ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
185 cm
inwestor / filantrop w jego posiadłość
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1
You're not ever gonna know me | outfit
Elijah doskonale wiedział, że Nerissa pracowała w tym klubie. Znał ten fakt od dawna. Po prostu nigdy nie miał powodu, żeby wykorzystać tę wiedzę. Należał raczej do tych tajemniczych, zaszywających się w prywatnej loży ekscentrycznych dżentelmenów, którzy spędzali czas samotnie, obserwując klubowe życie, racząc się dobrą whisky i czasem spotykając się z klientami, by omówić szczegóły transakcji. Nie schodził na parkiet. Nie mieszał się w to, co działo się piętro niżej, chyba że interesy wymagały jego interwencji.
Kryształowa szklanka w jego dłoni odbijała kolorowe światła sączące się z parkietu poniżej, ale sam alkohol pozostawał w niej nietknięty od dłuższej chwili. Wolał obserwować, niż pić – to była jedna z niewielu rozrywek, których nie musiał dzielić z nikim innym. Nie miał pojęcia, czy Whitelaw domyślała się, kim był, gdy tamtego dnia wypowiedział jej imię zaraz przed jej wyjściem. W końcu nie zdradził jej tego podczas ich pierwszego spotkania twarzą w twarz. Co było w tym najzabawniejsze: nawet go nie planował. Sytuacja z kopertą była zwykłym przypadkiem, splotem okoliczności, na który nie miał żadnego wpływu. Nie miał w planach zbliżać się do kobiety. Płaciła długi swojego brata na czas, a tylko to się dla niego liczyło. Coś jednak się w nim zmieniło po tamtym spotkaniu. Zaintrygowała go. Pamiętał dokładnie, jak długo utrzymywała kontakt wzrokowy, zanim w końcu przeniosła go na otoczenie – dłużej, niż większość ludzi, którzy stawali przed nim po raz pierwszy, świadomi, kim naprawdę był. Nie wiedział jeszcze, czy było to spowodowane jej pewnością siebie, a może lepiej byłoby to nazwać brakiem rozsądku, ale cenił sobie towarzystwo ludzi, którzy się go nie bali. Było to interesujące, niemal pobudzające doświadczenie.
Lokal, do którego ją wtedy zaciągnął, żeby wyjaśnili sobie pewne tematy, co prawda należał do niego, ale nie mieszkał tam ani jednego dnia. Wynajmował je klientom lub dłużnikom, żeby mieć ich na oku, żeby wykorzystać tę sposobność na własną korzyść. Gdy jego współlokatorka się wyprowadziła, znalazł się tam przypadkiem. Musiał ogarnąć kilka niedomkniętych tematów, w tym zabrać z apartamentu wszystkie fanty, które mogłyby wpaść w niepowołane ręce. Kilka rzeczy spalił. Resztę oddał komuś, kto nie zadawał pytań. Nie było w tym nic sentymentalnego – lubił zachowywać wokół siebie porządek. Nie pojawił się tam od tego czasu, więc Nerissa nie mogła go nawet niefortunnie spotkać na klatce, choć obiecał jej wtedy, że jeszcze się zobaczą.

Ten dzień właśnie nadszedł.

Mężczyzna się nudził. Potrzebował trochę rozrywki. Nie zamierzał co prawda zapraszać tu kobiety, żeby dla niego zatańczyła, ale żeby uciąć sobie pogawędkę. Odkryć wszystkie karty. Pokazać jej, z kim tak naprawdę miała do czynienia i do kogo z taką swobodą pyskowała tego dnia. Nie był zły. Nie chciał jej skrzywdzić ani nastraszyć. Chciał jednak zobaczyć jej reakcję. Dlaczego w ogóle planował się ujawnić? Właśnie teraz? Po prawie czterech latach od tego, jak Nerissa stała się jego dłużniczką? Może potrzebował nowych bodźców. Czegoś świeżego. Ostatnie tygodnie upływały mu w niemal identycznym rytmie – spotkania, telefony, znowu spotkania. Nawet dla kogoś, kto cenił sobie kontrolę ponad wszystko, taka monotonia zaczynała ciążyć. Kasy w końcu nie potrzebował – spał na niej. Sumy, które kobieta mu wysyłała, nie wystarczyłyby nawet na jedną butelkę whisky, która teraz stała na stole w pomieszczeniu. Ściągał z niej pieniądze dla zasady.
Wstał więc niespiesznie z drogiej, skórzanej kanapy, która była cała dla niego, podszedł do drzwi i poinformował ochroniarza pilnującego wejścia do loży, że chciałby wykupić czas tancerki Nerissy na całą noc, a kwota nie grała roli. Jeśli kobieta się zjawi, ma zostać wpuszczona bez podejrzeń, ale nie zamierzał ujawniać, od kogo padło zaproszenie. Nie martwił się zresztą, że będzie to stanowić jakikolwiek problem – był dość ważnym klientem tego miejsca, żeby jego prośby traktowano z należytą dyskrecją.
A gdy rosły mężczyzna udał się wykonać polecenie, Elijah wrócił do pomieszczenia, stanął przy ogromnym oknie z widokiem na resztę klubu i z zadziornym uśmieszkiem spoglądał na klubowe życie toczące się pod jego nogami. Nie spieszył się. Miał przed sobą całą noc, a cierpliwość nigdy nie należała do jego słabości.

Nerissa Whitelaw
28 y/o
For good luck!
170 cm
tancerka emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

It was supposed to be a one-time thing. | outfit

Nerissa wykorzystała krótką przerwę między występami, zamykając się na moment w swojej garderobie. Po kilku godzinach spędzonych w klubie przydała jej się chwila ciszy, nawet jeśli była to tylko cisza pozorna. Za drzwiami wciąż przedostawały się przytłumione dźwięki muzyki, śmiechy klientów i pojedyncze fragmenty rozmów, ale tutaj wszystko wydawało się odrobinę spokojniejsze. Usiadła przed lustrem, sięgając po butelkę wody. Przetarła dłonią kark, poprawiła włosy i przez moment po prostu siedziała, korzystając z tych kilku minut, zanim będzie musiała wrócić na salę.
Pukanie do drzwi wyrwało ją z tej krótkiej chwili spokoju. Nerissa spojrzała w ich stronę, przez moment zastanawiając się, czy naprawdę musi już wychodzić. Dopiero po chwili pozwoliła wejść ochroniarzowi.
Poinformował ją, że ma klienta, który wykupił jej czas do końca nocy. Nerissa uniosła lekko brwi, bo sama długość rezerwacji była dość nietypowa, ale nie na tyle, żeby robić z tego większy problem. W klubie zdarzali się ludzie, którzy potrafili wydać sporą sumę pieniędzy tylko po to, żeby mieć czyjąś uwagę przez kilka godzin. Dopiero gdy zapytała, kto na nią czeka, a ochroniarz odpowiedział, że nie zna nazwiska i ma jedynie zaprowadzić ją do pomieszczenia, pojawiło się w niej coś na kształt ostrożnej ciekawości.
- Nie wiesz nawet, kto mnie zamówił? - upewniła się, spoglądając na niego w lustrze.
Pokręcił głową.
Nerissa przez chwilę nic nie mówiła. Nie podobało jej się specjalnie to, że ktoś obcy wykupił jej cały wieczór, a ona nie wiedziała nawet, z kim będzie musiała go spędzić. Z drugiej strony nie był to pierwszy raz, kiedy ktoś płacił za jej czas. Prywatne pokazy należały do jej pracy, a niektórzy klienci potrafili wydawać absurdalne pieniądze tylko po to, żeby przez kilka godzin mieć wyłączność na jej uwagę.
Tym razem było jednak coś dziwnego w samej niewiedzy. Zwykle przynajmniej wiedziała, czego może się spodziewać.
Podniosła się z miejsca i jeszcze raz spojrzała w lustro. Poprawiła włosy, wygładziła materiał stroju i przez krótką chwilę przyglądała się swojemu odbiciu.
- Dobra. Prowadź.
Wyszła z garderoby i ruszyła za ochroniarzem przez korytarz. Im bliżej byli głównej sali, tym głośniejsza stawała się muzyka. Nerissa szła spokojnie, choć z każdą kolejną chwilą coraz bardziej zastanawiało ją, kto właściwie czeka na nią przy stoliku. Ktoś musiał zapłacić naprawdę sporą kwotę, żeby zarezerwować jej czas do końca nocy.
I najwyraźniej bardzo zależało mu na tym, żeby zrobić to anonimowo.
To właśnie ta ostatnia część nie dawała jej spokoju. Nie dlatego, że się bała, Po prostu nie lubiła niespodzianek. A doświadczenie nauczyło ją, że im więcej pieniędzy ktoś wydawał, tym bardziej nieprzewidywalny potrafił być.
Drzwi otworzyły się przed nią, a Nerissa weszła zaledwie o pół kroku, zanim jej wzrok padł na stojącego przy oknie mężczyznę. Zatrzymała się w progu tak nagle, że ochroniarz musiał zrobić jeszcze krok, żeby nie wpaść na nią od tyłu. Przez moment tylko patrzyła, jakby jej mózg potrzebował kilku sekund, żeby połączyć twarz, którą widziała teraz, z tą samą, którą jeszcze niedawno oglądała w zupełnie innych okolicznościach.
No kurwa, nie.
Ta myśl pojawiła się w jej głowie niemal natychmiast i właściwie nie wymagała żadnego dalszego komentarza. Gdyby mogła cofnąć się o kilka minut, prawdopodobnie bardzo uprzejmie poprosiłaby samą siebie, żeby przestała być ciekawa, kto wykupił jej czas na cały wieczór. Ciekawość najwyraźniej po raz kolejny okazała się wyjątkowo kiepskim doradcą.
Nie znała jego imienia. Nie wiedziała nawet, kim właściwie był poza tym, że należała do niego przeklęta koperta, która kilka tygodni wcześniej doprowadziła ją do jego mieszkania. Pamiętała za to doskonale tamten dzień - swoje przekonanie, że robi coś zwyczajnie rozsądnego, kiedy idzie oddać cudzą przesyłkę, a potem wszystko, co wydarzyło się po przekroczeniu jego drzwi.
Broń, krew na ubraniach, jego podejrzliwość, telefon wyrwany z jej prywatności i ta niekończąca się rozmowa, podczas której coraz bardziej miała ochotę po prostu do siebie i wymazać cały ten dzień z pamięci. Dopiero teraz przypomniała sobie jednak jeden szczegół. Wtedy kiedy zagrodził jej ręką wyjście, powiedział do niej po imieniu.
Nerissa nie przedstawiała mu się.
Ani razu.
W tamtym momencie była zbyt zajęta tym, żeby wydostać się z jego mieszkania, aby się nad tym zastanawiać. Teraz, stojąc kilka kroków od niego, nagle wydało jej się to zdecydowanie bardziej istotne.
A teraz stała w progu klubu i patrzyła dokładnie na tego samego człowieka. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w ironię tej sytuacji. Spośród wszystkich klientów, których mogła dostać tego wieczoru, musiała trafić właśnie na niego. Co więcej, ktoś wykupił jej czas do końca nocy, a ona jeszcze kilka minut wcześniej zastanawiała się, kim może być tajemniczy klient. Teraz odpowiedź stała przed nią, choć wcale nie była odpowiedzią, którą chciała otrzymać.
Nerissa pozostała w progu, nieruchoma, z dłonią opartą jeszcze na klamce. Nie powiedziała ani słowa. Po prostu patrzyła na niego, czując, jak cała jej wcześniejsza ciekawość dotycząca tajemniczego klienta właśnie umiera śmiercią nagłą i zdecydowanie zasłużoną.
Oderwała w końcu plecy od framugi i ruszyła w stronę stolika, choć każdy kolejny krok wykonywała z miną kogoś, kto właśnie odkrył, że wieczór, który zapowiadał się całkiem zwyczajnie, postanowił jednak zrobić jej na złość. Zatrzymała się przed nim i przez chwilę tylko mu się przyglądała. Im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że naprawdę nie pomyliła go z nikim innym.
Kącik jej ust drgnął lekko, ale nie był to szczególnie przyjazny uśmiech. Raczej ten rodzaj rozbawienia, który pojawia się wtedy, kiedy sytuacja jest tak absurdalna, że pozostaje już tylko się z niej nabijać.
- Już się stęskniłeś? - rzuciła w końcu z wyraźną ironią.
Nie czekając na odpowiedz, przesunęła spojrzeniem po stoliku, a potem z powrotem na niego. Oparła dłonie na biodrach i przechyliła głowę.
- Ledwo zdążyłam zapomnieć o tamtym wieczorze, a Ty już postanowiłeś mi o nim przypomnieć.
Przez moment wyglądała, jakby sama próbowała zdecydować, czy naprawdę chce wiedzieć, po co ją tutaj sprowadził. Ostatecznie jednak usiadła na kanapie, nie spuszczając z niego wzroku. Skoro już tutaj była, równie dobrze mogła się dowiedzieć, czego tym razem od niej chce i do cholery - skąd znał jej imię.
- Teraz też zamkniesz drzwi na klucz?

