ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Rothko — black in deep red (1957)
Obrazek
Spoiler
MOUNT SINAI HOSPITAL — TORONTO
DEPARTMENT OF EMERGENCY MEDICINE


KARTA PRZYJĘCIA
Nazwisko i imię: Glass, Sadie
Data urodzenia: 01.01.2001
Wiek: 25 lat
Płeć: K
Data przyjęcia: 17.08.2026
Godzina przyjęcia: 22:47
Tryb przyjęcia: Toronto Paramedic Services — Critical / Resuscitation

POWÓD PRZYJĘCIA
Nagłe pogorszenie stanu ogólnego, zaburzenia świadomości i utrata przytomności po krótkim okresie gwałtownie narastającego osłabienia i zaburzeń koordynacji.
Pacjentka przywieziona przez Toronto Paramedic Services w stanie bezpośredniego zagrożenia życia.
Według świadka: pacjentka początkowo przytomna i w pełni sprawna. Następnie wystąpiły zawroty głowy, wymioty, osłabienie, zaburzenia równowagi, dezorientacja i narastająca senność, po czym pacjentka upadła.

STAN PRZY PRZYJĘCIU
GCS: 8/15
Znaczne zaburzenia świadomości, okresowo brak kontaktu słownego.

oddech spłycony i nieregularny;
hipoksemia;
niestabilność krążeniowa;
pacjentka blada, kończyny chłodne

Wymagała natychmiastowego zabezpieczenia dróg oddechowych, tlenoterapii, dostępu dożylnego i ciągłego monitorowania.

BADANIE FIZYKALNE
Pacjentka o znacznie obniżonej masie ciała i widocznych cechach niedożywienia. Wyraźnie zaznaczone wyniosłości kostne, widoczne obojczyki, żebra i grzebienie biodrowe. Znacznie ograniczona podskórna tkanka tłuszczowa. Widoczne zarysy struktur kostnych kończyn i klatki piersiowej.
Skóra blada, chłodna, sucha. Obecne ogólne osłabienie i zmniejszona masa mięśniowa. Obraz kliniczny sugeruje przewlekłe niedożywienie.
Wymaga oceny stanu oraz monitorowania gospodarki elektrolitowej i metabolicznej w trakcie hospitalizacji.

OBRAŻENIA
Uraz głowy:
Uraz okolicy potyliczno-ciemieniowej po upadku. Obrzęk i bolesność. TK głowy: bez krwawienia śródczaszkowego i bez złamania czaszki. Obraz odpowiada wstrząśnieniu mózgu.

Klatka piersiowa:
Nieprzemieszczone złamanie prawego żebra. Bez odmy.

Lewe ramię:
Niewielki punktowy ślad wkłucia, bez typowych cech urazu mechanicznego.

DIAGNOSTYKA
Rutynowe badania laboratoryjne bez jednoznacznej przyczyny tak ciężkiego stanu.

Rutynowy panel toksykologiczny: niejednoznaczny

Ze względu na nagły przebieg objawów, ślad wkłucia oraz relację świadka pobrano dodatkowy materiał do specjalistycznej analizy toksykologicznej.

WSTĘPNE ROZPOZNANIE
1. Podejrzenie ostrego zatrucia nieznaną substancją.
2. Podejrzenie celowego podania substancji drogą pozajelitową.
3. Zaburzenia świadomości z utratą przytomności.
4. Ostra niewydolność oddechowa w przebiegu podejrzewanego zatrucia.
5. Wstrząśnienie mózgu.
6. Nieprzemieszczone złamanie prawego żebra.
7. Liczne stłuczenia i otarcia.

STAN PO STABILIZACJI
Po interwencji zespołu resuscytacyjnego stan krążeniowo-oddechowy częściowo ustabilizowany.
Pacjentka pozostaje nieprzytomna i wymaga ciągłego monitorowania.
Przyjęta do dalszej hospitalizacji pod nadzorem zespołu intensywnej terapii / toksykologii.

Rokowanie: ostrożne.
Ze względu na podejrzenie celowego zatrucia zabezpieczono próbki biologiczne i poinformowano właściwe służby.

Lekarz przyjmujący: Dr. Eleanor Whitmore
Nie mogła się doczekać powrotu do domu. Mimo tego, że przekroczenie progu wymagało ostrożnego stąpania po kartonach i folii, które ekipa remontująca uszkodzenia pożaru zostawiła dla swojej wygody. Właścicielki jeszcze długo nie mieli zastać pod tym adresem, dlatego wnętrze nie było pod nią przygotowane. W kuchni panował bałagan. Blaty zdobiły krążki po przelanych kubkach kawy. Fronty krzyczały odciskami palców jak ze sceny zbrodni. W lodówce schła czyjaś kanapka. Przestrzeń nie pachniała już nią - a przynajmniej nie na tyle, by po miesiącu nieobecności mogła coś poczuć. Najdłużej zajęło jej jednak pogodzenie się z innym rozczarowaniem. Jednym z tych, na które nie dało się człowieka przygotować. Resztki lat jej życia popakowane w worki. Nadpalone książki i zdjęcia, zdeformowane płyty winylowe. Meble z litego drewna w gabinecie, którego okno prowadziło na główną ulicę, zajęły się ogniem błyskawicznie. Nawet prędka interwencja sąsiadki nie mogła ich uratować.
Wiedziała, że nie będzie mogła oddalać tego momentu w nieskończoność. Wcale nie bolał przez to mniej.
Tego dnia, po tym poranku, wszystko bolało bardziej.
Nadzieje pokładała we własnym łóżku. W sypialni na piętrze, która pozostawała jedną z niewielu przestrzeni nieskażonych złym wspomnieniem. Poduszki wciąż pamiętały tył jej głowy. Kołdra była idealnie ciężka. W szafie czekały ubrania, które sama wybierała dla siebie, a ciśnienie pod prysznicem było dokładnie tym, czego potrzebowała. Nie mogła liczyć na idealny wieczór, nie była aż tak absurdalnie ambitna. Mogła chcieć odrobinę mniej samotnego, niż tego, który miałaby w posiadłości Valencourta.
Tam była cały czas otoczona ludźmi, jednak nikt z nią nie rozmawiał. Nie milczeli już jak zaklęci, a zarazem nie mieli żadnej potrzeby, by uczestniczyć w uprzejmych wymianach zdań przy porannej prasie czy popołudniowej herbacie. Była samotna w tłumie, a to - w przeciwieństwie do bycia samej we własnym domu - uwierało w miejscu, które podczas pracy nie miało prawa istnieć.
Schowana w sypialni, na piętrze nietkniętym przez ekipę budowlaną, miała poczuć się bezpiecznie. Miała uwierzyć, że gdzieś na świecie jest jeszcze jej miejsce i czeka, aż będzie gotowa powrócić.
Szybko okazało się, że sen - mimo skrajnego wyczerpania - nie był jej pisany. Emocji było za dużo, mysli zbyt szybkie. Włączyła pulp fiction. Dotychczas niezawodne, nie pomogło ukoić skołatanych nerwów.
Złapała się na silnej potrzebie zapytania, czy Raphael miał ulubiony film. Chwyciła nawet telefon, lecz odłożyła równie prędko. Nie tolerował tych pytań nawet w dobrym nastroju, a Sadie Glass wiedziała w jakim stanie go zostawiła.
Ta myśl ukłuła poczuciem winy. Może nie powinna stawiać na egoizm i ewakuować się właśnie wtedy, kiedy on rozpadał tuż przed jej oczami. Może to był jeden z tych momentów w życiu, gdzie bycie dobrym było bardzo trudne - ale właśnie dlatego ważne.
Może popełniła błąd.
Nie wiedziała w którym momencie rozczarowująca wolność przeistoczyła w głęboką czerń pustki. Braku koszmaru, ale i braku snu - perfekcyjnej nicości, która wraz z dzwonkiem budzika wyznaczyła początek kolejnego, długiego dnia.
Dom opuściła z niespodziewanym uczuciem ulgi, gdy znienawidzona przez rzesze kobiet szpilka Louboutin So Kate wyznaczyła ślad dziurek w kartonie wyłożonym w przedpokoju. Ta która twierdziła , że te buty to narzędzia tortur nie zasługiwała na to by je nosić.
Po dziesiątej wieczorem krew Sadie Glass spłynęła wzdłuż łydki, po kostce, ku czerwonej podeszwie. Gdyby pacjentka była przytomna, doceniłaby ironię i przywołała późnego Rothko. Czerń i czerwień, rozmazaną granicę pomiędzy nimi i pociągający niebezpieczeństwem taniec kontroli, zależności i przemocy.
Nie było jej dane. Szkoda.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
0 y/o
Welkom in Canada
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Victor Heigel zrobił dokładnie to, czego oczekiwała od niego Sadie. Przeniósł portfolio do innej agencji (zapomniał wyjaśnić dlaczego jego drogi rozeszły się z Heffel), kupił jej brzydkiego, żółtego Rothko (przypominał sraczkę) za klkadziesiąt milionów i zostawił wraz z dokumentacją przy biurku. Pod tymże padł na kolana, gotów czcić boginię tak, jak - był pewien - tego pragnęła.
Krzyk, z jakim zażądała natychmiastowego wyjścia, spotkał się z bezprecedensowym zdziwieniem. Ostrzejsze smsy były czymś, czego się nie spodziewał, ale co potrafił jeszcze zrozumieć. Wyobrażał sobie nowego kochasia, który doradza niewinnej i słodkiej dziewczynie jak uszczypnąć, żeby zabolało. Przecież nie pisała tego sama, nie mogłaby.
Nie do niego.
Wciąż liczył na to, że ochłonie. Że jej nowy mężczyzna znudzi się - każdy się nudził, zajmie się pracą - każdy był pracoholikiem. Ona wówczas zostanie sama, z telefonem w dłoni i pustką w sercu oraz kieliszkiem na szklanym stoliku. Wtedy zadzwoni, bo musiała wciąż pamiętać co potrafił jej dać.
Był cierpliwy. Na tyle, by nie pisać nic więcej. Nie na tyle, by rzeczywiście dać jej spokój. Czasem pytał o nią osoby ze środowiska, czasem pod zawodowymi pretekstami próbował zdobyć informacje o jej zajęciach i objętości kalendarza. Czasem kręcił się w miejscach które lubiła, jakby właśnie tam miał wpaść na nią przypadkiem. Nocami zaś denerwował się oczekiwaniem. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Momentami żałował, że rok wcześniej zobaczył ją w galerii i nie potrafił odwrócić wzroku.
Była piękna, ale wiele kobiet w jego świecie było. Mógł wybrać inną. Mniej specyficzną. Taką, która była dość słodka, by urozmaicać jego czas - nie aż tak słodka, by kolejne nudziły go prostotą palety smaku.
Przecież nie pozostawał w celibacie. Nie interesowały go śluby kapłańskie. Szukał rozrywek w modelkach i butelkach, ale nie dawały tego haju, który poznał przy Glass. A kiedy w jego życiu zaczęły dziać dziwne rzeczy, wiedział, że tylko jej jednej chciał o tym powiedzieć.
Ona jedna potraktowałaby go poważnie, chwyciła zmęczoną twarz w dłonie. Ucałowała każdy jej centymetr i spojrzała tak, jakby nie musiał czekać do sądu ostatecznego, by doświadczyć bram raju.
Dlatego nie odpuszczał. Nie pozostawał bierny. A kiedy jeden z aspirujących młodziaków branży finansowej przekazał mu informację o zdarzeniach branżowej imprezy, chcąc zaskarbić sobie przychylniejsze oko Victora, nie czekał.
W szpitalu pojawił się jeszcze tego samego ranka. Od personelu izby przyjęć dowiedział się, że pacjentkę przywieziono w stanie ciężkim oraz, że pozostawała nieprzytomna.
To dobrze.
K i e d y ś musiała się obudzić.
Wtedy musiał być przy niej.
To był jego moment.
Albo nie.
Gdy dotarł do wskazanej sali jego zmartwiona mina zrzedła, przybierając wyraz poirytowania kimś, kto rujnował plan idealny. Valencourt. Prawie było słychać, jak silnie zacisnął szczękę przekraczając próg.
W tle pikały maszyny. Sadie leżała schowana w labiryncie rurek i kryjówce z kołdry. Wydawała się zapadać w poduszce jak porcelanowa lalka. Zbyt blada na człowieka, zbyt krucha. Nie widział wiele, lecz widział wystarczająco.
Wiedział, na kogo patrzył. I kompletnie jej nie rozpoznawał. Była połową siebie. Była kimś, kogo bał się dotknąć by nie popękała.
Powitanie tego drugiego przyjęło więc formę niskiego warknięcia:
Co ty jej zrobiłeś?

