystans i znacząco przekroczył jej granicę komfortu, miała szczerą ochotę się odsunąć. Nagle zaczęła ciężej oddychać, bo ta nikła odległość wywołała u Zoi kolejną falę przykrych emocji.
Brawo, Lionel. Zgadłeś! — krzyknęła i tym razem to ona wyrzuciła ręce w powietrze, nieznacznie pochylając się w jego stronę. — Okropnie się narzucasz! — skłamała tak podle, że aż zapiekło ją w gardle, a mimo to nadal trwała w tej niedorzecznie bojowej postawie. W rzeczywistości wcale tak nie myślała. W rzeczywistości w gniewie związała to całe bezsensowne sformuowanie, które jedynie coraz bardziej pogrążały ją w żalu i obrzydzeniu, jakie odczuwała wobec samej siebie.
Czuła, że mogła go zranić, więc zacisnęła pięści, gdy w kolejnej odpowiedzi stwierdził, że równie dobrze mógł dopisać sobie, że był idiotą.
Prychnęła, rozumiejąc, że znacznie łatwiej byłoby jej się z nim kłócić, gdyby próbował ją atakować; gdyby, choćby w równie ambiwalentny sposób, balansował pomiędzy mało racjonalnymi argumentami. Tymczasem Lucien zdawał się przyjmować całą winę na siebie, co znowu... cholera, tylko bardziej zaogniło emocje Zoi.
Wyjechała do Włoch, aby ponownie odnaleźć tę popapraną dziewczynę, jaką była przed jego poznaniem; wyjechała, aby wśród majestatycznych uliczek Misano, litrów wina oraz w towarzystwie Adeline przeżyć jakieś niedorzeczne katharsis. Tymczasem musiała stawić czoła nie tak odległej przeszłości, bo przewijające się przez tę rozmowę cytaty zdawały się uderzać w Zoyę z niesamowitym impetem.
Też miałeś pecha — odpowiedziała natychmiast, znowu kierowana niezzdrowym impulsem, jednak na widok zbolałej mimiki Luciena, prędko odwróciła wzrok i naprawdę mocno przygryzła wewnętrzną stronę policzka.

Dlaczego oni to sobie robili?

Nie była aż tak głupia, aby nie dostrzec, ile przykrości mu sprawiła. Nie była też na tyle ślepa, aby w końcu nie zrozumieć, że zrobił to wszystko dlatego, że wciąż w jakimś stopniu mu na niej zależało. A jednak, o zgrozo, chyba podświadomie chciała doprowadzić go do momentu, w którym miałby dosyć i w którym porzuciłby ją na pastwę własnych probleów.
Być może z ich dwójki, to ona była największą m a s o c h i s t k ą.
Na dźwięk pytania Zoya mimowolnie się wzdrygnęła i ponownie spojrzała na Luciena. Niezmiennie rozjątrzona przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Nie mogła udzielić mu odpowiedzi, bo ta brzmiałaby: n i g d y. Zamiast tego jedynie dalej z uporem patrzyła mu w oczy, po raz kolejny powstrzymując potrzebę ucieczki.
Mimo to zaraz ponownie go uderzyła, ale zatrzymał cios, co po raz kolejny wywołało w Zoi falę złości. Kompletnie przestała nad sobą panować i dwa, może trzy razy spróbowała wyrwać Lucienowi poduszkę, na której wciąż trzymał dłoń, ale nie była w stanie już nic zdziałać. W efekcie dalej stali naprzeciw siebie w niewielkiej odległości, połączeni tym miękkim przedmiotem i wciąż taksowali nawzajem swoje twarze.
Oddawaj! — krzyknęła, gdy ostatecznie wyrwał poduszkę. Instynktownie podążyła za jaśkiem, po czym szybko wbiła w niego paznokcie, tym razem ustawiając się bokiem do mężczyzny. Dopiero wtedy dotarło do niej, co właściwie powiedział, ale i tym razem poskąpiła mu odpowiedzi. Zamiast tego jedynie pociągnęła poduszkę w swoją stronę, jednocześnie wsuwając stopę pomiędzy jego rozstawione nogi.
Zauważyła, że Luciena nagle ogarnęło dziwne milczenie, a przez jego twarz przemknęła niezrozumiała dla niiej mimika. Nie próbowała jednak jej analizować. Chciała odzyskać wyłącznie tę cholerną poduszkę i właśnie wtedy z niewiadomych powodów mężczyzna nagle odpuścił. Wydawał się skapitulować, więc kiedy poczuła, że rozluźnił uścisk, a przedmiot ich kłótni bezwolnie zaczął opadać, natychmiast pociągnęła go ku sobie i triumfalnie otuliła ramiona.
W akcie szyderstwa miała ochotę się zaśmiać, jednak wtedy usłyszała swoje imię, które Lucien wypowiedział z niesamowitą łagodnością. Kiedy ponownie nawiązała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu zupełny brak wcześniejszego zdenerwowania. Mimowolnie spięła ramiona na jaśku i cofnęła się o krok, jakby lada moment miała osunąć się na podłogę.
Nagle gniew Zoi gdzieś się ulotnił, a na jego miejscu pozostała trudna do opisania mieszanka przykrości i zażenowania. Poczuła się jeszcze bardziej głupio, bo jednym zdaniem odebrał jej ostatnią broń, którą tak natarczywie się broniła.
Co miała począć, skoro przejrzał wszystko, co od dawna kotłowało się w jej głowie? Coś przez co nie mogła wyzbyć się wyrzutów sumienia i spojrzeć na Luciena bez uczucia rwania duszy i serca.
Przełknęła ślinę ponownie przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Nerwowo uniosła kąciki ust, jakby próbowała się uśmiechnąć, ale zaraz gwałtownie je opuściła.
Gdyby ktoś przypadkiem się o tym dowiedział, miałbyś kłopoty — powiedziała spokojnie, choć z trudem wypowiedziała każde z tych słów. Był to największy akt szczerości, na jaki Zoya potrafiła się obecnie zdobyć. — Mogłam zniszczyć ci życie, Lucien.
Już nie wiedziała, co powinna teraz z sobą począć. Przesunęła wzrok z twarzy mężczyzny na podłogę, a potem na swoje bose stopy. Potem nerwowo poprawiła uścisk na poduszce i przestąpiła z nogi na nogę.
Nie radzę sobie z tym; dodałaby najchętniej, ale nie chciała być jescze bardziej żałosna.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To prawda, wielu rzeczy dało się podczas tamtej rozmowy w aucie uniknąć, ale fakt był taki, że oboje kierowali się emocjami, których nie potrafili wtedy przepracować w tak krótkim czasie. Refleksje na ten temat, całkowicie nieoczekiwanie, pojawiły się dopiero dwa tygodnie później, w hotelowym pokoju, setki kilometrów od domu. Zupełnym przypadkiem.
Nie tak miał wyglądać ten wyjazd.
A jednak Lucien stał teraz przed ciemnowłosą, z gniewnymi iskrami w oczach i rosnącym bólem spowodowanym krzywdzącym przytaknięciem Zoi. Mógł przewidzieć, do czego ich to zaprowadzi.
To przestanę! Jak tylko odbierzemy Adeline i odwiozę was do waszego hotelu! — W jego głosie rozgrzmiało poirytowanie, ale i coś ostatecznego, jakby właśnie w tym momencie podjął finalną decyzję. Przekonała go, że tego właśnie chciała, więc postanowił jej to dać z myślą, że tak będzie dla nich najlepiej.
Nie będzie.
Atmosfera z każdym kolejnym słowem, które padało między nimi, stawała się coraz cięższa i bardziej nieznośna. W połączeniu z jej maniakalnym uporem, z jakim próbowała walczyć o poduszkę, tylko bardziej psuła mu krew.
Tak naprawdę przygniatała go mnogość wszystkich emocji, które w ciągu tych kilku chwil w hotelu brutalnie go uderzyły, a których w ciągu ostatnich dni wystrzegał się jak ognia. Bo tak, tłumił wszystko w sobie i usilnie starał się, jak mógł, żeby nic nie wyszło na światło dzienne. Tymczasem wystarczyło zestawienie kilku niefortunnych słów i przestał się kontrolować.
Na szczęście, nowe okoliczności przywołały go z powrotem do rozsądku. Gdy zrozumiał choć część powodów, przez które Zoya tak zawzięcie, tak uparcie z nim walczyła, nagle poczuł, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Wraz z nim upłynęła cała jego dotychczasowa złość, przywracając w nim opanowanie, które znał.
Nawet, jeśli zaraz potem usłyszał jej wyznanie, na które jego serce mimowolnie zabiło mocniej. Nie miał pewności, czy powinien zinterpretować to jako wyraz troski, czy znowu nadzieja mieszała mu w głowie.
Byłem świadomy konsekwencji - przyznał cichym, zdecydowanym tonem, kręcąc przy tym lekko głową. Mimo obaw o swoją przyszłość bez wahania wziął na siebie pełną odpowiedzialność. Nie miał zamiaru przyjąć do siebie, że obwiniała się za nieporozumienie związane z ciążą, bo nadal upierał się, że w niczym nie zawiniła.
Mogłam zniszczyć ci życie, zaraz odbiło się echem w jego głowie, sprawiając, że jego powieki nieznacznie drgnęły. Bezwiednie zwilżył wargi, próbując ogarnąć to myślami.
To był efekt działań nas obojga. Przez tobą też było jeszcze całe życie — rzucił kolejnymi argumentami, które naświetlały jego stanowisko w tej sprawie. To samo, o którym powiedziałby jej podczas tamtej kłótni, gdyby tylko otrzymał taką możliwość.
Widział jej zażenowanie i wycofanie, a jej błyszczące spojrzenie mówiło więcej, niż chciała to okazać. Przygryzł wargę rozdarty między tym, co chciał zrobić, a tym, co powinien, ostatecznie jedynie odwracając wzrok gdzieś na bok i wzdychając ciężko.
Liczyłem na to, że r a z e m przedyskutujemy rozwiązania, które pomogłyby nam zapobiec problemom, jeśli coś poszłoby nie tak — wyznał, finalnie powracając do niej spojrzeniem. — Sporządzając tę wstępną umowę, wziąłem pod uwagę naprawdę wiele rzeczy. Ale nie dałbym ci jej do podpisania bez konsultacji z tobą — zapewnił bez cienia wahania w głosie, będąc z nią zupełnie szczerym. Tego nie zdążył jej wtedy wyjaśnić, musiała dowiedzieć się o tym chociaż teraz.
Z tym, że t e r a z nie byli już r a z e m.
I nadal nie potrafił odnieść się do tego, czy za jej słowami i zachowaniem kryło się coś więcej, niż to, co zdążył sam zauważyć. Wbrew pozorom nadal miał w głowie bałagan. O wyjątkowo wdzięcznej nazwie - Zoya.
Zresztą, teraz już nie ma o czym mówić — wzruszył ramieniem, bo taka była prawda. Nie było dziecka, nie było umowy, nie było n i c. — Nie masz czym się przejmować — delikatny uniesienie kącików ust, na które się zdobył, miało stanowić swego rodzaju pocieszenie dla niej. Nie musiała nadal się tym niepotrzebnie obarczać. — Chociaż... — zawahał się, a w jego oczach pojawił się łobuzerski błysk, który zdążyła już dość dobrze poznać. — …dzisiejsze podium w dużej mierze zależy od tego, jak bardzo będziesz upierała się, żeby spać na kanapie — zauważył spokojnym głosem i, przekrzywiając głowę nieco na bok, obdarzył ją wymownym spojrzeniem.
Znów to nieczyste zagranie, przed którym nie potrafił się oprzeć. Ale miał w tym jeden cel - dopiąć swego. Oboje potrzebowali snu, a on nie zamierzał się poddać. Cokolwiek między nimi się działo, gdyby zajęła miejsce na kanapie, byłoby to czystą ujmą na jego honorze.

Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Łaski bez. Wrócimy z Adeline autobusem! — krzyknęła bez sensu, całkowicie świadomie pomijając fakt, że musiał jeszcze pojechać z nią po Clem na komisariat. Obawiała się, że sama nie podoła rozmowie z mundurowymi.
Gdyby tylko przewidziała, że Lucien lada moment obedrze ją ze wszystkich argumentów, a nawet odkryje, dlaczego tak gorączkowo próbowała mu pokazać, że go nie potrzebowała, najpewniej odrobinę powstrzymałaby się od tych bardziej niepochlebnych komentarzy. Może w ten sposób Zoya uniknęłaby zażenowania, które najprawdopodobniej dopadnie ją, kiedy na spokojnie znajdzie chwilę, aby przzeanalizować przegieg całej rozmowy.
Był on t r a g i c z n y - począwszy od prób wmówienia Lucienowi, że się narzucał, przez to idiotyczne wyrywanie sobie poduszki, aż po moment, w którym stanęła przed nim całkowicie sparaliżowana.
Nie przytaknęła, kiedy zaznaczył zdecydowanym tonem, że był świadomy konsekwencji. Zdaniem Zoi, która w momencie, gdy informowała go o ciąży, sama była świadoma znacznie mniej, wcale nie musiał brać na siebie tych wszystkich obaw. Wystarczyło, że najpierw poszłaby do lekarza.
Całe to zamieszanie było zupełnie niepotrzebne. O ile jej życiu nic nie zagrażało, bo nie miała przecież na koncie niebotycznie wartościowych kontraktów, to Lucien w przypadku wybuchu domniemanej afery mógł stracić całą reputację.
Owszem w Hunstville cieszyła się, że był gotowy na to ryzyko, bo wisiało nad nimi widmo posiadania dziecka. Dziś zupełnie inaczej spoglądała na tą sytuację.
Chyba nie rozumiesz, o co mi chodzi, Lucien — wtrąciła się w jego argument i zrobiła to naprawdę w miarę grzecznie i spokojnie. Skoro zmusiła się do szczerości, to dla odmiany chciała, aby wiedział, co dokładnie miała na myśli. — W moim przypadku plotki niczego by nie zmieniły. Czy mielibyśmy to... — Nerwowo przełknęła ślinę, po czym westchnęła. Ciężko rozmawiało się o tak trudnych dla Zoi wydarzeniach, kiedy wciąż próbowała poradzić sobie z wyrzutami sumienia. — Czy mielibyśmy to dziecko, czy nie, u mnie wszystko i tak potoczyłoby się jakimś naturalnym rytmem. U ciebie sama ta niepotwierdzona informacja wywołałaby skandal.
Naprawdę mieli szczęście, że nikt nie zauważył, jak obnosili się ze swoją relacją na jachcie ani w paru innych publicznych miejscach, gdzie ktoś rzeczywiście mógłby rozpoznać Luciena Spencera. Równocześnie mieli szczęście, że nikt nie zauważył Zoi w szatni ani później, kiedy mężczyzna odebrał ją sprzed kliniki. Być może postrzegała to wszystko na wyrost; być może pod wpływem swoich negatywnych odczuć była wobec siebie zbyt krytyczna, ale na dzień dzisiejszy nie potrafiła myśleć o tym inaczej.
Lucien... — Przekrzywiła głowę i spojrzała na niego spod delikatnie ściągniętych brwi z czającym się w oczach żalem.
Chyba się zaparła, bo naprawdę zamierzała doprowadzić tę rozmowę do samego końca. Nie zamierzała odpuścić nawet w momencie, w którym zaznaczył, że nie było o czym mówić, ani później, gdy delikatnie się uśmiechnął i wspomniał, że nie miała już czym się przejmować. To nie było żadne pocieszenie, skoro wszystkie niewypowiedziane słowa wciąż kotłowały się w jej wnętrzu, a te dla odmiany dotyczyły również u m o w y.
Nabrała głębokiego wdechu.
Niezależnie od tego, co znajdowało się w tej umowie, nigdy bym czegoś takiego nie podpisała. Nadal uważam, że w normalnych relacjach nie są potrzebne paragrafy na wypadek komplikacji. Dla mnie to był tylko i wyłącznie sygnał, że mi nie ufałeś i potrzebowałeś wesprzeć się mecenasem. Nie zapytałeś mnie o zdanie przed tym, zanim poszedłeś do Frasera. Nawet jeżeli chciałeś się ze mną skonsultować, to zamierzałeś zrobić to z gotowym dokumentem. — Starała się nie obarczać Luciena po raz kolejny pretensjami, ale mimowolnie znów zaczęła się denerwować.
Mocniej zacisnęła ramiona na poduszce i odwróciła wzrok w stronę okien, aby przez tych kilka sekund przygotować sobie dalszą wypowiedź. Z pewnością nie spodziewał się, że właśnie w taki sposób zareaguje, stąd te łobuzerskie iskry w jego przepięknych oczach. Sama Zoya z trudem je zinorowała. Nie chciała jednak ulegać, choć wyraźny dreszcz porzebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, gdy ponownie skierowała wzrok w stronę Luciena.
Bardzo chcę spać na kanapie i bardzo chcę, abyś ty spał tam, daleko na łóżku — powiedziała całkiem poważnie. Niezależnie od tego, co Lucien sobie myślał, dla Zoi ich relacja nadal pozostawała niewyjaśniona i w dalszym ciągu zamierzała postawić na swoim. Poniekąd dlatego postanowiła wyciągnąć ciężkie argumenty i wykorzystać wszystko, czego się dzisiaj prawdopodobnie słusznie domyśliła. — Jeżeli ci na mnie zależy, to położysz się spać i jutro wygrasz wyścig. Inaczej możemy więcej nie rozmawiać.
W tym momencie chciała przede wszystkim, aby Lucien już odpuścił i odpoczął; aby nie rozstrajał się dłużej przed tak ważnym wydarzeniem i nie zwracał już na nią uwagi. Była równie wyczerpana fizycznie, co psychicznie i potrzebowała oddechu.
Oboje potrzebowali.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Proszę bardzo. Adeline na pewno ucieszy się, że po tak ciężkiej nocy będzie musiała jeszcze telepać się autobusem w drodze powrotnej — skwitował, wzruszając przy tym ramionami w geście, który miał dowodził temu, że nie zależało mu.
Właściwie był coraz mniej pewien powodów, dla których tak bardzo upierał się zarówno przy pomocy Zoi, jak i walce o poduszkę. Czuł się odpowiedzialny za to, by zapewnić jej bezpieczeństwo i komfort, mimo że przecież naprawdę wcale o to nie prosiła. Na dłuższą metę narzucanie się jej stawało się dla niego zwyczajnie męczące. Miała rację.
Z tym, że oboje byli zawzięci i żadne nie potrafiło ustąpić. Przynajmniej do momentu, gdy Lucien powrócił myślami do ich poprzedniego spotkania i pewne wątki połączył w całość.
