ODPOWIEDZ
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Navarro próbowała go u t o p i ć.
Powinien był przewidzieć, że tak się to skończy.
Wystarczyło kilka minut jego nieuwagi oraz pieprzonego współczucia, na które w ogóle nie powinien sobie pozwolić. Wyciągnął ją z mieszkania, później z tonącego auta, a jeszcze kilka chwil temu siedział obok na pomoście i próbował przekonać Navarro, że nie zasługiwała na śmierć wyłącznie dlatego, że ktoś inny tak zdecydował, jakby naprawdę liczył, że którekolwiek z jego słów coś zmieni.
Zmieniły. Bo najwyraźniej uznała, że znacznie bardziej zasługiwał na nią on.
Pies policyjny przynajmniej pokazał zęby, zanim spróbował dobrać mu się do gardła; Navarro tylko chwili zaufania i przekonania, że nawet kiedy zacznie się szarpać, pierwszym odruchem Vissera nadal będzie utrzymanie jej ponad wodą. A najbardziej wkurwiające było jednak to, że miała rację. Nawet po tym, jak wyrwał jej ręce ze swojego karku, uderzył nią o wspornik i pozostawił pod pomostem, nadal obejrzał się przez ramię, sprawdzając, czy zdołała wypłynąć. Jak skończony idiota, który nie nauczył się niczego poza tym, że Bianca Navarro zawsze znajdowała jakiś nowy sposób, żeby wykorzystać miejsce, które sam dla niej zrobił.
Pierwszy pocisk zdarł korę z mijanego przez niego drzewa tuż ponad jego ramieniem, kolejny śmignął przez powietrze znacznie bliżej, zmuszając go do skręcenia w stronę, z której chwilę później dobiegło ujadanie psa.
Cały czas miał przekonanie, że potrzebowali go ż y w e g o.
Jako trup nie podałby nazwisk, tras ani miejsc, w których Sinaloa trzymała pieniądze; nie można było również wyciągnąć z niego informacji o ludziach, które potem przydałyby się w sądzie jako jedne z przesądzających dowodów. Brakującego elementu, który pomógłby posadzić wiele osób, na które polowano miesiącami czy latami, ale których nie udało się skazać ze względu na brak dostatecznych dowodów. Był bardzo ważną częścią kartelu, która mogłaby być dla federacji kluczem do rozwiązania sprawy – i z tym przeświadczeniem przemykał przez las.
Wypadł spomiędzy drzew na drogę, dostrzegając dwa radiowozy ustawione w poprzek przejazdu oraz ludzi zajmujących pozycje za otwartymi drzwiami. Kolejni wychodzili z lasu za jego plecami, z lewej strony handler ledwie utrzymywał wyrywającego się owczarka, a nad całością wisiał śmigłowiec, wzbijając z ziemi kurz i drobne liście. Mógł się poczuć jak jebana miss popularności; królowa tego balu. Normalnie celebryta.
— Ręce do góry!
Zaklął pod nosem po niderlandzku.
Powoli podniósł obie dłonie, aż młody funkcjonariusz trzymający kajdanki podszedł od tyłu, sięgnął po jego nadgarstek, a wtedy Visser wyrwał mu broń i w ciągu ułamka sekundy odwrócił sytuację. Zanim pozostali przesunęli palce na spusty, zacisnął ramię wokół szyi funkcjonariusza, obrócił go przed siebie i wyszarpnął broń z kabury. Lufę wbił pod szczękę schwytanego chłopaka, skutecznie zatrzymując zarówno szarpaninę zakładnika, jak i ludzi mierzących do nich zza radiowozów.
To był kiepski plan, ale kiepski plan był lepszy niż żaden. Jego droga ucieczki składała się z jednego policjanta, pistoletu i nadziei, że pozostali nie uznają informacji znajdujących się w głowie Robina za mniej wartościowe od życia kolegi. To niezbyt dużo, ale nadal więcej niż proponowane przez nich kajdanki.
Warkot silnika pojawił się za radiowozami, zdecydowanie zbyt szybki jak na kolejny pojazd dołączający do blokady. Kilka luf odruchowo przesunęło się w stronę zakrętu, a sekundę później stary dodge uderzył bokiem w tył jednego z samochodów, obrócił go na drodze i wbił się pomiędzy Vissera a policjantów, zatrzymując się blisko tego pierwszego. Zdarzenie było tak nagłe i niespodziewane, że potrzebował chwili, aby połączyć kropki i zorientować się, że za kierownicą siedziała Navarro.
Jej widok nie wywołał wcale ulgi – wręcz przeciwnie. Odruchowo wcisnął lufę mocniej w żuchwę przejętego policjanta, samemu zaciskając zęby w nerwach. Nie ufał jej – wcale nie dlatego, że przez ponad tysiąc dni robiła go w chuja, a on jej na to pozwalał, bo zwyczajnie go przechytrzyła. Nie ufał jej, bo ostatnim razem, kiedy próbował to zrobić, skończyło się to jej dłońmi ciasno zaciśniętymi na jego karku i świadomie próbującymi wcisnąć go pod wodę, gdy jego oddech się kończył.
Samo oszustwo potrafił jeszcze zrozumieć. Dostała zadanie, zbudowała przykrywkę i wykonała swoją robotę lepiej, niż on zdołał ją przejrzeć; nie podobało mu się to, ale przegrana pozostawała przegraną i mógł winić wyłącznie siebie, że pozwolił jej podejść dostatecznie blisko. W jeziorze nie chodziło jednak o żadną operację, rozkaz ani dowody, tylko o tę jedną krótką chwilę, w której poczuł jej ramiona wokół własnego karku i zamiast natychmiast je z siebie zerwać, przytrzymał Navarro mocniej, przekonany, że próbowała się go złapać, bo go potrzebowała. A ona wykorzystała dokładnie ten odruch, żeby spróbować go z a b i ć.
A teraz nagle siedziała za kierownicą samochodu, który wtargnął jak na jego zbawienie, chociaż mogła odjechać w przeciwną stronę. Równie dobrze mogła próbować go wyciągnąć, jak potrzebować żywego z tego samego powodu, dla którego otaczający go policjanci nie celowali w miejsca, po których trafieniu nie zdołałby już nikomu opowiedzieć o kartelu; mogło to być częścią ich planu – skoro nagle dotarła do samochodu w stanie nienaruszonym. Mogło być absolutnie wszystkim, ale nie chęcią pomocy mu. Bo nawet on nie był tak absurdalnie niespójny, żeby dziesięć minut wcześniej chcieć ją zabić, a potem ratować.
A nie, moment… Był.
Pies szarpnął handlera o krok do przodu, a jeden z policjantów obszedł maskę Dodge’a. Opcji było mało. Żadna kusząca. Visser odepchnął zakładnika z całej siły prosto na najbliższych funkcjonariuszy, szarpnął drzwi samochodu i wpadł na siedzenie pasażera. Pierwsza kula uderzyła w karoserię obok jego dłoni, druga rozbiła tylną szybę i zasypała wnętrze drobnymi kawałkami szkła.