Elijah Nightingale
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
33 y/o
For good luck!
185 cm
inwestor / filantrop w jego posiadłość
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich pierwsze spotkanie było mu bardzo na rękę. Kobieta nie mogła się wtedy nawet domyślać, kim był. W końcu nie znała go z widzenia, personaliów ani statusu. Ani też po mieszkaniu, które może nawet wyglądało na wynajmowane, po tym, że tak naprawdę nie był w nim ubrany, przez co nie mogła dostrzec drogiego zegarka, biżuterii ani ubrań dobrej jakości, gdy spotkał ją w drzwiach. Wyglądał na prostego gościa. Zamieszanego w jakieś brudne interesy, trzymającego się ze złymi ludźmi, ale zwykłego parobka, który niewiele może. Prawda była o wiele bardziej złożona, ale rzadko była mu potrzebna, gdy fałsz działał skuteczniej. Przez to kobieta aż tak się nie ograniczała. Nie filtrowała wszystkiego. Była pewna, że jej nie zna. Nie wie, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak bardzo jest z nim powiązana, nawet jeśli tego nie chciała. Był tylko chwilowym niuansem. Przeszkodą, która pojawiła się na jej drodze i prawdopodobnie zniknie równie szybko, jak się pojawiła. Nawet nie planował tego zmieniać. Naprawdę chciał porozmawiać z nią o kopercie, która wpadła w jej ręce, i pozwolić jej odejść. Wrócić do jej życia, nieświadomą tego, kogo tak naprawdę spotkała na swojej drodze.
Niestety – na jej nieszczęście – zaintrygowała go. Bo tak naprawdę wcześniej jej nie znał. Wiedział o jej bracie, przerzucił na nią jego problemy, ale wszystkim zajmowali się jego ludzie. On widział ją może dwa razy – pierwszy raz na zdjęciach, gdy zaczął szukać bliskich mężczyzny, a drugi w klubie, w którym teraz się znajdowali. Nie prześwietlił jej. Nie zaczął grzebać w jej życiu. Zachował się jak dżentelmen, choćby przez tę jedną, chwilową uprzejmość. Nie robił tego często. Uprzejmość była w jego świecie walutą, którą wydawało się rzadko i tylko wtedy, gdy wiedział, że zwróci mu się z nawiązką. Tego dnia, tego przypadkowego spotkania, wszystko się jednak zmieniło. Zaciekawiła go. Zaintrygowała. Nie była prostą kobietą, która przez głupotę członka rodziny została wplątana w coś, co ją przerastało i sprawiało, że jej życie znacząco się pogorszyło. Była drapieżnikiem, posiadającym własne zdanie, umiejącym się mu odgryźć, nawet wtedy, gdy trzymał w dłoni broń. Było to niezwykle odświeżające doświadczenie. Dawno nie spotkał kogoś tak pewnego siebie. Przez to postanowił, że w końcu wyłoży karty na stół. Zdejmie maskę, za którą do tej pory się ukrywał. Nie był tylko pewien, jak kobieta przyjmie to do wiadomości.
Gdy zobaczył jej twarz w drzwiach, pozwolił sobie na niewielki uśmiech. Nie był złośliwy. Nie należał do kogoś, kto złapał swoją ofiarę w sidła i teraz się nią rozkoszował. Był lekki. Szczery, na tyle, jak bardzo potrafił być. Zastanawiał się, co sobie o nim teraz myślała. Czy zastanawiała się, dlaczego ktoś jego pokroju siedział w prywatnej loży, w ogóle ubrany ubrany zdecydowanie lepiej niż tamtego felernego dla niej dnia, sącząc alkohol warty więcej niż jej miesięczna wypłata? A może to w ogóle nie zwróciło jej uwagi. Może jedynie wracała myślami do ich pierwszego spotkania, momentalnie dużo mniej zadowolona z tego, że go zobaczyła.
Gdy ruszyła w stronę stolika, dał sobie jeszcze krótki moment, by obserwować jej kroki, gdy przemieszczała się od drzwi do centralnej części pomieszczenia. Światła klubu ślizgały się po jej ramionach, po linii szyi, a on odnotował to wszystko z tą samą chłodną precyzją, jaką miał w zwyczaju. Robiła to z gracją, co wcale go nie dziwiło, biorąc pod uwagę zawód, który wykonywała. Wiedziała, jak wabić klientów, jak sprawić, żeby ci oszaleli na jej widok i rozstawali się z pieniędzmi, jakby pochodziły z gry Monopoly. Pomyślał nawet, że ta umiejętność mogłaby mu się przydać. W końcu kto znał więcej plotek i mógł wyciągnąć więcej cennych informacji od klientów w tym miejscu, jak nie ona?
Nie drgnął nawet, gdy znalazła się zdecydowanie za blisko.
Obiecałem ci, że niedługo się spotkamy. Dotrzymuję danego słowa – przypomniał jej, przyglądając się jej twarzy z uwagą. – Tęsknota to nieco za duże słowo, ale powiedzmy, że chcę się lepiej poznać. Albo może powinienem powiedzieć, żebyś ty mnie lepiej poznała.
Dzisiaj był dużo bardziej poukładany. Mniej zaczepny. Lepiej ważył słowa. Nie prowokował jej, przynajmniej jeszcze nie. Nie chciał psuć sobie tej zabawy, zanim w ogóle się na dobre rozkręciła.
Może się czegoś napijesz? – zaproponował, skracając dystans do stolika i sięgając po swoją szklankę. – Proszę, nie krępuj się.
Znajdowali się na neutralnym gruncie. Byli sami w dużym, przestronnym pomieszczeniu. Ochroniarz został za drzwiami. Broń, co prawda, posiadał, ale niewidoczną na pierwszy rzut oka, ukrytą tam, gdzie nikt niewtajemniczony nie zdołałby jej dostrzec. Nie chciał – tak jak poprzednim razem – kontrolować sytuacji strachem. Chciał pozwolić jej być sobą. W każdej wypowiadanej sentencji, w każdym geście jakby dawał jej przestrzeń, której mimowolnie odmówił jej za pierwszym razem.
Nie widzę takiej potrzeby – zapewnił, zerkając na moment w stronę drzwi. Przecież kobieta tu pracowała. Nie miała nawet dokąd uciec. – Może jednak zacznijmy od początku. Nazywam się Elijah Nightingale. A ty jesteś moją dłużniczką.
Nie dodał nic więcej. Nie musiał. Cisza, którą zostawił po sobie, mówiła więcej niż tysiąc słów.

