35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie należał do elastycznych osób.
Wiele rzeczy go zwyczajnie nie obchodziło i pozwalał innym podejmować za siebie decyzje, ale nie należało tego mylić z jakąkolwiek plastycznością. Madden był człowiekiem mniejszych lub większych rytuałów, który w tych paru miejscach, które były dla niego istotne, nie potrafił ustąpić.
Nie byłby w stanie zmienić swojego miejsca pracy, miałby problem ze zmianą mieszkania, do którego przywykł. Kupował w tym samym miejscu kawę jeśli wyjeżdżał w teren i od dwudziestu lat palił te same fajki.
Gdy jednak zasiadali na miejscu, przy Mercer radośnie tworzącej wizję przyszłości, która wyglądała absolutnie paskudnie, kącik jego ust sam unosił się w górę, a umysł docierał do pewnych wniosków. Dom na obrzeżach miasta, mieszkanie w centrum. Psy, koty, dzieci, brak dzieci - cholera, Kanada, a może inne miejsce na tej ziemi.
Było mu wszystko jedno, byle tylko był z n i ą.
Byłby w stanie odnaleźć się nawet w tym, co teraz plotła - w układzie, który nie miałby racji bytu, bo charakter Mercer nie przeszedłby próby wypełniania tradycyjnej roli kobiety w domu. Nie dbał o to, w jaki sposób miały wyglądać następne lata tak długo, jak miałby ją obok.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka udomowiona - zauważył zaczepnie, ignorując kelnerkę, która wzrokiem usiłowała wybadać, czy są zainteresowani czymś, co mogłaby im polecić - a gdy tego potwierdzenia nie odnalazła na tej "pierwszej randce", dała im odrobinę prywatności zostawiając wyłącznie własne towarzystwo i szum fal rozbijających się gdzieś pod ich nogami.
- W niedzielę nie chodzi się na pikniki, tylko do kościoła - wytknął jej, podświadomie sięgając po słowa własnej matki, która o chodzeniu do kościoła mówiła bardzo wiele - a faktycznego uczęszczania do niego rzadko kiedy można było jednak doświadczyć. - Dwójka dzieci, sami synowie - dodał, poprawiając ją w tej jakże istotnej dla niego kwestii.
Kelnerka pojawiła się gdzieś w kącie ich pola widzenia, niosąc dwa kieliszki - białego wina? Szampana? - na które musiał chyba przytaknąć gdy coś do nich mówiła, lub które dopisała im do rachunku z własnej inicjatywy.
Coś kusiło go, by odmówić przyjęcia i poprosić o z w y k ł e piwo, ale jednak dużo większa była w nim potrzeba pozbycia się kelnerki i skupienia na kobiecie siedzącej naprzeciw, niż wciąganie jej w ich g r ę.
- Jestem wolnym ptakiem - odrzucił, ostentacyjnie rozkładając ręce na boki. - Myślę, że nie będzie mnie zbyt wiele w domu. Żadna kariera na miejscu nie da nam wystarczająco pieniędzy by utrzymać twój nałóg robienia zakupów.
Westchnął ostentacyjnie, gdy gdzieś między jednym słowem a drugim, ich pierwsza randka przekształciła się w czterdzieści lat wspólnego małżeństwa pełnego obopólnego zgorzknienia.
- Ciągnie mnie na morze. Może będę pracować na platformie wiertniczej? Albo zostanę kierowcą tira? - kontynuował, sięgając po kieliszek i kręcąc nim w dłoni nim uniósł go do ust i upił łyk absolutnie obrzydliwego alkoholu, w którym nie było ani krzty fantazji - wyłącznie smak zakiszonych winogron. - Kto wie, może zaciągnę się do wojska żeby uniknąć spędzania czasu w domu i nigdy z niego nie wrócę?
