36 y/o
spin that record, babe
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
I could play the doctor
I can cure your disease
If you were a sinner
I could make you believe
Lay you down like one, two, three
Eyes roll back in ecstasy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy wcześniej nie brała udziału w czymś podobnym. Był to pierwszy raz, gdy się wpakowała w coś podobnego. To był świat, do którego nie miała większego dostępu. Zdawała sobie sprawę z jego istnienia i tego, że znajdował się tuż obok, ale nigdy nie wchodziła do środka.
Nie sądziła, że będzie świadkiem takich scen. Dlaczego w ogóle robili to na jej oczach? Chcieli świadka? Czy na ogół nie lepiej było rozgrywać takie sceny z daleka od oczu tych, którzy nie powinni mieć do niego dostępu.
A jednak była tutaj. Na kanapie w loży pomiędzy właścicielem the Rapture, a jego dilerem, który niedawno zaczął biegać dla kogoś innego i rozprowadzać trefny towar, który godził w reputację Monroe. Nie mogła zatem naprawdę w żaden sposób winić mężczyzny za to, że gotował się w nim, całkiem uzasadniony, gniew. Nawet jeśli go nie widziała to zdawała sobie sprawę z jego obecności. W końcu na coś takiego człowiek nie potrafił pozostać obojętny.
Ciężar całej tej sytuacji coraz bardziej osiadał na jej barkach. Żołądek zawijał się, co rusz w jeszcze ciaśniejszy supeł, a w klatce piersiowej ściskała ją wzbierająca panika. Nie na takie rozwinięcie wieczoru liczyła. Myślała, że wyjdzie z lokalu dość szybko, a cokolwiek Vincent postanowi to załatwi to poza jej zasięgiem wzroku. Tak się jednak nie stało.
Nie miała pojęcia czy chłopak mówił prawdę czy może kłamał w wyjątkowo desperacki sposób. Nie znała go wystarczająco. Ot, mignął jej parę razy w Tranzac i to byłoby na tyle. Teraz jednak mogła obserwować coś, co było zapewne jego ostatnimi chwilami.
Widziała to jak Monroe wysuwa spod marynarki pistolet, który wylądował na stole. Przez moment Attwood była przekonana o tym, że mężczyzna go najzwyczajniej zastrzeli skoro nie miał godziny. Chociaż nie... Dźwięk wystrzału mógłby nie przebić się do imprezowiczów przez zasłonę z dudniącej muzyki, ale za to rozbryzg krwi zostawiłby za duży bałagan. Ktoś musiałby to wszystko posprzątać, a podobne plamy ciężko się zmywało z niektórych powierzchni. W dodatku Vincent nie wyglądał na takiego, który lubił brudzić... Zadziwiające o czym to też człowiek potrafił myśleć w sytuacjach stresowych.
- Czy naprawdę jest to konieczne, panie Monroe? - zapytała w końcu, gdy tylko zanoszący się szlochem Ricky, chwycił drżącymi palcami woreczek pełen podrobionych tabletek.
Nie chciała być częścią tego wszystkiego. Nie chciała patrzeć na to jak siedzący obok niej chłopak umiera, ale nie mogła też sprzeciwić się temu wszystkiemu w sposób, który naraziłby ją samą. Za bardzo ceniła własne życie.
- Chłopak już się posrał ze strachu. Dostał nauczkę... Nie lepiej dać mu szansę, by odpracował to wszystko? Jeśli znowu wpadnie mu coś tak durnego do głowy to mógłby mu pan zafundować bardziej bolesną przeprawę - zaproponowała, starając się ignorować dilera, który wpatrywał się w nią z jeszcze większym strachem, o ile było to jeszcze możliwe.
Starała się uratować mu życie. Nie była pewna w jaki sposób mogłaby przemówić do właściciela klubu, aby oszczędził tego młodego zdrajcę, który siedział teraz naprzeciw niego. Czuła z jakiegoś powodu, że może to być zadanie prawie że niewykonalne.