— Jedź, kurwa — warknął. — Zanim znowu pożałuję, że to ja cię nie utopiłem. — Wybił okno, nie tracąc czasu na jego opuszczanie i posłał kilka strzałów w zgromadzenie policjantów. — I przysięgam, że jak to kolejny twój pomysł agentki Navarro na wymierzenie mi sprawiedliwości to sam się zabije i urządzę ci takie paranormal activity, że się posrasz.
fool me once, drown me twice
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
i went swimming with the devil at the bottom of a lake; he was tall and mean with venom eyes so green, wanted reconciliation, but my tongue was in my teeth
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zamierzała po niego wracać.
Nie była w stanie wytłumaczyć tego zdradzieckimi odruchami swojego spragnionego przetrwania ciała, ani też chwilową niepoczytalnością. Co prawda nie czuła się w pełni zmysłów odkąd w jej dłoni znów znalazła się odznaka - a może od trzej i pół roku - ale czuła się zdecydowanie pewniej zatrzaskując za sobą drzwi starego Dodge'a i, ironicznie, dzierżąc w dłoni broń.
Czuła, że była wolna. Mogła podejmować swoje decyzje. Mogła zostawić pieprzonego Robina Vissera dokładnie w sytuacji, do której go doprowadziła - otoczonego przez policję, zmuszonego do ugięcia kolan i bycia skutym po raz kolejny. Może znów trafiłby do tej samej sali przesłuchań, może ktoś znów obiłby mu ten nieprzyzwoicie przystojny ryj, gasząc ten przebiegły uśmieszek choćby na chwilę.
Ale z jakiegoś powodu ta myśl zwijała jej wnętrzności w supeł.
Nie rozumiała dlaczego jej dłonie szarpnęły kierownicą jeszcze nim umysł namyślił się co do kierunku, który powinna obrać. Może to przez ten dług, który względem niego miała - bo czy nie wrócił się po nią, nie uratował jej choć obiecał ją wcześniej zamordować? Czy to nie dzięki niemu żyła i oddychała, niezależnie od tego w jakie sposoby to osiągnął? A nawet, cholera, czy to nie dzięki temu, że odwrócił od niej uwagę policyjnych psów wszelkiej maści, zdołała dotrzeć do samochodu i wsiąść za jego kierownicę bez czyjegoś kolana wbijającego się w jej wciąż poranione plecy?
Dług był racjonalną odpowiedzią w ich nieracjonalnym świecie. Zaakceptowała go natychmiast, bez większego zawahania. Był wystarczający by schować skrytą gdzieś pod nim prawdę i złość, gdy pomyślała o jakimś agencie bądź agentce, których to kajdanki zacisnęłyby się na jego nadgarstku.
Może dług nie miał z tym nic wspólnego.
Może należał do niej tak, jak ona należała do niego.
- Nawet się kurwa nie odzywaj. - wściekłość wylała się z niej trzy, szaleńcze uderzenia serca po tym, gdy stary, wysłużony samochód wtargnął w środek spotkania, którego nigdy nie miał być częścią. Jej umysł i ciało zalane adrenaliną, działające odruchowo, ślepe na prawie wszystko wokół - na ustawiony wokół niego korowód, na mężczyznę, którego trzymał za kark, na psa ujadającego wściekle, gotowego się na nich rzucić.
Odetchnęła dopiero wtedy, gdy wsiadł - a zrobiła to wyłącznie po to, by mieć w sobie tlen na wypowiedzenie wszystkiego, co cisnęło się jej na usta.
- Myślisz, że ja o to wszystko, kurwa, prosiłam? - krzyknęła, szkło wdarło się do wnętrza samochodu wraz z hukiem wystrzałów, śledzących ich każdy ruch. Samochód szarpnął na zakręcie, pas - który, oczywiście, zapięła - wpiął się boleśnie w jej klatkę piersiową i stłuczone żebra. - Wjebałeś się ze mną do pieprzonego j e z i o r a! - pedał gazu pod jej butem niemal uderzył w podłogę gdy wymknęli się na prostą. Błysk czerwonych i niebieskich świateł odbijał się w lusterku gdy pierwsze samochody ruszyły za nimi. - Myślałam, że tam, do cholery, u m r ę! - lusterko, w które patrzyła przed sekundą zniekształciło się, wygięło pod wpływem pocisku, od którego jej ciało skuliło się w fotelu kierowcy, wzrok skrzętnie przeszukiwał jakiekolwiek drogi, które mogły oferować ucieczkę. - Wiedziałeś, że boję się tej pierdolonej wody!
Angielski był tak ułomnym językiem - p r a w d z i w e przekleństwa cisnęły jej się na język, lecz nigdy nie wybrzmiały w powietrzu. Wybrzmiał za to odgłos, który rozpoznałaby wszędzie, zawsze - nawet w tej wrzawie, w tym pieprzonym chaosie.
Odgłos pustego magazynka gdy nacisnął na spust.
- Nienawidzę cię - wycedziła wściekle, z furią, jednocześnie w ten abstrakcyjny sposób sięgając do broni, którą ukradła policjantowi i wręczając ją j e m u, ponieważ skończyła mu się a m u n i c j a, a jej magazynek był pełen. - Jesteś, kurwa, najgorszym, co mnie w życiu spotkało.
Pas wbijający się w jej ranny bok niemal odebrał jej zdolność mówienia gdy samochód znów szarpnął, prowadzony przez nią na leśną drogę. Nie znała tej okolicy. Mogła wyłącznie liczyć na to, że oni też jej nie znali.
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci grzać dupę w więzieniu gdy ja będę siedzieć i walczyć tu o życie, to jesteś w grubym, kurwa, błędzie - syknęła, zerkając w dół, w stronę, z której dobiegały ją stłumione odgłosy - urządzenie ukradzione policjantowi leżało gdzieś między jej nogami, zagubione w trakcie tego pościgu. - Na ziemi jest radio - dorzuciła z frustracją, gdy nierówna droga wymagała od niej pełnego skupienia.
Potrzebowali go by słyszeć, co planują następne.

now i'll be your ride and die
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Och, wybacz! — rzucił z teatralnie przejaskrawionym, jadowitym przejęciem. — Następnym razem zapytam cię uprzejmie czy wolisz wodę, czy żeby pies odgryzł ci pół twarzy — dorzucił, gdy następny pocisk przebił blachę bagażnika. — Żebyś przypadkiem, kurwa, nie czuła się terroryzowana przeze mnie.
To, co mówiła o jeziorze, nie pasowało do wersji, którą zdążył już sobie ułożyć, wypolerować i zamknąć w głowie jako kolejny powód, dla którego nigdy więcej nie powinien dawać jej niczego poza problemami. W jego wersji wykorzystała moment, wykorzystała jego odruch, wykorzystała jego ręce utrzymujące ją nad powierzchnią i świadomie spróbowała zamienić je w kotwicę, która pociągnęłaby na dno właśnie jego. W jej – a przynajmniej w tej wydzieranej teraz spomiędzy huku silnika i kolejnych wystrzałów – nie było żadnego planu, tylko strach tak prymitywny, że przestała rozpoznawać, czy zaciskała dłonie na ratunku, czy na czymś, co próbowało ją zabić.