Spojrzał na nią znad krawędzi szkła w sposób wysoce oceniający, jakby faktycznie sprawdzał, czy była dla niego adekwatną partnerką. Wyobrażał sobie, że w ten sposób zachowywali się ludzie w jego ich wieku na Tinderze. Nie był pewny, ponieważ nigdy z niego nie korzystał, preferując odnajdywanie kobiet w staromodny sposób ignorowania ich w barze.
- Poradzisz sobie z wychowaniem n a s z y c h dzieci, prawda? - zagadnął, wyciągając ku niej kieliszek w propozycji toastu tejże jakże ponurej perspektywy na przyszłość.

już nigdy mnie nie zostawiaj
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozsiadła się wygodniej na krześle i przyglądała się Maddenowi z tym uśmiechem, który pojawiał się na jej twarzy, gdy podsuwał jej pod nos idealną okazję do wbicia szpilki.
- Brzmi świetnie - przyznała z pełnym przekonaniem, jakby właśnie dobili najlepszego w życiu targu. - Im mniej będzie cię w domu, tym mniejsze ryzyko, że zdążysz mi się znudzić. To całkiem rozsądny układ - upiła łyk alkoholu bez najmniejszego skrzywienia. Nie była wielką fanką białego wina, właściwie nigdy go nie zamawiała, ale kiedy kelnerka postawiła je przed nimi - nie chciała protestować. W chwilach takich ja ta, gdy oboje w pełni wchodzili w grę, wszystko inne wokół przestawało mieć dla niej znaczenie. Skupiała się na w y g r a n e j.
- Możesz więc śmiało zostać kierowcą tira - wzruszyła ramionami, odstawiając kieliszek. - Każda z opcji brzmi świetnie. Im dalej, tym lepiej. Będę miała spokój, a ty będziesz mógł udawać, że jesteś kawalerem tam, gdzie akurat wylądujesz - kącik jej ust drgnął wyżej. - Tylko musimy ustalić jedną rzecz - pochyliła się lekko w jego stronę, jakby w tym całym absurdzie nie chciała, by usłyszał ich ktokolwiek inny, mimo, że n i k o g o poza nimi tutaj nie było. - W weekendy musisz być w domu. To podstawa - sięgnęła po kieliszek ponownie, ale nie przyłożyła go do ust, nie mając najmniejszej ochoty, by dopić alkohol do końca. - Nasi sąsiedzi z naprzeciwka muszą widzieć, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem - kontynuowała zupełnie poważnym tonem. - Muszą nam zazdrościć - jej twarz rozciągnęła się w pełnym rozbawienia uśmiechu, bo wszystko o czym mówili było niemożliwie sprzeczne z ich naturą.
Doskonale bawiła się tym, jak łatwo udało im się przejść od pierwszej randki do ustalania zasad wieloletniego małżeństwa. Jeszcze kilka minut wcześniej zastanawiali się czy pasowaliby do siebie na Tinderze, a teraz negocjowali częstotliwość wizyt w domu i obowiązki wobec przyszłych dzieci. Margo była pewna, że gdyby dali sobie jeszcze pół godziny, zdążyliby pokłócić się o podział wyimaginowanego majątku.
- Poza weekendami proponuję pełną swobodę - brnęła w to dalej. - Jeśli chcesz mieć Tindera, nie mam nic przeciwko. Ja też nie zamierzam ograniczać sobie możliwości poznawania nowych ludzi. W końcu skoro nie będzie cię w domu tak często, ktoś inny będzie musiał mnie czasami wieczorem zabierać na kolację - posłała mu n i e w i n n y uśmiech, który zdecydowanie nie miał w sobie niczego niewinnego. - Oczywiście wszystko z zachowaniem odpowiednich pozorów. Nie chcemy przecież, żeby dzieci dowiedziały się o naszym układzie przed wyprowadzką z domu - kelnerka pojawiła się przy ich stoliku dokładnie w momencie, w którym Mercer była gotowa dorzucić do ich małżeńskiej umowy kolejny, równie idiotyczny punkt. Kobieta zapytała czy zdecydowali się już na coś z menu, więc zerknęła na kartę tylko przelotnie, po czym wskazała palcem pierwszą pozycję, która wpadła jej w oczy.
