Mark stuknął palcami o blat stołu cztery razy - nie, nie miało to żadnego konkretnego znaczenia.
- A czy coś stoi na przeszkodzie? - spytał, unosząc brew, i pierwszą przeszkodą, o jakiej pomyślał, było posiadanie kogoś, tzn. że siedząca naprzeciwko blondynka kogoś miała
Choć czy wtedy kontynuowałaby udawanie pary? Może niepotrzebnie tworzył problem, gdzie w rzeczywistości go NIE było? Spojrzał automatycznie na serdeczne palce dziewczyny, lecz nie zauważył ani obrączki, ani pierścionka sugerującego bycie narzeczoną. Uniósł lekko kąciki ust, czując , jakby z powodu tego jednego
faktu albo raczej braku dowodu na poważną relację, należało celebrować - co też robił, tylko nie głośno. Zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę, że niektórzy potrafili zdejmować pierścionki, podpierając te czyny różnymi wymówkami. Jego samego bawiło, kiedy klientki chcące podpisać umowę, przychodziły do jego biura i choć wydawało im się, że zdejmują niepostrzeżenie pierścionek z palca, wzrok Marka zdążył to zarejestrować. Tak jak rejestrował spojrzenia towarzyszek przyprowadzonych na kort golfowy przez kolegów - z którymi grywał w golfa - lub kobiet w klubie, patrzących na niego niczym wygłodniałe drapieżniki. Krążyły nad jego głową jak sępy, co go czasami nawet bawiło, a czasami nie omieszkał wykorzystać sytuacji i zaprosić jakąś na parkiet.
Teraz jednak bardzo chętnie poszedłby z Vivian na parkiet.
Ciekawiło go, jak potrafiła ruszać się do muzyki. Aczkolwiek sztukę, jaką przedstawiali przy stole, należało uznać za… całkiem ciekawą, a dla Marka nawet zaskakującą, dlaczego?
Absolutnie nie spodziewał się otrzymywać odpowiedzi na zaczepki; szczególnie rozkojarzyła go szpilka sunąca po jego łydce. Patrząc prosto w oczy Vivienne, posłał jej uśmiech świadczący, iż podobało mu się to i nie chciał, by zbyt szybko przestawała. Specjalnie nawet podsunął się bliżej stołu. Imponowała mu coraz bardziej swoją pewnością siebie i nie tylko tym.
- O, proszę. Czyli następnym razem mogę zamówić americano dwa razy. - powiedział, a gdyby kazała mu strzelać, to by chybił, bo no niewiele kobiet - z tego, co kojarzył - lubiło czarną, gorzką kawę. Oczywiście nie protestował, kiedy przysunęła bliżej siebie
jego choć od tamtej chwili jej kubek z pobudzającą niczym zimny prysznic z rana kawą - znaczy, Mark czuł, że choć wziął niewiele łyków, to na pewno było lepiej niż zanim wszedł do lokalu.
Nie przekomarzał się dalej na temat czynności określonej jako
drobiazg, bo zwyczajnie nie widział sensu - uważał natomiast, że przy najbliższej okazji on także pozbędzie się czegokolwiek
zdobiącego kąciki lub po prostu usta Vivienne.
Poczuł wewnętrzną satysfakcję, kiedy minuty mijały, a blondynka NIE zabierała dłoni.
- Powiedziałbym, że obietnica..aaa… - otworzył buzię, pozwalając, by go nakarmiła. Skoro wcześniej on nakarmił ją, to czemu miałby opuścić szlaban, by nic nie weszło do jego buzi od kogoś, kogo dopiero poznawał? Raczej mu tam NICZEGO nie dosypała przecież…
Z jego ust wydostało się ciut głośniejsze
mmm, świadczące o zadowoleniu oraz satysfakcji ze smaku ciasta. Po przełknięciu ponownie otworzył buzię, licząc, że otrzyma jeszcze jeden kawałek.
Kiedy Viv miała przerwę na kawę, tzw. coffee break, on także wolną ręką sięgnął po szklankę, aby następnie wziąć kilka łyków. Obserwował poczynania blondynki, tj. jak przesuwała palcami po ekranie telefonu komórkowego - nie pytał, co robi, ponieważ uzupełniał
braki paliwowe lub raczej
kawowe, jednocześnie w międzyczasie zaczął gładzić jej dłoń delikatnie kciukiem.
Pokręcił głową, słysząc pytanie o fortepian.
- Na fortepianie nie umiem, ale na gitarze już tak. A Ty? - spytał, mając, rzecz jasna na myśli, czy w rubryce z umiejętnościami, można było znaleźć jakiś instrument. Podziwiał ich złączone dłonie tak, jakby były obrazem namalowanym przez wybitnego artystę. Był w pewnym sensie Z A F A S C Y N O W A N Y. Uważał także, że dłoń Vivienne wręcz IDEALNIE pasowała do JEGO dłoni. Przypomniała mu się też scena z Tarzana, w której Jane miała przyłożoną rękę do ręki mężczyzny wychowanego przez małpy. Lubił tę bajkę.
Czując pociągnięcie wykonane przez Vivienne, spojrzał na nią pytająco, nie mając pojęcia, co planowała. Dopiero po usłyszeniu słów, oblizał usta i uśmiechnął się w łobuzerski sposób.
- Śmiało. Kto wie, może Ci jeszcze posmakuję, tylko co będzie, jeśli się uzależnisz? - zadał pytanie, zabawnie poruszając brwiami, nie mając nic przeciwko, gdyby chciała go ugryźć.
Sprzedał się. albo może raczej…
Kupiła go…
swoimi czynami, swoim spojrzeniem, swoim głosem…
Dlatego po cichu zaczął chcieć
ugryzienia. Sam zaczął wyciągać dłoń, by dotknąć policzka Viv, lecz przerwał, ponieważ zobaczył coś, co spowodowało szerokie otwarcie buzi oraz oczu.
- O cholera…. - zaczął i bez chwili namysłu, nie przerywając złączonych ze sobą dłoni, wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia - w międzyczasie Viv pewnie widziała, co było powodem takiej reakcji u Rosenhalla.
- Myślisz, że uciekł Świętemu Mikołajowi, bo miał dość rozwożenia prezentów w jeden dzień? - Spytał poważnie, choć w rzeczywistości żartował. Przetarł oczy wolną ręką - najpierw lewe, potem prawe - a renifer dalej stał.
- Ten dzień jest coraz lepszy… - rzucił, będąc ciekaw, co go jeszcze tego dnia spotka.
Oby coś fajnego.
drink from my cup cause mine is yours now