ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lucie’s
Dzień 1 - Wtorek


Do Toronto przyleciała bez większego planu. Nie wybrała scenariusza ani nie przygotowała mowy powitalnej, którą na dzień dobry uraczyłaby brata. Spontaniczność miała we krwi, lecz kiedy rzuciła swój bagaż na łóżko w motelu dotarło do niej, jak wielki błąd popełniła. Jak źle zrobiła decydując się na brak przygotowania i przede wszystkim na nie zapowiedzenie swej wizyty.

„Napisz, zadzwoń lub do mnie przyjedź. Mieszkam pod adresem..”

Tak zakończyła się wiadomość od brata, którą przeczytała ponad rok temu. Nie odpowiedziała na nią i zarazem była na tyle głupia aby po tak długim czasie po prostu pojawić się w Toronto. Nie liczyła na gromkie powitanie, fanfary, czerwony dywan ani na oklaski. Chciała tylko spokoju ducha. Pragnęła wyzbyć się żalu do jedynego członka rodziny, który pozostał.
Musiała to rozbierać.
Pora i tak była zbyt wczesna na stanie pod domem brata z uśmiechem i otwartymi ramionami sugerującymi chęć pojednania. Spodziewała się, że prędzej dostałaby patelnią w głowę niż doczekałaby się miłego uścisku.
Z drugiej strony, co ona wiedziała o bracie? Nic.
Z tą myślą biegła przez ulice dzielnicy East End zapamiętując po drodze charakterystyczne punkty, dzięki którym wróciłaby tą samą trasą bez posiłkowania się nawigacją w telefonie. Ubrana w sportowe czarne leginsy i wściekle bijącą po oczach pomarańczową koszulkę skręciła w ulicę wypełnioną przeróżnymi lokalami; usługowymi, gastronomicznymi i jednym barem. Okolica nadal była opustoszała. Po drugiej stronie ulicy przechodziła tylko jedna osoba śpiesząca się do pracy a po jednej stronie drogi poruszał się duży pojazd czyszczący asfalt. Pozostali nadal spali lub włączali kolejne pięć minut drzemki w komórce.
Był jeszcze ktoś.
Kobieta szarpiąca się z drzwiami do lokalu, na którego szyldzie widniało proste Lucie’s. Wyglądało to na oporny lub niedziałający zamek, w czym – jak sądziła – mogłaby pomóc. Kiedy jednak zbliżyła się na tyle aby zatrzymać bieg i zaproponować wsparcie, to mechanizm odskoczył i drzwi się otworzyły sprawiając, że kobieta z nimi walcząca prawie wpadła do środka.
Zivai nie zahamowała rezygnując z czegoś, co już nie było potrzebne i pobiegła dalej.


Lucie’s
Dzień 3 - Czwartek

Myśl o kawie pojawiła się znienacka.
Minęły dwa dni nim zdecydowała się odwiedzić grób brata.
Nie było uścisków, powitań, wybaczenia i długich rozmów. Były tylko zamknięte drzwi i sąsiad uświadamiający ją w sytuacji, która uderzyła w nią niczym grom.
Xola zmarł pięć dni przed jej przylotem.
Jak ten drań mógł?; pomyślała wybierając kwiaty, które ściskała w dłoni zatrzymując się przed małym lokalem. Kojarzyła go z opornymi drzwiami i kobietą, która zwyciężyła w tamtej walce.
Dziwne, że akurat o tym pomyślała, kiedy stała przed oknem kawiarni.
Przed wejściem powstrzymało ją tylko własne odbicie. Fakt, że specjalnie przed przylotem do Toronto zrobiła charakterystyczne warkoczyki (box braids), które gdy byli dziećmi robiła im mama. Uznała, że to dobry akcent i wreszcie będzie miała spokój ze swymi długimi lokami.
Teraz to już nie miało znaczenia.
Teraz z chęcią ścięłaby te cholerne włosy.