- To - rzuciła, a gdy kelnerka odeszła, ponownie przeniosła wzrok na Rhysa, bo ich rozmowa była zdecydowanie ważniejsza niż jedzenie. - Jedna córka jest dla mnie podstawowym wymaganiem. Jeżeli nie chcesz, nie ma problemu. Znajdę kogoś z kim się o nią postaram, a ty po prostu to zaakceptujesz - nieświadomie upiła kolejny łyk wina, krzywiąc się lekko. - Z mojej strony, to tyle. Wydaje mi się, że to całkiem rozsądne wymagania jak na pierwszą randkę - pochyliła się, wyciągając przed siebie dłoń, by spleść ich palce w jedność.

skaranie boskie
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wizja, którą z taką swobodą malowała przed nim tej hipotetycznej przyszłości, która n i g d y nie miała się wydarzyć, stawała się coraz bardziej zaawansowana. Im dalej mówiła, tym mocniejsze było w nim przekonanie, że w takich kwestiach nigdy nie byłby w stanie jej przebić.
Mercer miała w sobie ten rodzaj wyobraźni, którego nie potrafiłby doścignąć nawet, gdyby próbował. A przy tym małą iskierkę szaleństwa, która przejawiała się zawsze w chwilach takich jak ta - ku jego skrytej uciesze, której nie pozwalał wybrzmieć w słowach bądź mimice.
- Nie ma problemu - odrzucił, upijając kolejny łyk tego paskudnego wina, które przez swój mocny smak wydawało się mieć tysiąc procent. - Będę musiał jakoś podzielić swój czas na ciebie i rodzinę, którą założę tam, gdzie jeżdżę swoim tirem.
Gdy kelnerka wskazała im menu, jego wzrok prześlizgnął się po wszystkich pozycjach i zatrzymał na czymś, co wyglądało względnie zjadliwie. Zamówił sobie steka, jak na prawdziwego mężczyznę przystało i domówił do tego szkocką.
Widząc zresztą, z jakim upodobaniem piła nalane jej wino, przesunął swój kieliszek na jej stronę stolika w ostentacyjny sposób.
- Musimy porozmawiać o finansach - westchnął ciężko, pochylając się nad stolikiem i splatając dłonie ze sobą w sposób charakterystyczny dla osób, które muszą przeprowadzić ciężką rozmowę. - To dla mnie bardzo prywatna sprawa, dlatego nie chciałbym, żebyś pytała mnie, ile zarabiam. Wszystkie wydatki domowe będziemy oczywiście dzielić na pół, o ile uznam, że są racjonalne. Nie możesz przecież oczekiwać, że zapłacę połowę rachunku za telewizję, skoro nie będzie mnie w domu żeby tę telewizję oglądać.
Ich hipotetyczne dzieci miałyby mocno przejebane.
Zastanawiał się, czy tacy ludzie faktycznie i s t n i e j ą, bo im dalej w las, tym bardziej oddalali się od tego, kim byli w rzeczywistości. Dla niego pieniądze były czymś, co siedziało na jego koncie bankowym niekoniecznie z potrzeby bycia dusigroszem, a zwyczajnie niskich kosztów życia. Nie chodził na zakupy, nie wydawał pieniędzy na drogie i ekskluzywne rzeczy, większość jego budżetu wypełniał koszt fajek.
- Ostatnia kwestia - rozpoczął grobowym tonem, który miał być przedsmakiem tego, co planował poruszyć. W tym czasie kelnerka już mknęła w ich stronę z zamówionymi posiłkami - pusty lokal miał ten plus, że nie musieli tkwić w kolejce oczekujących. - Obiecałem mojej matce, że po śmierci spoczniemy w jednym, rodzinnym grobowcu. Będziesz musiała znaleźć dla siebie osobną kwaterę.