- On może ci powiedzieć kto chce cię wysadzić z interesu, Vincencie - powiedziała jeszcze, mając nadzieję, że ten argument będzie bardziej przekonujący. - Pozwól mu się wyrzygać to może ci powie.
Miała wrażenie, że chłopak był na tyle nastraszony, że nigdy więcej nie próbowałby działać na szkodę swojego szefa. Sama Ophelia natomiast czuła jak stres zebrany w ciele, powoli rozsadza ją od środka. Żałowała, że nie ma w tym momencie już niczego, co mogłaby w siebie wlać.
- Nie mamy podobnych problemów... Nasz klub nie bawi się po ciemnej stronie mocy - odpowiedziała, bo nie borykali się z czymś takim.
Taka była prawda. Jeśli któryś z pracowników sprawiał problemy to był zwyczajnie zwalniany. Były to zwyczajne kłopoty, z którymi borykały się zwyczajne lokale. Na pewno nie było to coś z czym miałaby wcześniej do czynienia...

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mało ludzi miało okazję doświadczać konsekwencji własnych działań w jego branży.
Zdecydowana większość lubowała się w fakcie tego, że mógł załatwić wszystkie posiadane przez nich problemy. To jego ręce były pokryte lepkim szkarłatem, to jego ciało zroszone potem wykonywanych działań, których nikt nigdy nie chciał być świadkiem.
Ludzie chcieli, by problemy znikały - nie dbali o to w jaki sposób miało się to zadziać.
Pojawiali się w progu jego klubu z kopertami wypełnionymi pieniędzmi bądź informacjami, które mogły go zainteresować. W zamian za to wskazywali mu nazwiska, towary, miejsca, w których powinien się pojawić - wszystko obrane w transakcyjny, biznesowy żargon, który równie dobrze mógł wybrzmiewać w sali konferencyjnej na szczycie jakiegoś położonego w Downtown wieżowca.
Załatw to, spraw, żeby to zniknęło, zgarnij to, mogą być komplikacje.
Nie byli w Downtown.
Nie posługiwał się pistoletem leżącym na blacie, a jednak nie sposób było go zignorować. Metal broni błyszczał w półmroku panującym w loży, jej lufa niebezpiecznie przypominała o swojej obecności zalanego łzami chłopaka, którego ręce drżały gdy sięgał po tabletki. Zdawał się być głuchy na słowa tkwiącej obok kobiety, która jeszcze chwilę wcześniej chciała, żeby to załatwił.
W końcu czy nie przyszła do niego z problemem?
Czy Ricky nie był tym problemem, sprzedając towar, przez którego niewinna dziewczyna zmarła w klubie, w którym menadżerem była Ophelia Attwood?
A jednak postawiona obok rozwiązania, nie chciała w nim uczestniczyć. Wręcz przeciwnie, nagle zmieniała swoje podejście, próbując zawalczyć o życie dławiącego się brudnymi narkotykami dilera, jakby oferował mu jakąkolwiek wartość dodaną.
Znał swoją konkurencję. Wytypowanie konkretnej osoby, która sprzedała mu te dragi po taniości, nie było trudne - nie wymagało również utrzymania przy życiu sprzedawcy. Tego typu działania zresztą nie były warte wszczęcia wojny, która rozedrze tę dzielnicę na pół - jego ludzie powinni wiedzieć lepiej, powinni przychodzić z tego typu propozycjami do niego, a nie dokonywać zdrady.
Za zdradę była wyłącznie jedna kara.
Ricky miał zniknąć, tak jak ślina i krew wypływające z jego ust gdy jego ciało zastygło, nim targnęły nim konwulsje. Miał swoich ludzi na policji - wiedział, że nawet, gdyby Attwood ruszyła na komisariat, byłby w stanie pozbyć się śladów i przygotować klub pod rewizję, przeprowadzaną zawsze przez tego samego, opłaconego policjanta.
- Nie wierzę w nauczki, panno Attwood. Wierzę w rozwiązywanie problemów - odpowiedział, sięgając do wymiętej paczki papierosów tkwiących na blacie i wyciągając z niej jednego z nich. - Z tym pani do mnie przyszła, prawda?
