Ktoś podał mu szklankę wody z cytryną – nie prosił o to, po prostu wiedział, że ktoś zawsze to zrobi, zanim zdąży otworzyć usta. Upił łyk, przepłukał nim gardło, dyskretnie splunął do kubka stojącego obok i oddał resztę bez słowa podziękowania. W tym czasie charakteryzatorka po raz ostatni przejechała pędzelkiem po jego czole, z tą nabożną ostrożnością, z jaką dotyka się czegoś kruchego i cennego zarazem.
Potrzebował minuty, by się przygotować. Jak miał w zwyczaju, chodził w miejscu, rozciągał ręce i rozluźniał szyję, by lepiej odegrać swoją postać. Nie miewał tremy. Nie stresował się. Chciał jednak całkowicie wcielić się w swoją rolę. Odciąć się od otaczającego go świata. Tak jakby kamery, światła, mikrofony, promptery i wszystko, co było tylko planową aranżacją, przestało istnieć. Jakby w jednym momencie przeniósł się do świata wykreowanego przez scenariusz. Stał się częścią odgrywanego uniwersum. Krytycy zgodnie chwalili go w recenzjach jego poprzednich filmów, więc chyba był w tym całkiem dobry. Nie. Nie chyba. Był zajebisty i doskonale o tym wiedział. Tak jak cały świat.
Zamknął oczy na sekundę, dwie, licząc w myślach do trzech, tak jak robił to zawsze, na planie i na scenie, odkąd zaczął karierę – mały przesąd, którego nigdy nikomu nie zdradził. Gdy je otworzył, nie było w nich już Arthita Rattanakosina.
Zgasły pomocnicze światła, reżyser zajął swoje miejsce, nastała cisza. Ostatnie kilka sekund, by złapać oddech. Zapach dymu ze sztucznej maszyny wciąż unosił się nisko nad podłogą, a reflektory czekały wygaszone, gotowe wybuchnąć kolorem na sygnał. Statyści zamarli w swoich pozycjach jak aktorzy w woskowym muzeum.
Klaps.
Akcja.
✹✹✹
Stał pod ścianą, bacznie obserwując otoczenie. Nikt go tu nie znał, a przynajmniej taką miał nadzieję. Był nową twarzą w okolicy. Przez co zwracał na siebie niechcianą uwagę. Musiał działać szybko. Jego kontakt się spóźniał. Potrzebował tych danych. Od nich zależało powodzenie jego misji.
Wtedy dostrzegł postać kierującą się w jego stronę. Jego wzrok zdecydowanie był na nim skupiony. Znał tę twarz, ale nie był to Vic. Początkowy szok szybko zniknął z jego twarzy.
Tyler. Nie mógł dać po sobie poznać, że to nie jego oczekiwał. Mógłby się tym zdemaskować.
Odbił się od ściany tuż przed tym, jak ten go przytulił. Bliskość mężczyzny go na moment oszołomiła. Objął go jednak z wzajemnością, maskując przy tym gest jego dłoni. Niewielkie urządzenie bezpiecznie wylądowało w jego kieszeni. Najbardziej krytyczny moment misji się powiódł.
–
Drobna niedogodność. Ważne, że jesteś – wyszeptał zestresowany. Schował swoją twarz w zagięciu szyi mężczyzny. Otulił ją delikatnie swoim ciepłym oddechem. –
Nieważne. Liczą się tylko dane znajdujące się na pendrivie.
Był taki czas, gdy myślał o Tylerze jak o kimś więcej niż tylko o przyjacielu. Nigdy jednak nie zbliżyli się do siebie wystarczająco. Ich drogi się rozeszły. Praca w agencji nie sprzyjała budowaniu relacji. Byli rozsyłani po całym świecie, często nie wracając do swoich rodzimych stron przez lata. Spotkanie tego właśnie mężczyzny, w tym miejscu, było dla niego większym szokiem niż nieobecność Vica.
Mieli wyglądać jak obściskująca się ze sobą para kochanków. Jak niedaleko temu było do scenariusza, który układał sobie raz za razem w głowie przez tyle lat, gdy jeszcze ich drogi się krzyżowały. Teraz miał go tak blisko siebie. Na wyciągnięcie ręki. A jednak jedyne, o czym mógł myśleć, to jak najszybsze zabranie się z tego miejsca i zabezpieczenie delikatnego urządzenia, które zostało mu przekazane.
Dostrzegł nerwowe poruszenie przy wejściu do klubu. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Znaleźli go. Nie planował tego. Myślał, że jeśli dojdzie do tego, to zdecydowanie później, gdy już z zadowoleniem na twarzy będzie wracał do kryjówki. Ktoś musiał go sypnąć. Nie było innego wyjścia. Nie mógł jednak teraz myśleć o zdrajcy. Miał poważniejsze problemy na głowie.