Być może powinien był zauważyć różnicę. Rozszerzone źrenice, urywany oddech, ten kompletny brak Navarro w Navarro; tylko, że czasu było stanowczo mało jak na pogłębioną psychoanalizę.
Nienawidzę cię.
Spojrzał na broń wepchniętą w jego dłoń, potem na Navarro i uznał, że wybrała sobie wyjątkowo niepraktyczny sposób okazywania nienawiści. Wróciła po niego, wjechała skradzionym samochodem w środek policyjnej obławy, a teraz oddawała mu jedyny pistolet, w którym wciąż znajdowała się amunicja, chociaż wystarczyłoby przecież odjechać w przeciwną stronę albo pozwolić, żeby ponownie założyli mu kajdanki. Większość nienawidzących go ludzi zachowywała się pod tym względem znacznie bardziej konsekwentnie.
On też jej nienawidził. I obiecywał, że ją zabije. Po czym zrobił coś zgoła bardzo podobnego. Wychodziło na to, że oboje nie do końca rozumieli znaczenie rzucanych słów. Albo nie do końca zdawali sobie sprawę, jak w krew weszła im jego zasada. W jej przypadku było to zrozumiałe; ale w jego?
Cały manifest o tym, że ludzie tacy jak oni zawsze wybierali siebie, brzmiał świetnie tak długo, jak pozostawał teorią. Kiedy przyszło co do czego, on wrócił po Navarro, a Navarro po niego, chociaż oboje mieli podstawy, żeby pozwolić temu drugiemu zdechnąć i jeszcze kilka dodatkowych, aby dopilnować tego osobiście.
— Świetnie ci idzie to nienawidzenie — ocenił, unosząc otrzymaną broń. — Bardzo jesteś konsekwentna. — Podobnie jak i on.
Pełny magazynek nie rozwiązywał problemu, ale poprawiał sytuację na tyle, że kiedy kolejny radiowóz wysunął się zza zakrętu, dwa pociski rozbiły jego przednią szybę i zmusiły kierowcę do gwałtownego odbicia. Samochód zniknął w tumanie kurzu, syreny oddaliły się na moment, lecz łomot wirnika nadal wisiał bezpośrednio nad nimi, a cień śmigłowca przesuwał się po drodze szybciej niż dodge, czasami ginąc na koronach drzew, tylko po to, żeby pojawić się ponownie kilkanaście metrów dalej. Więc to nie radiowozy stanowiły największy problem. Mogli przestrzelić opony jednego, zepchnąć drugi z drogi, a przed trzecim skręcić pomiędzy drzewa, przed czwartym się nawet zesrać, ale śmigłowiec nie musiał ich nawet doganiać; wystarczyło, że krążył nad ich samochodem i mówił wszystkim pozostałym, gdzie powinni ustawić kolejną blokadę.
Strącenie policyjnego śmigłowca z pistoletu należało do pomysłów szczególnie głupich. Rzeczy awykonalnych wręcz, tym bardziej dla kogoś, kto strzelał dobrze, ale jednocześnie nie tak dobrze, aby zawsze trafiać cel z pięćdziesięciu metrów. Tutaj nawet nie było mowy o pięćdziesięciu, a zdecydowanie większym dystansie.
Szczerze nienawidził Kanady.
Problem jednak prędko rozwiązał się sam. Tunel, który według znaków miał mierzyć jakieś pół kilometra, był idealnym miejscem do zgubienia śmigłowca. Był również idealnym miejscem, żeby dać się zamknąć pomiędzy radiowozami nadciągającymi z obu stron i umrzeć od rykoszetu, zaczadzenia albo któregoś z innych zagrożeń, przed którymi ostrzegały kolorowe tablice ustawione przed wjazdem. Kanada naprawdę dbała o to, żeby człowiek wiedział, co dokładnie za chwilę go zabije.
Wpadli do tunelu, pozostawiając za sobą śmigłowiec. Obserwował przesuwające się oznaczenia, aż pomiędzy nimi pojawiły się zielone drzwi przejścia awaryjnego, za którymi musiała znajdować się druga nitka. Porzucą samochód, przejdą na drugą stronę i ukradną kolejny; właściwie robili się w tym całkiem dobrzy. Brzmiało prosto. Pewnie tak nie będzie.
— Hamuj, Navarro. To nasz silver lining na ten moment.
i would ride you till you die, how bout that
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
i went swimming with the devil at the bottom of a lake; he was tall and mean with venom eyes so green, wanted reconciliation, but my tongue was in my teeth
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdawała sobie sprawę ze swojej niekonsekwencji - choć może łaską byłoby, gdyby ktoś ją przed tym uchronił. Wzmacniało to wyłącznie jej irytację, którą czuła względem tego człowieka.
Człowieka, którego już dawno powinny dopaść szpony sprawiedliwości, a którym nie chciała go teraz oddawać. Bo to nie były j e j szpony.
- Wciąż mogę zmienić zdanie - warknęła defensywnie, między jednym zakrętem a drugim, gdy kolejne słowa wypowiedziane przez Vissera działały na nią drażniąco.
Mógłby uczynić jej ten honor i zwyczajnie się z a m k n ą ć.
Było jednak coś znajomego w tej absurdalnej sytuacji. Coś, co cofało ją z powrotem do okresu tysiąca i dwustu dni, w trakcie trwania których niejednokrotnie policja pojawiała się na horyzoncie w roli, w której była obecnie. Wtedy również tkwili po jednej stronie, a ona zaciskała usta licząc na to, że wystrzelony przez niego pocisk nie dotknie żadnego oficera.
I w ten sposób, którego nie potrafiła objąć swoim umysłem w tym momencie, teraz nadal to robiła.
Patrzyła w rozbitym lusterku na roztrzaskany obraz świata za nimi i upewniała się, że zjeżdżające samochody nie waliły w drzewa bądź nie rozwalały się w sposób zagrażający życiu. Nie miało to żadnego sensu.
Sama wręczyła mu broń.
Ale policja niczemu nie zawiniła. Byli tylko kolejnymi pionkami rzuconymi na tę szachownicę. Każdy oficer wylosował przysłowiową, krótką słomkę w chwili, w której stawił się do pracy i otrzymał polecenie przechwycenia dwójki zbiegów. Żaden z nich nie zasługiwał na śmierć.
Żaden poza tą jedną osobą, która wydawała rozkazy.
Pas znów boleśnie wpił się w jej ciało gdy jej but z impetem zderzył się z hamulcem. Samochód przetoczył się przez jeszcze paręnaście metrów, zostawiając za sobą zapach palonej gumy i dwa, czarne ślady nim wreszcie się zatrzymał.