raphael valencourt
Łoś Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

eight
i've thought it through crawlin' back to you
Dni mijały na zajmowaniu się sprawami dotyczącymi nowego lokatora posiadłości w York Mills. Tego, który pojawił się bez zaproszenia, bez uzgodnienia, bez pytania o pozwolenie, jakby cała ta rozległa posiadłość była jedynie kolejnym fragmentem świata, który należało przejść, zanim znajdzie się coś bardziej odpowiedniego. Raphael obserwował go całymi dniami. Robił to z początku z zawodowej niemal ciekawości, później z przyzwyczajenia, którego nie zamierzał przed sobą nazywać. Potrafił siedzieć na dachu z filiżanką nietkniętej kawy i przez kilkadziesiąt minut śledzić wzrokiem smukłą sylwetkę przesuwającą się pomiędzy drzewami. Gepard poruszał się po ogrodzie z tą osobliwą ostrożnością właściwą istotom, które znalazły się w miejscu nieznanym, lecz nie zamierzały pozwolić, aby sama niewiedza uczyniła je bezbronnymi. Zatrzymywał się przy żywopłocie, unosił głowę, wciągał powietrze, badał zapachy. Czasami znikał na kilka minut wśród wysokiej roślinności, by później pojawić się zupełnie gdzie indziej, jakby przestrzeń nie była dla niego zbiorem wyznaczonych punktów, ale jednym wielkim organizmem, który należało poznać poprzez zapach, temperaturę, dźwięk i ruch. Raphael patrzył na to i dostrzegał, że zwierzę wcale nie rozumiało, do jakiego miejsca trafiło. Nie znało granic. Nie miało granic. Nie było nawet świadome ich istnienia. Dla niego nie istniała własność, nie istniało zoo, nie istniał dokument, podpis, pieczęć ani nazwisko człowieka, który uważał, że miał prawo powiedzieć: to jest moje. Istniał teren. Zapach. Zagrożenie. Pożywienie. Możliwość ucieczki. Przetrwanie. Była tylko teraźniejszość, pozbawiona całego tego ciężaru znaczeń, który człowiek nakładał na rzeczy, aby móc potem udawać, że naprawdę je posiadał. Dziki kot, smukły, niemal absurdalnie elegancki w swojej fizyczności, był przez to bardziej wolny od większości ludzi właśnie dlatego, że nie rozumiał pojęcia własności. A Raphael... Rozumiał je aż nazbyt dobrze. Wychował się w świecie, w którym niemal wszystko miało właściciela, cenę, funkcję albo zobowiązanie. Dom należał do rodziny. Nazwisko otwierało jedne drzwi i zamykało inne. Ludzie byli czyimiś synami, córkami, żonami, pracownikami, wspólnikami, dłużnikami, protegowanymi. Nawet lojalność miała swoją cenę, choć ludzie lubili udawać, że było inaczej. W tym świecie nic nie pojawiało się bez konsekwencji. Nic nie należało do człowieka naprawdę, dopóki nie potrafił tego utrzymać. A jednak teraz, w samym środku tej perfekcyjnie urządzonej przestrzeni, znajdowało się stworzenie, które nie uznawało żadnej z tych kategorii. Nie wiedziało, że trawnik, po którym przechodziło, kosztował więcej niż mieszkanie przeciętnego człowieka. Nie wiedziało, że za murami zaczynał się świat, do którego nie miało prawa wejść. Nie wiedziało, kim był Raphael. I być może właśnie to było w nim najbardziej osobliwe. Valencourt był przyzwyczajony do ludzi, którzy reagowali na jego nazwisko jeszcze zanim zdążył wypowiedzieć swoje imię. Gepard reagował wyłącznie na jego ruch. Na odległość. Na zapach. Na obecność. Nie robił różnicy pomiędzy nim a ogrodnikiem. Nie wiedział, kto był właścicielem ziemi, kto płacił rachunki, kto wydawał polecenia. Nie interesowało go to. I właśnie dlatego Raphael zaczął dostrzegać w nim coś, czego początkowo nie chciał dostrzegać wcale: pewną formę doskonałej obojętności wobec jego władzy.
Nie zatrzymywał „tego konkretnego geparda” oficjalnie. To byłoby zbyt prymitywne, zbyt łatwe do zakwestionowania, a przede wszystkim niepotrzebne. Raphael nigdy nie lubił sytuacji, w których trzeba było nazywać rzecz własnością, jeśli można było sprawić, aby wszyscy inni zachowywali się tak, jakby własność już istniała. Zaczęło się więc od tymczasowej opieki. Zwierzę było po incydencie, znajdowało się pod wpływem ogromnego stresu, a transport w takim stanie mógł być ryzykowny. Potem pojawił się weterynarz. Później kolejna konsultacja. Następnie opinia, że bezpieczniej byłoby pozostawić geparda przez pewien czas w znanym już środowisku, zamiast poddawać go kolejnemu gwałtownemu przeniesieniu. Raphael nie musiał nawet szczególnie naciskać. Wystarczyło, że zadawał pytania ludziom, którzy byli przyzwyczajeni do odpowiadania na nie. Czy transport jest konieczny? Czy istnieje alternatywa? Czy dobrostan zwierzęcia rzeczywiście poprawi się po zmianie miejsca? Czy ktoś ponosi odpowiedzialność za konsekwencje? Pytania były znacznie skuteczniejsze od rozkazów, ponieważ pozwalały drugiej stronie uwierzyć, że sama doszła do właściwego wniosku. Później okazało się, że ogród Valencourta można było odpowiednio zabezpieczyć. Potem, że można było przygotować wydzieloną część terenu. Potem, że można było zapewnić opiekę weterynaryjną. Potem, że Raphael finansował infrastrukturę, więc nie stanowiła ona problemu. Potem pojawiły się rozmowy z zoo. I zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć, że przecież chodziło tylko o rozwiązanie tymczasowe, tymczasowość zaczęła nabierać kształtu czegoś trwałego. Raphael znał tę mechanikę. Najbardziej skuteczne decyzje nigdy nie pojawiały się jako jeden wielki akt woli. Powstawały z szeregu drobnych ustępstw, z których każde osobno wydawało się rozsądne, a wszystkie razem tworzyły nową rzeczywistość. Po kilku tygodniach najprostsze rozwiązanie miało stać się oczywiste: pozostawić geparda u Valencourta. Nie dlatego, że Raphael go kupił. Nie dlatego, że formalnie postanowił go zatrzymać. Przeciwnie. Dlatego, że wszystkie pozostałe możliwości zaczynały wyglądać na bardziej skomplikowane, bardziej ryzykowne i mniej korzystne dla samego zwierzęcia. Raphael nie potrzebował więc aktu posiadania. Wystarczało, że stał się człowiekiem, który ponosił odpowiedzialność za jego obecność.
Nikt nie robił z tego sensacji. Nie było konferencji prasowej, fotografów ani gazet z nagłówkami o ekscentrycznym Valencourcie, który postanowił urządzić sobie prywatne safari w Toronto. Nie było nawet szczególnie wielu osób, które wiedziały, że zwierzę tam przebywa. Raphael zadbał o to, aby sprawa pozostała mała, cicha i pozbawiona widowiskowości. W zachodniej części ogrodu zaczęły obowiązywać nowe zasady. Personel otrzymał krótką informację, że bez jego zgody nikt nie powinien przebywać tam sam. Żadnych zbędnych wyjaśnień. Żadnych pytań. Po kilku dniach członkowie personelu zaczęli przechodzić obok tej informacji z takim samym spokojem, z jakim przechodzili obok pozostałych zasad obowiązujących w domu. W końcu obecność geparda stała się częścią rytmu posiadłości. Jak fontanna. Jak kamienne tarasy. Jak ochrona przy bramie. Jak obrazy, których nikt już nie oglądał, ponieważ wisiały tam od zawsze. Najbardziej absurdalne rzeczy stawały się normalne wtedy, kiedy człowiek przestawał je tłumaczyć. Nie trzeba było mówić: zatrzymałem geparda. Wystarczyło powiedzieć: jest u mnie. Nie trzeba było mówić: jest mój. Wystarczyło, że wszyscy wiedzieli, do kogo należała decyzja o tym, kto może się do niego zbliżyć.
Czasami wychodził do ogrodu późnym popołudniem i zatrzymywał się w znacznej odległości. Nie próbował go dotykać. Nie potrzebował tego. Patrzył tylko, jak zwierzę podnosi głowę i przez chwilę obserwuje go z tym samym nieprzeniknionym spokojem, z jakim obserwowało drzewa, ptaki i ludzi za ogrodzeniem. Raphaelowi przyszła wtedy do głowy myśl niemal obraźliwie prosta: może właśnie dlatego je zatrzymał. Nie dlatego, że chciał mieć geparda. Nie dlatego, że fascynowało go egzotyczne zwierzę. Zatrzymał go, ponieważ pojawiło się coś, czego nie stworzył, nie zaplanował i nie zamówił, a mimo to znalazło się w przestrzeni, nad którą miał kontrolę. Spodobało mu się, że pewnego dnia coś dzikiego weszło do jego świata i zamiast zostać natychmiast z niego usunięte, po prostu w nim zostało. Nie pytał już nawet siebie, jak długo. Z czasem samo pytanie zaczęło wydawać się zbędne.