Nerissa Whitelaw
28 y/o
For good luck!
170 cm
tancerka emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nerissa zatrzymała na nim wzrok nieco dłużej, niż powinna, próbując oswoić się z tym, że człowiek, którego pamiętała z tamtego mieszkania, nagle znalazł się przed nią w zupełnie innym otoczeniu. Wtedy wszystko było chaotyczne, napięte i zdecydowanie dalekie od normalnego pierwszego spotkania. Pamiętała go stojącego przed nią w samych bokserkach, broń, zakrwawione ubrania i przede wszystkim własne przekonanie, że jeśli tylko uda, jej się przekroczyć próg jego mieszkania, najlepiej będzie nigdy więcej nie mieć z tym człowiekiem nic wspólnego. A teraz, kilka tygodni później, los najwyraźniej postanowił zakpić z jej planów.
Wraz ze wspomnieniem tamtego wieczoru wrócił do niej również moment, w którym zagrodził jej drogę do drzwi, jakby samo jej "chce wyjść" nie było wystarczającym argumentem. Wtedy też po raz pierwszy wypowiedział jej imię. Teraz mogła już spokojnie zadać sobie to pytanie i zdecydowanie nie podobało jej się to, że odpowiedź wciąż pozostawała poza jej zasięgiem. Tym bardziej że ktoś przed chwilą powiedział jej, że tajemniczy klient wykupił jej czas na całą noc, a tajemniczym klientem okazał się właśnie on.
Nerissa powinna być tym zaskoczona.
Zamiast tego miała wrażenie, że życie po raz kolejny robi sobie z niej żart.
Nie tylko sam fakt jego obecności zwrócił jednak jej uwagę. Im dłużej mu się przyglądała, tym wyraźniej dostrzegała, że tym razem coś w jego zachowaniu było inne. Nie chodziło nawet o miejsce czy okoliczności, ale o niego samego. Tamten mężczyzna z mieszkania był chłodny, spięty i podejrzliwy, a każde jego słowo brzmiało tak, jakby najpierw dokładnie zastanawiał się, czy w ogóle powinien je wypowiedzieć. Wtedy Nerissa miała wrażenie, że wystarczy jeden niewłaściwy ruch, żeby sytuacja ponownie zrobiła się nieprzyjemna. Teraz natomiast nie widziała w nim tamtej samej sztywności. Był spokojniejszy, bardziej swobodny, a nawet momentami zaskakująco uprzejmy.
I właśnie to chyba najbardziej ją zaskoczyło.
Nie potrafiła zdecydować, która wersja była prawdziwa. Ta, którą poznała w jego mieszkaniu, kiedy patrzył na nią jak na potencjalne zagrożenie, czy ta, która teraz siedziała przed nią i najwyraźniej naprawdę chciała spędzić z nią wieczór. Może obie. Ludzie przecież rzadko byli tylko jedną wersją siebie, choć Nerissa zdecydowanie wolałaby wiedzieć, z którą ma tym razem do czynienia. Nie zamierzała jednak pytać o to wprost. Jeszcze nie.
Spojrzała na niego jeszcze raz, tym razem z odrobiną rozbawienia. Skoro już tutaj była, nie zamierzała stać obok niego przez całą noc. Przesunęła dłonią po oparciu kanapy, ale zanim usiadła, pozwoliła sobie jeszcze przez chwilę nacieszyć się świadomością, że tym razem przynajmniej to ona może zdecydować, czy chce podejść bliżej.
- Chcesz mnie lepiej poznać? - powtórzyła, przyglądając mu się przez chwilę. - Po tym, jak ostatnio na mnie patrzyłeś, nie sądziłam, że jestem kimś, kogo chciałbyś poznawać.
Na jej twarzy pojawił się lekki, zaczepny uśmiech. Nie było w nim jednak pełnego rozbawienia - raczej ostrożność kogoś, kto nadal próbuje zrozumieć, z czym właściwie ma do czynienia. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, jakby chciała wyłapać choćby najmniejszą oznakę tego, że za jego spokojnym zachowaniem kryje się coś więcej. W końcu uśmiechnęła się.
- Zaczynam się zastanawiać czy nie pomyliłeś klubu z biurem matrymonialnym.
Usiała na kanapie, zakładając nogę na nogę. Oparła się wygodniej, a dłonie ułożyła luźno na kolanie. Skoro miał zamiar spędzić z nią cały wieczór, równie dobrze mogła przestać traktować to jak krótką wizytę i po prostu zobaczyć, dokąd ta dziwna sytuacja ją zaprowadzi.
Kiedy wspomniał o alkoholu, jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę stolika. Po poprzednim spotkaniu zdecydowanie nie miała najlepszego skojarzenia z piciem w jego obecności, ale tym razem sytuacja była przynajmniej trochę bardziej normalna. Nie musiała siedzieć spięta i zastanawiać się, czy za chwilę zostanie zatrzymana przy drzwiach.
- Może być coś mocniejszego... skoro wykupiłeś mnie na całą noc.
Kącik jej ust uniósł się lekko, a po chwili dodała już spokojniej:
- Ale bez whisky. Mam z nią wystarczająco świeże wspomnienia.
Nazwisko wystarczyło, żeby Nerissa na moment uniosła brwi.
Nightingale.
No proszę.

Tego akurat nie musiała sobie przypominać - słyszała je już wcześniej, i to nie raz. W klubie ludzie mieli dziwną słabość do plotkowania o bogatych klientach, a rodzina Nightingale zdecydowanie należała do tych, o których mówiło się chętnie. Drogie obrazy, spory majątek, znajomości, których lepiej było nie lekceważyć. Kojarzyła nawet opowieści o tym, że za pozornie zwyczajnym biznesmenem kryje się ktoś, kto ma znacznie więcej za uszami, niż chciałby pokazać. Słyszała też, że Elijah nigdy nie wykupywał czasu żadnej z tancerek. Nie był tym typem klienta, który płacił za czyjeś towarzystwo na całą noc, dlatego fakt, że tym razem zrobił to właśnie w jej przypadku, od razu wydał jej się dość osobliwy.
Wtedy zupełnie jej to nie obchodziło. Była to po prostu kolejna historia zasłyszana między jednym występem a drugim. Teraz jednak siedziała kilka kroków od człowieka, którego nazwisko wcześniej pojawiało się w tych rozmowach, i nagle wszystkie te przypadkowe informacje przestały być takie przypadkowe.
Sięgnęła po alkohol, który jej podał, i odebrała od niego szklankę, upijając niewielki łyk. Dopiero wtedy jej uwaga ponownie skupiła się na jego słowach.
A później dotarło do niej słowo "dłużniczka".
Przez chwilę była niemal pewna, że chodzi o kopertę. W końcu to ona doprowadziła ją do jego mieszkania i do całej tej absurdalnej sytuacji. Tyle że im dłużej o tym myślała, tym bardziej coś jej nie pasowało. Nie mogła być przecież jego dłużniczką przez cudzą przesyłkę, Nie była mu nic winna. Nie znała go wcześniej, nie pożyczyła od niego pieniędzy, a już na pewno nie przypominała sobie momentu, w którym podpisała z nim umowę na odziedziczenie cudzych problemów.
I wtedy jej myśli skręciły w zupełnie inną stronę.
Jej brat.
Nerissa zacisnęła na moment usta, bo nagle zaczęła widzieć w tym wszystkim coś, czego wcześniej nie chciała dostrzegać. Brat, kradzież, bogata rodzina, drogie obrazy, nazwisko i wreszcie dług. To zaczynało układać się w całość zdecydowanie zbyt dobrze, żeby mogła uznać to za przypadek.
Nachyliła się lekko, opierając przedramiona na stole, po czym spojrzała prosto na niego. Tym razem nie było w jej spojrzeniu ani rozbawienia, ani wcześniejszej niepewności. Chciała po prostu usłyszeć odpowiedź.
- Skoro już wiemy, kim jesteśmy, to powiedź mi właściwie, czego ode mnie chcesz? - zapytała w końcu spokojnie - Przez cztery lata miałeś mnie gdzieś, a teraz nagle się mną zainteresowałeś.
Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, po czym dodała ciszej:
- Co się takiego zmieniło?

Elijah Nightingale
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
33 y/o
For good luck!
185 cm
inwestor / filantrop w jego posiadłość
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

If you wanna play,
I can do the same
Who do you think will lose? Are you ready for the game?

