25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dwa americano. Następnym razem. Obietnica. Jego reakcja, kiedy dał się nakarmić. Jej patrzenie na ich dłonie, kiedy odpowiadał, że gra na gitarze.
A ja na fortepianie — przyznała, choć darowała sobie kontynuację, że na pianinie też potrafiła. I na skrzypcach, ale tylko odrobinę, bo ojciec nigdy nie wymagał od niej bycia drugim Yo Yo Mą i wolał, kiedy skupiała się na instrumentach klawiszowych.
Jeszcze chwilę siedziała z jego nadgarstkiem blisko swojej twarzy i przez kolejne sekundy naprawdę rozważała ugryzienie go. Część jej była po prostu impulsywna i widok jego uśmieszków w połączeniu ze słowami o uzależnieniu się zadziałały jak zapałka przesunięta po drasce. Część niej po prostu lubiła się droczyć. Inna część była zwyczajnie ciekawska i Vivienne chciała zobaczyć czy zareagowałby z takim samym spokojem i z taką samą rozbawioną pewnością siebie, gdyby zrobiła to, czym go straszyła/prowokowała/groziła mu.
Wtedy będziesz miał problem — mruknęła i przysunęła się bardziej do jego skóry, powoli rozchylając usta, dając mu ostatnią szansę na wyrwanie się. Albo udając, że to robi, bo wciąż trzymała ich palce złączone ze sobą i nie wyglądało na to, że miałaby go puścić. Ugryzienie nie było mocne, nie na tyle, żeby naprawdę zaboleć — ale wystarczyło, żeby zostawić na jego skórze lekki odcisk jej zębów. Wielce zadowolona odsunęła jego nadgarstek od siebie i już wyciągała się ku jego drugiej dłoni, tej, którą zbliżał do jej policzka i tej, która zastygła w powietrzu. Widziała, jak Mark dostrzega coś kątem oka i odwraca spojrzenie, widziała, jak otwiera szerzej oczy. Sama zerknęła, ale on już zdążył się ruszyć, wyrywając ją z chwilowego otępienia wywołanego tym, co zobaczyła po drugiej stronie okna.
Na ulicy, jak gdyby nigdy nic, święta przyszły wcześniej. Albo właśnie ich tegoroczne istnienie stało pod znakiem zapytania, bo Rudolf uciekł z przystani Świętego Mikołaja.
Albo inne renifery mu dokuczały, bo jego nos świeci w ciemności — odpowiedziała tak samo pół żartem i pół serio, idąc za mężczyzną, zapominając i o wypiekach i o kawie. I o fortepianie, i o gitarze, i o kciuku kreślącym wolne kółka po skórze chwilę wcześniej, i o dłoni, która prawie dotknęła jej policzka, na co pewnie zaśmiałaby się cicho, pozwalając sobie na sekundę zapomnienia w tych czułościach. Wszystko przestało mieć aż takie znaczenie, gdy los zdawał się zesłać im misję. Wszystko poza jej telefonem, który chyba jedynie w jakimś dziwnym przypływie świadomości złapała do wolnej ręki w tym amoku wywołanym zwierzęciem na zewnątrz. — Myślisz, że to jakiś znak, żebyśmy uratowali święta?
Nie zabrała ręki z jego uścisku. Nie zrobiła z tym faktem nic, poza tym, że odrobinę poprawiła dłoń w jego w imię większego komfortu chodzenia za rękę. Kiedy wyszli na ulicę, zmrużyła oczy w słońcu, ale wciąż nie potrafiła ich oderwać od stworzenia, które w zasadzie dość leniwie przechadzało się ulicą. Nie byli jedynymi, którzy zwrócili na nie uwagę i Vivienne, jak spora grupka gapiów, uniosła telefon z odpalonym aparatem i... pstryk. Jak mogłaby sobie darować? Renifer dostał swoje własne miejsce w galerii, tuż za kotem, którego spotkała dzisiaj rano przed budynkiem sądu i chmurami, które powitały ją o świcie, gdy tylko otworzyła oczy. Zdjęć zrobiła z dziesięć, kciukiem gnębiąc przycisk, kiedy ten prawdziwy, brązowy, absolutnie spokojny renifer przystanął na chodniku przy latarni i póki co był daleki od panikowania. Cholera wie na jak długo.
Ja wiem, że tu wiecznie organizują różne targi i eventy, ale... ale renifera się nie spodziewałam. — Jej dłoń w zupełnie instynktownym odruchu zacisnęła się mocniej na dłoni Marka i Vivienne zmusiła się — co niemało ją kosztowało! — żeby oderwać wzrok od członka gangu Mikołaja i zerknąć na swojego chłopaka. Jeszcze jej nie olśniło, że teraz, poza kawiarnią, mogli już przestać udawać. Jeszcze.
Znowu spojrzała na renifera. I na Marka. I znowu na renifera.
Powinniśmy kogoś zawiadomić? Jakieś służby? Zoo? Mikołajową? — Renifer parsknął. Na pewno nie w odpowiedzi na jej słowa, bo przecież nie mógł jej słyszeć z tej odległości, ale sam fakt, że parsknął — przez te swoje szerokie nozdrza — w tym momencie, sprawił, że Vivienne poczuła się niemal atakowana tym wyczuciem czasu. Zwierz odwrócił się, zainteresowany czymś po drugiej stronie i przeszedł krok do przodu, ku kępce zieleniny. Jakiś samochód zatrzymał się z piskiem, co wywołało falę klaksonów, na których dźwięk czar spokoju prysł. Renifer rzucił się pędem, a Viv zrobiła to samo, ciągnąc Marka wzdłuż chodnika, prosto za zbiegiem. Spojrzała na Marka tylko przelotnie, obracając się przez ramię, tak samo roześmiana, co zdeterminowana nową zabawą. — Uratujemy te święta, co?