- Nie zgubimy tego ogona - mruknęła w nagłym przepływie pesymizmu, chwytając za radio - jej jedyny oręż po tym, gdy pozbyła się broni. Odpięła przezornie zapięte pasy i zignorowała bolesne rwanie w jej boku gdy pośpiesznie wydostała się z samochodu na zewnątrz, do ciemnego i zbyt pustego tunelu.
Musieli czekać na nich po drugiej stronie.
Nie mieli, kurwa, czasu.
Podążyła za nim gdy skierował się do wyjścia, jaskrawo oznaczonego na wypadek awarii bądź tego tysiąca sposobów, na które można było w tym miejscu stracić życie. Pozwoliła mu prowadzić gdy dotarli an drugą stronę, a on, z bronią w dłoni, zatrzymał pierwszy, lepszy samochód toczący się w ich stronę.
- Ja prowadzę - warknęła natychmiast, ruszając na stronę kierowcy. Nie ufała mu, sama myśl o tym, jak poprzednie auto w jego rękach zderzyło się z taflą jeziora wywracała jej żołądek na drugą stronę i choć racjonalnie wiedziała, że wtedy nie było żadnej innej opcji, nie dopuszczała do siebie możliwości, że mogłoby się to powtórzyć.
Drgnęła, widząc przestraszoną kobietę w fotelu.
- Wyjdź - rzuciła z napięciem, na co kobieta zerknęła na broń w dłoni pakującego się do środka Vissera i natychmiast sięgnęła do zapięcia swojego pasa. W jej oczach błyszczał szok i pierwsze, zgromadzone w nich łzy. Nie znosiła tego widoku.
- Ale ja... - zaczęła, nieznośnie długo wydostając się z samochodu. Chwyciła ją za rękę. Pociągnęła na zewnątrz, nienawidząc się za to całym, pieprzonym sercem. - N-nie, zaczekajcie, moje...
Drobne dziecko wpatrywało się w nią swoimi wielkimi oczami z fotelika z tyłu. Nie mogło mieć więcej, jak pięciu lat. W małej dziewczynce próżno było szukać jakiegokolwiek zrozumienia tej sytuacji.
Navarro nienawidziła się w tej chwili jeszcze bardziej.
Zamiast wsiąść do samochodu, który i tak mieli porzucić chwilę później, szarpnęła za tylne drzwi i odchyliła je. W tak delikatny sposób, w jaki była tylko stanie, odpięła dziecko i wyjęła z wnętrza pojazdu do stojącej obok, spetryfikowanej matki.
- Przepraszam - mruknęła, dostrzegając czerwone smugi, jakie jej dłonie zostawiły na drobnym ubranku.
Nawet nie spostrzegła, czy faktycznie oddał jej miejsce kierowcy czy czekał już przy kierownicy, wykorzystując jej moment słabości by przejąć inicjatywę. Zacisnęła usta w wąską linię i wsunęła się na wolny fotel z przodu, ruszając z miejsca bądź w ciszy czekając, aż zrobi to on.
Ja pierdolę.

Robin Visser
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W przeciwieństwie do swojej przesympatycznej partnerki w biedzie, grabież samochodu nie wywoływała w nim właściwie żadnych emocji. W jego świecie było to przewinienie tak marne, że w zasadzie żadne i w niektórych kręgach nie uznawano go nawet za osiągnięcie warte wspomnienia; potrzebowali pojazdu, żeby się przemieścić, nie mieli zbyt wiele czasu na wybrzydzanie ani prowadzenie selekcji, komu należałoby ukraść samochód, a kogo z niewiadomych powodów puścić dalej.
Kobieta miała po prostu pecha.
Podwójnego, kiedy okazało się, że pośrodku lasu zostanie z małym dzieckiem.
Nie był to jego problem. Gdyby miał pochylać się nad każdą smutną ofiarą, którą spotkał na swojej drodze, nad każdą osobą, jaką poświęcił dla własnego celu, skrzywdził albo pozostawił z konsekwencjami swoich decyzji, dawno temu skończyłby na sznurze zawieszonym gdzieś na poddaszu, bo wyrzuty sumienia zwyczajnie nie pozwoliłyby mu żyć ze wszystkim, co zrobił.
Takie było życie.
Tak jak próbował wtłuc Biance do głowy jeszcze na pomoście, zanim w ramach podziękowania spróbowała go utopić, przede wszystkim miało chodzić o siebie samego.
I tak zachował się wystarczająco uprzejmie, skoro nie zabił ani kobiety, ani dziecka; głównie dlatego, że chociaż oboje byłi świadkami, to nie takimi, których nagłe zniknięcie zmieniłoby szczególnie wiele w trakcie pościgu. Kierunki, w których mogli odjechać, były dwa, a wskazanie policji właściwego nie ułatwiłoby jej pracy na tyle, żeby opłacało się brudzić wnętrze samochodu i dokładać do dzisiejszych problemów dwa zupełnie niepotrzebne trupy.
Wcisnął się do pojazdu od strony kierowcy i pospieszył Navarro niecierpliwym burknięciem, wciskając pedał gazu, zanim zdążyła całkowicie zatrzasnąć za sobą drzwi. Samochód wyrwał do przodu, opony zapiszczały na asfalcie, a w lusterku kobieta przyciągnęła dziecko mocniej do piersi, odruchowo zasłaniając mu głowę ramieniem.
Nie miał czym się przejmować, a przynajmniej ten jakże przykry obrazek nie znajdował się szczególnie wysoko na liście jego obecnych zmartwień, wyprzedzony przez radiowozy, śmigłowiec, pozostałą w magazynku amunicję, ból rozchodzący się pod żebrami oraz siedzącą obok agentkę federalną, która z jakiegoś powodu znacznie gorzej znosiła odebranie komuś samochodu niż wręczenie jemu naładowanej broni.
Navarro miała bardzo wybiórcze sumienie.
— Nie maż się — rzucił, zerkając na jej twarz. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zorientował się, że wydarzenie sprzed chwili nie rozminęło się z jej poczuciem winy równie bezboleśnie, jak z jego. — Zaraz niebiescy ich zgarną.
Dla niego właśnie to pozostawało problematyczne, bo przypominało, jak niewiele przewagi zyskali. Kobieta opowie o broni, poda markę, kolor i tablice rejestracyjne samochodu, być może dorzuci też wyjątkowo szczegółowy opis dwójki przemoczonych, zakrwawionych ludzi, których zdecydowanie nie dało się pomylić z parą zagubionych turystów, a później wystarczy kilka słów przekazanych przez radio, żeby ich nowy środek transportu stał się równie użyteczny, co dodge porzucony w drugiej nitce tunelu.
Porzucona kobieta przestała go obchodzić, gdy tylko zniknęła w lusterku.
Radio zatrzeszczało w dłoni Navarro, zanim zdążyła mu odpowiedzieć. Najpierw odnaleziono samochód, później otwarte przejście awaryjne, a w końcu ktoś zorientował się, że mogli przedostać się na drugą stronę i wyjechać innym pojazdem.
Byli szybcy.
— Zapnij pas — rzucił, nie odrywając wzroku od drogi. Kącik jego ust drgnął w krótkiej zapowiedzi uśmiechu. — Wypadki chodzą po ludziach.