Nie weszła do Lucie’s


Lucie’s
Dzień 7 - Poniedziałek

Sądziła, że była ponad to. Że żałoba jej nie dopadnie, bo przecież przez szesnaście lat nie widziała Xola. Nie miała pojęcia jaki był, kim się stał i czy w ogóle był wart opłakiwania.
Niezależnie od odpowiedzi ostatnie cztery dni Fiji przeleżała w motelowym łóżku. Ignorując telefony i Internetowe zlecenia wpatrywała się w plamę po zalaniu na suficie lub oglądała najdurniejsze reality show wmawiające ludziom, że miłość była ślepa, na zmianę z powtórkami Judge Judy.
W poniedziałek postanowiła umyć się i wyjść z pieczary. Zrobić coś ze swoim życiem, bo jak napisała jej Janet – Atomy nie zmienią się, gdy na nie patrzysz. Patrzenie spowalnia ruch. Przyrodnia siostra była nerdem, ale kochanym potrafiącym swą dziwną gadką zmotywować Fiji do działania.
Musiała mieć plan.
Czy powinna wrócić do Winnipeg czy.. Właśnie, co?
Z tą myślą weszła do Lucie’s po kawę.
Było siedemnaście minut po dziesiątej. Nie spodziewała się kolejek, chociaż nie powinna bawić się w wyrocznię, skoro nie znała tej dzielnicy ani całego Toronto. Może to fanatycy kawy pijący ją dziesięć razy dziennie? To byłaby miła odmiana, wręcz metaforycznie egzotyczna, lecz w tej chwili niezbyt potrzebna. Stanie w kolejce wymuszało interakcje z nadmiarem ludzi, z którymi od czterech dni Fiji nie miała do czynienia. Wolała więc ich nie przedawkować.
Okazało się jednak, że jedna osoba za którą stanęła była bardziej wymagająca niż dziesięciu klientów. Przynajmniej w odczuciu Zivai, która słuchając wywodów na temat życia kanarka siostry gościa zamawiającego latte, co potem zamieniło się w historię o ropniu na stopnie, była totalnie przebodźcowana.
Chyba jednak powinna wrócić do motelu i pobyć w żałobie trochę dłużej.
Trochę nerwowo dłonią przejechała po krótkich kręconych włosach, do których ciągle się przyzwyczajała i ukradkiem posłała ekspedientce współczujący uśmiech, bo biedna musiała wysłuchiwać tych wszystkich historii. Możliwe, że tego chciała, lubiła to albo była przyzwyczajona, ale Fiji nigdy z góry nie zakładała, że każdy uwielbiał być torpedowany intymni historiami innych osób. Z drugiej strony ktoś stojący za ladą w kawiarni był raczej świadom tego na co się pisał.
- Espresso na miejscu i Americano na wynos – zamówiła, kiedy w końcu gość od ropnia na stopnie przypomniał sobie, że od piętnastu minut czekała na niego żona w samochodzie.
Nie zdążyła spojrzeć na plakietkę z imieniem, ale kiedy kobieta po drugiej stronie lady odwróciła się, Fiji przypomniała sobie o sytuacji z drzwiami. Tamtego dnia nie widziała twarzy nieznajomej, ale po figurze i włosach oceniła, że to właśnie ta sama osoba, która ją teraz obsługiwała.
- Zamek w drzwiach nadal szwankuje? – zapytała, jakby nigdy nic. Z początku uznała monolog faceta z ropniem za nadmiar. Za coś, z powodu czego zechce wziąć kawę i zniknąć, ale dopiero teraz dotarło do niej, że zadziałało to na nią jak rozpraszacz. Że na moment zapomniała o Xoli, więc postanowiła iść za ciosem niespodziewanie zagadując kobietę o drzwi.


Willa Turner
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
27 y/o
For good luck!
165 cm
Właścicielka Lucie's
Awatar użytkownika
But thoughts of you are in my mind always
Like a memory that I can't erase
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

02.