Mężczyzna nie miał złych zamiarów. Nie planował jej w żaden sposób zwodzić. Sprawa koperty nie była już istotna – rozeszła się po kościach szybciej, niż się spodziewał. Kurier został ukarany, a dłużnik rozstał się z pieniędzmi po szantażu, jak zawsze bez zbędnych dramatów. Policja niczego nie zwęszyła. Kobieta go nie oszukała. Był jej za to nawet wdzięczny, choć nie miał pojęcia, czy zrobiła to ze strachu, z chęci uniknięcia problemów, czy po prostu nigdy nie planowała mieszać się w ten temat bardziej, niż musiała. Prawdziwy powód nie był dla niego ważny. Liczyło się tylko to, że wszystko poszło gładko, bez zbędnego hałasu i bałaganu, który musiałby sprzątać osobiście. Nie mógł trzymać do niej urazy. Zresztą żal do drugiego człowieka był luksusem, na który rzadko sobie pozwalał – zbyt kosztownym emocjonalnie, żeby go utrzymywać dłużej, niż było to konieczne. Wdzięczność, którą wobec niej czuł, była w gruncie rzeczy równie niespotykanym gościem – tak sporadycznym, że sam nie do końca wiedział, jak się z nią obchodzić, gdy się pojawiała.
Ciekawe, czy kobieta zastanawiała się wtedy, skąd znał jej imię. Może nie poświęciła temu zbyt wiele czasu, zbyt zajęta ucieczką z jego mieszkania, by analizować drobne niespójności w jego zachowaniu. W końcu przez moment miał jej telefon w ręce – mógł gdzieś w wiadomościach lub na jakimś profilu zobaczyć jej dane. To nie było wykluczone, a nawet dość prawdopodobne wytłumaczenie, gdyby ktokolwiek zapytał go wprost. Ale czy dzisiejszy wieczór mógł uchodzić za taki sam przypadek? Gdy wiedział, że tu pracuje, a następnie zaprosił ją do loży, aż do zakończenia jej pracy? To już nie było tak oczywiste. To już wymagało wyjaśnienia, którego nie miał zamiaru jej udzielić – przynajmniej nie w całości.
Tamtego dnia był podminowany. Nie dało się tego ukryć, choćby bardzo się starał, a starał się bardzo. Na co dzień dobrze panował nad swoimi emocjami. Nie był agresywny, nie planował wtedy skrzywdzić kobiety, ale nie był też typowym sobą. Nie miał ku temu powodu – żaden gość niezapowiedziany w progu jego tymczasowego mieszkania, trzymający w rękach kopertę, która nigdy nie powinna trafić w niepowołane ręce, nie zasługiwał na spokój i uprzejmość, jakie zwykle rezerwował dla ludzi, na których mu zależało. Nie chciał wtedy też zdradzić zbyt wiele, więc musiał przemyśleć każdą wypowiedź, zanim opuściła jego usta – co samo w sobie było dla niego nietypowym wysiłkiem. Zwykle słowa przychodziły mu z łatwością, precyzyjnie odmierzone jak dawki trucizny, które nie zabijają ofiary, ale wystarczająco ją osłabiają. Wtedy każde zdanie ważył dwukrotnie, jakby stąpał po cienkim lodzie, który w każdej chwili mógł pęknąć pod jego ciężarem.
Kilka razy był bliski wymówienia jej imienia. Przypomnienia jej, kim jest. Rzucenia, co ich łączyło. O mały włos nie zrzucił wtedy maski kogoś, kto wcale nie jest tak bogaty i wpływowy jak w rzeczywistości był. Nigdy nie był najlepszym aktorem – nie leżało to w jego naturze. Jego zobojętniałość i dystans były czymś naturalnym, jego fabrycznymi ustawieniami, wypalonymi w nim przez lata treningu, o który nigdy nie prosił. Wtedy, w tamtym mieszkaniu, z trudem przyszło mu być kimś innym. Mniej znaczącym. Zwyklejszym. Wciąż pamiętał moment, gdy zrobił jej zdjęcie i chciał wysłać wiadomość do pośrednika – odruch tak głęboko zakorzeniony, że niemal go nie zauważył, dopóki nie zdał sobie sprawy z absurdu tej sytuacji. Nie musiał tego robić. To on nim był. To on sprawiał, że ludzie znikali, gdy sytuacja tego wymagała. Śmieszne było w ogóle pomyśleć, że mógłby wysłać SMS-a do samego siebie – ta refleksja, choć komiczna, miała w sobie coś niepokojąco bliskiego prawdzie o tym, jak bardzo był samowystarczalny, jak bardzo osamotniony w tej roli. Czasami, w okazjonalnych chwilach ciszy, gdy nikt nie patrzył, ta samotność ciążyła mu bardziej, niż był gotów przyznać nawet przed samym sobą.
Tak naprawdę nigdy nie planował zrobić jej krzywdy. Nie był tego typu człowiekiem. Przynajmniej nie za często. Chciał ją przekonać, a może nastraszyć – nie miało to teraz większego znaczenia; liczył się tylko efekt, a ten był zadowalający. Wszystko ostatecznie rozegrało się po jego myśli, więc dzisiaj nie miał żadnych uprzedzeń wobec kobiety. Był nią zainteresowany, i to szczerze, na tyle, na ile jego natura pozwalała na autentyczność. Podobał mu się jej drapieżny charakterek, ta iskra buntu, która nie gasła nawet wtedy, gdy powinna. Pewnie częściowo było to spowodowane tym, że go nie znała. Nie wiedziała, kim jest, jak dalece sięgają jego wpływy, ani ile krwi – dosłownie i w przenośni – przelał w imieniu swojego rodowego nazwiska. Ale nawet to mu nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Rozmowa z nią tamtego dnia była odświeżająca jak łyk zimnej wody po zbyt długim czasie spędzonym w duchocie formalnych spotkań i wykalkulowanych uśmiechów. W końcu ktoś nie uważał na każde wypowiadane do niego słowo, nie ważył go pod kątem konsekwencji prawnych ani obawy przed odwetem. Zapomniał już, kiedy ostatni raz ktoś patrzył na niego, nie widząc jednocześnie jego nazwiska, majątku i wszystkiego, co się za tym kryło.
Dzisiaj był całkowicie sobą. Zdjął przebranie ostrożnego nieznajomego, w którym paradował podczas ich pierwszego spotkania, i czuł, jak dobrze mu w tej skórze, do której zawsze wracał z ulgą. Nie planował dłużej ukrywać niczego przed Nerissą. Był to czas, by ona też dowiedziała się o nim czegoś więcej, skoro on już znał ją aż za dobrze – jej lęki, jej upór, sposób, w jaki broniła się słowami, gdy nie miała innej broni pod ręką.
Wtedy napsociłaś. Byłem podejrzliwy. Nie miałem pojęcia, co dalej zrobisz z wiedzą, którą zdobyłaś. Musisz zrozumieć ostrożnego biznesmena – wyjaśnił jej, odwzajemniając się drobnym uśmieszkiem, który pojawił się na jego twarzy niemal bez jego udziału, jak coś, co wymykało się spod kontroli, co nie zdarzało mu się często. Przy niej pozwalał sobie na odrobinę swobody, której nie mógł zasmakować podczas bardziej oficjalnych spotkań.
Dla wielu ludzi był niepokojącą oazą spokoju. Część z nich uważała, że udaje. Nikt nie mógł być do tego stopnia niewrażliwy na negatywne emocje. Zawsze opanowany, rzadko podnoszący głos, niechętny do słownych konfliktów. Nie widział ku temu potrzeby – emocje nie współpracowały dobrze z interesami, a ludzie pod ich wpływem nie myśleli racjonalnie. Tego nauczył go ojciec, choć nigdy dosłownie, nigdy poprzez wykład ani pouczenie. Choć żył jak niewolnik rodzinnych oczekiwań, zmuszony raz za razem osiągać nowe poziomy i dążyć do perfekcji, której nikt nigdy nie uznał za wystarczającą. Nigdy też nie został uderzony przez ojca. Rodzice ani razu nie podnieśli na niego głosu, nawet gdy zawinił, nawet gdy byli wściekli na tyle, że powietrze w pokoju gęstniało od samego napięcia. A mimo to potrafili go doskonale kontrolować. Nie potrzebowali siły, by zamknąć go w klatce jego własnych słabości – wystarczyło ciche rozczarowanie, kontakt wzrokowy utrzymywany odrobinę za długo, cisza, która mówiła więcej niż jakikolwiek krzyk. Manipulacja była ich najpotężniejszą bronią i nauczył się nią posługiwać od nich bezbłędnie, choć wolałby, żeby ta wiedza nigdy nie stała się jego dziedzictwem. Czasem zastanawiał się, czy zostało w nim coś, czego oni nie ukształtowali własnymi rękami – i czy w ogóle chciałby poznać prawdę, gdyby odpowiedź brzmiała nie.
Wybacz moją szczerość, ale nie nadajesz się na moją dziewczynę, a co dopiero na żonę. Preferuję bardziej… ułożonych ludzi – odegrał się, zajmując miejsce obok niej, na tyle blisko, by poczuć ciepło bijące od jej ciała, ale nie na tyle, by przekroczyć granicę, której jeszcze nie wytyczyła. Jego ojciec nigdy nie zaakceptowałby takiej partnerki dla swojego syna. Zapłaciłby jej, żeby zniknęła z jego życia, cicho i bez zbędnego rozgłosu. Gdyby się upierała, pozbyłby się jej w inny, równie kreatywny sposób – Elijah znał te metody aż za dobrze; sam był kiedyś ich świadkiem, choć nigdy nie mówił o tym głośno.
Coś mocniejszego, ale nie whisky.
Złapał za wolną szklankę, która chłodziła się w małej lodóweczce zaraz obok kanapy, i przez chwilę obracał ją w dłoni, obserwując, jak szron zaczyna się skraplać pod wpływem ciepła jego palców. Potrzymał ją nieco dłużej, po czym obtoczył jej szyjkę w przygotowanej wcześniej mieszance soli infuzjowanej pomarańczą – detal, którego nikt poza nim samym by nie docenił, ale który sprawiał mu satysfakcję, jakiej nie potrafił znaleźć w wielu innych, znacznie bardziej kosztownych przyjemnościach. Następnie zasypał ją lodem, sięgnął po shaker i wlał do niego sok z limonki, tequilę oraz pomarańczowy likier, mieszając wszystko w kilku szybkich, wyćwiczonych ruchach nadgarstka, ze wzrokiem cały czas wbitym w kobietę, jakby przygotowywanie drinka było tylko pretekstem, by móc ją bezkarnie obserwować.
Och, nie zapomniałem o twojej bardzo ryzykownej zabawie przy moim barku. Ale nie martw się. Nie pozwoliłbym ci wtedy wypić niczego, co narobiłoby mi kłopotów – zapewnił ją, wlewając zawartość shakera do szklanki pełnej lodu przez barmańskie sitko. Na górę położył cząstkę limonki i przesunął gotowy koktajl w jej stronę, z precyzją kogoś, kto robił to setki razy, choć nigdy dla nikogo poza samym sobą. Co prawda nie był zawodowym barmanem i nigdy nawet nie brał lekcji z miksologii, ale bardzo lubił przygotowywać sobie drinki w domu, w ciszy, gdy nikt nie patrzył. Nie wyręczał się swoim lokajem – to był jeden z niewielu rytuałów, które wykonywał własnymi rękami, bez pośredników, bez świadków. Przez to nabrał w tym trochę wprawy i niektóre mieszanki wychodziły mu niemal tak, jakby całe życie spędził za barem zamiast w salach konferencyjnych i na spotkaniach rady nadzorczej. Było to swego rodzaju hobby – jedno z niewielu, które nie służyło żadnemu celowi poza samą przyjemnością, którą dawało.