3 dni później

Szpital pachniał specyficznym połączeniem dezynfekcji, medykamentów i czegoś jeszcze, czego Raphael nie potrafił nazwać inaczej niż zapachem ludzi pozbawionych prywatności. Pachniał sterylnością, lecz nie tego rodzaju, do której nawykł Valencourt. Sterylność jego własnego świata była zawsze podporządkowana estetyce: marmur miał być nieskazitelny, szkło pozbawione odcisków palców, srebro wypolerowane do tego stopnia, by odbijało światło bez najmniejszego zniekształcenia. Tutaj czystość była czymś innym. Była funkcjonalna. Beznamiętna. Miała nie zachwycać, lecz zapobiegać. Białe ściany, plastikowe krzesła, metalowe poręcze, światło zbyt jasne i jednocześnie pozbawione jakiegokolwiek ciepła — wszystko wydawało mu się zaprojektowane przez ludzi, którzy uznali, że człowiek w stanie zagrożenia nie potrzebował piękna, tylko procedury. Raphael zawsze uważał procedury za interesujące dopiero wtedy, kiedy wiedział, gdzie znajdowała się ich granica. Tutaj jeszcze jej nie znał.
- Jestem jej pełnomocnikiem do spraw osobistych. - Powiedział to spokojnie. Bez nacisku, bez wyjaśniania, bez tej szczególnej odmiany uprzejmości, którą większość ludzi przyjmowała, kiedy chciała przekonać kogoś, że zasługuje na dostęp. Raphael nie prosił. Nie tłumaczył relacji. Nie opowiadał pielęgniarce, kim Glass była dla niego, jak się poznali ani dlaczego jego obecność przy jej łóżku powinna być dla niej czymś oczywistym. Dokument pojawił się na blacie niemal od niechcenia. Jedna kartka, kilka podpisów, nazwiska, których pielęgniarka nie musiała rozumieć. Dokument, który dostał w pliku papierów od nikogo innego jak Gospodarza, kiedy kupił pozycję dwudziestą pierwszą.
Glass była nieprzytomna. To słowo nie pasowało do niej. Pomyślał o tym natychmiast, gdy wszedł do jej sali i stanął w nogach szpitalnego łóżka. Nie dlatego, że wyglądała inaczej — choć wyglądała. Jej twarz była nieruchoma, pozbawiona tej nieustannej mikroskopijnej aktywności, którą posiadał każdy człowiek przytomny: lekkiego napięcia szczęki, ruchu powiek, zmiany oddechu, drobnego grymasu pojawiającego się pod wpływem irytacji. Teraz była prawie nieruchoma. Aparatura wykonywała za nią część pracy, a dźwięki urządzeń wyznaczały czas w sposób bardziej bezwzględny niż zegar. Otruta. Tak powiedzieli lekarze. Tak powiedział Leif. Żadnego „możliwe, że”. Żadnego „prawdopodobnie”. Otruta. Jedno słowo, a za nim otwierała się cała przestrzeń pytań, których nikt jeszcze nie potrafił zamknąć.
Czym ją otruto? Kiedy? Kto miał do niej dostęp? Czy ktoś chciał ją zabić? A może nie?
Ostatnie pytanie było najgorsze, ponieważ sugerowało możliwość znacznie bardziej niepokojącą od zwykłego zamachu. Jeżeli Glass miała przeżyć, jeżeli dawka została dobrana tak, aby ją unieszkodliwić, a nie zabić, wówczas jej ciało mogło być jedynie nośnikiem wiadomości. Raphael znał takich ludzi. Znał świat, w którym przemoc nie zawsze miała służyć usunięciu człowieka. Widział to już. Doświadczał, odkąd tylko sięgał pamięcią. Taki rodzaj przemocy czasami miał jedynie zwrócić uwagę właściwej osoby. Czasami miał powiedzieć: wiemy, gdzie jesteś. Czasami: wiemy, kogo dotykasz. A czasami, co było jeszcze ciekawsze: zrób kolejny krok i będzie on zakończeniem.
Tak działała jego rodzina. Tak działali członkowie Konsylium. Tak działano w momentach, które miały być granicznymi.
Wyszedł z sali i skierował się do łazienki. Leif został przy Glass, chociaż jego zaniedbanie nie miało pozostać niezauważone. Teraz jednak myśli Raphaela skupiły się na czymś innym. W drodze powrotnej zatrzymał się przy jednym z automatów. Przez chwilę patrzył na rząd plastikowych opakowań, jakby wybór przekąski wymagał od niego większego namysłu, niż faktycznie wymagał. Wrzucił pieniądze i kupił orzeszki ziemne. Drobny, absurdalny gest. Człowiek leżał kilka metrów dalej nieprzytomny, otruty w sposób zaplanowany przez kogoś, kto chciał coś zakomunikować, a Raphael stał przy automacie i kupował orzeszki.
Kiedy wracał, zobaczył przy drzwiach męską sylwetkę. Mężczyzna stał nieco bokiem, patrząc w stronę Leifa. Nie słyszał słów, które padły pomiędzy nimi. Nie interesowało go jeszcze, co zostało powiedziane. Bardziej interesowało go to, że Marcus znajdował się w głębi korytarza, zajmując jedno z miejsc pod ścianą. Benińczyk dostrzegł Raphaela jeszcze zanim Valencourt zwrócił na niego uwagę. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, a Marcus skinął delikatnie głową. Raphael odpowiedział dokładnie tym samym gestem. Wystarczyło. Nie było potrzeby podejścia. Nie było potrzeby rozmowy. W ich świecie takie gesty często znaczyły więcej niż całe zdania.
Wtedy Valencourt przeniósł wzrok na mężczyznę stojącego przed nim. Nie musiał wiedzieć, jak wyglądał, aby go rozpoznać. Victor Heigel. Człowiek po drugiej stronie telefonu. Człowiek, którego nazwisko pojawiało się tam, gdzie nie powinno. Człowiek, który podpalił dom Glass. Człowiek, który groził Sadie, a jednocześnie potrafił funkcjonować w świecie, w którym ludzie jeszcze tego samego wieczoru podawali mu kieliszek szampana na aukcji sztuki i pytali o wyniki fundacji, którą wspierał. Raphael przyjrzał mu się uważniej. Wyglądał niemal absurdalnie niewinnie. Miał tę twarz, której społeczeństwo z jakiegoś powodu odruchowo udzielało kredytu zaufania — delikatne rysy, miękkie loki opadające niedbale przy skroniach, urodę przypominającą nieco zbyt mocno o fotografie z magazynów, na których atrakcyjni mężczyźni mieli wyglądać, jakby nigdy w życiu nie musieli podnosić głosu, aby dostać to, czego chcieli. Victor mógł wejść do galerii i zostać uznany za mecenasa. Mógł usiąść przy stole podczas kolacji charytatywnej i przez godzinę mówić o kulturze, edukacji i odpowiedzialności społecznej, a ludzie słuchaliby go z tym przyjemnym przekonaniem, że obcują z kimś wartościowym. Syn odpowiednio bogatej rodziny, który z czasem zbudował własną pozycję wystarczającą, aby obracać kapitałem liczonym w setkach milionów dolarów i zgromadzić majątek, o którym przeciętny człowiek nie potrafiłby nawet myśleć bez kalkulatora. Kolekcjonerzy znali jego nazwisko. Dyrektorzy galerii znali jego nazwisko. Fundacje znały jego nazwisko. Bywał na aukcjach, galach, zamkniętych kolacjach, przyjęciach, na których ludzie nie przedstawiali się sobie pełnymi imionami, ponieważ wszyscy i tak wiedzieli, z jakich rodzin pochodzą i kto za kim stoi. A jednak Raphael wiedział, że za tym wszystkim znajdował się człowiek, który nie potrafił zaakceptować najprostszej rzeczy, jaką można było zaakceptować w relacji z drugim człowiekiem: że druga osoba może powiedzieć „nie” i nie być za to nic winna.
To właśnie było w Victorze tak żałośnie banalne, jak u Pierre'a. Nie jego groźby. Nie podpalenie. Nie nawet ta przesadna pewność siebie, którą można było znaleźć u połowy mężczyzn wychowanych w podobnych domach. Najbardziej żałosne było to, że Victor prawdopodobnie nadal uważał się za dobrego człowieka. Raphael był niemal pewien, że gdyby zapytać go wprost, odpowiedziałby bez najmniejszego zawahania, że szanuje kobiety. Że właśnie dlatego różni się od innych. Że nigdy nie traktował Sadie jak przedmiotu. Że pomagał jej, ponieważ ją podziwiał. Że wykonywał telefony, otwierał zamknięte drzwi, uruchamiał kontakty, ponieważ chciał być dla niej kimś wyjątkowym. I zapewne nawet teraz potrafiłby opowiedzieć całą tę historię w sposób, w którym sam występowałby jako człowiek skrzywdzony. Nie jako prześladowca, lecz jako mężczyzna, któremu odebrano możliwość dokończenia czegoś, w co zainwestował. To słowo — zainwestował — Raphaelowi wydawało się szczególnie trafne. Victor nie zakochał się w Sadie. Zainwestował w nią. Najpierw swoją uwagę. Potem kontakty. Potem przysługi. Potem własne wyobrażenie o tym, kim powinien być w jej życiu. A kiedy Glass nie odpowiedziała zgodnie z oczekiwaniami, inwestycja przestała być inwestycją i stała się roszczeniem.
Valencourt znał ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Ludzie niezwykle rzadko chcieli posiadać drugiego człowieka w sposób dosłowny. Woleli posiadać dostęp. Prawo do telefonu. Prawo do wyjaśnienia. Prawo do odpowiedzi. Prawo do wiedzy, gdzie ktoś był i z kim przebywał. Victor chciał właśnie tego. Sadie miała być wdzięczna, dostępna i odpowiednio widoczna u jego boku. Miała potwierdzać jego znaczenie, ponieważ jej obecność w odpowiednim miejscu mówiła innym mężczyznom coś o nim samym. To dlatego jej zniknięcie musiało boleć go bardziej jako upokorzenie niż jako strata. Kobieta, której pomógł, której otworzył drzwi, której — we własnym przekonaniu — dał coś, czego nie mogła otrzymać bez niego, nagle zniknęła i nie zostawiła mu nawet satysfakcji wyjaśnienia. Dla człowieka takiego jak Heigel nie była to tragedia uczuciowa. Była obrazą porządku.
Raphael zatrzymał się za jego plecami. Dwa kroki. Tyle wystarczyło. Victor jeszcze go nie zauważył. Przez moment Valencourt obserwował jego kark, linię ramion, sposób, w jaki mężczyzna stał z rękami opuszczonymi swobodnie wzdłuż ciała, całkowicie nieświadomy, że człowiek, którego nazwisko powinno było być dla niego ostrzeżeniem, znajdował się właśnie za nim. Valencourt poczuł niemal chłodne rozbawienie. Kochanek Prowadzącej wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać człowiek, którego matka z przyjemnością przedstawiłaby własnej córce. Schludny. Atrakcyjny. Bogaty. Wykształcony. Uprzejmy. Bezpieczny. A jednak pod tą powierzchnią znajdowała się potrzeba, która była znacznie mniej elegancka: potrzeba bycia wybranym, a kiedy nie został wybrany — potrzeba ukarania tej, która dokonała wyboru odmiennego od jego oczekiwań.
Zrobił jeszcze pół kroku. Nie podniósł głosu. Nie dotknął go. Orzeszki nadal spoczywały w jego dłoni, absurdalnie zwyczajne wobec wszystkiego, co działo się wokół.
- Stoisz mi na drodze.
Victor odwrócił głowę. Dopiero wtedy Raphael zobaczył jego oczy z bliska i zrozumiał, że najciekawsze w tym człowieku nie było to, jak bardzo potrafił wyglądać niewinnie. Najciekawsze było to, jak długo wierzył, że naprawdę taki jest.
Już niedługo...