Skręcił w pierwszą boczną drogę, osłoniętą drzewami na tyle, aby z góry nie dało się od razu rozpoznać, który z mijanych samochodów nagle zniknął z głównej trasy. Dopiero wtedy komunikat z radia poinformował o odnalezieniu kobiety z dzieckiem, a kilka sekund później padł początek opisu skradzionego pojazdu. Szybciej, niż zakładał.
Później wszystko stało się raczej powtarzalne. Zatrzymywali kolejny samochód, Visser wyciągał właściciela zza kierownicy, a następnie, zamiast zostawiać go przy drodze razem z pojazdem, którego musieli się pozbyć, wciskał mu kluczyki i przy pomocy lufy przekonywał, żeby jechał nim dalej. Zyskiwali w ten sposób nie tylko inne tablice i samochód, którego opisu policja jeszcze nie znała, ale też poprzedni, nadal poruszający się po drodze i przez jakiś czas ciągnący pościg w zupełnie niewłaściwą stronę. Później powtarzali cały schemat, raz, drugi, w końcu trzeci, za każdym razem pozostawiając za sobą coraz bardziej skomplikowany burdel złożony z przerażonych Kanadyjczyków, cudzych pojazdów i policyjnych komunikatów, które wyraźnie zaczynały za nimi nie nadążać. Dopiero kiedy kolejny węzeł wyprowadził ich na drogę ekspresową prowadzącą poza Toronto, a skradziony samochód wtopił się pomiędzy ciężarówki, rodzinne minivany i setki innych pojazdów zmierzających w tym samym kierunku, Visser pozwolił sobie wypuścić z płuc oddech, który wstrzymywał od dłuższej chwili.
Dopiero wtedy spojrzał na Navarro dłużej niż przez krótką chwilę potrzebną, żeby upewnić się, że nadal siedziała obok i nie zamierzała zrobić czegoś wyjątkowo głupiego. Próbował odczytać coś z napięcia tkwiącego w jej szczęce, z przygarbionych ramion i spojrzenia uciekającego raz ku drodze, raz do trzymanego przez nią radia, ale po trzech i pół roku znajomości oraz ostatnich kilkunastu godzinach nadal nie potrafił stwierdzić, czy widział Biancę Navarro, kobietę, którą znał wcześniej, czy może jeszcze kogoś innego, kto za chwilę postanowi ponownie udowodnić mu, jak niewiele tak naprawdę o niej wiedział. Mogła układać kolejny plan, rozpamiętywać porzucone przy drodze dziecko albo zastanawiać się, w którym momencie należałoby przystawić mu broń do głowy i wrócić do roli agentki. Każda z tych wersji wydawała się równie prawdopodobna.
— Musimy spierdalać z Kanady — odezwał się w końcu, przenosząc wzrok z powrotem na drogę. Musimy. — Przez Detroit nie przejedziemy bo będą pilnować granicy przede wszystkim tam. — Zacisnął palce na kierownicy, obserwując znaki pojawiające się ponad jezdnią. — Na razie musimy dostać się do Winnipeg. I zorganizować mi telefon.
Our paper faces flood the streets
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
i went swimming with the devil at the bottom of a lake; he was tall and mean with venom eyes so green, wanted reconciliation, but my tongue was in my teeth
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kobieta miała pecha.
A tym pechem, jak się okazało, była pieprzona agentka federalna Navarro. Do czego to doszło, że wyciągała z samochodu małe dziecko by wcisnąć je w ręce kobiety, której ten samochód ukradła? Chyba nawet podczas jej pracy w kartelu nie dochodziło do takich sytuacji.
Nic się jeszcze nigdy tak nie zesrało jak zesrało się teraz.
Milczała, nie zaszczycając słów Vissera własną odpowiedzią. Nie liczyła na to, by rozumiał jej punkt widzenia. Dla niego ludzie byli wyłącznie środkami do osiągnięcia celu, jak samochody, które zmieniał nieustannie by zgubić tkwiący na ich plecach pościg.
Wyłącznie zapięła pasy.
Nie sądziła, by groziło im znów lądowanie w żadnej wodzie, ale i bez tego podejrzewała, że mógłby chcieć odgryźć jej się za sposób, w jaki dowiozła go do ich bezpiecznej kryjówki. Przemoczona, spędziła cały ten czas schnąc, ignorując rwący ból w jej ledwie co zasklepionych ranach i starając się zetrzeć z pamięci widok przerażenia na twarzy kobiety, którą wyciągnęła z jej własnej, bezpiecznej przestrzeni.
- I pojechać gdzie? - warknęła od razu, minuty, godziny, pieprzone eony później gdy tkwili w zupełnie innym pojeździe, zupełnie różniącym się od tego, który zorganizowali w tunelu.
Jej głos zdążył ochrypnąć na przestrzeni tego czasu, gdy go nie używała. Jej struny głosowe były nadwyrężone, wciąż pamiętając zaciskające się na jej szyi, męskie dłonie, wodę z jeziora zalewającą jej gardło i każdy krzyk, który wyrwał się z jej ust w środku nocy.
- Ludzie, którzy mogą dać nam jakieś odpowiedzi są tutaj, na miejscu - dodała z napięciem, wspominając znajomy głos znajomego mężczyzny, wyrzuconego z agencji - jak widać nad wyraz nieskutecznie. - Zaraz zostaną przeniesieni, albo wyeliminowani i nigdy nie dowiemy się o chuj w tym wszystkim chodzi, ani kto pociąga za sznurki.
To nie tak, że nie miał racji.
Dopiero co udało im się zgubić pogoń, która odnalazła ich nawet w chacie zabitej dechami pośrodku niczego. Obiektywnie rzecz biorąc, byli zagrożeni. Obiektywnie rzecz biorąc, powinni skupić się na znalezieniu w bezpiecznym miejscu, odsapnięciu i przegrupowaniu.
Ale ona nie miała z kim się przegrupowywać, a niebezpieczeństwem dla niej był nawet siedzący obok niej mężczyzna tworzący ten cały plan.
A może przede wszystkim.
- Jak oni nas w ogóle znaleźli w tej chacie - mruknęła pod nosem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
Jej wzrok podążał wszędzie tam, gdzie nie było tkwiącego za fotelem kierowcy mężczyzny - w tym przypadku wyglądał przez okno, kontrolnie sprawdzając lusterko, w którym już od dłuższego czasu nie było żadnych policyjnych radiowozów.
- Stacja - rzuciła nagle, dostrzegając znaki informujące o znajdującej się nieopodal stacji benzynowej. Stacji, na której mogłaby doprowadzić się do jakiegokolwiek porządku, zgarnąć leki przeciwbólowe, może nawet ubranie, które nie było pokryte jej krwią i rozszarpane w miejscach, w których musiał dostać się do jej ran.
Jej usta zacisnęły się w wąską linię. Właśnie dlatego to o n a chciała być w fotelu kierowcy, a nie być zależną od decyzji Vissera odnośnie tego, czy warto było się na niej zatrzymywać, czy nie.