Wtorek
Wtorkowy poranek zaczął się od zacinającego się zamka. Will miała zajęte obie ręce – w jednej trzymała dodatkowy karton mleka, w drugiej skrzynkę z dostawą, a między zębami zaciskała klucze – kiedy drzwi po raz kolejny odmówiły współpracy. Mechanizm od kilku dni działał według własnego, wyjątkowo irytującego harmonogramu, czasami wystarczyło przekręcić klucz odrobinę mocniej, czasami należało cofnąć go o kilka milimetrów, a czasami najwyraźniej trzeba było po prostu postraszyć drzwi perspektywą wymiany zamka. Tego ranka wybrała trzecią opcję.
Nie mam dzisiaj czasu na twoje humory – mruknęła pod nosem, szarpiąc za klamkę, a drzwi ustąpiły tak nagle, że niemal straciła równowagę i wpadła do środka razem z całym swoim dobytkiem. Zdołała uratować mleko, skrzynkę i godność, choć ta ostatnia była już mocno nadwyrężona. Nie zauważyła nawet biegnącej ulicą kobiety, dopiero kiedy kilka sekund później uniosła głowę, dostrzegła przez szybę jaskrawy błysk pomarańczowej koszulki znikający gdzieś za rogiem.
Will zmarszczyła brwi, przez chwilę zastanawiając się, czy powinna próbować zrozumieć, dlaczego ktoś biegał po East Endzie o takiej porze ubrany jak ludzki znak drogowy, ale szybko uznała, że nie jest to problem, który musi rozwiązać przed szóstą trzydzieści rano. Nie była biegaczem, poza tym miała wystarczająco dużo własnych problemów, więc drzwi zatrzasnęły się za nią, a ona wróciła do przygotowywania kawiarni.

Czwartek
W czwartek rano znowu walczyła z zamkiem, choć tym razem wygrała bez większych strat. Mechanizm wydał z siebie dźwięk, który zdecydowanie nie brzmiał jak coś, co powinno znajdować się w drzwiach wejściowych do lokalu, ale postanowiła nie zadawać pytań, na które nie chciała znać odpowiedzi. Zamiast tego otworzyła kawiarnię, włączyła ekspres i pozwoliła, żeby znajomy pomruk maszyny wypełnił pustą przestrzeń, a do dziewiątej zdążyła już zapomnieć o całej sprawie.
Albo przynajmniej prawie.

Kiedy podniosła wzrok znad filiżanki, przez szybę przemknął cień sylwetki. Może intuicyjnie podniosła oczy i tylko na kilka sekund zatrzymała wzrok na twarzy kobiety, która poruszyła coś w jej pamięci, zanim ruszyła dalej. Nie znała jej i nie miała pojęcia, dokąd biegła… Nie miało to żadnego znaczenia, a jednak przez resztę poranka kilka razy zerkała na drzwi, zupełnie jakby zamek rzeczywiście mógł sprawić jej kolejną niespodziankę.

Piątek
W piątek Will zaczęła podejrzewać, że zamek rzeczywiście ją prześladuje. Nie zepsuł się – to byłoby zbyt proste – po prostu rano zacinał się dwa razy, w południe działał bez zarzutu, a pod koniec dnia znowu postanowił utrudnić jej życie. Stała przez chwilę z kluczem w dłoni, patrząc na drzwi z takim skupieniem, jakby próbowała ustalić, czy można prowadzić z nimi negocjacje, zanim w końcu westchnęła pod nosem.
Nie wygramy tego w ten sposób.
Kiedy kilka minut później odwracała tabliczkę na CLOSED, zobaczyła przez ulicę znajomą sylwetkę, którą połączyła z twarzą w oknie z poprzedniego dnia. Pomarańczowej koszulki tym razem nie było, a mimo to rozpoznała ją bez problemu, co wydało jej się trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa. Osobliwe, jak szybko można zapamiętać czyjąś obecność, właściwie nie mając ku temu żadnego powodu.
Will przyglądała się jej tylko przez chwilę, po czym zamknęła drzwi i sprawdziła zamek. Raz, później drugi, a dopiero za trzecim razem uświadomiła sobie, że właśnie zrobiła to bez żadnego powodu. Pokręciła głową sama do siebie i wróciła do środka.
Świetnie.
Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła zwracać na siebie uwagę.