Sadie Glass
Ostatnio zmieniony pn wrz 14, 2026 3:52 pm przez raphael valencourt, łącznie zmieniany 2 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
0 y/o
Welkom in Canada
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Był przygotowany na towarzystwo, lecz inne. Państwo Glass mieszkali zaledwie dwie godziny drogi samochodem. Victor nigdy nie odwiedził ich w Elorze - nie było takiej potrzeby - lecz wiedział, że pozostawali bardzo ważnym elementem życia kobiety, z którą się spotykał. Niezobowiązująco ale z pewnymi zobowiązaniami, co przyszło blondynce odkryć gdy służbowy wyjazd do Indii przedłużył i zahaczył o Bahamy oraz Europę. Nie widział potrzeby określania czegokolwiek ani poznawania rodziców, a fakt, że Glass nigdy nie poruszała z nim tego tematu z typową, kobiecą inicjatywą, idealnie odpowiadał jego potrzebom. Chciał ją mieć wtedy, kiedy chciał. Nie chciał jej mieć wtedy, kiedy nie chciał. Była to zasada prosta, lecz wyjątkowo skomplikowana dla dziewczyn, które wisiały na jego ramieniu przed minionym rokiem. Obawiał się, że i Sadie pewnego dnia zapyta o plany na któreś ze świąt, i że właśnie to pytanie będzie zawierało ukrytą propozycję uczynienia ich wspólnymi. Jeśli nie święta - długi weekend, okolice wielkiego wydarzenia sportowego lub ważnej, rodzinnej okazji po dowolnej stronie. Dopóki nie wyjechała na konferencję, właśnie ten lęk był dominującym.
Gdy nie wróciła, brak zdecydowania okazał największym problemem. Gdyby wcześniej wykazał większą dyrektywnością, gdyby sam szepnął parę słów o wyłączności, wówczas miałby silniejszy argument ku walce o odzyskanie wpływu. Nie zaryzykował, więc przegrywał podwójnie. W rozpaczliwych wiadomościach wysyłanych w różnych stanach upojenia alkoholowego mógł się co najwyżej odwołać do domniemanego wiesz, że coś nas łączyło. Zdawał sobie sprawę z tego, że argument był wydmuszką - lepszy nie istniał. Istnieniu lepszego Victor Heigel sam skutecznie zapobiegł.
Musiał zatem zmądrzeć i błyskawicznie nadrobić własne braki, żeby nie stracić idealnego okienka interwencyjnego. Choroba bądź wypadek - nie miał jeszcze takiej wiedzy - ustawiały idealną planszę do gry w zależy mi, kochanie.
A Victor potrafił okazywać to językiem, który kobiety uwielbiały. Językiem book boyfriend, który mówił to co chciały usłyszeć i robił to, co chciały zobaczyć, nawet wtedy - a może zwłaszcza wtedy - gdy sam nie wierzył, że coś tak małego wystarczy by zaskarbić sobie przychylność.
Jeśli rok z Sadie Glass nauczył go czegokolwiek, to teraz był moment przystąpienia do egzaminu z całościowej wiedzy. Obecność kochasia była uczniem z ławki obok, który kompulsywnie klikał długopisem: rozpraszała, wkurwiała, i ogólnie lepiej, gdyby w ogóle go nie było. Nie oznaczało to jednak, że Victor miał prawo swój test oblać. Trudniejsze warunki nie usprawiedliwiały braku starań.
Uśmiechnął się zatem ciepło, życzliwie, niemalże po koleżeńsku, gdy wreszcie dojrzał twarz niecierpliwego młodzieńca. Jeśli błędnie wziął mężczyznę, którego widziano z Sadie pod lokalem za kochanka, wersja numer dwa była dla niego jeszcze bardziej niezrozumiała. Prędko ocenił, iż chłoptasiowi brakowało wszystkiego, czego w mężczyźnie szukała Sadie. Nie kojarzył się ani z ciepłem, ani z miękkością. Nie wyglądał jak dom, do którego chciało się wracać. Wyglądał jak…
Czyjś umiarkowanie poirytowany opóźnieniem projektu szef.
Huh.
Jeśli część plotek, które do niego dotarły, było prawdą… Przed Victorem pojawiał się dylemat kategorii: co było pierwsze, kura czy jajo?
W przypadku Sadie oraz chuja z delegacji brzmiał on następująco:
Czy Raphael Valencourt zatrudnił Sadie Glass, żeby zapłacić jej za seks?
Czy Sadie Glass puszczała się z Raphaelem Valencourtem, żeby dał jej pracę?
Pozostał zupełnie spokojny. Krótko spojrzał na Raphaela, potem na Leifa, potem po pomieszczeniu. Cofnął się o krok - bez demonstracyjnego ustępowania, ale i bez samczej walki o terytorium.
Jeśli Raphael pragnął stać przy metalowej ramie łóżka w nogach pacjentki, kimże był Victor aby mu tego odmawiać? Posłusznie zwolnił miejsce i przeszedł do krzesełka, które ktoś wcześniej ustawił przy Sadie. Właśnie tam usiadł, uważając tę pozycję za zdecydowanie bardziej znaczącą. Nie stał już nikomu na drodze, nie robił awantury.
Zdobywał czas przy kobiecie, której miał udowodnić swoje przygotowanie.
Obok nóg krzesła spoczęła duża, papierowa torba pełna rzeczy, które Victor zabierał ze sobą na pole bitwy o wybaczenie. Uważał proces za łatwy, jeśli realizowany poprawnie, dlatego ignorując towarzystwo obu mężczyzn rozpoczął etap pierwszy: udowodnienie czynami kto z zebranych dbał o nią najlepiej.
Z torby wyjął starannie złożony, błękitny koc. Zostawiła go u niego po zimowym przeziębieniu, które przeżyła tylko dzięki zawijaniu się w burrito na jego kanapie i całusom w czoło. Mężczyzna przykryłby się czymkolwiek. Kobiety pragnęły, aby mężczyzna pamiętał ich najdrobniejsze preferencje - z jakiegoś powodu właśnie tego używały by zmierzyć poziom zaangażowania.
Angażował się więc. Przykrył ją delikatnie, ale dokładnie. Dopilnował, aby fragment miękkiego materiału znalazł przy chłodnym policzku, by mogła go poczuć gdy tylko się wybudzi.
Zadowolony z bardziej domowego klimatu szpitalnej sali (który nie obchodził go zupełnie) oparł się łokciami o materac, a dłoń pacjentki złapał w obie swoje. Ostrożnie, z czułością, która nagrana i pokazana koleżankom wywołałaby dokładnie taką reakcję, jakiej pragnął od Sadie. Ogrzewał jej dłoń swoją. Musnął wierzch wargami w pieszczocie, która kazała zebranym uwierzyć, że ostatni miesiąc nie był końcem relacji - był zaledwie sprzeczką, która w obliczu zdrowotnej zapaści musiała być zawieszona.
Victor robił to, czego pragnął. I przez chwilę nie zastanowił się nad tym, że obiekt jego pragnień nie miał obecnie możliwości wytyczenia granicy.
Kiedy przyjadą jej rodzice?
Nie patrzył na mężczyzn gdy zadawał to pytanie. Gdyby on był odpowiedzialny za Sadie, przybyliby do szpitala jeszcze ubiegłej nocy. Widocznie jednak Sadie obniżyła swoje standardy dla kochanka. Jak fatalnie się złożyło, że w chorobie przyjdzie jej się o tym przekonać i głęboko pożałować własnego wyboru.

raphael valencourt

łoś Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Raphael usiadł w fotelu ustawionym po drugiej stronie sali. Jednym z dwóch znajdujących się przy niewielkim stoliku, przy którym rodzina mogła towarzyszyć pacjentowi. Wybrał miejsce, z którego widział wszystko. Glass. Victora. Leifa. Drzwi. Odbicie w ciemnej szybie. Nie musiał znajdować się najbliżej łóżka, aby mieć poczucie kontroli nad pomieszczeniem. Przeciwnie — odległość dawała mu przewagę. Człowiek siedzący spokojnie był trudniejszy do odczytania niż ten, który stał. Nie wykonywał nerwowych ruchów, nie zmieniał pozycji, nie zdradzał zamiarów. Raphael położył dłonie na podłokietnikach i przez moment patrzył na Victora z czymś, co z zewnątrz mogłoby uchodzić za obojętność. W rzeczywistości oceniał go dokładnie. Nie jako przeciwnika. Nie zasługiwał na ten zaszczyt. Victor Heigel był dla niego raczej problemem administracyjnym, nieprzyjemnym drobiazgiem, który pojawił się w niewłaściwym miejscu i czasie. Kimś, kogo należało usunąć z równania, ponieważ przeszkadzał w czymś znacznie większym. To, że mężczyzna miał pieniądze, nazwisko, kontakty, wygląd i wystarczająco dużo pewności siebie, by usiąść przy nieprzytomnej kobiecie i odgrywać rolę troskliwego partnera, nie robiło na Raphaelu najmniejszego wrażenia. Bogactwo Victora było dla niego podobne do drogiego zegarka na nadgarstku przypadkowego przechodnia: interesujące przez sekundę, dopóki nie przypomniało mu się, że rzeczy można było kupić, a zatem ich posiadanie samo w sobie nie świadczyło o niczym.
Patrzył, jak Victor bierze dłoń Glass w swoje ręce. Ten gest był niemal teatralnie czuły. Zbyt staranny. Zbyt świadomy obecności widowni. Raphael nie potrzebował znać jego myśli, żeby rozumieć mechanizm. Victor chciał zostać zauważony. Chciał, aby ktoś zapamiętał, że był tutaj. Że troszczył się. Że przyniósł koc. Że ogrzewał jej rękę. Że pozostał przy niej, kiedy była bezbronna. W jego własnej głowie musiało to wyglądać jak dowód miłości, którego pragnęły kobiety. Dla Raphaela wyglądało jak człowiek podpisujący własne zeznanie.
W tym samym czasie Leif powoli przesuwał się wzdłuż ścian pomieszczenia. Powoli, niespiesznie, niemal leniwie, niczym zwierzę typujące ofiarę. Valencourt zauważył to kątem oka i nie zatrzymał go. Nie było takiej potrzeby, wszak wszystko odbywało się tak, jak powinno. Nie odrywał wzroku od Victora. Heigel, zwrócony plecami do Skandynawa, wykazywał się głupotą niższą aniżeli dziecięcą. Niemowlę przynajmniej rozpoznawało, że znalazło się przy krawędzi czegoś, czego nie rozumiało, i cofało się instynktownie. Nieznane budziło ostrożność. Ostrożność budziła instynkt samozachowawczy. Instynkt samozachowawczy pozwalał przetrwać. Victor nie posiadał nawet tego. Być może dlatego, że przez całe życie przebywał wśród ludzi, którzy ostrzegali go przed konsekwencjami, zanim zdążył je ponieść. Być może pieniądze odebrały mu ten szczególny rodzaj inteligencji, który rodził się dopiero wtedy, kiedy człowiek wiedział, że mógł naprawdę coś stracić. Victor obmacywał Glass spojrzeniem, gestami, własną obecnością, nieświadomy, że człowiek siedzący kilka metrów dalej nie widział w nim mężczyzny walczącego o kobietę. Widział robaka. A robak, który nie rozumiał, że wtargnął na cudzy teren, nie był przeciwnikiem. Był czymś, co należy usunąć.
Raphael znał takich ludzi. Bywali wszędzie, choć w różnych garniturach. Na aukcjach. W klubach. Przy stołach, przy których mówiło się o milionach z tą samą swobodą, z jaką inni mówili o pogodzie. Mężczyźni, którzy nigdy nie musieli nauczyć się prostej prawdy: że istniały poziomy władzy, których nie można było rozpoznać po ubraniu. Victor zapewne przez całe życie spotykał ludzi bogatszych od siebie, starszych od siebie, potężniejszych od siebie, ale nawet wtedy znajdował się w świecie, którego reguły rozumiał. Wiedział, komu podać rękę, komu zaproponować whisky, przed kim wypadało pochylić głowę, a przed kim pozwolić sobie na żart. Raphael należał do innej kategorii. Nie dlatego, że był bogatszy. Pieniądze były najniższym i najbardziej prymitywnym językiem władzy. Prawdziwa różnica polegała na tym, że Raphael nie potrzebował, aby Victor uznał jego pozycję. Hierarchia istniała niezależnie od tego, czy człowiek stojący niżej ją rozumiał. Lew nie stawał się mniej lwem tylko dlatego, że antylopa nie znała biologii. I Valencourt miał w sobie coś z tej zimnej pewności, która nie potrzebowała potwierdzenia z zewnątrz.
Leif swobodnie zasłonił szyby pomieszczenia. Jedna po drugiej. Mechanizm wydawał cichy, monotonny dźwięk, który w pustej sali zabrzmiał niemal złowieszczo. Potem zamknął drzwi. Raphael kątem oka zauważył Marcusa stającego przed nimi. Benińczyk nie musiał otrzymywać żadnych szczegółowych instrukcji. Wiedział, co robić. Miał dopilnować, aby nikt nie wszedł. Nie interesowało Raphaela, co wydarzy się za drzwiami. Interesowało go jedynie to, aby świat zewnętrzny przez kilka minut przestał istnieć. Szpital miał swoje procedury, lekarzy, pielęgniarki, ochronę, kamery i ludzi przyzwyczajonych do tego, że w sytuacji kryzysowej ktoś zawsze posiadał władzę. Raphael właśnie odebrał pomieszczeniu wszystkie te elementy. Nie musiał wyłączać kamer. Nie musiał wydawać rozkazów personelowi. Wystarczyło, że zamknęły się drzwi, a Marcus stanął po drugiej stronie. Nagle istniały tylko cztery osoby i jedna nieprzytomna kobieta. Reszta świata mogła zaczekać.
- Pomyliłeś miejsca.
W głosie nie było podniesionego tonu. Żadnej groźby, którą Victor mógłby nazwać groźbą. Właśnie to było w tym najgorsze. Raphael nie prosił. Nie próbował przekonać. Nie tłumaczył, kim był, dlaczego miał prawo tu być ani dlaczego Victor nie powinien. Człowiek, który musiał długo uzasadniać swoje polecenie, często sam nie był pewien, czy miał prawo je wydać. Victor spojrzał na niego przez ramię, najpierw z niedowierzaniem, później z czymś, co przypominało urażenie. Raphael znał ten rodzaj spojrzenia. Nie był jeszcze strachem. Strach pojawiał się później, kiedy człowiek orientował się, że jego zwyczajowe mechanizmy obronne nie działają. Na razie Victor był po prostu oburzony, że ktoś odważył się zakłócić scenę, którą zdążył już sobie zbudować w głowie. W jego świecie podobne zdanie należało do człowieka z personelu, ochroniarza, może konkurenta. Nie do Raphaela Valencourta.
Leif spojrzał na zleceniodawcę. Tylko raz. Raphael pozostał w bezruchu. Nie musiał mówić. Powolne tchnienie. Krótkie odwrócenie wzroku. Ledwie zauważalne przesunięcie palców po podłokietniku. Wystarczyło. Leif ruszył.
Pierwszy ruch był tak szybki, że Victor zorientował się dopiero w chwili, kiedy stracił równowagę. Krzesło przesunęło się po podłodze, mężczyzna gwałtownie obrócił ciało, próbując zrozumieć, co się dzieje, lecz wszystko wydarzyło się zanim jego umysł zdążył nadać wydarzeniu właściwą nazwę. Upadek był krótki, chaotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek elegancji. Próbował się podnieść. Leif nie pozwolił mu na to. Jedna chwila wystarczyła, aby człowiek, który jeszcze przed momentem wyglądał jak bywalec ekskluzywnej aukcji, znalazł się w sytuacji, której nie kontrolował. Raphael nawet nie drgnął.
Obserwował. Nie było w nim satysfakcji. To również byłoby zbyt łatwe. Satysfakcja oznaczałaby, że Victor zdołał wywołać w nim coś większego niż zwykłe zainteresowanie. Raphael patrzył na niego tak, jak patrzył na dokument wymagający podpisu. Jak na problem, którego rozwiązanie zostało już właściwie przesądzone, choć formalności jeszcze się nie zakończyły. Krew pojawiła się pod nosem Victora. Jego idealnie ułożone włosy opadły na czoło. Twarz straciła tę miękką, niemal chłopięcą atrakcyjność, która zapewne przez lata pomagała mu w sytuacjach, w których inni mężczyźni musieli pracować znacznie ciężej. Teraz nie było galerii. Nie było aukcji. Nie było fundacji. Nie było nazwiska rodziny. Nie było setek milionów dolarów, którymi zarządzał. Nie było żadnego stołu, przy którym mógłby usiąść i poczuć, że świat należał do ludzi takich jak on. Był tylko człowiek, który nagle odkrył, że pieniądze były użyteczne wyłącznie w świecie, który zgadzał się przyjąć je jako argument.
Victor próbował coś powiedzieć. Raphael uniósł lekko dłoń. Leif zatrzymał się. Ta natychmiastowa reakcja była ważniejsza niż cokolwiek, co wydarzyło się wcześniej. Wszak Valencourt chciał, żeby insekt ją zobaczył. Nie przemoc. Nie przewagę fizyczną Leifa. Posłuszeństwo. To była różnica. Leif mógł być większy, silniejszy, bardziej brutalny. Nie miało to jednak znaczenia. Istotne było to, że przestał w chwili, w której Raphael wykonał niewielki gest. To właśnie tworzyło hierarchię. Nie siła człowieka stojącego najbliżej. Nie rozmiar mięśni. Nie umiejętność zadania ciosu. Władza zaczynała się tam, gdzie cudze ciało reagowało na minimalny ruch dłoni. Jego dłoni.
W końcu wstał z fotela. Powoli, jakby właśnie skończył rozmowę przy kolacji, a nie znalazł się w zamkniętej sali szpitalnej z człowiekiem, który groził kobiecie znajdującej się wciąż na szpitalnym łóżku. Podszedł kilka kroków. Victor spojrzał na niego z dołu. I wtedy przez krótką chwilę Raphael dostrzegł w jego twarzy coś, czego wcześniej nie było. Nie strach. Jeszcze nie. Być może Victor zaczynał rozumieć, że wszystkie informacje, które posiadał o Raphaelu Valencourcie, były niewystarczające. Że nazwisko, które być może wcześniej traktował jako jedno z wielu, nagle miało ciężar, którego nie potrafił właściwie oszacować. Że znalazł się w pomieszczeniu, w którym jego pieniądze nie były najwyższą walutą.
Raphael zatrzymał się przed nim i powoli przykucnął, patrząc wciąż na człowieka pod sobą. Trzymanego w stalowym uścisku Skandynawa. - Spójrz na mnie. - Przez kilka sekund nie dodał nic więcej i pozwolił tej ciszy trwać. Nie spieszył się. Człowiek, który się spieszył, zdradzał potrzebę. Człowiek, który potrafił czekać, zmuszał innych do wypełnienia ciszy własnymi myślami. Raphael widział, jak Heifel próbował znaleźć odpowiednią reakcję, odpowiednie słowa, odpowiednią wersję rzeczywistości, w której nadal był kimś znaczącym. Być może chciał powołać się na nazwisko. Być może na prawników. Być może na znajomości. Być może chciał powiedzieć, że nie wiedział, z kim Raphael ma do czynienia. Wszystkie te odpowiedzi byłyby jednak równie żałosne.
Valencourt nie chciał wiedzieć, kim Victor był w swoim świecie. Chciał, żeby Victor zrozumiał, kim był tutaj.
Jego wzrok na moment przesunął się w stronę Glass. Nieprzytomnej, podłączonej do aparatury, całkowicie nieświadomej tego, że dwóch mężczyzn rościło sobie wobec niej prawa, których żaden z nich nie powinien był posiadać. Raphael pomyślał, że być może właśnie dlatego cała sytuacja była tak doskonale ironiczna. Victor uważał, że przyszedł do niej, ponieważ mu się należała. Raphael przyszedł, ponieważ ktoś próbował wykorzystać jej ciało jako wiadomość dla niego. Jeden i drugi patrzyli na Glass, lecz każdy widział w niej coś zupełnie innego.
Victor widział kobietę, która odmówiła mu tego, czego oczekiwał. Raphael widział punkt, w którym ktoś wkroczył na jego planszę. I tylko jeden z nich rozumiał, że nie chodziło już o Glass.
Raphael ponownie spojrzał mu w oczy. - Powiedz mi, Victor - odezwał się cicho. - Czy naprawdę myślałeś, że możesz przyjść tutaj i nadal decydować, gdzie jest twoje miejsce?