Przez twarz kobiety przemknął wyraz zaskoczenia gdy kładła przed Margo talerz z jedzeniem, a po chwili i przed nim pojawił się zamówiony przez niego stek - oraz szklanka szkockiej, do której ktoś niestety dorzucił kostki lodu.
- Ale nie ma tego złego - zakończył rezolutnie, chwytając za wielki nóż przyniesiony wraz z mięsem. - Mama obiecała, że pod moją nieobecność pomoże ci we wszystkich sprawach domowych i zajmie się dziećmi. Będzie wpadać trzy razy w tygodniu.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była pewna w stu procentach, że tacy ludzie istnieli naprawdę, odnajdywali się i razem brnęli w ten przeklęty koszmar, którym musiał być ich związek. W tych nielicznych chwilach, gdy miała wolny czas i naprawdę się nudziła, scrollując telefon bez większego sensu, natrafiała na facebooku na posty zdesperowanych żon, które za późno zorientowały się w jaki związek, a przede wszystkim z k i m, weszły. Działało to też w drugą stronę, ale kobiety były bardziej skore do wylewania swoich żali w przestrzeni internetowej, co swoją drogą niejednokrotnie ułatwiało im pracę.
Znajdowała tam długie i pełne rozgoryczenia opisy tego, jak inaczej wyobrażały sobie życie z tym jedynym. Jedne narzekały na podpisaną intercyzę, inne na bardzo skąpych mężów, którzy nie kupowali im kwiatów nawet na wielką okazję, nie wspominając już o tym, że nie robili tego oczywiście bez żadnej okazji. Kolejnym nie podobała się częstotliwość odwiedzin teściowej, a jeszcze kolejnym to, że ich mąż po tygodniu pracy w weekend wypijał dwa piwa. Rozbieżność problemów była naprawdę ogromna.
Wizja, którą rysowali oni była zdecydowanie ubarwiona, aczkolwiek była skłonna uwierzyć, że na świecie istniały również t a k i e pary. Te dzielące się wszystkim i wyliczające wszystko co do centa. Weekendowi małżonkowie i uzależnieni od matek dorośli mężczyźni. Zarówno Margo, jak i Rhys byli tego kompletnym przeciwieństwem i nie wyobrażała sobie, by mogła zainteresować się kimkolwiek innym, zwłaszcza o takich cechach jakie teraz przypisywał sobie jej tinderowy partner.
Niemniej świetnie czując się na tej wyimaginowanej randce, brnęła dalej. Do tego stopnia, że opróżniła swój kieliszek z winem, a zaraz potem zgarnęła ten, który przesunął w jej stronę i z niego również upiła spory łyk. Nadal się krzywiła, nadal jej nie smakowało, utwierdzając ją w przekonaniu, że prawdopodobnie nigdy nie polubi się z tym trunkiem, ale weszła w rolę odrobinę za mocno.
- To bardzo delikatna kwestia - cyknęła pod nosem, kręcąc głową z wyraźnym niezadowoleniem. - Jeśli urodzę ci dzieci, zniszczę swoją figurę, będę musiała zająć się ich wychowywaniem, gotowaniem dla nich, sprzątaniem, szkołą i organizowaniem czasu wolnego... nie sądzisz chyba, że pójdę do pracy? - rzuciła, po czym z udawanym oburzeniem odstawiła trzymany w dłoni kieliszek na stół przed sobą. Biedna kelnerka, która kręciła się wokół, przynosząc ich dania, a później dodatkowe napoje, musiała myśleć, że trafiła jej się para naprawdę popierdolonych klientów. Margo pozowała na uroczą dziewczynę z Alabamy, zaś Rhysowi na głowie brakowało wyłącznie kapelusza, a na nogach kowbojek. - To twoim obowiązkiem będzie nas u t r z y m a ć - dodała, rozwijając serwetkę, którą położyła na kolanach.