Nie wkroczył ponownie na równą stopę, w której się komunikowali. Gdy głowa Ricky'ego uderzyła o blat, a jego ciało trzęsło się pod wpływem natychmiastowego przedawkowania, wydobywał z wnętrza pudełka zapalniczkę i wsuwał sobie papierosa do ust.
- W Tranzac był problem, stworzony przez jednego z moich pracowników działających na własną rękę - powtórzył, z pozorną cierpliwością, choć w jego głosie wybrzmiała ostrzegawcza nuta. - Czy nie wmaszerowała pani do Rapture, krzykiem domagając się, żebym ja osobiście zajął się tym problemem?
Ciało Ricky'ego zastygło, z jego klatki piersiowej wydobyło się ostatnie rzężenie, gdy płuca z desperacką potrzebą domagały się brakującego powietrza, niezdolnego do przeciśnięcia przez jego zamrożone gardło.
- Proszę o tym pamiętać następnym razem - dodał, leniwie podnosząc wzrok na pozbawionego życia, zwiniętego w pół chłopaka, częściowo leżącego na blacie noszącym na sobie ślady krwi i śliny.
Skinął głową w stronę zasłony, ochroniarz uchylił ją lekko, odsuwając się i wpuszczając do środka świeże powietrze.
- Jest pani wolna - zakończył, świadom tego, że jeśli chciała wydostać się z loży, musiała najpierw przejść ponad stygnącym trupem chłopaka, którego wskazała.

Ophelia Attwood
36 y/o
spin that record, babe
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
I could play the doctor
I can cure your disease
If you were a sinner
I could make you believe
Lay you down like one, two, three
Eyes roll back in ecstasy
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie sądziła, że tak to wszystko będzie wyglądać. Nie sądziła, że jej interwencja będzie miała takie konsekwencje. Chciała tylko uchronić własny klub od problemów. Chciała, aby udzie, którzy przyszli się tam bawić nie musieli się obawiać, że oni albo ktoś ze znajomych zejdzie przez trefny towar, który został przemycony do lokalu.
Nie miała jednak świadomości jak konkretnie i ostatecznie zostanie załatwiony ten problem. Być może dlatego, że nie znała Vincenta, jego zasad oraz tego w jaki sposób działał, gdy trzeba było coś załatwić. Myślała też, że zwyczajnie się z nim rozmówi, ale zamiast tego musiała obserwować konsekwencje swoich działań.
Znajdowała się pośrodku klubu, w którym siedzący obok niej chłopak właśnie powoli umierał. To chyba ją przerastało. Nie chciała jednak pokazać po sobie paniki. Nie chciała też wykonać jednego nieostrożnego ruchu, który ją samą mógłby wpędzić w jeszcze większe kłopoty. Nie chciała się narażać. Jedna ofiara była wystarczająca.
Trudno było zachować zimną krew i obojętność, gdy miała przed sobą wymierzoną w jej stronę lufę pistoletu, a obok niej Ricky dławił się własną śliną i krwią, które z przeraźliwym rzężeniem wydostawały się z jego gardła. Nawet jeśli chciała wezwać dla niego lekarza to czuła, że i tak było już za późno. Ilość tabletek zabijała go zaskakująco szybko.
— Tak było, panie Monroe. Nie wiedziałam jednak, że pan również nic o tym nie wie i jak to się skończy dla tego chłopaka — odpowiedziała na tyle spokojnie na ile mogła.
Szła wtedy w ciemno. Nie wiedziała kompletnie nic i teraz się to na niej mściło w taki, a nie inny sposób. Została współwinną morderstwa. Wydała wyrok na człowieka przez samo to, że chciała załatwić to wszystko po swojemu. Zamiast tego została wciągnięta w coś, co przerastało ją w wyraźny sposób. Coś takiego zmieniało człowieka.
Drgnęła, gdy ciało chłopaka uderzyło w blat obok niej i zaczęło tym bardziej trząść się w konwulsjach. Nie miała pojęcia czy powinna patrzeć na niego czy może raczej na Vincenta, który zachowywał się jakby taki widok był dla niego codziennością, czymś, czym nie należy sobie zawracać głowy.