Nierozsądek brał górę niemal za każdym razem, kiedy chodziło o Zoyę. Starcie się z konsekwencjami za wpadkę potraktował priorytetowo, przyjmując testy za coś w miarę pewnego. Zaangażował się w rozmowy na ten temat i próby poznania się, nic więc dziwnego, że myśl o dziecku stawała się dla niego coraz bardziej naturalna, a wizytę u lekarza uważał tylko za formalność.
Mógł być ostrożniejszy.
Ale przy ciemnowłosej się nie dało. Zwłaszcza, kiedy wbił sobie do głowy, że ich odczuwalne w powietrzu wzajemne przyciąganie znaczyło coś więcej. Niestety, po czasie przekonał się, że był to tylko miraż stworzony na potrzeby sytuacji.
Skandal. Wiadomość o dziecku z pewnością wywołałaby burzę w świecie motorsportu, która nie dałaby mu spokoju. Znacząco utrudniłoby mu to życie, nie wspominając już o zobowiązaniach, które mogłyby pozbawić go pewnych kontraktów. Musiał skupić się przede wszystkim na karierze i wyścigach, a nie tłumaczeniu się z prywatnych spraw.
Przez chwilę analizował jej wyjaśnienia w milczeniu, przełykając nerwowo ślinę.
To prawda — przyznał w końcu, na kilka sekund zawieszając głos. — Nie rozumiem, o co ci chodzi. Skąd wzięły się te wyrzuty sumienia? To przecież wciąż tylko moje życie i moja sprawa — powiedział nad wyraz spokojnie, choć w środku bił się z własnymi myślami.
Po pierwsze, na szczęście, nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Mimo chwil zapomnienia w miejscach publicznych, żadnemu fotografowi nie udało się uchwycić go z Zoyą. Przetrwali ten czas w ciszy medialnej, skupiając się wyłącznie na sobie, kierując się dobrem ich nieistniejącego dziecka. Lucien nie widział więc sensu w drążeniu tego tematu i zadręczaniu się tym, co by było, gdyby…
Z drugiej strony… Zoya po zrozumieniu tej pomyłki, nie chciała być już częścią jego życia. Sprawy rozwiązały się samoistnie, więc postanowiła podążyć własną drogą. Czemu więc wciąż było jej za to głupio? Przebłyski jej empatii jedynie dokładały mu więcej bólu i rozgoryczenia, bo coraz mocniej upewniał się w przekonaniu, jak ją osaczał.
Mimowolnie wstrzymał powietrze i patrzył na nią chwilę z rozchylonymi wargami, gdy wyjaśniła mu rażącą kwestię umowy. Nie dowierzał temu, że znowu miała rację. I choć częściowo domyślał się, że jego zachowanie nie było właściwe, tak postawiony przed nim jej punkt widzenia momentalnie wzbudził w nim poczucie winy.
Westchnął ciężko, na kilka sekund spuszczając wzrok na podłogę. W świecie, w którym niemal wszystko wiązało się z kontraktami, nie było miejsca na normalność. Przymknął powieki, próbując zebrać myśli.
Wiem, nie wyszło to najlepiej. Ale tu naprawdę nie chodziło o zaufanie — pokręcił głową, po czym podniósł ponownie swoje jasne tęczówki na ciemnowłosą. Skoro postawiła na zupełną szczerość, powinien odwdzięczyć się jej tym samym. — Wiesz, po co to było? Zależało mi przede wszystkim na jednym, najważniejszym punkcie — gdyby… — urwał. Zwilżył nerwowo wargi i wziął głęboki wdech — …gdyby coś mi się stało, miałaś dostać gwarancję, że ty i dziecko nie zostaniecie z niczym — wraz z ostatnimi słowami zacisnął mocniej szczęki i przełknął ślinę. Choć w jego głosie brzmiało opanowanie, nie miało to nic wspólnego z tym, co działo się w jego środku.
Do tej pory nie zastanawiał się nad tym tak intensywnie, jak podczas ostatniego miesiąca. Ryzyko istniało zawsze. Wystarczył zaledwie ułamek sekundy, a mógłby wypaść z toru i zginąć w wypadku. Dla spokoju ducha musiał zabezpieczyć ich przyszłość i pozostawić po sobie chociaż tyle, ile zawarł w papierach.
Po chwili kobieta wyraziła swoje życzenie, na co Lucien uniósł wyżej brodę, starając się przy tym zignorować fakt, że znowu podkreśliła, jak bardzo chciała zwiększyć między nimi dystans. Biorąc pod uwagę, że nadal ściskała przed sobą poduszkę, przez jego głowę przeszła mu myśl, że może rzeczywiście o to jej chodziło?
Zawsze musi liczyć się to, co t y chcesz, prawda? — zauważył, ale nie oczekiwał na to pytanie odpowiedzi. Już nie raz udowodniła mu, że nie miał przy niej nic do gadania. — A podobno nie można mieć wszystkiego — dodał, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Tak, jak postanowił chwilę wcześniej, nie zamierzał się poddać i celowo po raz kolejny użył jej własnych słów przeciwko niej samej.
To, co jednak usłyszał zaraz potem, sprawiło, że nieznaczny uśmiech, który do tej pory drżał w kącikach jego ust, zniknął. To było bardzo niesprawiedliwe, bo wiedziała, co kryło się za wszystkim, co dla niej robił, a on nie mógł powiedzieć tego o niej samej. Na dodatek bezczelnie wykorzystywała tę wiedzę, żeby zwyciężyć. Pokręcił w niezadowoleniu głową.
Albo uderzę w bariery. I wtedy rzeczywiście więcej już nie porozmawiamy — stwierdził niedbale, nieco się przy tym krzywiąc. Zadbał o to, by wyglądać na niewzruszonego własnymi słowami, niemniej zastanowiło go, czy jakkolwiek wpłynie to na Zoyę. Najwyraźniej lubił siebie zadręczać.
Niemniej, było już naprawdę bardzo późno, a im dłużej ich sprzeczka trwała, tym miał coraz mniejsze nadzieje na wygraną, pogodzenie się czy po prostu odpoczynek. Właściwie, z każdą chwilą czując coraz większe szczypanie oczu i rosnący ból głowy, powoli wszystko zaczynało mu obojętnieć. Kilka sekund później znów, chcąc nie chcąc, przymknął oczy i skrzywił się, bo wszystko w nim wołało go do tego, by się położyć.
Odchrząknął cicho, by przywołać się do porządku.
Widzę więc tylko dwie opcje: albo będzie po mojemu i oddasz mi kanapę i sama zajmiesz łóżko, albo pójdziemy spać do łóżka razem. Miejsca jest na nim wystarczająco, żeby pomieścić nas oboje — zaproponował, podnosząc na nią intensywny wzrok. Tak naprawdę zmieściłaby się jeszcze Adeline i nadal każde z nich miałoby dla siebie wystarczająco dużo przestrzeni. — Albo wiesz, co? — nagle się rozmyślił i ściągnął brwi. — Zajmij sobie tę kanapę. Mam też sporo miejsca na podłodze — machnął ręką i odwrócił się, żeby pójść sobie po drugą poduszkę. Zaczynał być już zdesperowany, ale… nie zamierzał sięgnąć po ostatnią broń.

Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Warknęła ironicznie niczym małe, rozzłoszczone zwierzątko, kiedy wspomniał o zmęczonej Adeline. Darowała już sobie komentarze dotyczące tego, że jej przyjaciółka również mogłaby mu wydrapać oczy, gdyby tylko wiedziała, kim byl tak naprawdę. A był jednocześnie mężczyzną, który bardzo spodobał się Zoi i tym, który, hehe, czysto teoretycznie, doprowadził do jej domniemanego zapłodnienia.
Teraz wydawało jej się to nawet całkiem zabawne, ale wciąż pamiętała strach, który towarzyszył, gdy wykonywała wszystkie trzy testy.

Właściwie nie wiedziała, dlaczego tak usilnie próbowała odsunąć się od Luciena ani dlaczego tak bardzo przeżywała myśl, że mogła wyrządzić mu krzywdę, do której de facto na szczęście nie doszło.
Być może nieświadomie polubiła go na tyle mocno, że nie była w stanie udźwignąć minionych wydarzeń, a być może czuła jedynie presję wywołaną faktem, że był osobą medialną. Sama nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, które zadał, ale wciąż i wciąż czuła się winna całemu zamieszaniu z testami ciążowymi.
Po prostu… — Wzruszyła delikatnie ramionami i po raz kolejny uciekła spojrzeniem. Nie chciała mierzyć się z jasnymi tęczówkami mężczyzny. — Męczy mnie to. Ilekroć myślę, że mogłam po prostu poczekać na wizytę u lekarza, zamiast rzucać w ciebie tym testem, to czuję zażenowanie samą sobą. Przez blisko trzy tygodnie bawiliśmy się w budowanie relacji na podstawie fałszywych wyników. Chcieliśmy się lepiej poznać dla dziecka, Lucien. To żałosne.
Czy rzeczywiście było żałosne? Sama nie była już tego do końca pewna. W tamtym momencie rzeczywiście robili wszystko, aby się dogadać i stworzyć jakies fundamenty wspólnej przyszłości. Robili to, co uznali za najlepsze dla ich trójki i co gorsza ten plan naprawdę działał. Przyznajmniej dopóki Zoya nie ockneła się z tej bańki.
Tamtego dnia u m o w a stanowiła kolejną szpilkę.
Tym razem obserwowała jak Lucien westchnął i spuścił wzrok na podłogę, po czym przymknął powieki. Przechyliła głowę na bok, aby lepiej mu się przyjrzeć, ale niespodziewanie znowu na nią spojrzał. Drgnęła.
To cię dalej nie usprawiedliwia — powiedziała naprawdę ostrożnie, nie chcąc przypadkiem podważyć jego najwidoczniej szczerych intencji.
Niemniej Zoyka poczuła się znaczznie lepiej. Poznała przynajmniej część tego, co znajdowało się w umowie. Wiedziała już, że rzeczywiście chciał o nich zadbać, a nie kierował się strachem przed tym, że za pomocą dziecka mogłaby spróbować odebrać mu część majątku i dlatego usiłował zabezpieczyć się na papierze.
Po tym wszystkim, co wtedy sobie pomyślała, słowa mężczyzny były naprawdę pokrzepiające.
Zauważyła, że Luciena wiele kosztowało wypowiedzenie ostatniego zdania. Dostrzegła, jak wraz z ostatnimi słowami zacisnął szczękę, więc aby upewnić go, że mimo wszystko było w porządku, na chwilę wyciągnęła dłoń i stanowczo, acz krótko, zacisnęła ją na jego ręce. Nie było sensu dłużej katować się przeszłością.
Lepiej będzie, jak w przyszłości darujesz sobie tego typu rzeczy. Czasem lepiej najpierw po prostu porozmawiać z drugą osobą. — Uśmiechnęła się łagodnie, po czym cofnęła dłoń. Dotknięcie jego skóry w geście noszącym dozę czułości, wywołało u Zoi przyjemne ciepło. To jednak szybko się rozzmyło pod wpływem przekomarzanek na temat tego, kto będzie spał na kanapie oraz bardzo nierozsądnej i impulsywnej walki o poduszkę.
Zmuszona sytuacją ściągnęła oburzona brwi i nadymała policzki, patrząc na mężczyznę roziskrzonym wzrokiem. Atakował ją jej własnymi słowami, których użyła w Huntsville, aby utrzeć mu choć część tej arogancji i zuchwałości. W swoim zachowaniu wydawał się równie zdecydowany co zawsze, co tylko potęgowało frustrację Zoi. Postanowiła jednak nie reagować na te słowne zaczepki i głośno prychnęła.
Zaraz własną broń. Zadziałała, bo uśmiech zniknął z ust Luciena. Wtedy sama zadarła kąciki ust, ale również tylko na krótką chwilę, bo w odwecie wspomniał o jakimś wypadku.
Nawet tak nie mów! — rzuciła mimowolnie, całkowicie odsłaniając, że wcale nie był jej taki obojętny.
Nie życzyła mu źle. Nie chciała, aby rozbił się o barierki ani uczestniczył w jakimkolwiek innym złym wydarzeniu. Miała nadzieję, że wygra jutrzejsze starcie i będzie pławił się w blasku zwycięstwa tak długo, jak starczy mu sił. Zoya czuła, że naprawdę na to zasłużył, dlatego tym bardziej obojętność, z jaką udzielił jej odpowiedzi, sprawiła, że ponownie się rozzłościła.
Och, Lucien Spencer okropnie na nią działał! I najwyraźniej nie była ślepa, bo widziała jego przekrwione ze zmęczenia oczy i markotnie wyglądającą twarz. Sybko doszła do wniosku, że taki stan mógł niekorzystnie wpłynąć na jego koncentrację podczas jazdy. I cholera, rzeczywiście mógł popchnąć Luciena ku wypadkowi.
Lucien! — krzyknęła. — Nie zachowuj się jak dziecko! — i wbrew własnym słowom rzuciła mu poduszką w głowę.
Potem nerwowo przyłożyła ręce do twarzy i mocno przetarła nimi policzki oraz oczy, aż w końcu znowu wściekle spojrzała na mężczyznę. Wydobyła z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, przypominający warknięcie, po czym z impetem ruszyła do przodu. Wyminęła Luciena, trącając go ramieniem i zatrzymała się dopiero przy łóżku. Tam z rozmachem odrzuciła kołdrę, a następnie w bardzo demonstracyjny i kpiący sposób wskazała na materac. Uśmiechnęła się przy tym sztucznie-słodko, mocno zaciskając usta, tak aby wiedział, że w całej tej wielmożnej złości zaczęła się z niego nabijać.
Też czuła zmęczenie i naprawdę nie podobało jej się, że tym osobliwym szantażem wygrywał ich rozgrywkę. Tak mocno wbiła sobie do głowy, że rzeczywiście mógł się rozbić, że nie zamierzała odpuścić. Za wszelką cenę Lucien musiał położyć się spać - nawet jeżeli, cholera, oznaczało to dzielenie z nią łóżka.
A więc zapraszam naszą kanadyjską gwiazdę do spoczynku. Pozwól, że ułożę ci poduszkę. — Tu teatralnie poklepała jaśka dłonią. — I przykryję kołdrą, a jeżeli po tym wszystkim nadal będziesz myślał o wylądowaniu na barierce, to ostrzegam cię, Lucien, że znajdę jakiegoś szamana, który nie da ci spokoju nawet po śmierci. — Zmarszczyła nos i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, aby zrozumiał, że wcale nie żartowała. — Kładź się natychmiast — wycedziła tym razem przez zęby.
Kiedy mężczyzna rzeczywiście zajął miejsce na materacu, niespodziewanie pociągnęła kołdrę aż po sam czubek jego głowy. Następnie w kolejnym akcie złośliwości wskoczyła na jego biodra i złapawszy tę samą kołdrę, przetoczyła się na drugą stronę łóżka, jednocześnie zawijając w burito.
Dziwne, bo nagle ta cała blokada Zoi niespodziewanie ustąpiła. Pozostało wszechobecne zmęczenie oraz gorączkowa próba zakończenia tego wieczoru na własnych, pieprzonych warunkach, które nijak nie współgrały ze zdrowym rozsądkiem.
Obrażona ułożyła się plecami do Luciena. Była naprawdę rozgoryczona faktem, że mu ustąpiła, ale kiedy na siłę przymknęła powieki, przemknęło jej przez głowę, że przyjemnie było znów poczuć jego bliskość.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Z perspektywy czasu samo rzucenie w niego testem, i to dosłownie, wydawało mu się zabawne, a towarzyszące temu zachowanie zdenerwowanej Zoi mogło słusznie wzbudzić w niej zażenowanie. Co prawda, wtedy mężczyźnie zawalił się grunt pod nogami i zdecydowanie nie było mu do śmiechu, ale myśląc o tym teraz, uznawał całą sytuację za absurdalnie komiczną.
Z tym, że zabawę w budowanie relacji traktował już jak najbardziej poważnie. Bez względu na powody, dla których to robili, o n nie żałował niczego. Dlatego na jej odpowiedź pokręcił głową.
To tylko twoje zdanie — stwierdził spokojnie, spoglądając na nią mimo, że odwróciła od niego wzrok. — Według mnie zrobiliśmy to, co uważaliśmy za najlepsze. A to, że okazało się to fałszywym alarmem nie musiało niczego przekreślać. W końcu nie bez powodu wylądowaliśmy razem w tamtej alejce — zauważył całkiem słusznie.
I pod prysznicem, i w wannie, i na kocu o wschodzie słońca.
Gdyby nie uciekła z auta, mogli jedynie zweryfikować powody, które kierowały nimi w ich relacji. A u m o w a przestałaby mieć jakiekolwiek znaczenie.
Z niej nie potrafił się wybronić. W tej kwestii również posiadali zupełnie inne poglądy, które ich od siebie różniły, więc ostatecznie tylko skinął w milczeniu na jej słowa. Teraz zaczynał dostrzegać, jak bardzo źle do tego wszystkiego podszedł.
R o z m o w a była kluczem do sukcesu. Najwyraźniej ciągle mieli z tym problemy, bo gdyby udało im się skonfrontować to wszystko od razu, nie doszłoby do tylu bezsensownych nieporozumień.
Jej niespodziewany dotyk okazał się przyjemnie kojący, na co odpowiedział delikatnym uśmiechem. Nie był pewien, czy go zrozumiała w pełni, niemniej tak prosty gest dodał mu otuchy.
Nie popełnię drugi raz tego samego błędu — zapewnił ją, myśląc nie tylko o tej nieszczęsnej umowie, ale i okolicznościach, przez które znaleźli się w dokładnie tym miejscu.
Ależ jej upór działał mu na nerwy! Rzadko kto mu się sprzeciwiał, więc za wszelką cenę próbował wygrać ich spór, ponownie uderzając w jej wyrzuty sumienia. Wiedział, że wplątanie ryzyka wypadku w rozmowę było ciosem poniżej pasa, ale skoro sama grała nie fair, nie miał już żadnych zahamowań.
Jej mina mówiła sama za siebie. Nie dał po sobie poznać, że usatysfakcjonowała go jej reakcja, bo najwyraźniej trochę zależało jej na tym, żeby nic mu się nie stało. To z kolei wystarczająco zmotywowało go, żeby zagrać ostatnią kartą, którą miał w zanadrzu.
Na jej krzyk trochę się skrzywił, ale gdy poczuł uderzenie w głowę, momentalnie się zatrzymał. Odwracając się w jej stronę, przeniósł spojrzenie z leżącej pod jego stopami poduszki na Zoyę, której w oczach tańczyły gniewne ogniki. Tym razem nie powstrzymał już drgnięcia kącikami ust w nieco aroganckim uśmiechu. Już wtedy wiedział, że wygrał.
A potem pozostało mu tylko wziąć udział w tym niepowtarzalnym widowisku. Z uwagą i rozbawieniem obserwował, jak ekspresowo znalazła się przy łóżku, popychając go lekko po drodze, na co parsknął śmiechem pod nosem, po czym demonstracyjnie wskazała materac.
Musiał aż ściągnąć wargi w wąską linię, żeby powstrzymać się od śmiechu na to, w jaki sposób podeszła do tematu oraz z ogromnym zaangażowaniem i złośliwością przemawiała do niego znad łoża, na koniec wydając rozkaz.
Wiesz, że zwykle to inni są na rozkazy gwiazd, a nie na odwrót? — ściągnął brwi, posyłając jej żartobliwe spojrzenie, zanim podniósł poduszkę z podłogi i rzucił ją na drugą stronę łóżka, żeby ostatecznie się położyć. — Poza tym po śmierci to j a mogę dopilnować, żebyś nie miała przeze mnie spokoju — zdążył dodać, gdy został nakryty kołdrą aż po sam czubek głowy.
Następnie wydał z siebie zaskoczone stęknięcie i nieco poderwał się do góry, gdy tak nagle poczuł ją na sobie, na kilka sekund, aż przetoczyła się na bok, finalnie zabierając mu całą kołdrę dla siebie.
Powiódł za nią spojrzeniem, a widząc ją opatuloną od stóp do głów na przeciwległym krańcu łóżka, uśmiechnął się do siebie. W tym jej uporze i impulsywności było coś ujmującego, przez co nie potrafił się na nią złościć.
Z cichym westchnieniem przekręcił się na bok, odwracając się do niej plecami. Z rękami splecionymi swobodnie wokół własnego tułowia, czuł otulającą miękkość hotelowej poduszki. To mu wystarczyło, by zmęczenie zaczęło brać nad nim górę.
Miłych snów, Zoyu — powiedział cicho, a po chwili odpłynął.