You’re a red flag
Yes, you're a red flag
Do whatever you like, never mind
I'm also a red flag

Jego nazwisko było popularne – nie dało się tego ukryć. Nie tylko ze względu na jego poczynania w Ameryce Północnej, ale także przez rodziców w Tajwanie. Mówiło się, że każdy biznes pod ich skrzydłami rozwijał się w zastraszającym tempie, że akcjonariusze z wypiekami na twarzy czekali, aż ci ogłoszą przejęcie kolejnej firmy. Media w tej sprawie nie kłamały, ale też nie mówiły całej prawdy. Ich metody były krwiożercze. Nie przejmowali się ofiarami swoich działań. Gdy kupowali nową firmę zajmującą się ubezpieczeniami, prawie zawsze oznaczało to wyższe zyski dla samego biznesu, ale dużo gorsze warunki dla klientów. Ich sposób działania był prosty – pozostawić ceny pakietów medycznych bez zmian, ale zmienić warunki tak, by prawie nikt nie kwalifikował się do skorzystania z finansowego wsparcia. Wiele zapisów było zagmatwanych, skomplikowanych, wykluczających nawet drobne błędy w załatwianiu papierów. Elijah znał te mechanizmy od podszewki – w końcu sam był ich produktem, tak samo skalkulowanym i pozbawionym sentymentów jak każda umowa, którą jego rodzina kiedykolwiek podpisała.
Nie był pewien, czy Nessa domyślała się prawdy. Czy w ogóle miała pojęcie, że wcześniej miał do czynienia z jej bratem, że pieniądze z długu, który ona teraz spłacała, trafiały prosto do niego? Ale gdy dostrzegł zmianę w jej zachowaniu – subtelne napięcie w ramionach, sposób, w jaki jej oczy na moment zwęziły się, jakby właśnie coś sobie poukładała – był już pewien, że połączyła kropki. W nagrodę obdarował ją toastem w powietrzu, drobnym gestem uznania dla jej bystrości, którego nie okazałby nikomu innemu w podobnej sytuacji. Niewielu ludzi dorównywało mu tempem w dedukcji – a jeszcze mniej robiło to bez jego pomocy.
Nic się nie zmieniło, przynajmniej nie w wątku tego, co odjebał twój brat i jak teraz za niego odpokutowujesz – przyznał zaraz, bez chwili zawahania nad tym, czy już teraz powinien być bezpośredni. W jego głosie nie było sarkazmu, żartobliwości ani czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że ją okłamuje. – Gdyby nie to nasze ostatnie spotkanie, pewnie wszystko pozostałoby po staremu.
Podejrzewał, że ta odpowiedź jej nie zadowoli. Że jej nie zrozumie. Że uzna, że nie mówi jej wszystkiego, co – w gruncie rzeczy – było prawdą, choć niekoniecznie w sposób, który zaniepokoiłby ją bardziej, niż już była. Sęk w tym, że nic więcej nie stało za jego obecnym zachowaniem. Może chciał się zabawić. Wyłożyć karty na stół i zobaczyć, jak kobieta sobie z tym poradzi. Trochę jak znudzony bogacz, który szuka rozrywki, ale nie takiej, którą może kupić, bo go stać. Nie potrzebował kolejnego samochodu, nowej posiadłości, drogiego zegarka ani nawet prywatnego odrzutowca. To wszystko było w zasięgu jego ręki, na wyciągnięcie palców i właśnie dlatego dawno przestało dawać mu jakąkolwiek satysfakcję. Potrzebował czegoś bardziej przyziemnego, ludzkiego, prawdziwego – czegoś, czego żadna suma pieniędzy nie mogła mu zagwarantować. To właśnie miała mu zapewnić Nerissa, choćby nawet nie miała o tym pojęcia. Sam już nie wiedział, czy to on wciąż kontrolował tę grę, czy raczej dawał się w nią wciągnąć bardziej, niż początkowo planował.