— To chyba lekkie przerysowanie, panie Monroe - zaprotestowała słabo, bo o krzyku nie mogło być tam mowy.
Niemniej miał rację, a ona teraz doskonale zdawała sobie sprawę z tego w co właściwie się uwikłała. Na pewno zapamięta tę nauczkę na całe życie. W zasadzie już trwało ono dłużej niż to Ricky’ego, który zastygł w bezruchu tuż obok niej. Niewidzące oczy były wpatrzone w nią. Przekrwione i szkliste. Zrobiło jej się słabo. Od razu przeniosła spojrzenie z powrotem na właściciela the Rapture.
— Tak po prostu? — zapytała jedynie, gdy oświadczył, że może już sobie pójść.
Wydawało jej się to lekko absurdalne. I szczerze mówiąc nie bardzo chciała teraz się przeciskać obok trupa. Zwyczajnie zastygła w miejscu.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak po prostu.
Tę sytuację można było rozwiązać na tysiąc sposobów i pewnie gdyby panna Attwood postanowiła wezwać do siebie jego managera, być może jedynym dyskomfortem, z jakim wyszłaby z Rapture byłaby potrzeba zamówienia sobie taksówki. Avis był kulturalny i cywilizowany, z pewnością przejąłby od niej wszystkie dokumenty, jakie posiadała i odegrał scenkę bycia niepoinformowanym. Zapewniłby ją, że nikt powiązany z tym miejscem nie sprzedawał żadnych narkotyków ale obiecał, że zajmą się tą sprawą należycie. Podziękowałby jej za jej czujność, paroma komplementami może wyciągnął z niej pewność, że nie posiadała innych informacji i nie przekazała tego, co miała, policji bądź osobie postronnej.
Później zrzuciłby maskę swojej uprzejmości i przeszedłby na zaplecze. Wezwałby ochronę i kazał komuś sprowadzić wszystkich dilerów, którzy wyglądali jak Ricky, następnie urządził mozolny proces próby udowodnienia, który z nich faktycznie to zrobił. Proces, w którym Ricky łgałby jak ścierwo, którym był i który pewnie potrwałby parę godzin, jeśli nie parę dni, a skończył wyrzuceniem nie jednej, a paru osób, na wszelki wypadek.
Jego menadżer załatwiłby to czysto - w jego oczach też skrajnie nieefektywnie.
Skłamałby jednak mówiąc, że wplątanie w to wszystko Attwood miało na celu wyłącznie przyśpieszenie nieuniknionego. Monroe miał własną, zdrową dawkę męskiego ego i sposób, w jaki roszczeniowo domagała się jego audiencji zwyczajnie go zirytował.
Czymże było danie jej nauczki, jak nie połączeniem przyjemnego z pożytecznym?
- Czeka pani na formalne pozwolenie? - odrzucił, jego brew uniosła się w górę gdy mierzył kobietę spojrzeniem, widząc cały kalejdoskop błyszczących na jej twarzy emocji.
Zastanawiał się, z jakiej gliny była stworzona i ile prawdy było w powiedzeniu, że Tranzac nie zajmuje się takimi rzeczami. Od początku uważał ją za twardą babkę, teraz jednak wzrosło w nim przekonanie, że była wyłącznie tym - kompetentną, bezpośrednią kobietą na swoim stanowisku, która z tym światem, do którego ją wciągnął, nie miała nic wspólnego.
- Ochrona może pomóc pani znaleźć wyjście, jeśli będzie miała pani z tym kłopot - dodał, strzepując nadmiar popiołu z papierosa do tkwiącej obok popielniczki.
I dopiero gdy kobieta przecisnęła się koło trupa, wychodząc z dusznej loży wypełnionej fetorem śmierci, skinieniem głowy nakazał ochroniarzom zabranie wciąż ciepłych zwłok przewieszonych przez stół i zaciągnięcie ich na zaplecze, do którego drzwi tkwiły tuż obok.

Ophelia Attwood
koniec
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”