Dźwięk wibrującej komórki wyrwał go z głębokiego snu. Momentalnie otworzył oczy i złapał za znajdujący się na szafce nocnej telefon, żeby zobaczyć numer kierunkowy z Włoch. Od razu odebrał połączenie i przyłożył urządzenie do ucha, po czym podniósł się z łóżka.
Wystarczyła chwila rozmowy i już wiedział wszystko. Po jej zakończeniu odwrócił się w stronę leżącej obok Zoi.
Jest decyzja w sprawie kaucji. Możemy jechać po Adeline — posłał jej łagodny uśmiech, po czym wstał i przeciągnął się w miejscu. Przez te kilka godzin snu spał tak twardo, że nawet się nie poruszył.
Po chwili ubrany w czarną bluzę, właśnie wciągał na siebie dresy od kompletu, kiedy usłyszał ciche pukanie do drzwi. Podszedł do nich, żeby po ich otwarciu na wycieraczce znaleźć torbę z rzeczami, o które poprosił przed snem.
Z nią w rękach wrócił do Zoi, która właśnie wyszła z łazienki, wyraźnie zaniepokojona.
To dla was. Pomyślałem, że potrzebujecie kilku rzeczy — wręczył jej pakunek, w którym znaleźć mogła merch z logo Mercedesa - dwie damskie koszulki, bluzy i klapki. Tylko tyle był w stanie zdobyć dla nich w niedzielę o poranku. Gdzieś pomiędzy ubraniami wciśnięte zostały plakietki VIP uprawniające do wejścia do padoku na dzisiejszy wyścig.
Gdy Zoya się na nie natknęła, wzruszył ramieniem.
Skoro zaczęłaś kibicować Kanadzie i jesteś na miejscu, to czemu nie skorzystać? Poza tym, wybierając się na wyścig, przynajmniej dzisiaj zaoszczędzicie mieszkańcom Misano kolejnego bólu głowy — przez jego twarz przemknął zawadiacki uśmiech.