Biorąc w dłoń widelec, nie przestawała mówić: - Nie jestem droga w utrzymaniu, Kochanie - wzięła kęs makaronu. - Raz w miesiącu chodzę do fryzjera, dwa razy do kosmetyczki, cztery razy do roku robię zabiegi na twarz, a jeśli mam ochotę, zapisuję się na pilates, cała reszta to takie drobnostki. Przecież zależy ci na tym, żebyśmy zawsze razem dobrze wyglądali, prawda? - nie spodziewała się, że ich randka przybierze taki obrót, a co gorsza, że im się to spodoba.
Uśmiechnęła się promiennie na wspomnienie o jego wyimaginowanej matce, która pewnie była w tej opowieści teściową z koszmarów, którą on kochał bezgranicznie i która nigdy nie odcięła pępowiny łączącej ich od dzieciństwa. - W porządku. Mogę się na to zgodzić, jeśli tylko będziemy odwiedzać moją mamusię co drugi weekend. Koniecznie z nocowaniem - postawiła swój warunek, z jeszcze szerszym uśmiechem pakując do ust kolejne kęsy zaskakująco pysznego, jak na przypadkowy wybór, jedzenia.

maminsynek
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że tacy ludzie istnieli. A im było do nich b a r d z o daleko.
Tego typu historie trafiały do nich na komisariat, niejednokrotnie kończąc się w mało przyjemny sposób. Ludzie w nieszczęśliwych związkach dzielili się na dwie kategorie - tych pasywnych, którym zostało wyłącznie narzekanie w internecie na to, jak beznadziejnego wybrali sobie partnera i tych, którym w pewnym momencie się ulewało.
Niektórym gwałtowniej niż innym, dokładając im roboty.
Spoglądając na ich dwójkę, nawet jeśli Margo w tej chwili pochodziła z Alabamy a Madden planował wyjazd swoim tirem do Teksasu, miał nieodparte wrażenie, że to Mercer byłaby skłonna go zamordować, a nie na odwrót.
- To tobie zależy na dzieciach, skarbie - odpowiedział, cedząc to słowo jak największą pieszczotę.
Biorąc pod uwagę to, jak często posługiwali się tymi zwrotami w ironiczny sposób, chyba już naturalnie dołączyły do ich słownika i przestały być tak ironiczne, jak miały być w założeniu.
- Dla mnie równie dobrze możemy mieć jedno. Grunt, żeby był to chłopiec. - wszak jego nazwisko rodowe musiało zostać przeniesione na następne pokolenie.
Nie, żeby jego ojciec pozostawił po sobie jakąkolwiek spuściznę, którą chciałby kontynuować. W tej wersji rzeczywistości, jak i w prawdziwej, nie było go już na tym świecie, by mógł tego doświadczyć - spuścizna więc należała do niego.
- Fryzjer? Po co do niego chodzisz, skoro ciągle wyglądasz tak samo? - zakwestionował, patrząc na te ciemne loki, które k o c h a ł, a które teraz oceniał pozornie krytycznym spojrzeniem. - Albo fryzjer, albo kosmetyczka. Nie przesadzaj. Nie po to będę łamał sobie kark w robocie żebyś ty rozwalała pieniądze na głupoty.
Jego usta zadrżały, zdradzając cisnące się na nie rozbawienie, które udało mu się jednak powstrzymać i zachować poważną minę. Nabił na widelec kawałek soczystego steka i wsunął sobie do ust.
W zasadzie, abstrahując od tego, że ich uwaga była skupiona zdecydowanie gdzie indziej, to miejsce serwowało i dobre jedzenie, i równie przyjemne widoki. Woda po drugiej stronie barierki falowała lekko, dając wrażenie znajdowania się na morzu choć przecież wciąż mieli twardy grunt pod nogami.