Tyler miał plan. Pozwolił mu się prowadzić. Dał się pociągnąć w stronę kanap. Opadł z cichym stęknięciem na jedną z nich, a później, gotowy już otworzyć usta, zaniechał tego zamiaru, gdy Tyler zajął miejsce na jego kolanach. Przez moment wydawało mu się, że śni na jawie. Że jego marzenia właśnie się spełniają. Pewnie trudno było mu ukryć głupkowaty, wesoły wyraz twarzy.
Gdy ten wpił się w jego usta, przez moment nie oddał pocałunku. Nie z zaskoczenia, ale rozdarty między uczuciami, które nigdy nie wygasły, a powagą sytuacji rozgrywającej się w klubie. Serce waliło mu, jakby zaraz miało wyrwać się z klatki piersiowej, a każda sekunda wahania zdawała się trwać w nieskończoność. Po chwili jednak złapał go mocniej w pasie, przyciągnął agresywnie do siebie i pogłębił pocałunek. Z dziką zachłannością nie odrywał się od jego ust. Palce zacisnęły się na materiale jego koszuli, jakby chciał go przytrzymać przy sobie, choć chwilę dłużej, niż pozwalał na to zdrowy rozsądek. Jego dłoń powędrowała wyżej, po plecach, zatrzymując się na karku, przesuwając się po krótkich włosach u jego nasady. Pod tym dotykiem ciało drugiego mężczyzny zadrżało, jakby opierał się czemuś, czego sam od dawna pragnął. Czuł, jak ciężar drugiego ciała przygniata go do oparcia kanapy, jak bicie serca pod jego dłonią przyspiesza, choć nie wiedział już, czy to jego własne, czy to od Tylera. Ich języki tańczyły w harmonii, gdy za plecami mężczyzny grupka ludzi szukała go z zawziętością. Chciał, by ten moment trwał bez końca.
Gdy zrezygnowany pościg postanowił poszukać go w innym budynku, z niechęcią oderwał się od ust przyjaciela, zostawiając po sobie strużkę śliny i drobny ślad na jego górnej wardze. Chyba się nieco zapomniał. To zbliżenie, pełne pasji i zaangażowania, było czymś, czego się po nich nie spodziewał. Drugi mężczyzna w końcu nigdy nie wykazał nim zainteresowania. Nie miał powodu, by tak się temu oddać. A jednak.
–
Zaskoczyłeś mnie – oblizał spierzchnięte od pocałunku usta. Nie miał pojęcia, ile trwał ten akt. Wydawało mu się jednak, że zdecydowanie dłużej, niż było to potrzebne. –
Chyba mamy ich z głowy.
Nie był sobą. W głowie miał mętlik. Ta bliskość przebudziła w nim coś, co od dawna próbował w sobie zagłuszyć. Nic romantycznego – bardziej surowy, cielesny głód, prosty w swojej naturze, którego nie potrafił tak łatwo nazwać ani ignorować. Nie mógł jednak tracić koncentracji. Jego życie miłosne nie było ważniejsze od misji. Z trudem zepchnął go ze swoich kolan, wstał z kanapy i poprawił ubranie. Odchrząknął głośno, błagając, by jego głos się nie łamał, choć niewielkie były na to szanse. Po czym dodał:
–
Dobrze było cię znowu zobaczyć po tych wszystkich latach. Czas na mnie.
Posłał mu jeszcze ostatnie, nie do końca zrozumiałe dla samego siebie spojrzenie. Jego nieco zaróżowione policzki zdradzały jednak, co tak naprawdę działo się w jego sercu. Nie był sobą. Nie zatracił się tak w kimś od bardzo dawna. Musiał ochłonąć. Oddalić się i zapomnieć o tym spotkaniu. Tylko tak mógł w pełni skupić się na powierzonym mu zadaniu.
Gdy tamten wstał, próbując go zatrzymać, ten wyrwał mu rękę z uścisku. Pogłaskał go tylko wierzchnią częścią dłoni po policzku, a następnie złożył krótki, pożegnalny pocałunek na jego ustach. Jego źrenice lśniły jak przykryte taflą lodu. Uronił jedną łzę, która wylądowała na jego nadgarstku. Wytarł ją pospiesznie w spodnie, szlochając lekko, przełknął ślinę i rzucił ostatnie:
–
Żegnaj, Tyler.
Usilnie walcząc ze sobą, odwrócił się i ruszył do wyjścia z budynku. Nie spojrzał przez ramię. Miał to, po co tutaj przybył.
✹✹✹
Cięcie!
Cała scena nagle zapaliła się ostrzejszym, studyjnym światłem. Ekipa zaczęła klaskać.
–
Mamy to. Było kilka niedociągnięć, ale poprawimy je w postprodukcji. Ostatni dzień nagrywek oficjalnie uważam za zakończony! – radośnie zakomunikował reżyser.
