ODPOWIEDZ
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Człowiek musiał sobie radzić niezależnie od okoliczności, prawda?
Te zdecydowanie nie sprzyjały Oscarowi już nie tyle pod względem jakichkolwiek nowych informacji na temat jego brata - czuł się trochę tak, jakby utknął poważnie w swoim śledztwie - ale samego życia na ulicy. Jeszcze kilka tygodni temu do głowy by mu nie przyszło, że mógłby spędzać kolejne dni tułając się od miejsca do miejsca, starając się przeżyć kolejny dzień. W domu toczył swoją osobistą walkę o przetrwanie, ale przynajmniej deszcz mu na głowę nie kapał i nie musiał przeszukiwać kontenerów, by znaleźć coś do jedzenia. A już tym bardziej nie musiał tak często kraść, bo niestety podobne przewinienia zdarzyły mu się w przeszłości, kiedy jego rodzice niespecjalnie przejmowali się zawartością pustej lodówki, wlewając w siebie kolejne porcje alkoholu lub ukradnie coś wciągając.
Czuł do siebie zażenowanie za każdym razem, gdy korzystając z zamieszania w sklepie, chował do kieszeni jakiś batonik, ewentualnie puszkę napoju. Nigdy nie wynosił wiele, przynajmniej jednorazowo. Ot, wystarczająco, żeby zaspokoić głód, który mu doskwierał. Ile jeszcze miał tak żyć? Miał opcję, mógł zgłosić się do Patricka, ale jego duma mu w tym nie pozwalała. Zrezygnował z ciepłej kanapy i pełnej lodówki na rzecz własnych ambicji i przekonania, że poradzi sobie, jak zawsze, sam. Czy to nie nazywało się przypadkiem głupotą?
Kopnął puszkę znajdującą się przed nią. Wiedział, co za chwilę zrobi - wejdzie do tego przeklętego sklepu i wyniesie kolejną rzecz. Nie miało znaczenia co, byleby było jadalne i nie zawierało pomidorów, bo jeszcze mu brakowało, żeby się pochorował! Chciał po prostu zjeść, by ostatecznie po raz kolejny zastanowić się nad planem na kolejny dzień. Jeszcze trochę, a całkiem wciągnie go ta bezdomność i zostanie jak Stellan - uzależniony od narkotyków.
Wsunął się do środka, starając za wszelką cenę nie wzbudzać podejrzeń. Jak dobrze, że zajmuał komuś z wieszaka koszulkę! Trochę za dużą, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Przechadzał się pomiędzy alejkami, obserwując sprzedawcę i jednego z pracowników, który dokładał towar. Wydawał się być jakoś dziwnie niebezpieczny, może recydywista, który pomyślnie przeszedł resocjalizację i został zatrudniony na próbę? Oscar nie miałby niczego przeciwko takiej pracy, może czas było to przemyśleć?
Schował do kieszeni batonik zbożowy, dokładając do tego paczkę cukierków. Pożywne jak cholera. Chciał dobrać do tego jakieś jabłko lub inny owoc, ale najwidoczniej poczuł się za pewnie i swobodnie, a może po prostu zbyt zachłannie i został przyłapany. Poczuł, jak ktoś go szarpie i chociaż starał się uwolnić, nie na wiele się to zdało! Od słowa do słowa, szarpnięcia do szarpnięcia i Oscar wyleciał przez sklepowe drzwi przy akompaniamencie krzyków i gróźb, że jeśli tu jeszcze raz wróci, straci nie tylko nogi, a i resztę kończyn.
Uderzył w bruk, rozpłaszczając się na nim niczym rozjechana przez samochód żaba. Wspaniale, teraz na dodatek bolały go plecy i dupsko, a na domiar złego rzeczy, które zdążył schować do kieszeni spodni, zostały mu w brutalny sposób odebrane.
Jak to się mówi - całe życie szmatą w pysk.