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
0 y/o
Welkom in Canada
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Nie zobaczył władzy.
Kiedy nieznajomy mężczyzna trzymał go w żelaznym uścisku, kiedy w ustach poczuł smak własnej krwi, i kiedy kochanek blondynki kucnął przy nim - Victor nie widział władzy, lecz niepewność. Kogoś, kto był tak onieśmielony odwiedzinami innego mężczyzny przy łóżku kobiety, którą być może uważał za swoją, iż musiał zdecydować się na spektakl ustalania dominacji i koronacji samca alfa.
Victor nie przyszedł do szpitala, by pojedynkować się na miecze z innym draniem chętnym zerżnąć niezłą laskę przy następnej możliwej okazji. Właściwie nie przeszkadzało mu to, kto jeszcze ją miał, tak długo jak ostatecznie miała posłusznie wrócić do niego. Był aż tak łaskawy w swojej ocenie i aż tak wspaniałomyślny, by wybaczyć jej wszystkie złe decyzje i wszystkie krzywdy, które mu wyrządziła, ponieważ tęsknił za nią aż. tak. bardzo. Nie zamierzał pokazywać sobie z Raphaelem kutasów i oceniać, kto miał większego. Zamierzał b y ć obok jedynej osoby, której zdanie w tym temacie miało znaczenie.
Victor widział mężczyznę który nie mógł być pewien, jak zdecyduje nieprzytomna pacjentka. Mężczyznę który dopuszczał do siebie istnienie opcji, w której Sadie nie tylko zgodzi się na towarzystwo Victora, ale nawet będzie nim ucieszona. Jeśli zaś nie był pewien gdzie sam stał w relacji z blondynką, nie mógł do tego dopuścić… I dlatego reagował tak ostro.
Victor to rozumiał, a jednocześnie się z tym nie zgadzał.
Najpierw splunął krwią, która wypełniła jego usta. Potem zaśmiał ironicznie, złośliwie, prosto w twarze i mięśni, i mózgu operacji. Potrzebowali siły, bo nie mogli polegać na swojej ocenie pragnień Sadie. Jeśli nie mogli na tym polegać, to znaczyło, że…
Nowy gach nie znał jej aż tak dobrze, jak poznał Victor.
Minęło mniej czasu - brał to pod uwagę, a zarazem musiało minąć wystarczająco, by Raphael wiedział co nieco. Być może jednak nie zwracał uwagi, być może go to nie obchodziło, i za to nie mógł go winić. Po pierwsze dlatego, że jego braki w wykształceniu zorientowanym na Sadie były dla Victora korzystne. Po drugie dlatego, że sam miał większość z tych pierdół głęboko w dupie, lecz nauczył się je zauważać i wykorzystywać wtedy, kiedy było coś do ugrania.
Teraz chciał ugrać jej sympatię, a kiedyś - przebaczenie. Najlepiej jeszcze w trzecim kwartale tego roku, bo powoli nudziło mu się bycie niedocenianym. Chciał jej przecież tylko dać swoją miłość, czas i uwagę, a ona nie pozwalała - s u k a.
Raz jeszcze - wybaczał jej, bo był dobry. Ona musiała tylko zobaczyć, co robiła źle, a następnie przeprosić. Wówczas wszystko będzie dobrze, a Raphael zostanie wymazany z powierzchni jej umysłu jak jeden z tych błędów, które popełnia się po pijaku.
Lub którym pozwala się popełniać siebie.
Nie chciał sobie tego wyobrażać.
Jej rodzice — powtórzył, a za rozbawieniem kryła stanowczość, wyjątkowo uwarunkowana w uczciwym wykorzystywaniu pozyskanej wiedzy. — Będą pierwszym, o co zapyta jak się obudzi. Jeśli jeszcze ich tu nie ma, powinni być. Chcesz być bohaterem w jej oczach? Zadzwoń do nich pierwszy — prychnął. — Mi zależy na tym, żeby Sadie miała wszystko czego potrzebuje.
Nawet przez chwilę nie rozpatrywał szarpaniny poprzez rozpoznanie kogoś potężniejszego. Valencourt mógł popisywać się techniką swojego ochroniarza, mógł też rzucać tajemniczymi pytaniami, lecz długofalowo nie miało to żadnego znaczenia. Pacjentka miała się wybudzić, a wybudzona usłyszeć o tym, jak jej kochaś zarządził własnym dyskomfortem w tej małej przestrzeni. Znał jej podejście. Wiedział, że w rozmowie z Victorem nie wypowiedziałaby się niepochlebnie na temat Raphaela i, prawdopodobnie, zasada obowiązywała także w drugą stronę. Widział to w jej wykonaniu wiele razy: podczas wspólnych wyjść nie pozwalała sobie okazać, że coś było nie tak; reprymendę wobec Victora wygłaszała dopiero w drodze do domu, gdy osoby trzecie nie mogły tego usłyszeć. Mogła więc nie opowiadać Victorowi z żalem jak zawiódł ją Raphael, ale Victor wiedział, że wystarczy aby miała świadomość przebiegu sytuacji. Wystarczy, że kolejno przeistoczy się w uczucia i opinie, które będą w niej kiełkować.
Właściwie nawet lepiej wypadał w roli krwawiącej ofiary; kogoś, kto pozostał przy niej mimo warunków nie tylko wrogich, ale i zagrażających jego bezpieczeństwu.
Wręcz można było powiedzieć, że święta tego roku przyszły z końcem sierpnia w domu Heigla. Brakowało tylko kolorowych lampek, ale jeśli pobyt pacjentki się przedłuży, i to było do zrobienia.
Ty mi powiedz — odbił piłeczkę. — Czy naprawdę myślisz, że możesz decydować za nią? — jego śmiech stał się donośniejszy. Ta kobieta reagowała alergią na każdego, kto próbował. Raphael nie robił sobie tym żadnych przysług.
Jeśli się obudzi, i poprosi go o wyjście, wyszedłby. Odmawiał jednak przyjęcia narracji, w której decydować o tym miał jakiś chuj - tylko dlatego, że pieprzył ją ostatni i że w szpitalnej sali znalazł się pierwszy.