Koniecznie potrzebował kawy. Po drodze na komisariat skręcili więc jeszcze do lokalnej kawiarni po czarny nektar bogów na wynos i jakiś słodki włoski przysmak na osłodę, pamiętając również o Adeline.
Emocje po wczorajszym pełnym wrażeń wieczorze opadły, a nawet w trakcie jazdy ich rozmowa zeszła na jakieś mało znaczące tematy, ale mimo wszystko odczuwał napięcie Zoi. I wcale się jej nie dziwił, bo przecież nadal martwiła się o przyjaciółkę. Z trudem powstrzymał się przed sięgnięciem jej uda, żeby pogładzić je w czułym geście, ograniczył się jedynie do zapewnienia, że będzie dobrze.
Ale gdy chwilę później znaleźli się na miejscu i podszedł dokonać wszystkich formalności, w pewnym momencie złapał za jej dłoń. Na krótko, chcąc wyłącznie dodać jej otuchy, o czym świadczył łagodny uśmiech, którym ją wtedy obdarzył.
A później pozostało im już tylko czekać.

Zoya Weasley
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To miłe, że Lucien obiecał jej zadbać o Zoyę pod jej nieobecność, ale i tak tuż przed wejściem do radiowozu pogroziła mu, żeby żaden włos nie spadł z głowy jej przyjaciółki, bo jak tylko wyjdzie na wolność to go znajdzie i też mu parę wyrwie. Skąd, tego już nie wyjawiła.
Potem zajęła swoje myśli już tylko i wyłącznie funkcjonariuszem, który zapakował ją do auta. Wiedziała, że mundurowi we Włoszech byli przystojni, ale nie spodziewała się, że aż tak. Możliwe, że to ten mundur sprawiał, że miękły jej kolana, czego nie potrafiła ukryć, kiedy tak intensywnie wachlowała rzęsami, patrząc w jego kierunku z najbardziej urokliwym uśmiechem, na jaki tylko było ją stać. Nie rozumiała, czemu to na niego nie działało, skoro w Toronto nie miała z tym ż a d n y c h problemów.
Najwyraźniej nie wzięła pod uwagę tego, jak wyglądała. Rozmazany od kontaktu z wodą tusz na jej powiekach i pod oczami, rozwiane, skołtunione i wilgotne rude strąki, odór alkoholu wydobywający się z jej ust i mimowolne kołysanie się w miejscu raczej nie dodawały jej uroku. Co prawda, miała mokre ubranie, ale biały top przyklejony do jej ciała, który nie pozostawiał wątpliwości, czy nosiła stanik, oraz umyte stopy były przecież na plus. Prawdziwa miss mokrego podkoszulka. Czego tu nie chcieć?
Nawet starszy kolega pana mundurowego nie przeszkadzał jej w próbach podjęcia flirtu przez całą drogę na komisariat. Carabinieri był dżentelmenem, który przeprowadził ją po schodach do recepcji, przy której się zatrzymał. Stanęła tam sobie grzecznie, przez chwilę rozglądając się dookoła z ciekawością, bo i tak nie rozumiała włoskiej pogawędki, którą sobie ucięli, gdy wtem zatrzymała wzrok na nieco wystawionej ku niej pupie, całkiem przyjemnie podkreślonej przez materiał spodni. Nie zastanawiając się nad niczym, po prostu wyciągnęła ku niej ręce i szczypnęła jeden pośladek.
To się jednak mężczyźnie nie spodobało, bo zaraz zdenerwowany zaczął coś nawijać do niej po włosku, gestykulując przy tym i wskazując na nią kobiecie w recepcji, po czym ktoś szarpnął ją za ramię od tyłu i pociągnął w głąb placówki.
Hej, no, było się nie wystawiać, proszę pana! — krzyknęła jeszcze do wzburzonego faceta, wyraźnie poruszona, jakby to była jego wina, że pozwolił sobie na coś takiego w jej towarzystwie.
Po chwili Ade została poddana przesłuchaniu przez panią funkcjonariusz, dla odmiany po angielsku, której włoski akcent pozostawiał jednak trochę do życzenia. Większość z tych absurdalnych zarzutów to był przypadek, co podkreśliła kilkukrotnie, coraz bardziej oburzona zrzuceniem na nią winy za nie odpowiednio zabezpieczoną pracę artysty spod rynsztoka.
Kolejna część jej pobytu na komisariacie była znacznie ciekawsza, bo postanowili zrobić jej sesję zdjęciową. Stanęła pod ścianą z tabliczką i zaczęła pozować, świetnie się przy tym bawiąc. Funkcjonariusze obok, sądząc po ich minach, mieli za to zupełnie inne poczucie humoru. Sztywniaki, przemknęło jej przez myśl, gdy po raz enty kazali jej się uspokoić.
Następnie przyprowadzili ją do celi, w której poznała pewną skąpo ubraną Włoszkę. Na szczęście, w związku z pracą w firmie współpracującej z wieloma cudzoziemcami, znała angielski i szybko znalazły wiele ciekawych tematów do rozmowy, o których zamierzała później opowiedzieć również Zoi.
I gdy tak rozmawiały w najlepsze o tym, jak bardzo trzeba mieć wytrenowane ciało, żeby tańczyć na rurze, w końcu pozwolono jej na wykonanie jednego telefonu. I Ade dokładnie wiedziała, do k o g o chciała się w tej chwili odezwać. I to wcale nie tak, że nie pamiętała zbyt wielu numerów, a po prostu naprawdę poczuła potrzebę odezwania się do Murraya.
Gdy tylko usłyszała jego głos, uśmiechnęła się od ucha do ucha, jakby przez słuchawkę chciała go zapewnić, jak bardzo cieszyła się, że odebrał.
Czeeeeść, braciszku — zaczęła, przeciągając głoski. — Dzwonię cię tylko poinformować, że bawię się, jak nigdy. Włochy są wspaniałe! Jedzenie jest pyszne, wino jeszcze lepsze, a te widoki… — westchnęła przeciągle, mając na myśli kompletnie co innego, niż większość normalnych turystów. — Tylko niektórym chyba brakuje poczucia humoru — ściągnęła brwi strapiona. — Ale wszyscy są tutaj taaacy mili. Na przykład teraz siedzę sobie w celi, małej, ale całkiem wygodnej, z taką Candy, którą niesłusznie posądzono o ulicznictwo. Dasz wiarę? Od kiedy obciąganie to grzech, skoro to lubi? — załamała ręce z niedowierzaniem. Zaraz jednak wróciła do meritum rozmowy, przez cały ten czas nie dadząc mu dojść do słowa. — W każdym razie w życiu nie bawiłam się tak dobrze i chyba zostanę tu na zawsze. W sumie to jest zajebisty pomysł — dodała nagle i pokiwała do siebie głową z pełną aprobatą. — Będziesz mieć tatusia i firmę tylko dla siebie, bez wkurwiającej nieudacznicy obok. Po prostu nic, tylko żyć! — Kątem oka zauważyła nerwowość jednego z mundurowych, który zaczął iść w jej kierunku. — Życzę ci niedobrego dnia. Pieeeeprz sięęęę! — rzuciła pospiesznie słodkim tonem głosu i posłała mu szeroki uśmiech, który miała nadzieję, że dotrze do niego przez tę słuchawkę, po czym odwiesiła ją w nieświadomości, że wcale nie zakończyła połączenia. — No, już dobrze, dobrze. Jestem już z powrotem wasza — uśmiechnęła się zadowolona, zanim znów została poprowadzona do celi.