Nerissa Whitelaw
28 y/o
For good luck!
170 cm
tancerka emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nerissa nie do końca wiedziała, co właściwie powinna o nim myśleć. Ich znajomość zaczęła się przecież w sposób, którego trudno było nazwać udanym. Wtedy Elijah pokazał jej zupełnie inną stronę siebie — chłodną, spiętą i podejrzliwą, a przy tym też stanowczą, Pamiętała jego spojrzenie, broń, krew i atmosferę, w której każde kolejne słowo zdawało się mieć większe znaczenie, niż powinno. Nie znała go wtedy, nie wiedziała, do czego był zdolny, a on zdecydowanie nie zrobił niczego, co mogłoby sprawić, że poczułaby się przy nim swobodnie. Nic więc dziwnego, że kiedy zobaczyła go ponownie w klubie, pierwszą reakcją nie było zadowolenie na myśl o spędzeniu z nim całej nocy.
Tym bardziej że miejsce, w którym się teraz znajdowali, sprawiało, że sytuacja była trochę bardziej skomplikowana. To był jej teren. Tutaj znała zasady, wiedziała, czego się od niej oczekuje i przede wszystkim wiedziała, jaką wersję siebie ma pokazać. Podczas występów potrafiła być zupełnie inną Nerissą. Pewniejszą siebie, odważniejszą, świadomą każdego spojrzenia, które zatrzymywało się na jej ciele. W pracy wykorzystywała swój wygląd dokładnie tak samo, jak wykorzystywała muzykę, ruch czy sposób, w jaki patrzyła na klientów. To wszystko było częścią roli, którą znała na pamięć. Potrafiła sprawić, żeby mężczyzna przy stoliku poczuł się wyjątkowy, nawet jeśli pięć minut wcześniej miała ochotę powiedzieć mu, żeby przestał się gapić.
Poza klubem sprawa wyglądała jednak zupełnie inaczej. Tam nie potrzebowała tych spojrzeń. Właściwie najchętniej uniknęłaby większości z nich. Nie oznaczało to, że nagle wstydziła się własnego ciała albo nie potrafiła znieść czyjejś uwagi. Po prostu poza pracą nie chciała być czyimś przedstawieniem. Nie musiała wtedy uśmiechać się w określony sposób, utrzymywać kontaktu wzrokowego ani zastanawiać się, jakie wrażenie robi. Najlepiej byłoby, gdyby mogła przejść przez ulicę i pozostawać dla wszystkich zupełnie niezauważalna. To, co w klubie było narzędziem, poza nim stawało się czymś, od czego czasem zwyczajnie chciała odpocząć.
Może właśnie dlatego tak szybko zauważyła u mężczyzny tę samą rzecz. Maskę. Tylko jeszcze nie wiedziała, co znajdowało się pod jego. Podczas pierwszego spotkania widziała człowieka, który wszystko kontrolował, nie ufał jej ani przez chwilę i potrafił jednym spojrzeniem sprawić, że atmosfera robiła się ciężka. Teraz siedział przed nią ktoś zdecydowanie spokojniejszy. Uprzejmy, opanowany, niemal swobodny. Niby ten sam człowiek, a jednak zupełnie inny. I Nerissa nie była pewna, czy powinna uznać to za dobrą zmianę, czy raczej zacząć zastanawiać się, co tak naprawdę kryło się za tą kolejną wersją jego zachowania.
Nazwisko nie było dla niej zupełnie obce. O Nightingale słyszała już wcześniej, choć nigdy nie miała powodu, żeby przywiązywać do tych informacji większą wagę. W klubie plotki miały to do siebie, że jedne pojawiały się na chwilę i znikały równie szybko , inne wracały przy kolejnych okazjach, obrastając w coraz to nowe szczegóły. O nim akurat słyszała kilka różnych wersji. Jedni mówili o pieniądzach i rodzinnych interesach, inni o wpływowych znajomościach i sprawach, o których lepiej było nie pytać. Pojawiały się też znacznie mniej niewinne historie, sugerujące, że jego życie nie ograniczało się do tego, co można było zobaczyć na pierwszy rzut oka.
Nerissa nigdy nie próbowała sprawdzać, ile było w tym prawdy. Ludzie w klubie mieli tendencję do dopowiadania sobie rzeczy, zwłaszcza kiedy chodziło o kogoś z pieniędzmi i nazwiskiem, które było już dobrze znane. Dla niej Elijah był więc do tej pory tylko kolejnym nazwiskiem przewijającym się w rozmowach. Kimś, kogo kojarzyła z opowieści, ale nie miała żadnego powodu, żeby łączyć go z własnym życiem.
Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Siedział przed nią człowiek, którego nazwisko znała z tych samych rozmów, a do tego ten sam, którego kilka tygodni wcześniej oglądała w znacznie mniej przyjemnych okolicznościach.
I nagle wszystkie zasłyszane wcześniej historie zaczęły nabierać zupełnie innego znaczenia. Nie wiedziała, które z nich były prawdziwe, ale po tym, co zobaczyła w jego mieszkaniu, nie miała już szczególnej ochoty zakładać, że wszystkie były wyssane z palca.
— A co niby miałam zrobić z kopertą? — zapytała, patrząc na niego z lekkim niedowierzaniem. —Zostawić ją u siebie i udawać, że jej nie znalazłam?
Oparła się wygodniej, nie spuszczając z niego wzroku.
— Chciałam Ci ją tylko oddać i mieć to wszystko z głowy. Najlepiej tak, żebyśmy już nigdy więcej się nie spotkali. — kącik jej ust drgnął z ironią. —A teraz proszę. Minęło kilka tygodni, a Ty nie dość, że znowu siedzisz przede mną, to jeszcze wykupiłeś sobie całą noc mojego czasu. Trochę kiepsko wyszło z tym "nigdy więcej".
Nerissa pozwoliła mu dokończyć, choć z każdym kolejnym słowem coraz trudniej było jej udawać, że traktuje tę rozmowę całkowicie poważnie. Nie chodziło nawet o to, że poczuła się urażona. Po prostu bawiło ją, jak szybko Elijah przeszedł od chęci poznania jej do wydania niemal gotowej opinii na temat tego, jaką kobietą mogłaby być dla niego. Jeszcze chwilę wcześniej siedział naprzeciwko niej i mówił, że chce ją lepiej poznać, a teraz z niezwykłą pewnością stwierdzał, że nie nadaję się ani na dziewczynę, ani tym bardziej na żonę. Trochę jakby właśnie przeprowadził rozmowę kwalifikacyjną, na którą sama nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek wysyłała zgłoszenie.
Samo określenie "ułożonych ludzi: również zatrzymało jej uwagę. Nerissa nie uważała się za osobę szczególnie chaotyczną czy trudną do zniesienia, przynajmniej nie bardziej niż wymagała tego sytuacja. Potrafiła zachować spokój, wiedziała, kiedy należy się wycofać i kiedy lepiej ugryźć się w język. To, że przy nim najwyraźniej nie miała ochoty korzystać z tej ostatniej umiejętności, było już zupełnie inną kwestią. Nie zamierzała jednak udowadniać mu, że potrafi być dokładnie taka, jakiej oczekiwał. Zwłaszcza że jego oczekiwania wobec niej pojawiły się zdecydowanie szybciej niż jakakolwiek potrzeba z jej strony, żeby im sprostać.
Właściwie powinna być przyzwyczajona do tego, że ludzie wyrabiają sobie o niej zdanie na podstawie tego, co widzą. W klubie zdarzało się to niemal codziennie. Tam jednak doskonale wiedziała, na jakich zasadach to działa i potrafiła wykorzystać cudze wyobrażenia na własną korzyść. Tutaj było inaczej. Elijah nie znał jej na tyle, żeby mówić, jaka jest, a mimo to zachowywał się tak, jakby po kilku rozmowach zdążył już sporządzić sobie całkiem szczegółowy obraz jej charakteru.
— Spokojnie, nie musisz się aż tak martwić o moje kwalifikację na żonę. — odezwała się w końcu, unosząc lekko brwi. —Nie przypominam sobie, żebym składała podanie.
Przez moment przyglądała mu się jeszcze z tym samym niesmakiem, po czym upiła łyk alkoholu.
—I skoro już ustaliliśmy, że zupełnie nie jestem w Twoim typie, to chyba możemy sobie darować tę część poznawania się. Oszczędzimy sobie trochę czasu.
Nerissa doskonale wiedziała, że wtedy zachowała się idiotycznie. Właściwie sama nie rozumiała, jak mogła być na tyle lekkomyślna, żeby sięgnąć po alkohol w mieszkaniu człowieka, który chwilę wcześniej miał przy sobie broń, a na podłodze obok leżały jego zakrwawione ubrania. W tamtym momencie była jednak zbyt zmęczona całą sytuacją, zbyt zirytowana i skupiona na tym, żeby po prostu przetrwać kolejne minuty tej rozmowy, żeby zastanawiać się nad czymś tak banalnym jak zawartość butelki. Dopiero później, kiedy dowiedziała się, że whisky również mogła nie być tak niewinna, jak wtedy zakładała, dotarło do niej, jak bardzo powinna była uważać.
Teraz pamiętała o tym aż za dobrze. Dlatego kiedy Elijah zaczął przygotowywać dla niej drinka, jej wzrok automatycznie podążył za jego ruchami. Nie robiła z tego przesłuchania ani nie próbowała doszukiwać się zagrożenia w każdej drobnostce. Po prostu patrzyła. Na butelkę, na szklankę, ma to, co do niej dodawał, a przede wszystkim na jego dłonie.
Zwróciła uwagę na sposób, w jaki poruszał rękami, jak przy niektórych ruchach napinały się mięśnie jego przedramion i ramion, jak pewnie i bez pośpiechu wykonywał każdą kolejną czynność. Tym razem nie zamierzała odwracać wzroku i udawać, że nie ma znaczenia, co właściwie robi.
W końcu już wiedziała, że przy nim powinna pilnować nie tylko tego, co mówi. Równie mocno powinna uważać na własne zachowanie i na te wszystkie drobne rzeczy, które normalnie robiła bez zastanowienia. Sięgnięcie po cudzy alkohol mogło wydawać się niczym, dopóki nie okazało się, że przy niewłaściwej osobie nawet zwykła szklanka whisky może być kiepskim pomysłem.
— Dzięki. —ujęła szklankę i spojrzała prosto na mężczyznę. — W sumie powinnam była się tego spodziewać. Przy Tobie chyba nawet zwykła szklanka alkoholu może okazać się niebezpieczna.
Uniósł się na jej ustach lekki, zaczepny uśmiech.
— Następnym razem będę pamiętać, żeby nie przyjmować od Ciebie niczego bez sprawdzania etykiety.
Nerissa poczuła, jak na samo wspomnienie o bracie coś nieprzyjemnie zaciska się w jej wnętrzu. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała tego wieczoru, było stanąć oko w oko z człowiekiem, którego jej brat okradł. Nie potrzebowała kolejnego przypomnienia o jego błędach, kolejnej historii, w której musiała słuchać o tym, co zrobił i komu narobił problemów. Przez wystarczająco długi czas żyła z konsekwencjami cudzych decyzji i coraz częściej miała wrażenie, że nawet śmierć nie była w stanie odciąć jej od tej historii. Jakby wraz z nim nie umarły problemy, tylko zmieniły właściciela.
Najbardziej męczyło ją to, że temat jej brata zdawał się nie mieć końca. Długi, rzeczy, które ukradł, ludzie, których oszukał — wszystko to wciąż potrafiło wrócić do niej w najmniej oczekiwanym momencie. Jakby nie wystarczyło, że już go nie było. Jakby teraz ona miała przez resztę życia nosić za sobą rachunek za jego decyzje i cierpliwie wysłuchiwać kolejnych osób, które uważały, że powinno ją to obchodzić.
A Elijah był chyba najgorszym możliwym przypomnieniem. Nie był kolejną kartką papieru, telefonem czy nazwiskiem, które można było zignorować. Siedział naprzeciwko niej, żywy, spokojny i zdecydowanie zbyt zainteresowany jej osobą. Co gorsza, Nerissa zdążyła już zauważyć pewną prawidłowość w jego zachowaniu. Elijah najwyraźniej miał wyjątkowo dobre wyczucie momentu, w którym zaczynała o nim zapominać. Wtedy pojawiał się znowu.
I chyba właśnie to zaczynało ją niepokoić bardziej niż sama rozmowa o długu. Elijah lubił ją prowokować. Zauważyła już to wcześniej i nie miała wątpliwości, że niektóre z jego słów padały tylko po to, żeby zobaczyć jej reakcję. Robił to zbyt świadomie, żeby można było uznać to za przypadek. Teraz również nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że pod pozornie spokojną rozmową kryje się coś jeszcze. Jakby celowo sprawdzał, ile może powiedzieć, zanim Nerissa straci cierpliwość.
Westchnęła cicho, przenosząc spojrzenie z powrotem na niego. Właściwie powinna już przyjąć do wiadomości, że z tym człowiekiem nie będzie tak łatwo. Mogła próbować wmówić sobie, że to tylko jednorazowe spotkanie, że kiedy ta noc się skończy, Elijah wróci do swojego życia, a ona do swojego. Tyle że poprzednim razem też tak myślała. I właśnie dlatego tym razem nie zamierzała się oszukiwać. Miała nieprzyjemne przeczucie, że jeśli tylko pozwoli sobie odetchnąć i uzna, że wreszcie ma go z głowy, Elijah znowu pojawi się gdzieś obok, jakby specjalnie czekał na ten jeden moment, w którym przestanie o nim pamiętać.
Może właśnie dlatego jego obecność tak bardzo działała jej na nerwy. Nie dlatego, że sam fakt, iż był człowiekiem związanym z długami jej brata, był dla niej czymś nowym. Tylko dlatego, że zaczynał zajmować w jej życiu miejsce, którego nigdy nie zamierzała mu dawać. I im dłużej go znała, tym bardziej podejrzewała, że on doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Nerissa przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, czując, jak irytacja, którą do tej pory próbowała trzymać na wodzy, zaczęła powoli brać górę. Rozumiała, że jej brat narobił sobie problemów. Wiedziała, co zrobił i ile warte były rzeczy, które ukradł, więc nie zamierzała udawać, ze był niewinną ofiarą całej sytuacji. Tyle tylko, że on nie żył. I właśnie tego nie potrafiła już zrozumieć — dlaczego jego błędy wciąż miały ciągnąć się za nią, skoro człowieka, który je popełnił , od dawna nie było.
Oparła się wygodniej, zaciskając palce na szklance.
— Mój brat nie żyje, Elijah. Ten dług też powinien umrzeć razem z nim.—
Spojrzała na niego uważnie, a po chwili pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Co miesiąc ktoś przychodzi do mnie po pieniądze za jego błędy. Co miesiąc muszę słuchać, ile jestem komuś winna, mimo że to nie ja narobiłam tego bałaganu. — jej głos pozostał spokojny, ale coraz wyraźniej było w nim słychać zniecierpliwienie. — A teraz, jakby tego było mało, muszę jeszcze siedzieć i patrzeć na Twoją twarz.
Przez moment pozwoliła, żeby między nimi zapadła cisza, po czym uniosła lekko brwi.
— Więc skoro twierdzisz, że nic się nie zmieniło, to możesz po prostu stąd wyjść i zostawić mnie w spokoju.
Odstawiła szklankę na stolik i nie odrywając od niego wzroku, dodała już bardziej stanowczo:
— Albo powiedz mi wprost, czego naprawdę ode mnie chcesz. Bez gierek, bez prowokowania mnie i bez tej całej gry w kotka i myszkę. Nie mam zamiaru się w to bawić.