franklin cosgrove
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

2

quiet when i'm comin' home and i'm on my own


Zwykle nie robi sobie zakupów sam. Wcale nie dlatego, że jest rozpoznawalny czy ważny. Prędzej przez ograniczenia, jakie narzuca mu trwająca zaledwie dwadzieścia cztery godziny doba. Dwa treningi dziennie, pomiędzy nimi odwiedziny u Louise i szybki obiad, a później siłownia, samotna analiza materiałów z ostatnich meczów Toronto FC (zupełnie jakby nie byli jego drużyną, a przeciwnikiem) i długi prysznic (wreszcie samotny). Czasami w międzyczasie dochodzi mu coś jeszcze. Spotkania ze sponsorami, wydarzenia klubowe albo wywiady – wtedy zwykle kładzie się do łóżka od razu po przekroczeniu progu domu. Odpoczywa tylko we śnie. Czasami jeszcze w dojazdach, ale rzadko. Zwykle sprowadzają się do zirytowanego stukania palcami o kierownicę samochodu, obfitego rzucania przekleństwami (wnętrze jego auta jest jedynym miejscem, gdzie może robić to bez konsekwencji) i próbami zrelaksowania się muzyką, która, jeśli już, tylko bardziej go rozdrażnia. W którym momencie ludzkości przyjęło się, że piskliwe melodie wydawane przez skrzypce są dźwiękiem, który odpręża?
Życie Franka to bałagan. Nie tylko z powodu wszystkich tych kłopotów, które spotykają go po powrocie do Toronto, ale przede wszystkim dlatego, że brakuje mu czasu. Nie ma chwili na wyjście do supermarketu, więc ratuje się dietami pudełkowymi albo zamówieniami składanymi w sklepach, które oferują dowóz produktów do domu. Asortyment Loblaws zwykle jest wystarczający, chociaż okazuje się, że nic nie jest w stanie ocalić go przed wieczorami takimi jak ten; gdy po dziesięciu minutach przetrząsania lodówki w poszukiwaniu jogurtu naturalnego Franklin wreszcie akceptuje fakt, że go tam nie ma, więc musi wciągnąć na siebie koszulkę, wskoczyć w samochód, a potem spróbować swojego szczęścia w najbliższym sklepie spożywczym. O godzinie dziewiętnastej czterdzieści nie ma zbyt wielkiego wyboru, ale kiedy dociska nogę do pedału gazu i nieco przekracza dozwoloną prędkość, po dziewięciu minutach udaje mu się zaparkować pod migającym szyldem z nazwą sklepu.
Ku własnemu zdziwieniu, zamiast wejść do środka, żeby zaopatrzyć się w ostatni składnik cholernej marynaty do kurczaka, staje na kilka metrów od automatycznie rozsuwających się drzwi o nieskazitelnie czystych szybach, aby przyjrzeć się temu, jak rosły sprzedawca wyrzuca na zewnątrz wątłego chłopaczka. Jego ciało ląduje na ziemi bez oporu, jak szmaciana lalka. Sprzedawca krzyczy coś o złodziejach i policji. Franklin zastanawia się, czy widzi tego samego chłopaka, co on.
Kiedy w końcu parking cichnie, a nerwowa szamotanina spływa do ram przeszłości, podchodzi do wciąż leżącego na ziemi kształtu. Inni kręcący się po parkingu ludzie, starsza kobieta odprowadzająca do sklepu mały wózek i młoda, wymalowana dziewczyna w skórzanej kurtce dłuższej niż jej spódnica, odwracają wzrok. Gdyby w tamtym momencie ktokolwiek zapragnął dorzucić swoją cegiełkę w walce z osiedlowymi złodziejami, nikt by tego nie dostrzegł.
Frank zawisa nad rozpłaszczonym na betonie chłopaku i wyciąga w jego stronę dłoń.
Mocno się poobijałeś? – pyta tak naturalnie, jakby chwilę temu wcale nie usłyszał wykrzyczanych w jego kierunku inwektyw. W nagłej ciszy otaczającej wejście do sklepu jego głos rozbrzmiewa pewnie i zbytecznie głośno.