Ktoś gwizdnął z boku; jeden z oświetleniowców przybił piątkę koledze, jakby to oni sami wygrali w tej scenie coś istotnego. Kilka osób podeszło do Arta, poklepało go po ramieniu, gratulując mu udanej sceny. To samo spotkało Jasona – kilka pochwał od ekipy filmowej. Ktoś nawet zawołał w jego stronę coś o
naturalnym talencie, co Arthit skwitował w duchu z lekkim zażenowaniem. Nie lubił, gdy uwaga ludzi rozpraszała się nawet w tak błahej sprawie. To on był najważniejszą gwiazdą tej sceny. Jakiś
dobrze wyglądający farbowany blondas nie powinien mu tego odbierać.
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, Rattanakosin podszedł do swojego filmowego partnera. Na jego twarzy mieszała się radość z czymś dużo mniej przyjemnym, zdystansowanym, jakby oceniającym.
–
Dobra robota. Miałem co do ciebie rację. Nie zawiodłeś mnie. Co prawda, zwykły fart nowicjusza, ale brawo – pogratulował mu, choć brzmiał, jakby się zmuszał do wypowiedzenia tych słów. –
Całkiem nieźle też całujesz.
Nie musiał tego dodawać. Nie było to w żaden sposób merytoryczne. Po prostu chciał. Miał na to ochotę i zrobił to.
Później do Choia podszedł ktoś z ekipy, prawdopodobnie by ustalić z nim jego wynagrodzenie i dogadać szczegóły tego, jak i w jakiej formie jego twarz pojawi się w finalnym materiale. Art skorzystał na tym zamieszaniu i się wycofał. Ruszył, rozpinając po drodze kurtkę i bez ładu rzucając ją na krzesło, przy którym wcześniej robiono mu makijaż. Udał się do swojej garderoby, ale nie zamknął za sobą drzwi. Była to ostatnia scena, ostatni dzień nagrań, więc mało kto kręcił się po okolicy. Wszyscy byli zajęci pakowaniem sprzętu filmowego, laptopów i innych przenoszonych ciągle z miejsca na miejsce elektronicznych gadżetów. Nie musiał się martwić o swoją prywatność.
Zdążył się zgrzać. Nie tylko od lamp, ale także przez scenę, którą odgrywał ze swoim stażystą. Jednym wprawnym ruchem zdjął koszulkę, która wylądowała na kanapie, a następnie rozpiął pasek, szarpnął za guzik i zostawił spodnie na ziemi, tuż obok wieszaka. Został w samych bokserkach. Jego skóra lekko lśniła od potu w nieco przygaszonych światłach pomieszczenia. Rozciągnął się, ziewając ze zmęczenia i braku wystarczającej ilości snu. Był u swojego limitu. Potrzebował się zrelaksować.
Zerknął przelotnie na swoje odbicie w lustrze, obracając głowę na boki, sprawdzając kąt żuchwy, tak jak robił to odruchowo od lat, niezależnie od tego, czy ktokolwiek patrzył. Nawet padnięty, nawet w pustej garderobie, wyglądał jak ktoś, kogo warto było fotografować. Uśmiechnął się do samego siebie, zadowolony z tego, co zobaczył – bo przecież ktoś musiał to docenić, skoro reszta świata miała wyraźnie problem ze skupieniem swojej uwagi na najważniejszej osobie na planie.
Złapał za telefon leżący na stoliku przy kanapie i, odwrócony tyłkiem do wyjścia, zaczął przeglądać coś na Instagramie. Zerknął na hashtaga ze swoim nickiem. Jakaś niedawna plotka wyssana z palca i niewiele poza tym. Skrzywił się z niesmakiem, jakby ktoś obraził go osobiście, i odłożył telefon z powrotem na stolik dużo głośniej, niż początkowo zamierzał. Szczęka mu się mimowolnie zacisnęła.
Absurd. Dzień, w którym zaliczył jedną z lepszych scen swojej kariery – bo wiedział, że tak było, czuł to w kościach, w sposobie, w jaki reżyser na niego patrzył, w tonie oklasków ekipy – a internet postanowił zignorować ten fakt na rzecz kłamstwa na jego temat oraz jakiegoś k-popowego chłopczyka z nowym, skocznym singlem. Świat naprawdę był pozbawiony dobrego gustu.
Usiadł na kanapie, opierając łokcie o kolana, i przez chwilę po prostu wpatrywał się w podłogę garderoby, jakby miała mu pomóc coś wyjaśnić. Scena z Jasonem wciąż kołatała się gdzieś z tyłu głowy, uparta, nigdy do niej nie zaproszona. Nie lubił, gdy coś zostawało z nim dłużej, niż powinno. Zwykle udawało mu się błyskawicznie od tego odciąć. Zapomnieć. Zostawić za sobą. Tym razem jednak nie chciało to z niego zejść jak irytująca migrena.
Prychnął cicho pod nosem, kręcąc głową, jakby mógł w ten sposób wytrząsnąć z niej te niesforne myśli. Nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić. To był tylko pocałunek. Zawodowy, wyreżyserowany, bez żadnego znaczenia poza granicami kamery
prawie w to uwierzył – powtarzał to sobie z uporem, który sam w sobie zaczynał brzmieć dla niego podejrzanie.
Jason Choi