raphael valencourt

łoś Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

2005
francja
Pamiętał spojrzenie wbijające się nie tylko w jego twarz, lecz penetrujące jego umysł, jakby człowiek stojący przed nim nie patrzył na Raphaela, ale próbował odnaleźć w jego głowie miejsce, w którym można było coś rozmontować, przesunąć, wyrwać i zastąpić czymś innym. Silne dłonie trzymały jego głowę po obu stronach, zmuszając ją do pozostawania w jednej pozycji. Nie mógł odwrócić wzroku. Nie mógł zamknąć oczu. Powieki pozostawały uniesione nie z własnej woli, lecz za sprawą specyfiku, który mu podano — czegoś, co odebrało mięśniom posłuszeństwo, pozostawiając świadomość uwięzioną wewnątrz ciała. To przerażało jeszcze bardziej. Nie ból. Nie strach. Nawet nie to, co znajdowało się przed nim. Najgorsze było zrozumienie, że umysł mógł pozostać przytomny, kiedy ciało przestawało należeć do człowieka. Raphael pamiętał tę świadomość z niemal absurdalną dokładnością. Pamiętał ciężar własnej głowy. Suchość w ustach. Chłód powietrza przesuwający się po nieruchomej skórze. Pamiętał, że próbował mrugnąć, a nawet ten najdrobniejszy odruch nie należał już do niego. Pamiętał myśl, która pojawiła się wtedy po raz pierwszy i która, choć był jeszcze dzieckiem, miała w sobie coś z późniejszego Raphaela: skoro odebrano mu możliwość decydowania o własnym ciele, musiał przynajmniej zachować coś, czego nie mogli dotknąć. Myśl. Wspomnienie. Obraz. Cokolwiek. Nie wiedział jeszcze, że człowieka można złamać również tam.
Przed nim znajdowało się stalowe koło, ciężkie i zimne, zakotwiczone w podłodze tak, jakby miało pozostać tam przez dziesięciolecia. Do niego przywiązany był mężczyzna. Nagi, bezbronny, pozbawiony wszystkiego, co mogłoby przypominać o jego wcześniejszym życiu. Ciężkie okowy utrzymywały jego nadgarstki i kostki, a ciało zostało rozpięte na konstrukcji w sposób, który przywodził Raphaelowi na myśl rysunek człowieka witruwiańskiego da Vinciego — tyle że tutaj nie było w tym niczego wzniosłego. Żadnej harmonii. Żadnej proporcji. Tylko demonstracja władzy nad ludzkim ciałem. Wokół stali inni. Mężczyźni i kobiety, których twarze pozostawały w cieniu, a także kilkoro dzieci w podobnym do niego wieku. To właśnie ich obecność zapamiętał najmocniej. Nie powinno ich tam być. Dzieci nie powinny patrzeć na takie rzeczy. Dzieci powinny patrzeć na świat i dopiero uczyć się, że można mu ufać. Tymczasem ich twarze były nieruchome, blade, pozbawione naturalnej ciekawości. Niektóre patrzyły wprost. Inne próbowały patrzeć gdziekolwiek indziej, lecz szybko sprowadzano ich wzrok z powrotem. Raphael nie wiedział wówczas, czy wszyscy przechodzili przez to samo, czy może każde z nich otrzymywało własną lekcję. Wiedział tylko, że nikt nie pomagał. Nikt nie mówił, że wystarczy. Nikt nie przychodził, aby przerwać przedstawienie.
Mężczyzna stojący najbliżej więźnia posiadał na sobie czerwoną szatę, której barwa była niemal nierzeczywista na tle szarości pomieszczenia, jakby ktoś celowo nadał jej znaczenie. Znaczenie, którego dziecko nie mogło jeszcze pojąć. W jego dłoni znajdowało się ostrze. W pewnym momencie zaczął ciąć, odciągając z ciała nieznajomego mężczyzny płaty skóry. Ruch ręki trwał, ale po latach Valencourt nie potrafił już powiedzieć, ile trwał cały rytuał. Pamięć nie zachowała chronologii. Zachowała obrazy. Fragmenty. Dźwięki. Oddech. Kroki. Skrzypienie metalu. I głos, który pojawiał się za każdym razem, niemal dokładnie w tej samej chwili.
Robactwo. Wieprze. Owce.
Szept tuż przy jego uchu. A może wewnątrz jego czaszki. Nie potrafił rozstrzygnąć, gdzie naprawdę znajdował się ten głos. Czasami sądził, że ktoś rzeczywiście pochylał się nad nim i mówił. Innym razem wydawało mu się, że słowa zostały wprowadzone do jego świadomości tak głęboko, iż później nie potrzebowały już żadnego ludzkiego gardła. Po prostu były. Powracały bez zaproszenia. Robactwo. Wieprze. Owce. Trzy słowa, które miały opisać człowieka, zanim jeszcze nauczył się rozumieć, czym była pogarda.
Gdyby mógł, krzyczałby. Gdyby mógł, zalewałby się łzami. Gdyby mógł, odwróciłby wzrok. Ale nie mógł zrobić niczego. I być może właśnie dlatego tamto wspomnienie przetrwało w nim tak długo — ponieważ nie było związane wyłącznie z przemocą, lecz z całkowitym odebraniem wyboru. Pozostawał świadkiem własnej bezsilności, zmuszonym do obserwowania i zapamiętywania. Aż w końcu rozłamali jego umysł i pozwolili nasieniu rozwinąć się.
aktualnie
Lwów nie interesowało, co myślały owce. Obcas nie polemizował z robactwem. Siła była siłą — nie argumentem, nie poglądem, nie moralną kategorią, którą można było poddać dyskusji przy odpowiednio drogim winie i odpowiednio dobranym towarzystwie. Była faktem, podobnie jak wysokość muru, ciężar stali czy zamknięte drzwi. Naturalnym procesem, w którym gepard nie zatrzymywał się przed skokiem, aby zastanawiać się, co odczuwał paw. Nie pytał go o zgodę. Nie interesowała go jego historia, jego lęk, jego przywiązanie do życia. Polował. Zabijał. Bo mógł. Raphael przez lata nauczył się, że ludzie nazywali to okrucieństwem tylko wtedy, gdy sami znajdowali się po niewłaściwej stronie drapieżnika. Gdy zaś siedzieli przy stole, posiadając pieniądze, nazwiska i władzę, tę samą zasadę określali mianem zarządzania, strategii, konieczności albo odpowiedzialności. Słowa zmieniały się zależnie od tego, kto je wypowiadał. Mechanizm pozostawał ten sam. Raphael nie patrzył więc na Victora, by widzieć człowieka. Nie widział kogoś, kto znajdował się w tej sali jako równy drugiemu człowiekowi. Nie widział mężczyzny posiadającego własne pragnienia, własne racje, własną opowieść, której należało wysłuchać z szacunkiem. Widział organizm leżący przed nim i próbujący właśnie zrozumieć, dlaczego świat, który dotąd układał się pod jego stopami, nagle przestał odpowiadać na jego oczekiwania. I w tej próbie zrozumienia było coś niemal dziecinnego. Coś, co przez krótką chwilę mogło nawet bawić.
Heigel był trzodą, która zaludniała świat, podczas gdy Valencourt był rasą ludzką, która budowała wokół niej płoty i wyznaczała bramy, przez które ta mogła przepływać. Victor mógł posiadać pieniądze, kontakty, piękny garnitur, twarz, która otwierała drzwi szybciej niż większość nazwisk, i ten szczególny rodzaj pewności siebie właściwy ludziom, którzy zbyt długo nie spotkali nikogo, kto mógłby im czegoś odmówić. Wszystko to jednak działało tylko w granicach świata, który ktoś wcześniej stworzył. A granice tego świata nie należały do Victora. Ludzie tacy jak on w ogóle nie rozumieli, jak wiele ich życia opierało się na niewidzialnych zgodach innych. Wierzyli, że sami wybierali, gdzie mieszkali, z kim rozmawiali, kogo pieprzyli, komu płacili i kogo mogli dotknąć, podczas gdy w rzeczywistości większość tych decyzji była możliwa tylko dlatego, że ktoś przed nimi ustanowił zasady, których nigdy nie musieli zauważać. Victor po prostu pomylił możliwość poruszania się po wybiegu z wolnością.
Czy naprawdę myślisz, że możesz decydować za nią?
Nienaturalnie spokojna twarz Valencourta nie zmieniła wyrazu. Jedynie patrzyła, podczas gdy głowa przekrzywiła się delikatnie, niemal niedostrzegalnie, jak u człowieka próbującego ocenić wartość przedmiotu wystawionego przed nim. Nie było w tym gniewu. Gniew byłby przecież dowodem, że Victor zdołał coś w nim poruszyć, że dostał się wystarczająco głęboko, aby zasłużyć na emocję. Raphael nie odczuwał niczego. Zamiast tego obserwował. Sprawdzał. Zastanawiał się, co właściwie znajdowało się przed nim i czy należało to jeszcze traktować jako problem, czy może już wyłącznie jako konsekwencję. Czy zabicie trzody nie spowodowałoby niestrawności? Myśl przemknęła przez jego umysł niemal obojętnie, pozbawiona gwałtowności, jak pytanie dotyczące kolacji, której nie był pewien, czy rzeczywiście chciał spróbować.
- Pytałeś też o to, gdy ją nagrywałeś? - odezwał się w końcu, niewzruszony reakcją. Niespecjalnie także przejęty słowami padającymi wcześniej. - Pytałeś ją, gdy podpalałeś jej dom?
Pytania zawisły pomiędzy nimi, a Raphael przez chwilę nie robił nic więcej. Nie potrzebował. Victor mógł zaprzeczać. Mógł tłumaczyć. Mógł opowiedzieć swoją wersję historii, w której jego działania posiadały powód, kontekst i usprawiedliwienie. Raphael wiedział jednak, że każde takie wyjaśnienie byłoby tylko kolejną próbą odzyskania pozycji. Heigel nie bronił prawdy. Bronił prawa do własnej narracji. A tego prawa Raphael nie zamierzał mu przyznać.
Złapał jego twarz w dłoń i obrócił ją powoli, jakby oglądał coś, co zamierzał kupić. Lub coś, co rozważał wyrzucić. Gest był niemal pozbawiony przemocy właśnie dlatego, że nie musiał jej zawierać. Valencourt nie ściskał mocniej, niż było to konieczne. Nie podnosił głosu. Nie wykonywał gwałtownych ruchów. Przez chwilę po prostu patrzył na twarz Victora z chłodną, niemal zawodową uwagą, jakby próbował odnaleźć w niej odpowiedź, której ten człowiek nie potrafił jeszcze wypowiedzieć. Dostrzegał drżenie szczęki. Napięcie mięśni. Zmianę oddechu. Tę krótką, mimowolną próbę odzyskania godności poprzez wyprostowanie karku, która jednak kończyła się niepowodzeniem, ponieważ ciało szybciej niż umysł rozpoznawało zmianę układu sił.
Raphael zastanowił się przez chwilę, jak wyglądałaby oskalpowana głowa Heigela. Nie dlatego, że potrzebował zobaczyć taki obraz. Przeciwnie — wyobraźnia nie była mu potrzebna do wykonywania rzeczy, które inni ludzie musieli sobie najpierw wyobrażać. Czy wieprz leżący przed nim rozpoznałby siebie, gdyby odebrano mu wszystkie oznaki człowieka, którym tak bardzo chciał być? Garnitur. Nazwisko. Władzę. Urok. Pieniądze. Twarz, którą przez lata wykorzystywał jak przepustkę. Co pozostałoby wtedy? Czy patrząc w lustro na człowieka pozbawionego wszystkich tych warstw, zobaczyłby wreszcie własne wnętrze, czy może nawet wtedy potrzebowałby kogoś, komu mógłby przypisać winę? Co zrobiłby, gdyby dostrzegł wnętrze własnej czaszki?
Puścił jego twarz. Nie odsunął jednak wzroku. Jego oczy zrobiły się niemal praktycznie czarne. - Jeśli będziesz się nią interesować, wyrucha cię banda chętnych czarnuchów. - Mimika nie zmieniła się — przeciwnie, pozostawała tak spokojna, że właśnie ten spokój nadawał kolejnym słowom coś znacznie gorszego niż zwykła agresja. Nie było w nim wybuchu, nie było podniesionego głosu ani tego charakterystycznego napięcia, które pozwalało człowiekowi przygotować się na gniew. Raphael mówił tak, jakby oznajmiał fakt, który już się wydarzył, a nie możliwość zależną od decyzji Victora.