- Pięć minut - mruknęła, dostrzegając niepozorny budynek nieopodal. Nie należała nawet do żadnych wielkich sieci. - Potrzebuję przeciwbólowych - dodała z białym kłamstewkiem, bo choć ból był już nieustannie męczącą ją stałą, przede wszystkim liczyła na pięć minut samotności.
O d d e c h u.

your plan sucks
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fakt, ludzie, którzy mogli wiedzieć, dlaczego agencja nagle postanowiła posprzątać po własnej operacji razem z prowadzącą ją agentką, nadal zapewne znajdowali się w Toronto i zapewne robili teraz wszystko, żeby ten stan nie potrwał zbyt długo. Ten jej cały Banes mógł zniknąć, zanim oni dotarliby do Winnipeg, ale równie dobrze mógł już nie żyć albo w tej chwili siedzieć w samochodzie jadącym w stronę miejsca, którego Navarro nie znajdzie nawet ze swoją odznaką, zwłaszcza że ta odznaka zdawała się ostatnio otwierać przed nią głównie drzwi prowadzące do kostnicy.
Tylko co właściwie mieli zrobić z tą wiedzą? Wrócić do Toronto? Zatrzymać się pod pierwszym budynkiem federalnym i poczekać, aż ktoś z właściwymi odpowiedziami wyjdzie zapalić? Mieli nazwisko człowieka, którego głos rozpoznała, i nic poza tym; żadnego adresu, numeru, pewności, czy facet nadal przebywał w mieście, ani kogokolwiek, komu mogliby zlecić jego znalezienie.
W Kanadzie Visser był n i k i m.
I to nie samo to stwierdzenie drażniło go najbardziej, tylko fakt, że było prawdziwe. Nie miał tu ludzi, pieniędzy ani przede wszystkim kontaktów, przez co zdobycie telefonu zdążyło urosnąć do rangi jednego z najistotniejszych punktów całego programu.
Co dalej nie zmieniało faktu, że tutaj mógł najwyżej sam objechać wszystkich Banesów w książce telefonicznej o ile te jeszcze w ogóle istniały.
— Do Meksyku — odpowiedział, cofając ich wszystkich w tej rozmowie do samego jej początku. — Winnipeg jest po drodze a nie moim celem. Zjedziemy stamtąd do Stanów i dalej na południe, bo przejście przez Detroit możemy sobie równie dobrze od razu wybić z głowy. — Zerknął na nią krótko, później znowu na drogę. — Nie znajdziemy Banesa, jeżdżąc bez celu po Toronto. W Meksyku mogę znaleźć kogoś, kto znajdzie jego.
O ile człowiek ten faktycznie nadal żył. O ile jego własne kontakty jeszcze odbierały telefony. O ile po usłyszeniu nazwiska Visser nie odkładały słuchawki albo nie wykonywały następnego połączenia do ludzi, którzy chętnie zapłaciliby za informację o miejscu jego pobytu. Problemów było sporo, ale przynajmniej należały do rodzaju, z którym potrafił coś zrobić; tutejsze sprowadzały go do faceta siedzącego za kierownicą skradzionego samochodu i nasłuchującego policyjnego radia, jakby miało łaskawie podpowiedzieć mu drogę wyjścia z burdelu, do którego trafili.
Jej pytanie o chatkę jedynie poprawiało jego argumentację. Nie wiedzieli, jak ich znaleziono; mogli trafić na samochód, wyłapać ich na jednej z kamer albo śledzić od samego początku, równie dobrze jednak mogli nie szukać miejsca, tylko konkretnej osoby, a wtedy pozostawanie w Toronto nie było odwagą ani determinacją ani nawet p l a n e m, tylko wyjątkowo rozwleczoną, debilną próbą samobójczą.
Przeciwbólowe faktycznie by jej nie zaszkodziły. Podobnie jak woda, nowe opatrunki i ubranie, które nie wyglądało, jakby właścicielka została w nim kilkukrotnie zamordowana, dlatego Visser zjechał z ekspresówki bez komentarza. Chociaż miał kilka – jak choćby to, jak zamierzała załatwić te swoje leki wyglądać w ten sposób.
Zwolnił przed budynkiem, spoglądając na samochody ustawione przy dystrybutorach, przeszklone wejście oraz kamery, których obecności nawet nie próbowano ukryć. Dopiero po objechaniu stacji i namierzeniu spojrzeniem kamer, zatrzymał się z boku, przodem w stronę wyjazdu poza ich zasięgiem. Przeniósł spojrzenie z urządzenia na jej twarz, jednocześnie sięgając za fotel po torbę podróżną, która przyszła w pakiecie z pożyczonym samochodem.
— Masz pięć minut. Po pięciu wchodzę — powiedział. — Więc postaraj się wtedy nie robić niczego, czego nie chciałabyś robić przy publiczności. — Rzucił torbę na kolana Navarro. — Przebierz się.
Bianca Navarro
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
i went swimming with the devil at the bottom of a lake; he was tall and mean with venom eyes so green, wanted reconciliation, but my tongue was in my teeth
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wątpiła w to, że skala jego możliwości została mocno ograniczona na terenie Toronto.
Wszystkie kontakty, wszystkie posiadane przez niego zasoby i przydzieleni mu ludzie zostali odcięci w chwili, w której został aresztowany. Nawet biorąc pod uwagę jego lojalność, kartel nie zamierzał ryzykować pozostawieniem wszystkiego w stanie, w którym mogłoby zostać rozpracowane przez agencję z pomocą jednego, przydatnego więźnia skłonnego szepnąć parę słów w zamian za swoją wolność.
W Meksyku wciąż miał kontakty, znajomości, d o m. Wciąż miał tych ludzi, którzy tkwili na samym szczycie i którzy mogliby mu pomóc w tej gównianej sytuacji.
I właśnie dlatego Meksyk nie wchodził w grę.
Bo wszyscy ci ludzie, którzy byliby skłonni mu pomóc, jednocześnie nie zawahaliby się przed zamordowaniem jej. Nie łączył ich żaden pakt, ani nieracjonalna więź otulająca ją kołderką bezpieczeństwa. Visser z jakiegoś powodu trzymał ją przy życiu.
O reszcie nie mogłaby powiedzieć tego samego.
- Pieprz się - mruknęła, sięgając po ten pistolet, w którym nie została już żadna amunicja, w drugiej ręce zaś chwytając podaną jej torbę. Jej wzrok wcześniej również skanował starą stację benzynową i zaparkowany przy niej samochód, upewniając się, że musiał należeć do pracownika.
Chwilowo nie było na niej nikogo innego.
Pistolet był bezużyteczny - ale nie wyglądał na taki, gdy trzymała go zakrwawiona kobieta. Zasłoniła go swoją torbą i schyliła głowę, unikając wzroku kamer i wsunęła do środka, świadoma tego, że prędzej czy później któraś z wewnętrznych ją złapie.