Oscar Malone
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czuł się zażenowany sam sobą oraz sytuacją, w której się znalazł. jeszcze trochę i nie zacznie poznawać swojej osoby, zmieniając się każdego dnia na gorsze. Czy właśnie tak działała na ludzi ulica i potrzeba, którą trzeba było zaspokoić? Może właśnie dlatego tak ciężko było się wyrwać z macek wolności, kiedy ostatecznie dało się im pochwycić. Z tym, że Oscar zrobiłby niemal wszystko, by się z tego wyplątać, wracając do normalnego życia, w którym miał gdzie spać i nie musiał się martwić, że zaraz zacznie mu na łeb deszcz kapać. Co z tego, że jego poprzednie życie było niemal podobne, tylko nakrapiane większą dozą strachu i bólu? Mógł znaleźć wiele podobieństw, a jednak w ostatecznym rozrachunku nie odbierało mu człowieczeństwa, jedynie rozrywając duszą. A to zasadnicza różnica!
Wpatrywał się w jasne niebo pokryte sporadycznie chmurami, które wolno płynęły po sklepieniu. Wyglądały tak spokojnie i gdyby nie fakt, że słyszał na koło ludzi, jak również samochody, mógłby sobie wmówić, że znajduje się na jakiejś wygodnej trawie i podziwia widoki. Może chociaż przez chwilę odczuwałby mniejsze zawstydzenie, które wynikało głównie z tego, że widzieli go inni. Patrzyła na niego ta staruszka z wózkiem oraz dziesięciolatek, który zajadał się ciastkiem czekoladowym. Takiemu to było dobrze, nie musiał się póki co przejmować, że czegokolwiek mu zabraknie.
Westchnął. Chyba czas było się podnieść, zanim ktoś pomyśli, że stało mu się coś poważnego, chociaż po krzykach ochroniarza i sklepowego pracownika pewnie nikt nawet nie pokusiłby się o wezwanie karetki.
Niespodziewanie światło słoneczne zostało przyćmione, a na twarz chłopaka padł cień. Spojrzał na sprawcę oceniając na szybko czy przeżyje, czy właśnie dokona ostatniego tchnienia. Stawiał na opcję pierwszą, bo nieznajomy wyciągnął w jego stronę dłoń. gdyby chciał się go pozbyć, dokuczyć czy zrobić cokolwiek, pewnie już teraz by go kopnął.
-Poobijałem? nie no, ja tylko leżę i niebo podziwiam. No bo patrz - ta chmura wygląda jak sikający pies! - wskazał palcem na obłok, który miał kształt niczego. Zaraz jednak wypuścił z siebie zrezygnowane powietrze. - Poobijała się moja godność, ciało jest przyzwyczajone do większego karambolu - skomentował lekko, jakby to była najnormalniejsza rzecz. Dla kogoś, kto wychował się w takich warunkach z pewnością tak było. Ten upadek mógł mu przynieść jedynie siniaki, dawne uderzenia zostawiły blizny.
Złapał dłoń, dając się pociągnąć do góry. Cholera, ten chłopak był wyjątkowo silny. Ewentualnie Oscar taki chudy, co stanowiło idealna combo, w które nie trzeba było wkładać żadnego wysiłku. Otrzepał i tak brudne ubrania, stwarzając pozory. Nie wiedział jakie, ale może w ten sposób będzie wyglądał mniej podejrzanie.
-Hm, dzięki. Zabawne, że podszedłeś. Bo ludzie to się raczej nie interesują - wyrzucił z siebie, lekko ramionami wzruszając. Znieczulica społeczna to choroba dwudziestego pierwszego wieku. - Trochę żenujące, że byłeś tego świadkiem - dodał, trochę zawstydzony. No bo co, nie jego wina, że jego wybawca był przystojny.

franklin cosgrove
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Sweet Potato”