my fav santa's helper
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Spojrzał na dłonie Vivienne, jakby poprzez analizę chciał zweryfikować prawdziwość usłyszanej informacji o tym, że jego dziewczyna grała na fortepianie. Miała smukłe, a jednocześnie bardzo przyjemne w dotyku dłonie - to musiał przyznać - dlatego ciężko było Markowi oderwać swoją dłoń. Dodatkowo wyobraził sobie grającą Vivaldiego albo Chopina Viv i szczerze? Z ogromną chęcią posłuchałby i popatrzył, jak blondynka gra.
- Liczę, że dostanę wejściówkę i będę mógł posłuchać, jak grasz. - powiedział z charakterystycznym błyskiem w oku, posyłając swej towarzyszce lekki uśmiech, który miał mu pomóc usłyszeć potwierdzenie.
- Może któregoś razu obydwoje coś pobrzdąkamy? - Byłoby całkiem sympatycznie. Pomyślał, kontynuując podróż w obrazach wyobraźni, gdzie poza grającą Vivienne oraz nim, obserwatorem, nagle wyciąga z pokrowca gitarę, by zaraz przyłączyć się i stworzyć instrumentalny duet.
Podobał mu się taki obraz.
Liczył, że zostanie on przeniesiony do rzeczywistości.
- Lubię problemy. - odparł niższym tonem, jakoby dawał znać, iż absolutnie nie przeszkadzałoby mu, gdyby faktycznie blondynka uzależniła się od niego. Znaczy, ogólnie, jeżeli chodziło o problemy, to wiadomo, wolał ich nie mieć, ale jeżeli w grę wchodziła ładna, jednocześnie atrakcyjna i łapiąca lub raczej rozumiejąca, o co mu chodzi, kobieta, dlaczego miałby robić krok do tyłu? Nie zamierzał zabierać dłoni, absolutnie. Uważnie przyglądał się poczynaniom Viv i uniósł wyżej kąciki ust, gdy go ugryzła, niczym zadowolona ofiara, która zaczęła podziwiać dzieło stworzone przez swoją ofiarę, tzn. przekręcił rękę tak, by zobaczyć ślady po zębach.
- Jeszcze druga ręka będzie czekać na naznaczenie. - powiedział, odwracając tę niepogryzioną rękę i eksponując żyły.
Ogólnie bardzo miło się siedziało i siedzieliby dłużej, gdyby nie niespodziewane zwierzę za oknem. Poza nimi, kilka innych osób wyściubiło głowy lub zwyczajnie wyszło na zewnątrz, bo nagle poza reniferem, zaczęły pojawiać się inne zwierzęta. Mark zaczął mieć wrażenie, jakby występował w jakimś filmie.
- No, w sumie tak też mogło być. - stwierdził, przypominając sobie bajkę o Rudolfie, z którego praktycznie wszyscy się śmiali, a jedyną osobą, jaka dała mu szansę i w niego wierzyła, był sam Święty Mikołaj.
- Tak, myślę, że ktoś na nas liczy, a my NIE zawiedziemy. Rosenhallowie nigdy nie zawodzą. - odpowiedział, wczuwając się w rolę głównego bohatera i zaciskając wolną dłoń w pięść, by następnie wykonać nią ruch jakby pociągnięcia w dół - gdyby ktoś za nim stał, mógłby dostać z łokcia. Po chwili zorientował się, że Viv nie zabrała dłoni, co dawało mu dodatkową siłę, by dobrze wykonać misję. Oczywiście już sobie wyobrażał, że w krzakach siedzą ludzie z kamerami i tylko czekają, aż on wraz z Vivienne wykonają pierwszy ruch. Znaczy, biorąc pod uwagę obecność innych zwierząt, można było wnioskować, iż nie tylko oni otrzymali zadanie.
- Dobrze z drugiej strony, że to renifer, a nie jakiś drapieżnik. Chociaż, zdenerwowany renifer jak tak przyłoży porożem… - stwierdził, przypominając sobie, jak renifery - a może to były łosie? - potrafiły ze sobą walczyć, uderzając się wzajemnie wystającymi z łebków charakteryzującymi samców porożami. Mark na pewno wiedział jedno - nie należało go drażnić, bo każde rozdrażnione zwierzę potrafiło być nieobliczalne, a jednocześnie niebezpieczne.
- Chyba każdego z wymienionych należałoby poinformować. Mikołajową w pierwszej kolejności. - stwierdził, wyciągając telefon.
- Zrobić Ci zdjęcie? - spytał. - W sensie z Rudolfem. - wyjaśnił, wskazując głową reniferka, który od dziś nazywał się Rudolf, bo Mark tak chciał.
Na pasku powiadomień wyskoczył mu NEWS Z OSTATNIEJ CHWILI, więc Rosenhall kliknął w niego i przeleciał wzrokiem po artykule.
- Tu niby piszą, że ktoś wypuścił zwierzęta w zoo… ciekawe. Ktoś albo bardzo się nudził, albo za wszelką cenę pragnął wolności dla nich. - odparł, nakierowując telefon z włączonym aparatem na to majestatyczne, kopytne, stojące tuż obok nich zwierzę.
- Jasne, że uratujemy. Mikołaj i Mikołajowa będą z nas dumni. Może w podzięce dostaniemy od nich jakiś... dodatkowy prezent. - powiedział, puszczając Viv oczko oraz ściskając mocniej jej dłoń, co miało stanowić potwierdzenie, iż mówił i zamierzał podejść poważnie do ratowania świąt.

let's save this chritmas togheter
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”