- Oczywiście - westchnął z udawaną irytacją, nawet jeśli w rzeczywistości matka Margo była absolutnie łatwą do tolerowania kobietą - przynajmniej w krótkich odstępach czasu, w których miał okazję być w jej towarzystwie. - Wszystko dla twojej przeklętej m a m u s i.
Sięgnął do szklanki by upić kolejny łyk szkockiej, która z każdą chwilą stawała się coraz bardziej rozwodniona przez tkwiącą w niej kostkę lodu. Doceniał ich przywiązanie do podawanie alkoholu w odpowiedniej temperaturze, choć może wystarczyłoby wsadzić butelkę do tej zimnej, morskiej toni pod ich stopami i problem rozwiązałby się sam.
- Naturalnie musimy porozmawiać o przyszłości naszych dzieci - dodał rzeczowo, odstawiając naczynie i zabierając się z powrotem za jedzenie. - Absolutnie żadnych z tych nowoczesnych i bzdurnych kierunków na studiach. Jeśli któreś zapragnie być artystą, zostanie wyrzucone z domu - odnotowywał, język nasuwał mu coraz to bardziej absurdalne ciągi myśli. - Nie po to haruję - dodał już po raz kolejny w tej dyskusji, podczas gdy w rzeczywistości oboje tkwili na urlopie. - Żeby któryś syn lub córka mieszkali w naszej piwnicy do naszej usranej śmierci.

blachara
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była przekonana jak daleko zabrną w tej rozmowie.
Na samym początku wydawało jej się, że będzie to jedna z wielu ich wymian zdań, których mieli za sobą już dziesiątki. Przecież niejednokrotnie już to robili - wchodzili w role, które były bardzo dalekie od ich codzienności, udając kogoś kompletnie innego. Ostatnim razem zrobili to nad jeziorem, gdy łowili ryby z dość mizernym skutkiem, a ostatecznie podjęli zakład, w którym to wygrany miał zgarnąć całkiem przyjemną nagrodę.
Jak na ludzi którzy na co dzień zajmowali się b a r d z o poważnymi rzeczami, poza godzinami pracy byli bardzo inni. Może właśnie w ten sposób najłatwiej było im się rozluźnić, zrzucić z siebie to, co nosili na barkach i pozwolić sobie zapomnieć o sprawach, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydawały się nie do rozwiązania.
Uśmiech, który do tej pory błąkał się po twarzy Mercer, nie zniknął, kiedy usłyszała o wyrzucaniu dzieci z domu za niesłuszne wybory. Poza rozbawieniem pojawiło się wyraźne, przeciągnięte nie, po którym pokręciła głową. - Absolutnie nie - dodała, nabierając na widelec kolejną porcję jedzenia. - Jeśli nasze dziecko któregoś dnia stwierdzi, że chce malować abstrakcyjne obrazy na zielonej trawie w Pensylwanii, to pojedziemy do Pensylwanii i będziemy udawać, że rozumiemy na co patrzymy - na szczęście nigdy nie mieli stanąć naprzeciw podobnego zmartwienia.
- Jeśli będzie chciało studiować historię sztuki, filozofię albo cokolwiek innego, po czym ty dostaniesz zawału na samą myśl o tym, ile będzie zarabiało... trudno, będziesz pomagał mu całej życie, jeżdżąc swoim tirem do dziewięćdziesiątki - popiła jedzenie winem, które nadal smakowało równie źle jak wcześniej.
W tej części ich rozmowy było sporo prawdy. Niektóre rzeczy, niezależnie od tego, jak absurdalną otoczkę wokół nich budowali, pozostawały zbyt ważne, by potraktować je wyłącznie jako element zabawy. Ich wyimaginowane dzieci miały mieć l e p i e j. Powinny mieć rodziców, którzy będą potrafili powiedzieć im, że niezależnie od tego jaką drogę wybiorą, zawsze będą mieli gdzie wrócić. Powinny mieć przestrzeń na popełnianie błędów, na podejmowanie własnych decyzji i przede wszystkim mieć wsparcie, którego oni oboje w pewnych momentach własnego życia nie dostali.