Wstał niespiesznie, pozwalając, by materiały jego garnituru prostowały się niemal w nienaturalnej harmonii, jakby nawet ubranie rozumiało, że w tym pomieszczeniu nic nie powinno nosić śladów po tym, co właśnie się wydarzyło. Raphael przesunął kciukiem po krawędzi kieszeni, a potem skierował się z powrotem do niewielkiego stolika, na którym stała butelka wody. Jego ruchy były spokojne, pozbawione najmniejszego pośpiechu. Jak gdyby przed chwilą nie rozstrzygał losu człowieka, lecz kończył rozmowę biznesową, która nie zasługiwała na to, aby poświęcić jej więcej czasu. Za jego plecami Leif podnosił do pionu Heigela. Nie musiały padać żadne słowa. Dla Skandynawa oczywistym było, że problem należało usunąć z pomieszczenia, aniżeli pozwalać zakłócać jego aurę. Valencourt nie odwrócił się nawet, kiedy usłyszał ciężar kroków i szelest materiału. Dopiero gdy mężczyźni znajdowali się już przy drzwiach, ciszę sali przebił jeszcze raz jego głos.
- I dobrze ci radzę, Victor - powiedział spokojnie. Głos miał miękki, młodzieńczy tembr, niemal zaskakujący w zestawieniu z tym, co przed chwilą wydarzyło się w pokoju. W jego brzmieniu było coś delikatnego, lekko zachrypniętego na końcach słów, coś, co przy innym człowieku mogłoby sugerować niepewność albo zmęczenie. U Raphaela działało odwrotnie. Ta łagodność sprawiała, że każde zdanie brzmiało bardziej osobliwie, bardziej niepokojąco, ponieważ nie było w nim wysiłku. Nie musiał podnosić głosu, aby zostać usłyszanym. Nie musiał nadawać słowom ciężaru. Jego ton sam w sobie sprawiał, że ludzie zaczynali słuchać.
Ciemność oczu spoczęła na Heigelu.
- Zbadaj się. Klienci nie lubią syfilisu.
Gdy Leif wyszedł z Victorem, Marcus wszedł na ich miejsce i zamknął za sobą drzwi. Stanął obok swojego pracodawcy, zachowując charakterystyczne milczenie. Nie było w nim ciekawości. Marcus należał do ludzi, którzy rozumieli, że pewnych pytań nie zadawało się dlatego, że odpowiedź mogła być niebezpieczna, lecz dlatego, że samo pytanie oznaczałoby przekroczenie granicy.
Raphael przez chwilę patrzył na wodę w swojej dłoni, dopiero potem podniósł wzrok. - Nie interesują mnie szczegóły. - Spojrzenie osiadło na Benińczyku, by po chwili przesunąć się dalej, ku nieprzytomnej Glass. - Dopilnuj, żeby kopia trafiła, gdzie trzeba.
Marcus skinął głową. Nie padło nic więcej. Raphael nie potrzebował wiedzieć, jak dokładnie miało zostać wykonane polecenie. Nie obchodziło go to nawet. Wiedział tylko, że Heigel nie miał normalnie chodzić przez następne tygodnie.
Po wyjściu Marcusa został na sali sam. Przez dłuższą chwilę nie poruszał się wcale. Szpitalne urządzenia wydawały ciche, regularne dźwięki, przypominające mu, że ciało Glass wciąż pozostawało przy życiu, choć jej świadomość znajdowała się gdzieś poza jego zasięgiem. Teraz, kiedy wszyscy inni wyszli, cisza miała zupełnie inny charakter. Nie była już ciszą po rozmowie. Była ciszą oczekiwania. Obserwował nieruchomą sylwetkę na łóżku przez dłuższą chwilę, aż wreszcie zaczął dostrzegać rzeczy, których wcześniej, w obecności innych, nie pozwalał sobie zauważać. Kosmyk włosów przyklejony do skroni. Drugi, przeciągnięty przez policzek i pozostawiony tam w przypadkowym nieładzie. Zagniecenie na poduszce odciśnięte pod jej głową. Suchość ust. Zbyt blada skóra. Szpital miał własną estetykę, jeżeli w ogóle można było nazwać estetyką coś, co polegało na systematycznym odbieraniu człowiekowi wszystkiego, co czyniło go rozpoznawalnym. Tutaj wszyscy stawali się podobni. Białe prześcieradła, plastikowe przewody, cienkie koce, pozbawione charakteru ubrania, włosy odgarnięte z twarzy bez najmniejszej troski o to, jak człowiek wyglądał. Choroba nie miała płci ani wieku. Choroba była uniformem.
Raphael nigdy nie lubił uniformów.
Sięgnął i ostrożnie przesunął palcami po jej włosach. Sygnety mignęły w blond pasmach. Nie spieszył się. W jego ruchach nie było tej nerwowej troski, którą obserwował u lekarzy i pielęgniarek. Ich dotyk zawsze miał cel. Sprawdzić, zmierzyć, poprawić, zabezpieczyć. Jego nie służył niczemu, co można było wpisać do dokumentacji. Przeczesywał pasma palcami, rozdzielając te, które splątały się ze sobą, aż włosy zaczęły ponownie układać się w sposób, który pamiętał. Właśnie tak. Nie idealnie. Nigdy nie lubił, kiedy wyglądała zbyt perfekcyjnie. Sadie miała w sobie coś, czego nie dało się osiągnąć kosmetyką — tę pozorną niedbałość, która w jej przypadku zawsze wydawała się bardziej wyrafinowana niż starannie przygotowany wygląd innych kobiet. Teraz jednak Heigel odebrał jej nawet to.
Jego palce zatrzymały się na chwilę przy jej skroni. Odsunął włosy, odsłaniając linię twarzy. Spojrzał na nią z tym samym skupieniem, z jakim niegdyś przyglądał się jej podczas rozmów, kiedy próbował zorientować się, czy coś ukrywa. Twarz była dla niego mapą. Znał ją lepiej, niż powinien. Wiedział, jak wyglądała, kiedy była zirytowana, choć jeszcze udawała spokój. Wiedział, jak napinała szczękę, kiedy powstrzymywała odpowiedź. Wiedział, jak zmieniały się jej oczy, gdy coś naprawdę ją interesowało. Wiedział nawet, że jej twarz w chwilach zmęczenia stawała się dziwnie młodsza. Teraz nie widział niczego z tego. Tylko bezruch.
Zsunął z niej koc Heigela, który prezentował się jak kamień wbijający ją silniej w materac. Ciężki, szorstki, bezosobowy. Przez chwilę trzymał go w dłoniach, patrząc na materiał z czymś na kształt chłodnej dezaprobaty, jak gdyby był to przedmiot, który osobiście go obraził. Następnie wyszedł na korytarz i oddał go pielęgniarce z krótką informacją, że może zostać przekazany dzieciom z oddziału onkologicznego. Nie potrzebował go.
Następnie poprawił jej ubranie. Wygładził jedynie materiał w miejscach, w których się zsunął, poprawił rękaw i naciągnął kołnierz tak, aby nie układał się przypadkowo. Każdy ruch był niewielki, ale wszystkie razem zaczynały zmieniać obraz. Glass powoli znikała spod warstwy szpitalnego chaosu. Nie stawała się zdrowa. Nie stawała się nawet przytomna. Nadal leżała bez ruchu, podłączona do aparatury, blada i nieobecna. Ale przestawała wyglądać jak ktoś, kogo szpital już sobie przywłaszczył.
To wystarczało, by Raphael odsunął się o krok i usiadł ponownie na fotelu. Jego spojrzenie powróciło do Glass. Oparł łokieć na podłokietniku i patrzył na nią długo. A umysł... Umysł poruszał się już gdzie indziej. Poza salą. Poza szpitalem. Poza wszystkim, co wszyscy inni nazywali przypadkiem.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siostrze Ruth zostalo pięć miesięcy do emerytury i pięć minut do wybuchu. Oddział był jej terytorium. Każdego dyżuru pokonywała jego korytarze jak naczelny drapieżnik łańcucha pokarmowego: pacjenci bali spojrzeć w jej stronę, rejestratorka nieśmiało proponowała kawę i inne łapówki, zaś lekarze pokornie schodzili z drogi. Ordynator pytał siostry Ruth o zgodę na własny urlop, i to było wszystko, co należało wiedzieć o hierarchii Mount Sinai.
Sala numer dziewięć od ubiegłego wieczoru stanowiła punkt ucisku, który z godziny na godzinę dawał o sobie znać coraz bardziej nieznośnie. Nie lubiła, gdy powstawało zamieszanie którego sama nie inicjowała. Nic nie stawało się priorytetem dopóki ona nie oceniła tego jako priorytet. Poza zwłokami laleczki w sali na końcu korytarza, które z nieznanego jej powodu doprowadziły do skurczu zbyt wielu pośladków na terenie szpitala. Po oddziale kręciły się osoby, których e n e r g i a kłóciła z pozycją alfa pielęgniarki o stażu dłuższym, niż wiek wszystkich gości pacjentki łącznie.
Nie, nie zamierzała nikomu wyjaśniać tej matematyki.
Cierpliwości zabrakło gdy po kolejnych nieaprobowanych przez nią odwiedzinach z sali wyprowadzono mężczyznę, który - przysięgłaby - wchodząc nie miał krwi na koszuli. Siostra Ruth nie zamierzała przyjmować na oddział kolejnego pacjenta, toteż nie ingerowała w proces mężczyzn kierujących się do windy. Jej królewską domeną była mała sala, z której powoli zaczynały wysypywać bukiety kwiatów i kosze prezentowe. Korytarz cuchnął frezjami na metr od drzwi, a metalowy stojak na kroplówkę raz po raz zahaczał w wąskim przejściu o stolik, który służył jako przechowalnia darów od wiernych.
Gdy żonglując pod dyżurką receptami czterech osób musiała przyjąć kuriera z kolejną przesyłką, okres względnej wyrozumiałości minął bezpowrotnie. Była pielęgniarką z powołania.
A jej powołaniem był ścisły porządek wedle własnych nienegocjowalnych kryteriów.
Do sali wpadła z wiklinowym koszem pełnym dobroci, jednak przypominała czołg gotowy odpalić rakietę bardziej, niż wczesnego Mikołaja. Zimnym spojrzeniem funkcjonariuszki KGB przesunęła po nieprzytomnej na pewno pacjentce, i nieprzytomnym być może odwiedzającym.
Odchrząknęła. Kosz odstawiła zbyt głośno na podłogę przy fotelu mężczyzny.
Czy już skończyli państwo swoje pielgrzymki? — nie próbowała maskować poirytowania. Zamieszanie utrudniało pracę oddziału. Zaburzało rytm oddechu szpitala. Wystawiało ją na próbę. — Nalegam na rozsądek. To nie Matka Teresa.
Siostra Ruth nie była fanką robienia szumu tam, gdzie nie służył niczemu poza sensacją. Oddział ratunkowy służył ratowaniu, nie ekspozycji katalogu okolicznych kwiaciarni i przeglądowi modnej w tym sezonie papeterii.
Ominęła labirynt z maszyn, mebli i prezentów by podejść do pacjentki. Z wprawą kogoś, kto nie potrzebował badań, by znać odpowiedź. Kogoś, kto spojrzał kątem oka z końca korytarza i wiedział więcej, niż lekarz prowadzący.
Nie potrzebowała karty pacjenta, czasu ani konsultacji. Zaledwie minuty na zebranie wzrokiem kilku detali, by odwrócić do odwiedzającego i obojętnie przekazać:
Zmniejszymy sedację — pokręciła zaworem przy odpowiednich woreczkach. — Na reakcję trzeba będzie poczekać. Pacjentka potrzebuje spokoju — zmierzyła mężczyznę czujnym spojrzeniem. Nie wiedziała kto jest kim, ale wiedziała, że blondi cieszyła męskim zainteresowaniem. Siostra Ruth żyła za długo, i za dużo widziała, by cokolwiek zrobiło na niej wrażenie.
Miała jednak granicę której nie należało przekraczać.
Kolejnego ochotnika nie wpuszczę — zadeklarowała. — I, na Boga, jeśli którykolwiek z was turystów zacznie mi tłumaczyć, że jesteście w czternasto-osobowej polikule, która ma pięciu metamourów, dwa zawiasy i strukturę organizacji pozarządowej… — palec w karcącym, zabraniającym geście uniosła tylko na chwilę. Prychnęła zniesmaczona i wyszła, niezainteresowana odpowiedzią.