W chłodzie pracującej klimatyzacji natychmiast zlokalizowała łazienkę i, korzystając z faktu ogromnego zajęcia telefonem jedynego pracownika za ladą, który nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, schowała się w jej wnętrzu wcześniej z jednej z półek zgarniając samochodową apteczkę.
Obrzuciła tylko jednym - krytycznym - spojrzeniem swój wygląd w lustrze nim sięgnęła do krawędzi postrzępionego ubrania. Świadoma upływającego czasu, pośpiesznie zmyła ze swojej skóry krew i zerwała mokry opatrunek, ukazujący względnie nienaruszone, lecz wciąż tragicznie wyglądające szwy. Wzdrygnęła się na ich widok, na myśl o ciemnej chacie i zwisającej nad stołem, jednej żarówce nim nakleiła nowy, świeży bandaż i otworzyła ukradzioną torbę.
Zdecydowana większość ubrań w środku nie nadawała się do jakiegokolwiek użycia. Z frustracją nie odnajdując pary spodni, które nie zsuwałyby się jej z bioder przy najmniejszym ruchu, wciągnęła na siebie letnią, czerwoną sukienkę - wysoce nieadekwatną do sytuacji, ale za to o przyjemnym materiale, który był znośny dla jej poranionej skóry.
Podkreślała ona również fioletowe pręgi w kształcie ludzkiej dłoni na jej szyi.
Przemyła twarz z wody, łez i resztek krwi i przeczesała swoje włosy nim strach przed nadejściem Vissera wygnał ją z łazienki, z dłonią wciąż dzierżącą pistolet.
- Mógłby mi pan pomóc? - zagadnęła tkwiącego przy ladzie mężczyznę, którego wzrok najpierw pomknął po jej sylwetce i zatrzymał z dziwnym wyrazem na śladach na jej szyi nim dotarł do twarzy. Jego usta rozchyliły się w gotowości odpowiedzi, lecz nie zdołały wypowiedzieć ani słowa nim broń w jej dłoni oparła się o blat. - Pod ścianę.
Jego dłonie uniosły się w obronnym geście, ciało zerwało z krzesła, na którym siedział, przerażenie wtargnęło na twarz. Nie zrobiło na niej wrażenia, jakie powinno - może dlatego, że jej groźba nie była prawdziwa, a może ostatnia doba zdołała ją wreszcie znieczulić.
- Potrzebuję twojego telefonu - kontynuowała, gdy plecy mężczyzny uderzyły o ścianę. Lufa jej broni, a wraz z nią podbródek, skierowały się w dół, w stronę blatu, na którym ten skrzętnie wyłożył urządzenie. - I kluczyków do samochodu - mruknęła, patrząc na plakietkę na jego piersi. - Scott.
Mamrotał coś pod nosem, czego nie chciała słuchać, jej umysł przekształcił to w bełkot słyszany przez nią niejednokrotnie. To nie miało znaczenia. Musiała się stąd wydostać, musiała zadzwonić i musiała opracować plan.
- To drzwi do zaplecza? - zapytała, wskazując bronią drzwi za jego plecami, na co Scott skrzętnie skinął głową. - Do środka.
Nie kupowała sobie zbyt wiele czasu - ale wystarczająco, by choć odrobinę spowolnić organy ścigania. I upewnić się, że Scott nie wpadnie na żaden głupi pomysł - co zrobiła podstawiając pod klamkę drzwi krzesło, na którym siedział, zamykając go w środku.
Zaraz po tym odwróciła się, spoglądając na drugie drzwi - te pełne kamer. Te prowadzące do drugiego samochodu. Chwyciła za kluczyki, telefon wsunęła do kieszeni jakże praktycznej sukienki i ruszyła do drugiego z wyjść, licząc na to, że wystarczy jej czasu, by się od niego uwolnić.

Robin Visser
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie ufał jej.
To akurat nie zmieniło się ani trochę, niezależnie od tego, ile razy po siebie wracali, ile broni przekazali sobie w ciągu ostatnich kilkunastu godzin i jak często jedno z nich podejmowało decyzję, która w teorii powinna przemawiać na korzyść drugiego. Jego zaufanie nie odrastało magicznie pod wpływem kilku dobrych uczynków, szczególnie jeśli wcześniej przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni podlewało się je wyłącznie kłamstwami, a później dla pewności próbowało jeszcze utopić w jeziorze.
Mógł jednocześnie chcieć zabrać ją ze sobą do Meksyku i zakładać, że przy pierwszej okazji spróbuje spierdalać. Jedno nie wykluczało drugiego, w zasadzie to pierwsze czyniło drugie całkiem prawdopodobnym, chociaż nie wiedział jeszcze, co dokładnie Navarro zamierzała zrobić z pustym pistoletem, który zabrała ze sobą do sklepu pod pretekstem kupienia przeciwbólowych.
Otworzył schowek w poszukiwaniu czegokolwiek przydatnego i poza instrukcją pojazdu, kilkoma rachunkami oraz długopisem odnalazł zgniecioną paczkę papierosów z zapalniczką wepchniętą pod folię. Marka była beznadziejna, pety przeschnięte, ale na tym etapie nie zamierzał wybrzydzać. Wysiadł z auta, oparł się biodrem o przedni błotnik i odpalił jednego, zaciągając się dymem.
Jego spojrzenie wracało do wejścia za każdym razem, gdy za szybą przesuwał się jakikolwiek cień. Nie potrafił się rozluźnić; nawet kiedy radio od dłuższego czasu milczało, a na ekspresówce nie pojawił się żaden radiowóz, to napięcie w dalszym ciągu, niezmiennie, siedziało w mięśniach jego karku. Na całe szczęście mógł jeszcze odwracać głowę w obie strony.
Stacja nie cieszyła się zbytnik zainteresowaniem kierowców; samochody przemykały ekspresówką w niemal nieprzerwanym ciągu, i mało kto zjeżdżał w stronę podniszczonego budynku i paru dystrybutorów. Jedyny klient właśnie wyszedł, aby wsiąść do swojego auta i odjechać, nie poswiecając Visserowi grama uwagi.
Navarro zarejestrował natychmiast, gdy pojawiła się w drzwiach, chociaż przez krótką chwilę więcej uwagi od kierunku jej kroków przyciągnęła czerwona sukienka. Do sklepu weszła w podartych, zakrwawionych ubraniach, wyszła wyglądając, jakby pomyliła ucieczkę przed policją z wyjątkowo źle zorganizowaną randką, która najprawdopodobniej zakończyła się z powodu nieudanego BDSM-u, którego ślady na jej szyi widział dokładnie pomimo odległości.
Wyrzucił peta i zadeptał żar, wypuszczając z płuc kłąb dymu, przechylając się nieznacznie naprzód i podejmując kilka długich kroków, przecinających odległość pomiędzy nim a samochodem, przy którym się zatrzymała. Gdy tylko kluczyki błysnęły w jej dłoni, szukając zamka w drzwiach kierowcy – wyrósł za plecami agentki, odbijając się w szybie na ułamek sekundy. Jego dłoń zacisnęła się na jej karku i wykorzystał impet własnego ruchu, dociskając ją sobą do drzwi samochodu, aż metal ugiął się pod ciężarem i odpowiedział głuchym zgrzytnięciem. Drugą ręką schwycił mocno jej nadgarstek wyposażony w kluczyki do pojazdu.