Westchnęła, odkładając widelec na talerz, po czym oparła się wygodniej na krześle. - Jeśli kiedyś staniemy przed ołtarzem, a ja będę ci coś przysięgać, to mogę ci już teraz obiecać, że będzie to zaprzeczenie wszystkiego, co właśnie wymyśliliśmy - uniosła kieliszek w jego stronę, jakby wznosiła toast za przyszłość, która miała wyglądać odwrotnie do tej odegranej przy stole. - Za nasze bardzo dobrze wychowane, szczęśliwe i kompletnie nieprzydatne dzieci, których nigdy się nie doczekamy - parsknęła śmiechem.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciał zastanawiać się nad tym, ile prawdy chowało się w tym absurdzie.
Nigdy nie widział się w tradycyjnym modelu rodziny. Doktor Robins z ogromną satysfakcją wydając swój osąd powiedziała mu kiedyś, że to dlatego, że w takim się nie wychował - więc też posiadanie dzieci wiązało się z potencjalnym ryzykiem zbliżenia tego, kim był, do obrazu posiadanego przez niego ojca. Nie chciał być jak James, a posiadanie tego wspólnego mianownika, mimo wszystko, odrobinę go do niego przybliżało.
Może było w tym trochę prawdy. Nie przywiązywał wystarczającej uwagi do słów psychiatry, do której odwiedzin był zmuszony, by faktycznie się nad tym zastanowić. Wiedział jednak, że tradycyjny model rodziny nie zasługiwał na to, by on spędzał większość swojego czasu na komisariacie - a właśnie tak wyglądała jego codzienność.
I nie widział jej w inny sposób.
Praca była dla niego czymś więcej niż tylko odbębnieniem ośmiu godzin. Była przyzwyczajeniem, elementem rutyny, ale też czymś, w czym był dobry, czemu poświęcił swoje życie. Skrycie wiedział, że żadna osoba nie zasługiwała na to, by zamiast jej, poświęcać swój wolny czas wyłącznie pracy. Ona na to nie zasługiwała, a właśnie tak ją traktował pomimo tego, że nałożył na jej palec zaręczynowy pierścionek. Czy nie stanowiła dowodu na to, że nie nadawał się do długofalowego planowania?
A jednak planowanie przychodziło mu z łatwością gdy częścią tych planów była Margo.
Może dlatego, że większość tych planów nie była poważna. Może dlatego, że nie wierzył, by miały się ziścić w kontekście problemów, które czekały na nich w Toronto.
A może dlatego, że tak desperacko pragnął, by ich przyszłość choćby odrobinę przypominała tą, o której mówili, że podświadomie towarzyszyło mu to stałe poczucie, że na nią nie zasługiwał.
- Jesteś niezrównoważona psychicznie - skwitował cały ten występ, którego był przecież częścią - na przekór myśli, skręcających niebezpiecznie w kierunku Mercer będącej tą, która zasługiwała na coś więcej, a nie jego.
Gdy jednak bańka ich abstrakcyjnego planowania pękła, na jego ustach również pojawił się uśmiech. Odstawił pusty już talerz na bok, dopijając rozwodnioną whisky.
- Nie powinnaś żartować sobie w ten sposób - westchnął z nutą złośliwości już chowającą się na horyzoncie. Schował swój wyraz twarzy, odwracając się by machnięciem ręki wskazać czekającej w pogotowiu kelnerce, że mogła już zabrać ich naczynia - oraz przy okazji załatwić im przy tym rachunek. - Oboje wiemy, że ja jestem bardzo daleki do takich rodzinnych perypetii - dodał rzeczowo, tak, jakby tłumaczył jej coś, co sama powinna wiedzieć. W zasadzie tak było. - Za to ty umawiałaś się z Danielem Evansem w nieironiczny sposób.