Elijah Nightingale
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
33 y/o
For good luck!
185 cm
inwestor / filantrop w jego posiadłość
Awatar użytkownika
But there’s no such thing as free. There are only different and more horrible ways to be enslaved.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie mieszał się w życie prywatne swoich dłużników. Nie spędzał z nimi czasu, nie szukał kontaktu poza tym, który był absolutnie konieczny do odzyskania tego, co mu się należało. Traktował ich jak kredytobiorców, którzy musieli go spłacić – nic więcej, nic mniej. Nie było w tym miejsca na emocje ani na inne osobiste wycieczki. To był zwykły biznes. Niekoniecznie sprawiedliwy dla nich, ale czy banki były lepsze? Przynajmniej on nie ukrywał swoich odsetek w drobnym druczku na dole strony, którego nikt nie czytał.
Nie inaczej było w przypadku Caleba i jego siostry. Jej brat nigdy go nie interesował. Nie planował go lepiej poznawać. Nie interesowały go powody tego, dlaczego go okradł. Nie czuł się pokrzywdzony. Nie żywił urazy. Nie odpuścił, bo były to jednak jego pieniądze. Nie dbał o to, że mężczyzna nie miał jak go spłacić. Mógł lepiej przemyśleć swoje poczynania. Może wybrać nieco mniej skomplikowany przypadek. Pewność siebie go zgubiła. Wziął się za kogoś, kto był znany ze swojej determinacji. Może to była desperacja, może głupota, ale to nie miało dla Nightingale'a najmniejszego znaczenia.
Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy ktoś próbował go oszukać, licząc na to, że jego pieniądze i pozycja społeczna nie pozwolą mu na gwałtowną i zdecydowaną reakcję. Kilka lat wcześniej zatrudniał – oficjalnie jako pośrednika, nieoficjalnie jako kogoś, kto miał dbać o dyskretny przepływ towaru między nim a prywatnymi dealerami – mężczyznę o nazwisku Delacroix. Francuz, dobrze mówiący po angielsku, o nienagannych manierach i równie krystalicznej reputacji w tym skrytym, lubiącym ciszę świecie, w którym Elijah funkcjonował. Mężczyzna odpowiadał za dystrybucję broni, którą Eli sprzedawał wybranym klientom – nigdy przypadkowym, nigdy niesprawdzonym, zawsze zweryfikowanym wielokrotnie, zanim jakikolwiek towar zmienił właściciela. Był dobry w tym, co robił. Aż za dobry, jak się później okazało.
Filantrop przyłapał go na pobieraniu dodatkowego procentu od każdej transakcji już dawno temu – niewielkiego, na tyle łatwego do przeoczenia, że przez pierwsze miesiące można było to zignorować i skategoryzować jako błąd rachunkowy albo zwykłą nieuwagę. Nie zareagował od razu. Wolał obserwować. Ludzie, którzy raz zakosztowali smaku cudzych pieniędzy i nie zostali za to ukarani, zawsze sięgali po więcej – to była żelazna zasada, sprawdzona w boju, którą Nightingale traktował niemal jak prawa fizyki. Wystarczyło poczekać. Delacroix stawał się coraz bardziej zachłanny, coraz mniej ostrożny, aż w końcu popełnił błąd na tyle poważny, że nie dało się już udawać, iż nic się nie wydarzyło – zaczął podprowadzać nie tylko procent od transakcji, ale i sam towar, sprzedając go na boku, poza wiedzą właściciela, poza jego kontrolą, co dla mężczyzny było grzechem znacznie cięższym niż samo okradanie go z pieniędzy.
Skończyło się szybko i bez zbędnego rozgłosu. Złodziej został złapany, pobity na tyle skutecznie, by zrozumiał powagę sytuacji, i wrobiony we wszystkie brudne interesy, których Elijah od pewnego czasu chciał się dyskretnie pozbyć, zrzucając całą odpowiedzialność na kogoś innego. Trafił do więzienia na wiele lat. Nie posiedział w nim jednak długo – Nightingale zadbał o to, żeby szybko trafiło mu się odpowiednie towarzystwo w celi, ludzie, którzy potrafili zniszczyć człowieka psychicznie równie skutecznie co fizycznie. Kilka miesięcy później Delacroix odebrał sobie życie we własnej celi. Przynajmniej taka była oficjalna wersja. Elijah nigdy nie zaprzeczył ani nie potwierdził, jak dokładnie do tego doszło. Niektóre historie lepiej było zostawić niedopowiedziane – działały wtedy skuteczniej jako ostrzeżenie dla każdego, kto mógłby pomyśleć o podobnych wybrykach.
A później była ona. Nerissa. Przejęła dług po swoim zmarłym bracie, choć nigdy tego nie chciała. Nie mógł jednak sobie tego podarować. Była jego najbliższą rodziną. Kimś, kto odziedziczył jego problemy, tak jak przejmował kolor oczu czy kształt uśmiechu po rodzicach – bez pytania o zgodę, bez możliwości negocjacji. Był jednak stosunkowo wyrozumiały. Raty nie były duże, odsetki utrzymywał na w miarę przyzwoitym poziomie, a karą za nieterminowe spłaty były głównie upomnienia, a nie – jak w wielu innych przypadkach – siłowa interwencja. Nie zamierzał tego nigdy zmieniać. Nie planował wchodzić z butami w jej prywatne życie. Nie interesowała go jako osoba. Wiedział o niej naprawdę dużo, ale tylko dla własnego bezpieczeństwa i po to, by zabezpieczyć swój interes. Nie miał w tym żadnego ukrytego celu. Nie próbował wymusić na niej kontaktu. Była mu zupełnie obojętna.
Do czasu.
Sytuacja z kopertą nie była przez niego zaplanowana. Była zwykłym przypadkiem. Bardzo kosztowną pomyłką kuriera. Miała trafić w jego ręce i w żadne inne. Przez chichot losu i bardzo dużo nieszczęścia znalazła się w rękach Nerissy. Gdyby tego było mało, zdecydowała się postąpić bardzo głupio i nierozważnie, gdy już otrzymała cudzą paczkę. A później, jak gdyby nigdy nic, zapukała do jego drzwi, niefortunnie na niego trafiając, chcąc oddać zgubę, która nie była już w stanie, w jakim do niej trafiła.
Wstał z miejsca i zaczął klaskać, uśmiechając się od ucha do ucha.
Brawo! Raz jeszcze ta sama historyjka, która miałaby ci jakoś pomóc w tej sytuacji – zaczął, bardziej rozbawiony niż zdenerwowany jej słowami. – Dlaczego wciąż do ciebie nie dociera, że nigdy nie miałem problemu z tym, że koperta trafiła w twoje ręce? Że wiem, że nie miałaś na to wpływu?
Ruszył w stronę malutkiej gablotki stojącej tuż obok kanapy. Otworzył szklane drzwiczki i wyciągnął z nich czarną teczkę.
Problem pojawił się wtedy, gdy twoja ciekawość wygrała z rozsądkiem. Otworzyłaś coś podejrzanego, co trafiło w twoje ręce. Przejrzałaś jej zawartość i nie próbuj nawet udawać, że tak nie było – leniwym krokiem wracał w stronę kanapy. Był w nią wpatrzony, a niepokojący uśmieszek zdobił jego twarz. – Nawet nie pomyślałaś, żeby jakoś zatuszować swoje poczynania. Z tą zadziwiającą pewnością siebie zapukałaś do moich drzwi i z pretensjami do całego świata wręczyłaś mi zdezelowaną paczkę. Naprawdę uważałaś wtedy, że podziękuję ci, pożegnam się i zapomnę o całym temacie?
Nie miał pojęcia, czy kobieta miała go za głupca, sama go udawała, czy może ratowała się czym mogła, nawet jeśli nie miało to żadnego sensu. Może zaślepiła ją duma, która nie pozwalała jej przyznać się do winy. Cokolwiek by to nie było, nie działało na niego. A przynajmniej niewystarczająco skutecznie.
Później rzucił jej teczkę na stolik, która wylądowała tuż przed nią, a z jej wnętrza wysypało się kilka zdjęć. Przedstawiały zmasakrowaną twarz i ciało kuriera, który przyniósł jej tamtego feralnego dnia kopertę. Raczej łatwo było po jego stanie przypuszczać, że nie żyje. Następnie kilka zdjęć należało do jej brata, który myszkował po jego rezydencji. Kolejne przedstawiały ją – w klubie, pod jej mieszkaniem, w kilku innych przypadkowych miejscach. Była pod ciągłą obserwacją. Nie było co do tego wątpliwości.
Zawsze zadziwia mnie ta bezczelność u osób takich jak twój brat czy ty sama – zaczął, siadając z powrotem na kanapie i chwytając za swoją szklankę. Nie zaczął z niej jednak pić. Obserwował tylko załamania światła pojawiające się na szkle. – On, zwykły narkoman, margines społeczeństwa, okradający kogoś noszącego moje nazwisko bez żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Ty, tancerka w klubie, której czas można kupić za trochę gotówki wyłożonej na stół, z butnym nastawieniem i pretensjami do całego świata, bo gość, którego kopertę otworzyłaś i przejrzałaś jej zawartość, jest z tego faktu niepocieszony i próbuje się z tobą dogadać, a ty nie masz na to ochoty i uważasz, że to nie twój problem.
To, co było najbardziej niepokojące w jego słowach, to ton, w jakim je wypowiadał. Był spokojny. Opanowany. Nie podnosił głosu. Jakby niczego nie czuł. Jakby emocje dawno opuściły jego ciało i nigdy do niego nie wróciły.
Czy lekkomyślność i samobójcze zapędy to wasze cechy rodzinne? Bo dostrzegam tu pewien zabawny schemat – kontynuował tę tyradę. Przy tym doskonale się bawił.