Reece Murray
28 y/o
For good luck!
190 cm
Napalony dziennikarz CBC Toronto
Awatar użytkownika
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie tak, że po kłótni z Adeline Reece nie mógł spać. Spał jak dziecko, upojony kolejną butelką whisky, zmęczony wspomnieniami awantury oraz dniami, które był zmuszony spędzać z Bronte. Miał wrażenie, że w ostatnim czasie jego życie stało się bardzo kapryśne.
Dochodziła dwudziesta, więc właściwie dopiero rozpoczynał swój maraton z bursztynowym trunkiem. Leniwie przeciągnął się na kanapie, po czym wstał i podszedł do zalegających od kilku dni na kuchennym blacie pustych butelek oraz szklanek. Sięgnął po jedną z nich i napełnił ją po sam brzeg. Następnie upił solidny łyk i syknął, czując, jak alkohol spłynął mu po gardle.
Och... you touch my tra la la — zaśpiewał tekst piosenki, którą włączył sobie w tle. — Mmm... my ding ding dong.
Tanecznym krokiem podszedł do obszernych okien apartamentu i spojrzał na gasnącą panoramę Toronto. Starał się po raz kolejny nie wracać myślami do Adeline, która nieproszona, wkradała się do jego głowy każdego wieczoru. Z jednej strony czuł ulgę, że w końcu dowiedziała się o perypetiach związanych ze swoim wypadkiem. Z drugiej... nie powinna była usłyszeć o tym w momencie, w którym wcześniej wyrzucił jej całą masę nieprzyjemności.
Rozgoryczony upił kolejny łyk. Potem jeszcze jeden i jeszcze, aż z tej przytłaczającej melancholii wyrwał go dźwięk telefonu. Niechętnie zbliżył się do urządzenia, a następnie przyłożył aparat do ucha i rzucił ochrypłym głosem:
Co? — zamiast słucham, kto dzwoni?
Głos rozpoznał od razu, jednak zdziwił się telefonem od siostry, zwłaszcza po tym, w jak podły sposób rozstali się tamtego feralnego dnia. W dodatku sądził, że była we Włoszech. Nawet wnioskował z relacji Zoi, która oznaczyła Adeline, że świetnie się bawiła i raczej nie miała czasu na takie uprzejmości jak kontakt z bratem.
Jeszcze nie odpowiedział. Napił się za to ponownie, jednocześnie uważnie słuchając dalszej części wypowiedzi. Oczywiście, że Włochy były wspaniałe. Odwiedził je wielokrotnie i nie śmiał w to wątpić, więc przynajmniej uśmiechnął się na wieść, że urlop jej się podobał. Nawet dziwne ciepło rozlało się w sercu Reecea, bo mimowolnie pomyślał, że lada moment przejdą do zwyczajnej pogawędki, a sama kłótnia rozejdzie się po kościach.
I znowu się napił. Jednak właśnie wtedy wspomniała coś o celi, na co Reece aż zachłysnął się z wrażenia. Opluł się whisky, a bursztynowy trunek szybko zaczął spływać mu po brodzie.
Siedzisz we włoskiej celi z kurwą? — nazwał rzeczy po imieniu. Nie miał jednak pewności, czy Ade w ogóle go usłyszała, bo trajkotała bez przerwy, nie dopuszczając go do głosu. Im więcej mówiła, tym mniej rozumiał, a nerwy szybko zaczęły brać w nim górę, kiedy wspomniała o firmie i ojcu. Nie wiedział, ile razy miał jej jeszcze powtórzyć, że zupełnie go to nie interesowało, ale nie to było teraz najważniejsze!
Gdzie dokładnie jesteś? — wtracił, choć został zinorowany. — Adeline, wyciągnę cię, ale gdzie dokładnie jesteś, do cholery?! — krzyknął dokłądnie w tej samej chwili, w której rudowłosa poetycko kazała mu się pieprzyć, po czym najwyraźniej odsunęła się od słuchawki, bo zaczął słyszeć tylko jej przytłumioną rozmowę z funkcjonariuszami.
Mocniej przycisnął telefon do ucha, jakby dzięki temu mógł usłyszeć każde jej słowo. Serce waliło mu w piersi w niewiarygodnym tempie i właściwie po raz pierwszy od bardzo dawna Reece Murray poczuł naprawdę prawdziwy strach.
Halo? Halo? Wpłace każdą kaucję, tylko oddajcie mi siostrę! — wrzasnął, jednak odpowiedziała mu jedynie głucha cisza. Ktoś z hukiem odłożył słuchawkę, wprawiając Ree w olbrzymą konsternację.
I co miał począć? W rytm kolejnej zwrotki Och... you touch my tra la la, trzęsącymi się dłońmi wszedł na instagram Zoyki i ponownie odtworzył jej relację w poszukiwaniu lokalizacji. Misano, rzuciło mu się w oczy, więc pośpiesznie zaczął drążyć dalej.
Niestety, problem pojawił się w momencie, gdy okazało się, że dyspozytor nie potrafił porozumieć się ani po angielsku, ani po francusku, ani po portugalsku. Spróbował nawet po arabsku, ale jedyne, co udało mu się zrozumieć, to że jakiś bardziej ogarnięty przedstawiciel jednostki pojawi się rano.
We Włoszech była druga w nocy.


Adeline Covington
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy Adeline czuła wyrzuty sumienia w kwestii telefonu do brata? Według niej to była świetna okazja, żeby go podręczyć, czego wprost nie potrafiła sobie odmówić.
Wciąż żywiła do niego urazę za ich kłótnię, która tak naprawdę stała się zapalnikiem tego wyjazdu. I choć włoskie wino wyjątkowo dobrze znieczulało ją na problemy pozostawione w Kanadzie oraz pozwalało jej się zdystansować do wszystkich minionych wydarzeń, tak myśli o Ree od czasu do czasu nieoczekiwanie przemykały przez jej umysł. Za każdym razem miała wtedy ochotę przewrócić oczami.
Za wszystkie rzeczy, które o niej mówił, uznała za najlepszą zemstę w sposób iście perfidny doprowadzić go do zawału. Uśmiechała się na samą myśl, że nie zaszkodzi mu się trochę pomartwić, za co sam był sobie winien.
Nie spodziewała się jednak, jak jej lekkomyślne niefrasobliwe zachowanie w rzeczywistości zostało przez niego odebrane. W tej błogiej nieświadomości powróciła do celi, finalnie usypiając na kolanach użyczonych jej przez Candy.