Poniedziałek
Po dziesiątej rano była już wystarczająco długo w pracy, żeby zdążyć wypić pierwszą kawę i zrobić drugą, która zdążyła wystygnąć, kiedy zajmowała się pojawiającymi się w środku klientami. Poniedziałek był jednym z tych dni, kiedy ludzie przychodzili do kawiarni z energią, której ona sama nie posiadała; mówili za dużo, za szybko i z jakiegoś powodu uważali, że osoba stojąca za ekspresem jest idealnym odbiorcą historii o wszystkim, co wydarzyło się w ich życiu od sobotniego wieczoru. Will słuchała cierpliwie, przygotowując kolejne zamówienie, choć historia o kanarku siostry klienta dość szybko przerodziła się w opowieść o ropniu na stopie, a później w kilka szczegółów, których naprawdę nie potrzebowała znać przed jedenastą rano. I to nie tak, że nie lubiła rozmawiać z ludźmi przychodzącymi do Lucie’s… przeciwnie, znała większość regularnych klientów po imieniu i wiedziała o ich życiu. Może tak było łatwiej – fakt, że wiedziała dużo o innych, a ci… wiedzieli o niej niewiele. Tak jak tego chciała.
Kiedy w końcu kolejka przesunęła się o jedną osobę, Will sięgnęła po filiżankę i podniosła wzrok.I wtedy ją zobaczyła.
Tym razem nie przez szybę, nie przelotnie i nie jako pomarańczową plamę przesuwającą się gdzieś na obrzeżu jej pola widzenia. Stała przed nią, a Will przez sekundę miała wrażenie, że coś powinno jej się przypomnieć, chociaż nie miała żadnego powodu, żeby twarz kobiety była znajoma. Dopiero po chwili wrócił obraz wtorkowego poranka – drzwi, klucze, prawie rozlane mleko, własna irytacja i biegnąca ulicą sylwetka.
Nie miała pojęcia, dlaczego jej usta drgnęły.
Espresso i americano… – powtórzyła, jednocześnie zaczynając zamówienie. Nie zdążyła zrobić za wiele, kiedy kobieta wspomniała o zamku. Will uniosła brwi i przez moment patrzyła na nią, zanim zaśmiała się krótko, ewidentnie zawstydzona, czego dowodem były nagle zaczerwienione policzki. – Nadal. – Zerknęła przez jej ramię w stronę drzwi, jakby chciała upewnić się, że mówiły o tym samym zamku. – Zaczynam podejrzewać, że robi to specjalnie. – Kiedy wróciła spojrzeniem do klientki, na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Odłożyła filiżankę pod ekspres i pozwoliła, żeby kawa powoli spływała do środka. Brzęczenie ekspresu wypełniło chwilową ciszę, mieszając się z gwarem rozmów dookoła. – Ale przynajmniej dzisiaj nie próbował mnie zabić – dodała przesuwając espresso w jej stronę.