The greatest power is often simple patience.

Dostrzegł, że jego słowa o postrzeganiu jej jako słabego materiału na partnerkę mocno ją poruszyły. Nie był pewien, czy była to złość, wstyd, czy może po raz kolejny uraził jej dumę, ale musiał przyznać, że bardzo go to rozbawiło. Nigdy by nie przypuszczał, że ktoś, kto nie chciał mieć z nim nic wspólnego, tak przejmie się jego słowami na ten temat. A jednak.
Co było w tym wszystkim draczne, to fakt, że nie miał niczego złego na myśli. Nie uważał przecież, że jest złą osobą, że nikogo sobie nie znajdzie, czy nie będzie dobrym materiałem na żonę, dziewczynę czy kochankę dla kogoś innego. On jednak nie planował się z kimś wiązać z miłości. Dla czyjegoś charakteru. Usposobienia, a nawet wyglądu. Jego układ był prosty – małżeństwo z kimś musiało mu się opłacać. Powinno dobrze wyglądać w prasie. Zadowolić rodziców. Nie wiedział, jak bardzo Nerissa musiała być zaślepiona, żeby uważać, że byłaby dobrą partią dla niego, biorąc pod uwagę wszystkie jego wymagania. Nie obraził jej. Nie zamierzał jej tym urazić. To nie była obelga. To była szara rzeczywistość ludzi z jego statusem. Ona po prostu była z nim niekompatybilna.
A ja ci tylko przypomnę, że sama wspomniałaś o biurze matrymonialnym. Nigdy nie planowałem przywoływać tego tematu, gdyby nie to – wyjaśnił jej krótko, wzruszając sarkastycznie ramionami. – Jeśli nie jesteś gotowa na kontratak, nie zaczynaj walki, której nie jesteś w stanie wygrać.
Uśmiechnął się na jej kolejne słowa. Co prawda, zdarzyło mu się już kogoś otruć alkoholem, ale raczej nie w takiej sytuacji. Nie miał powodu, by pozbywać się kobiety. Jeszcze nie. Zresztą, gdy teraz już znała jego metody, na pewno użyłby czegoś innego. Bardziej wyrafinowanego. Czegoś, czego by się po nim nie spodziewała.
Doskonale bawił się ludzkimi uczuciami. Wiedział, gdzie uderzyć i kiedy, by najmocniej zabolało. Jaką strunę pociągnąć, by cała spokojna otoczka rozsypała się w drobny mak. By z trudem utrzymywana maska przestała wystarczać do ukrycia prawdziwych emocji. Lubował się w krzywdzie wyrządzanej innym. Nie bez powodu, nie bez celu. Zawsze jakiś znajdował. Był typem mściwego człowieka, który nie odpuszczał łatwo. Nie był też zwykłym barbarzyńcą. Nie stosował tortur, a przynajmniej nie tych fizycznych. Cielesny ból był chwilowy. Uleczalny. Może zostawały blizny, ale z takich krzywd dało się jeszcze podnieść. Te zadane psychice były ciekawsze. Dało się je ukryć. Wykorzystać na własną korzyść. Zniszczyć człowieka do tego stopnia, że sam preferował ból sprawiany ciału, tylko żeby złagodzić ten, który już trawił zawartość głowy.
Najpierw spoglądał na nią z politowaniem, gdy zaczęła mówić o długu. Później roześmiał się jej bez skrupułów w twarz. Dopiero gdy się uspokoił, przetarł wierzchnią stroną palca zaszklone od śmiechu oczy.
Niezła z ciebie komediantka, muszę ci to przyznać – zaczął, siląc się na to, by znowu nie wybuchnąć śmiechem. – Nie tak działa ten świat, Nerisso. Pomyśl o tym, jak o klątwie, która nie została rzucona na tego, który zawinił, ale na całą jego rodzinę i przyszłe pokolenia. Gdybyś miała dziecko, a wciąż wisiałabyś mi pieniądze, to gdyby dorosło, też bym się do niego zwrócił o zapłatę.
Powoli zaczynał rozumieć, że za tą fasadą silnej kobiety nie kryła się duma ani głupota, tylko naiwność. Pierwotna, prosta, patrząca na świat przez różowe okulary.
Tu nie ma miejsca na taryfę ulgową. Jedyną osobą, którą możesz obwiniać za całe zło wyrządzone tobie w tej sprawie, jest twój brat. To przez niego zostałaś wciągnięta w to bagno. Nie ma w tym mojej winy – odpowiedział jej już nieco poważniej niż wcześniej. Nie wypowiedział przy tym żadnego kłamstwa.
Nie przejmował się tym, że żywiła do niego jakiś niewypowiedziany żal, złość, zmęczenie jego osobą czy nawet zirytowanie. Nie szukał w niej przyjaciółki czy towarzyszki do spędzania wspólnych wieczorów. Była skazana na jego łaskę, nawet jeśli jeszcze tego nie dostrzegała.
To moja loża. To ty jesteś tu gościem – przypomniał jej. Kobieta zdecydowanie się zapominała. Na razie planował jej o tym przypomnieć w bardzo polubowny sposób. Jego cierpliwość jednak też znała granice.
Będziesz się bawiła ze mną w kotka i myszkę tak długo, jak będzie mi to sprawiać frajdę – w końcu wziął łyk swojej whisky. Schłodzony alkohol przyjemnie połaskotał go po przełyku. – Czy muszę ci powiedzieć wprost, że w tej sprawie nie bardzo masz coś do powiedzenia?
Może i był nieprzyjemny i niewyrozumiały, ale kobieta mu tego nie ułatwiała. On od ich pierwszego spotkania próbował się z nią dogadać. Bezskutecznie. Kobieta zawsze uważała, że ma ostatnie słowo, nawet jeśli znajdowała się w sytuacji bez wyjścia. Nie rozumiał tej nieuzasadnionej niechęci, którą żywiła wobec niego. Choć wiedział o jej istnieniu od kilku lat, nigdy jej nie skrzywdził. To ona sama zjawiła się u progu jego drzwi z błędem, który popełniła bez udziału osób trzecich. Ponosiła za to odpowiedzialność sama, a mimo to próbowała zrzucić to na niego i na cały otaczający ją świat.
Zasugeruję ci to samo co tamtego dnia. Przestań stroszyć piórka i zacznij ze mną rozmawiać, zamiast za każdym razem przechodzić do ataku. W żaden sposób sobie tym nie pomożesz – zaproponował na koniec, nie licząc jednak na to, że Nerissa go posłucha.
Odstawił szklankę z powrotem na stolik, obok teczki ze zdjęciami, które wciąż leżały porozrzucane, jak niemy dowód wszystkiego, o czym właśnie jej powiedział. Przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu, tym razem bez śladu wcześniejszego rozbawienia. Coś w jego twarzy zmieniło się na moment – może to była tylko gra świateł klubu, migoczących za oknem, a może naprawdę pozwolił sobie na sekundę autentyczności, zanim znów naciągnął na nią tę samą, dobrze wyćwiczoną maskę spokoju.
Bo mimo wszystkich tych słów, które właśnie wypowiedział, pomimo całej tej demonstracji siły i kontroli, gdzieś w głębi wciąż czekał na to, co ona postanowi dalej. Czy się złamie, czy będzie walczyć do końca? I szczerze, sam nie potrafił powiedzieć, która z tych opcji bardziej by go ucieszyła.

Nerissa Whitelaw
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”