Dwie godziny później pod białą, cuchnącą wybielaczem pościelą drgnął palec wskazujący.
Trzy godziny później umysł wysłał sygnał do kończyn dolnych, lecz nie zarejestrował odpowiedzi.
Cztery godziny później ostrą ciszę sali przerwał słaby, zachrypnięty głos. Zbyt cukierkowy, zbyt miękki dla śladu setek rys, które zostawiły na nim wydarzenia kilkunastu ostatnich godzin.
Powieki uniesione na ułamek sekundy dostarczyły blondynce informacji, których brakowało po minutach słuchania. Po ciągnącej się bez punktu początku ani końca klątwie spowolnienia, dostrzeżenie twarzy osoby siedzącej po drugiej stronie sali było jak zgaszenie śmiertelnego pragnienia.
Sadie Glass żyła obserwując otoczenie. I umierała w szpitalnym łóżku, w stanie który nie pozwalał na obserwowanie niczego.
Moje stopy — brzmiała na zdziwioną, lecz w zdziwieniu całkowicie poważną. — Gdzie one są? — dociekała.
Zabrałeś je?
Stan magicznego opioidowego błogostanu zabierał cały ból, lęk i sens.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Milczenie dobrze współgrało z faktem, iż nieruchoma sylwetka Raphaela przesuwała wzrokiem po zapisanych w książce słowach. Odcinał się od rzeczywistości, skupiając spojrzenie na stronach i odciśniętym na nich tuszu, na równych rzędach liter, które w innych okolicznościach mogłyby stanowić całkowicie wystarczające schronienie dla człowieka zmęczonego światem. Była to jednak pułapka innego rodzaju. Raphael doskonale wiedział, że czytanie nie zawsze oznaczało skupienie. Czasami było jedynie metodą nadawania oczom zajęcia, podczas gdy umysł wykonywał zupełnie inną pracę. Każde przesunięcie spojrzenia po kolejnej linijce dawało mu kilka sekund pozornego spokoju, lecz pod powierzchnią świadomości trwała druga rozmowa, znacznie istotniejsza od tej, którą prowadził z książką. Konwersacja skupiona wokół jednej kwestii: kto dokładnie otruł Glass i dlaczego zrobił to właśnie teraz? Pytanie wracało z uporczywością, której nie potrafił już zignorować. Nie dlatego, że bał się o jej życie. Strach byłby zbyt prostą reakcją, niemal prymitywną. Interesował go mechanizm. Przyczyna. Intencja. Człowiek nie otruwał drugiego człowieka przypadkiem. Nawet jeśli sprawca był impulsywny, sam wybór trucizny, momentu, miejsca i ofiary pozostawał wyborem. A wybory zawsze coś mówiły. Niezależnie od tego, jak bardzo ludzie próbowali ukrywać swoje motywy, ostatecznie zawsze zdradzali się tym, co robili. Glass leżała więc przed nim nie tylko jako pacjentka. Była dowodem. Śladem. Elementem układanki, którego jeszcze nie potrafił właściwie umiejscowić.
To było silniejsze od niego, zupełnie jakby zamknięte w nim zwierzę wybierało inny rodzaj odpowiedzi. Zupełnie jakby klatka z okładki nie mogła go powstrzymać. Raphael próbował przez kilka minut wrócić do lektury, lecz kolejne zdania zaczynały tracić znaczenie. Czytał słowa, rozumiał ich sens, a jednak nie zatrzymywały się w jego pamięci. Umysł natychmiast wykorzystywał każdą wolną przestrzeń, aby powrócić do Glass. Do jej zatrucia. Do tego, co wydarzyło się przedtem. Do tego, kto mógł wiedzieć, gdzie się znajdowała. Wreszcie poddał się temu instynktowi, pozwalając, by strumień myśli przelewał się przez jego analityczny umysł i rozpracowywał najmniejsze detale. Nie próbował już szukać jednej odpowiedzi. Zamiast tego zaczął układać nazwiska.
Karina pojawiła się pierwsza. Pamiętał jej spojrzenie. Nie samą twarz, nie konkretne słowa, nawet nie sytuacje, w których się spotykali, lecz właśnie spojrzenie — to szczególne, chłodne zainteresowanie, które u ludzi o pewnych upodobaniach zawsze zdradzało więcej niż deklarowana uprzejmość. Raphael znał jej skłonność do okrucieństwa i dlatego nie mógł jej wykluczyć. Co więcej, ludzie tacy jak Karina byli czasami bardziej niebezpieczni od tych, którzy otwarcie deklarowali wrogość. Wrogi człowiek pozostawiał po sobie ślad intencji. Człowiek, który czerpał satysfakcję z samego aktu dominacji, mógł zrobić coś wyłącznie dlatego, że możliwość sprawowania kontroli sprawiała mu przyjemność. Glass mogła być dla niej celem. Mogła być wiadomością. Mogła być jedynie sposobem na dotknięcie Raphaela bez konieczności stawania z nim twarzą w twarz.
Potem pojawił się Pierre. Valencourt niemal uśmiechnął się na tę myśl, choć jego twarz pozostała nieruchoma. Pierre był tchórzliwym skurwysynem. Tego był pewien. Ale tchórzostwo nie wykluczało mściwości. Czasami wręcz ją wzmacniało. Człowiek, który nie miał odwagi zaatakować przeciwnika bezpośrednio, szukał miejsca, w którym mógł zranić go najbardziej. Glass mogła być właśnie takim miejscem. Nie musiała nawet mieć dla Pierre’a szczególnego znaczenia. Wystarczyło, że miała znaczenie dla Raphaela. Wszak wniosek był ten sam — otrucie było wymierzone w niego.
Odłożył książkę na stolik. Gdyby ktoś chciał zabić Glass, istniały prostsze sposoby. Nie oznaczało to oczywiście, że wybór określonej metody był przypadkowy. Przeciwnie. Ale jej przeżycie zmieniało wszystko. Gdyby celem było wyłącznie usunięcie kobiety, sprawa mogłaby zakończyć się inaczej. Tymczasem Glass znalazła się w szpitalu, Raphael dowiedział się o wszystkim, a do jego drzwi przyszedł Victor Heigel — człowiek, którego nazwisko już wcześniej pojawiało się przy jej historii. Zbyt wiele elementów układało się w jeden ciąg. Przypadki zaczynały być zbyt wygodne.
Valencourtowie stanowili kolejną możliwość. Ktoś z jego własnego rodu mógł uznać Glass za narzędzie nacisku. „Zabawka” jednego z synów — tak łatwo mogliby ją postrzegać. Przedmiot, który można było uszkodzić, jeśli właściciel zaczął wykazywać zbyt duże przywiązanie. Raphael znał ich sposób myślenia. Wiedział, że w ich świecie uczucia nie były czymś, co należało chronić. Były słabością, którą należało wskazać, zanim zrobił to ktoś inny. Glass mogła być więc ostrzeżeniem dla niego. Demonstracją. Przypomnieniem, że nawet jeśli posiadał nazwisko Valencourt, wciąż nie kontrolował wszystkiego. I właśnie dlatego nie mógł tego wykluczyć.
Następnie pomyślał o Aukcji. O wszystkich tych, którzy przegrali. O mężczyznach i kobietach, którzy przyjechali tam przekonani, że pieniądze, nazwiska i wpływy wystarczały, aby zdobyć pozycję dwudziestą pierwszą, a potem musieli patrzeć, jak młody Valencourt odbierał ją im niemal na oczach całego zgromadzenia. Raphael pamiętał ich twarze. Niektóre były obojętne. Niektóre wzburzone. Inne skrywały coś, co wtedy uznał za zwykłą nienawiść. Teraz jednak każda z nich mogła wyglądać inaczej. Upokorzenie miało długą pamięć, szczególnie wśród ludzi, którzy przez całe życie przyzwyczajeni byli do wygrywania.
A on wygrał. Co więcej, dostał coś więcej niż samą pozycję. Dostał Prowadzącą. Kobietę, która od chwili Aukcji zaczęła pojawiać się przy nim w sposób, którego inni nie mogli nie zauważyć. Dla obserwatorów mogło to wyglądać jak fascynacja. Dla ludzi bardziej zaznajomionych z mechanizmem tego świata — jak demonstracja. Raphael posiadał coś, czego chcieli inni. Czy ktoś próbował mu to odebrać? Czy może ktoś próbował pokazać, że nie posiadał tego naprawdę?
Spojrzał na Glass. Pytanie zaczynało się zmieniać. Nie: kto chciał ją zabić? Lecz: kto chciał, żeby zobaczył ją właśnie w takim stanie? To było pytanie znacznie ciekawsze. Bo jeśli otrucie miało być wiadomością, jego adresatem był Raphael. A jeśli adresatem był Raphael, sprawca musiał wiedzieć o jego związku z Glass; mógł wiedzieć o jego zainteresowaniu tym, co znajdowało się w jej głowie, i o tym, że wiadomość dotrze do niego wystarczająco szybko.
Pozostawał jeszcze Gospodarz... A to mogło oznaczać obecność kogoś, kto mógł poruszać elementami planszy z poziomu, którego jeszcze nie widział. Gospodarz miał dostęp do informacji. Miał ludzi. Miał środki. Miał przede wszystkim wiedzę o rzeczach, o których inni nawet nie wiedzieli, że istniały. Raphael zastanawiał się więc, czy całe przedstawienie nie zostało zaplanowane właśnie po to, aby doprowadzić go do tego miejsca. Glass. Otrucie. Szpital. Victor. Wszystko pojawiające się kolejno, niemal zbyt precyzyjnie.
Jeśli tak było, Glass nie była pionkiem. Była przynętą. Raphael poczuł chłód przebiegający gdzieś pod skórą, nie ze strachu, lecz z czegoś znacznie bliższego ekscytacji. Wreszcie pojawił się przeciwnik, którego nie można było zobaczyć. Ktoś wykonał ruch, a następnie pozwolił, aby Valencourt sam zaczął szukać odpowiedzi. To było eleganckie. Niemal piękne. A równocześnie boleśnie błędne, bo zmuszało maszynę do odpowiedzi. Zmuszało geparda do polowania na człowieka myślącego, iż szuwary dadzą mu bezpieczeństwo.
Minuty zmieniały się w godziny, a godziny w jednostajny strumień świadomości. Jedynymi przerywnikami pozostawały zmiany zachodzące w ciele Glass: delikatne drgnienie palców, cięższy oddech, krótkie westchnienie. Raphael rejestrował każdy z tych sygnałów, nawet jeśli nie okazywał, że je zauważa. Wreszcie ponad jednostajnym rytmem aparatury pojawił się głos.
Niepodobny do tego, którym się do niego odzywała. Nie był gniewny ani błagający. Był zmęczony. Schrypnięty. Prawie dziecięcy w swojej dezorientacji, a równocześnie wciąż nosił charakterystykę Glass — tę samą barwę, którą jego pamięć potrafiła rozpoznać szybciej niż rozum.
Moje stopy. Gdzie one są? Zabrałeś je?
Przez krótką chwilę nie odpowiedział. Patrzył na nią, obserwując, jak świadomość powoli wracała do ciała, które jeszcze nie potrafiło właściwie odpowiedzieć na jej polecenia. - Byłoby to niefortunne - odezwał się powoli. Jego głos pozostał cichy, miękki, niemal łagodny. Nie chciał zasypywać jej słowami. Potrzebowała czasu, aby mózg ponownie połączył dźwięk ze znaczeniem.
Podniósł się z fotela i przeszedł kilka kroków w jej stronę. Nie wiedział, czy mogła go widzieć. Nie wiedział, jak dokładnie odbierała teraz rzeczywistość. Wiedział tylko, że zazdrościł jej leków. One przynajmniej miały tę uprzejmość, że pozwalały świadomości na chwilę zniknąć.
- Musiałbym wszędzie cię wozić - dodał po dłuższej chwili, stając przy łóżku.
Leżąca przed nim kobieta poruszyła lekko głową. Raphael spojrzał na jej twarz. A potem pomyślał o wszystkich nazwiskach, które jeszcze kilka minut wcześniej układał w swojej głowie. Karina. Pierre. Valencourtowie. Przegrani z Aukcji. Gospodarz. Mogła wiedzieć. - Glass - powiedział cicho, przesuwając spojrzenie wzdłuż ukrytego pod szpitalną pościelą ciała. - Zanim zachorowałaś... pamiętasz coś?

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”