— Wybierałaś się gdzieś? — syknął, wyczuwalnie dociskając ją mocniej do pojazdu. — Czy ci się, kurwa, samochody pomyliły? — Szarpnął jej schwytanym nadgarstkiem, a kluczyki brzęknęły pomiędzy ich dłońmi’; ledwie chwilę potem rozwarł jej palce i odebrał je siłą. Samochód przestał stanowić problem, ale zasadniczo to nie on nim buył. Nie trzeba było geniuszem, aby zrozumieć, że próbowała go tutaj zostawić; po tym, jak wróciła po niego pod lasem, wjechała w sam środek policyjnej obławy i przez kolejne godziny siedziała u jego boku, najwyraźniej potrzebowała zaledwie kilku minut, aby ponownie uznać, że każde z nich powinno ratować się osobno.
Nie bardzo potrafił wyjaśnić czemu miałoby mu to aż tak przeszkadzać. Prawdopodobnie dlatego, że nie ufał jej do tego stopnia, że jej pogmatwaną sytuację z agencji dalej mógł czytać jako szopkę, aby coś z niego wyciągnąć innym sposobem niż oczywiste przesłuchania, które ni dały niczego.
I z tego powodu wolał ją mieć pod nosem.
— Dałem ci pięć minut, a nie nowy samochód — przypomniał, przesuwając spojrzeniem po jej sylwetce i zatrzymując je na kieszeni sukienki, której materiał układał się wokół znajomego, prostokątnego kształtu. Oczywiście, że zdobyła również telefon, tylko zamiast przynieść go człowiekowi, który niemal pięć minut temu wyraźnie powiedział, że go potrzebował, postanowiła zabrać jedno i drugie ze sobą. Wysunął dłoń z jej karku, aby sięgnąć do kieszeni, wciskając ją w ramę pojazdu swoją sylwetką, aby nadal nie mogła odsunąć się od drzwi. — Do kogo, kurwa, zamierzałaś zadzwonić?
excuse you
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
i went swimming with the devil at the bottom of a lake; he was tall and mean with venom eyes so green, wanted reconciliation, but my tongue was in my teeth
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że się z o r i e n t o w a ł.
Pięć minut było czasem, którego nie mogła oszacować w racjonalny sposób. Po pierwsze - wychodząc z samochodu nie spojrzała na zegarek. Po drugie - wątpiła, by spoglądał na niego Visser, wyliczając czas co do minuty.
Zdziwiło ją wyłącznie to, jak daleko zdołała zajść nim przypomniał sobie o jej obecności jak i czystej niechęci do prowadzenia jakichkolwiek interesów wspólnie - nawet, jeśli ucieczka leżała w interesie, który niezaprzeczalnie był im wspólny.
Odbicie w szybie było zbyt krótkim wyprzedzeniem, by zdołała je w sensowny sposób wykorzystać - zrobiło to wyłącznie jej serce, podjeżdżając na jego widok do samego gardła. Jej sylwetka napięła się, zaczęła odwracać w jego kierunku po części w chęci konfrontacji, po części w tej odruchowej chęci ucieczki jej pieprzonego owczego instynktu.
Nie zdążyła zrobić niczego z tych rzeczy.
Syknęła gdy palce zacisnęły się na jej karku, ciało runęło na twardą powierzchnię samochodu, nadgarstek wygiął pod kątem, pod którym nie powinien być wyginany. Panika przetoczyła się po jej czaszce, oddech utknął w płucach w pierwotnym instynkcie gdy szarpnęła w proteście.
Gorące ciało, którego tak kurczowo trzymała się w lodowatym jeziorze teraz paliło, napierając na jej ranne plecy. Palce zaciśnięte na jej karku były długie, ich opuszki naciskały na fioletowe wybroczyny pozostawione przez napastnika. Zadrżała pod wpływem bólu, w tym potrzasku, w którym ją złapał, a w którym w pierwszej reakcji próbowała się wydostać - w drugiej zaś zapragnęła osunąć się na ziemię, mając tego wszystkiego d o ś ć.
D o ś ć bólu, d o ś ć oddechu na swoim karku, d o ś ć jego.
Panika wzmogła gdy wyczuła, jak kluczyki wyślizgują się z jej palców a ręka przesuwa w stronę kieszeni w jej sukience. Złość wtargnęła na miejsce zmęczenia, w głośnym proteście przypominając o tym, że nie zamierzała być pieprzoną owcą, że choć Visser posiadał przewagę swojej fizjonomii, wciąż była pieprzoną agentką federalną - z odznaką lub bez.
Straciła już klucze. Nie mogła stracić jeszcze telefonu. Jedynej przewagi, jaką nad nim posiadała, jedynej możliwości zmiany losu, który jak na razie tkwił poza zasięgiem jej dłoni.
Jej biodra naparły w tył, zderzając się z ciałem, którym była przygwożdżona, tworząc odrobinę miejsca w którym wysunęły się w bok - a w ich miejscu znalazł się łokieć. Mając wyłącznie jedną szansę, jedną możliwość nim znów unieruchomi jej rękę, włożyła w ten cios całą, desperacką siłę, jaka jeszcze jej została - za cel zaś obierając sobie ten jeden punkt na jego ciele, który jednocześnie dobrze go opisywał.
Wyszarpnęła się z jego uwięzi nim odebrał jej telefon, wyślizgując z uścisku w tym krótkim, stworzonym przez siebie okienku. Dopiero wtedy oddech opuścił jej płuca, płonąc z każdym centymetrem, który dzielił go od świata wokół.
- Dotknij mnie jeszcze raz - wychrypiała, cofając się nieustannie - jeden krok, drugi, trzeci, każdy, byle tylko samochód znalazł się między nią, a Visserem. - A będziesz drugim mężczyzną, jakiego w życiu zabiłam.
Być może jedynym, którego morderstwa nie była w stanie żałować. Jedynym, który w pełni sobie na to zasłużył.
- Nie jadę do żadnego, pieprzonego Meksyku - syknęła, w niezrozumiały dla siebie sposób czując potrzebę wyjaśnienia, co tutaj robiła, choć przecież na żadne wyjaśnienia nie zasługiwał - ani na odrobinę jej szczerości. - Nie czeka tam na mnie nic poza śmiercią.
Ludzie, którzy pozostali mu lojalni, ludzie, którzy już znaleźli sobie innego, za którym mieliby podążać - to było dla niej bez znaczenia. I jedni, i drudzy ścigaliby się w zdobyciu możliwości pozbycia się zdradzieckiej Ortegi, która przy okazji była pieprzoną, federalną agentką.
W Kanadzie przetrwanie było obarczone ogromnym ryzykiem. Tam, gdzie chciał ją zabrać, miało zerową szansę.

excuse me
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”