Podziękował kelnerce skinieniem głowy gdy zabierała ich naczynia i kładła rachunek, niepewna po tym wszystkim, co usłyszała, decydując się na położenie go na środku stołu, równo między nimi. Mógł, ale nie sięgnął jeszcze po niego.
- Słyszałem, że marzą mu się trojaczki - dodał beztrosko, zsuwając wzrok na leżący między nimi rachunek.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała ile prawdy było w słowach lekarki.
Ona przecież pochodziła z dobrego domu, w którym nigdy niczego nie brakowało, więc według tej teorii miała jak najlepsze wzorce, by kiedyś pragnąć dokładnie tego samego. Tymczasem było zupełnie odwrotnie - nie marzyła o wielkiej rodzinie, o dzieciach biegających boso po podłodze we wspólnym domu, o długich porankach, gwarnych świętach i wiecznie pełnym domu. Mogło to więc być wyłącznie zwykłe gadanie, sposób na dopasowanie pacjenta do teorii, a przy okazji całkiem przyjemny sposób na uzasadnienie kolejnych wizyt i wyciąganie od nich pieniędzy. Mogło też być w tym ziarno prawdy, którego Margo po prostu nie dostrzegała.
Bez względu na to, co było prawdą, wierzyła, że oni byliby w stanie znaleźć dla siebie jakiś idealny kompromis, nawet jeśli pewnego dnia okazałoby się, że chcą zupełnie różnych rzeczy. Przez większość życia nie ufała temu, że ludzie, którzy różnią się w najważniejszych kwestiach potrafią znaleźć rozwiązanie z którym oboje będą w stanie żyć - w ich przypadku wierzyła jednak, że właśnie tymi ludźmi mogli być.
Ich miłość wystarczała.
Była wystarczająco silna, żeby przejść przez różnice, a jeśli kiedyś miało się okazać, że będą musieli wybierać pomiędzy jego a jej wizją przyszłości, była niemalże pewna, że ostatecznie znajdą trzecią - w s p ó l n ą.
Uśmiechnęła się złośliwie na samo wspomnienie Daniela Evansa. Miała wrażenie, że ten człowiek będzie jej wypominany już zawsze. Wystarczyłoby, żeby przypadkiem padło gdzieś nazwisko Evans, a Rhys zapewne natychmiast przypomniałby jej o tych p a r u randkach. - Wciąż jesteś o niego zazdrosny? - odbiła piłeczkę, unosząc lekko brew. - Wydaje mi się, że zaprząta twoje myśli znacznie częściej niż moje własne - gdy kelnerka z rachunkiem pojawiła się przy ich stoliku, zadając kilka standardowych pytań, Margo odpowiadała jej uprzejmie, choć myślami była już zupełnie gdzie indziej.
Przez ostatnią godzinę zdążyli ustalić liczbę dzieci, podzielić obowiązki, zaplanować ich edukację, omówić przyszłą pracę Rhysa i jej wydatki. Pozostawało więc przejść do kolejnego punktu zanim ich Tinderowa relacja zdążyłaby się rozpaść jeszcze przed d e s e r e m. - Jesteś idiotą - rzuciła to już przez ramię, ruszając w stronę wyjścia, mimo, że on miał nadal bardzo wiele do powiedzenia na temat Evansa.
- Mam nadzieję, że w hotelu będziesz mniej rozmowny - zerknęła na niego przez ramię, a na jej ustach pojawił się ten sam uśmiech, który towarzyszył jej przez większość wieczoru. Zatrzymała się kawałek dalej, czekając aż do niej dołączy, po czym ruszyli w stronę samochodu. Ostatecznie ich pierwsza wyimaginowana randka najwyraźniej przebiegła wystarczająco dobrze i mogli na równie wyimaginowanych profilach na tinderze postawić sobie plusa. O ile w ogóle coś takiego dało się tam zrobić.

koniec

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”