Obudził ją łoskot otwieranych krat. Podniosła się zbyt gwałtownie, przez co momentalnie poczuła zawroty głowy, ale kiedy usłyszała od funkcjonariusza, że kaucja została wpłacona i może wyjść, odetchnęła z ulgą.
Widok Zoi czekającej na nią na korytarzu był wszystkim, czego było jej w tym momencie potrzeba. Gdy tylko ją zobaczyła, miała ochotę puścić się do niej biegiem, ale całe jej zesztywniałe, zmęczone, obolałe ciało po nocnych przygodach odmawiało jej posłuszeństwa. Mimo to jak tylko znalazła się przy niej, mocno ją przytuliła.
Nareszcie! — westchnęła. — Co tak długo? — dopytała zaraz z odrobiną pretensji w głosie, odsuwając się od przyjaciółki i spoglądając na nią spod zmrużonych oczu, by po chwili parsknąć śmiechem na znak, że tylko się droczyła. — Cholera, jak zimno! — zawołała jeszcze, wzdrygając się na chłodne powietrze w pomieszczeniu. Wyglądało na to, że alkohol przestawał już ją grzać od środka.
Po chwili mimowolnie przeniosła spojrzenie na stojącego nieopodal tajemniczego, milczącego nieznajomego, którego nawet z pozoru zwykły dres wyglądał na wykonanego z wysokiej jakości materiałów. Przez jej głowę przeszła myśl, że na miejscu Zoi cieszyłaby się, mając takie geny dla dziecka nawet, jeśli tego dziecka nie było.
Rozumiem, że dotrzymałeś umowy? — rzuciła do niego z dozą ostrożności, a widząc, że Lucien skinął głową z rozbawieniem, przez jej twarz również przebiegł zadowolony uśmiech. — Dzięki za pomoc. Chociaż mam nadzieję, że Zoya stosownie odwdzięczyła się za mnie — przyznała i niemal dostała klapkiem po łapach, co skwitowała piśnięciem, ale ostatecznie postanowiła zignorować.
O jaaa, to dla mnie? Dzięki, kochanie! — ucieszyła się na widok klapek, które wysunęła , rąk przyjaciółki i pospiesznie je wciągnęła na bose stopy, z aprobatą odkrywając, że były w jej rozmiarze.
Dobra, lepiej spadajmy stąd, zanim znowu mnie o coś posądzą — zarządziła nieco żartobliwym tonem, odbierając od dziewczyny również bluzę, którą naciągnęła przez głowę.
Dopiero po chwili zastanowiło ją, skąd te rzeczy miała i ją olśniło — ten facet był naprawdę w porządku. Gdy w dodatku zaprowadził je do swojego Mercedesa, zanim weszła do auta, posłała ciemnowłosej wymowne spojrzenie, które mówiło — tym razem nie wykręcisz się, chcę znać wszystkie szczegóły!
Resztę drogi do hotelu dziewczyn, którego adres udostępniła kierowcy, przegadała, relacjonując jej wizytę na komisariacie. Szczęście w nieszczęściu, miała dobrą pamięć do szczegółów.

Zoya Weasley Lucien Spencer
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dobranoc, Lucien — rzuciła po sam czubek głowy zrolowana w kołdrę.
Rano najpewniej spałaby do południa, jednak obudził ją natarczywy dźwięk telefonu.
Mimowolnie, zapomniawszy, gdzie dokładnie się znajdowała, wyciągnęła ramiona spod pierzyny i przypadkiem zahaczyła dłonią o szyję rozmawiającego przez aparat mężczyzny. Pośpiesznie schowała rękę i wyjrzała ponad nakryciem, prędko przypominając sobie wszystkie wydarzenia.
Przez całą noc spała jak zabita, ale teraz musiała powrócić do życia. Usiadła więc i wciąż zakopana w pieleszach, niecierpliwie czekała, aż Lucien skończy rozmawiać. Na wiadomość o decyzji w sprawie kaucji jej wzrok nabrał intensywności, a zaraz rozbłysł ekscytacją, kiedy usłyszała, że mogli zabrać Adeline z komisariatu.
Wielce uradowana szybko wyskoczyła z łóżka i pobiegła szukać swojej spódniczki. Ta leżała beztrosko tam, gdzie ją upuściła, więc zaczęła wsuwać ubranie na biodra. Była tak zaabsorbowana, że nawet nie spostrzegła, kiedy Lucien poszedł otworzyć drzwi i odebrał coś z wycieraczki.
Wzdrygnęła się, w momencie w którym do niej podszedł z pudełkiem. Wpierw nie rozumiała niczego. Zerknęła raz na twarz mężczyzny, a raz na opakowanie, które z wyraźną ciekawością otworzyła.
Lokowanie produktu — zaśmiała się uroczo, przeglądając kolejne rzeczy.
Było to miłe, zwłaszcza teraz, kiedy tak desperacko potrzebowała butów i świeżych ciuchów. Podeszła do stolika, aby na moment odłożyć pakunek, po czym z równą niecierpliwością ściągnęła z siebie za dużą koszulkę Luciena i ubrała tę z pudełka. Następnie ładnie upchnęła ją w pas jeansowej spódniczki. Potem wsunęła stopy w klapki i z uśmiechem stwierdziła, że pamiętał jaki nosiła rozmiar, bo pasowały idealnie.
Dopiero później zauważyła dwie plakietki. Uniosła je i pokiwała nimi w kierunku mężczyzny.
Wejściówki? — zapytała, a kiedy udzielił jej odpowiedzi, natychmiast pokiwała głową. Nie spodziewała się takiego gestu, więc przez parę sekund, może odrobinę zbyt długo, patrzyła na Luciena z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Po chwili jednak, tak jak to Zoya uroczo potrafiła, zmarszczyła nos i posłała mu szeroki uśmiech. — Niekoniecznie kibicuje Kanadzie. Zaczęłam kibicowac tobie, Lucien. To miłe, dziękuję

Z mocno bijącym sercem jechała po Adeline, wpatrując się tępo w jeden punkt na drodze. Martwiła się, chociaż miała wrażenie, że właściwie nie miała już czym, bo Lucien wydawał się wiedzieć, co robić.
Była mu ogromnie wdzięczna za zaangażowanie, a jednocześnie tak bardzo brakowało jej słów, aby wyrazić co czuła, że przez połowę trasy milczała. Dopiero później, kiedy wyszli z kawiarni, zaczęli rozmawiać na lżejsze tematy.
Bezpośrednio na komisariacie była bliska zwymiotowania ze stresu, jednak w odpowiednim momencie, jakby wyczuł jej stan, Lucien złapał ją za rękę. Mocno zacisnęła palce na jego skórze i nerwowo wciągnęła powietrze. Tylko tyle wystarczyło, aby się uspokoiła.
Adeline! — wrzasnęła niczym wariatka i pośpiesznie wystąpiła o krok, aby zaraz objąć przyjaciółkę ramionami. Całe zdenerwowanie momentalnie zniknęło, kiedy wtuliła nos w jej włosy. — Ciesz się, że wyszłaś dzisiaj — prychnęła ni to poważnie, ni żartobliwie.Następnie, widząc, że było jej zimno, wyciągnęła z torby bluzę Luciena i przełożyła ją rudowłosej przez głowę. — Masz. Jeszcze tego brakuje, żebyś się przeziębiła.
Wyglądały jak fanki.
Jaką umowę? — zapytała. Spoglądnęła wścibsko to na Luciena, to na Adeline. — Nie podpisuj z nim żadnych umów — dodała, ostrzegawczo wytykając palec w stronę przyjaciółki. Miała jednak wrażenie, że została zignorowana, bo kobieta dalej mówiła do Luciena. W pewnym momencie złapała więc Adeline za policzki i zmusiła ją, aby spojrzała w jej stronę. Potem zabrała jedną rękę i impulsywnie spróbowała zdzielić ją klapkiem, który de fakto również wyciągnęła z torby. — Sama masz spłacić swoje długi. Musisz oddać całą kaucję — poinformowała, ale po raz kolejny Covington zdawała się ją zignorować i zamiast tego wyraziła zachwyt nowym obuwiem.
Wtedy Zoya skrzyżowała ramiona i po prostu się zaśmiała. Zaraz posłała Lucienowi przepraszające spojrzenie, ale on również nie wydawał się szczególnie przejęty zachowaniem Adeline. Najwyraźniej zdążył już przywyknąć do tego wariactwa, więc w znacznie lepszych nastrojach cała trójka opuściła komisariat.

Koniec.

Lucien Spencer Adeline Covington
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”