Fiji Zivai
29 y/o
For good luck!
170 cm
informatyk (oficjalnie) pracuje zdalnie
Awatar użytkownika
Dzisiejszy program tego nie przewiduje.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sięgnęła do tylnych kieszeni jeansowych szerszych spodni. W lewej wyczuła klucz od drzwi do motelu, który stał się jej tymczasowym domem, zaś w drugiej miała gotówkę. Banknoty wbrew pozorom nie były wymięte, jakby trzymała je przez tydzień w skarpecie. Miała szacunek do pieniądza i przede wszystkim łapała się na tym, że oceniała osoby, które podawały jej wymielone niczym śmieci banknoty. Nie chciałaby być jedną z nich. Być kimś, kim może i nie gardziła, ale z pewnością miałaby do kogoś takiego pewne uprzedzenia.
Rzuciła okiem na menu z cenami i kiedy powróciła ciemnymi oczami na twarz baristki dostrzegła na niej wypieki.
Dostrzeganie detali było jej zmorą i zarazem atutem. Nienawidziła tego, kiedy chciała bardzo wyluzować, uspokoić się, przeżyć chwile bez nadmiernego wyłapywania szczegółów. Zamieniła to jednak w atut w swej nieoficjalnej pracy, w której uważała się za jedną z najlepszych i takie myślenie chciała pozostawić, nawet jeśli momentami wolałaby wyłączyć umysł.
Z zaintrygowaniem uniosła obie brwi. Pomimo żałoby i rodzinnego chaosu, w który wpadła, postanowiła wczuć się w sytuację. Nie lubiła przy ludziach robić z siebie ofiary lub psioczyć na wszystko. Nie, kiedy ktoś w jej oczach wydawał się sympatyczny, uroczy i miał dobrą aurę.
Pochyliła się nad ladą lekko do przodu i szeptem zapytała:
- Spisek? – Rzeczy martwe potrafiły być upierdliwe.
W dłoni trzymając banknoty spojrzała na małą filiżankę, nad którą unosiła się para. Przyjemny intensywniejszy zapach popieścił jej nos, co sprawiło, że znów się uśmiechnęła.
- Nie można tak tego zostawić. – Ale sprawa morderczego zamka była ważniejsza.
Sięgnęła po telefon, który tkwił w prawej przedniej kieszeni spodni. Odblokowała ekran i kontakty udając, że posiadała tam wszystko, co właśnie wymieniła.
- Straż pożarna – nie. Urząd skarbowy – nigdy w życiu. Eko patrol – Zgrywała się. Nie prześmiewczo, bo wcale nie uważała sprawy z zamkiem za coś, z czego powinna się nabijać. Udawała, że się wczuła w teorie o spisku zamków przeciwko bezimiennej baristce. – Tych też raczej nie potrzeba. O, jest. Federalne biuro do spraw złośliwości rzeczy martwych. – Z szerokim uśmiechem spojrzała na kobietę tak, jakby czekała na znak. Wystarczyło kiwnięcie głowy a zadzwoni pod odpowiedni numer. Była gotowa do działania, bo ostatnie dni przeleżała i teraz odczuła, że potrzebowała od życia czegoś więcej poza gapieniem się w plamę na suficie.
Uśmiech baristki byłby rekompensatą, nawet jeśli wygłupy Fiji do niej nie przemówiły.
Odłożyła telefon na blat obok filiżanki uprzednio upewniając się, że nie blokowała kolejki. Małą łyżeczką rozmieszała trzy idealne warstwy espresso, które wypiła na raz.
Chwila ciszy rozkoszowania się intensywnym smakiem mówiła sama przez się. Smakowało jej.
- Dziękuję. – Odsunęła filiżankę od siebie i wyprostowała się uznając, że czas konspiracji się zakończył. – Może zamek nie chciał pani zabić ani wybić z równowagi. Może chciał tylko na chwilę panią zatrzymać. – Wzruszyła ramionami, bo nie była jak swoja mama, babcia i prababcia. Przynajmniej wypierała się tego, bo nie potrafiła w pełni uwierzyć w nadprzyrodzone moce. Wolała komputery, realia i rzeczy namacalne.
Wbiła wzrok w dłonie przygotowujące jej kolejną kawę. Lubiła kiedy coś działało a to w jaki sposób poruszała się baristka, jak dobrze znała kawiarkę i jak precyzyjnie wykonywała kolejne kroki, było uspokajające.

Willa Turner
foxy
napiszę, jeśli coś nie będzie mi pasować
27 y/o
For good luck!
165 cm
Właścicielka Lucie's
Awatar użytkownika
But thoughts of you are in my mind always
Like a memory that I can't erase
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę przyglądała się telefonowi w jej dłoni z wyraźnym rozbawieniem, a kiedy padła nazwa Federalnego Biura do Spraw Złośliwości Rzeczy Martwych, parsknęła cicho pod nosem. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Właściwie nie spodziewała się żadnej rozmowy, więc przystanęła na sekundę z kolbą w dłoni i zatrzymała wzrok na twarzy siedzącej przed nią kobiety odrobinę dłużej niż było to konieczne.
Federalne biuro brzmi poważnie. – Kącik jej ust uniósł się lekko, wtórując uśmiechowi rozmówczyni. – Ale nie wiem, czy chcę wiedzieć, ile kosztuje ich interwencja. Chyba że masz jakieś wtyki?
Wróciła do ekspresu, choć teraz jej ruchy były trochę wolniejsze. Zwykle przy przygotowywaniu kawy nie musiała nawet myśleć o tym, co robiła. Wszystko odbywało się niemal automatycznie: odpowiednia ilość kawy, mielenie, rozprowadzenie, tampowanie, espresso. Ręce znały tę kolejność lepiej niż głowa. Może dlatego słowa o tym, że zamek mógł chcieć ją gdzieś zatrzymać, sprawiły, że na moment podniosła wzrok.
Mam nadzieję, że nie. – odpowiedziała, wciąż ostrożnie żartując. – Jeśli zacznie próbować zatrzymywać mnie częściej, będę musiała znaleźć nowy lokal, klientów…
Uśmiechnęła się do niej, tym razem trochę swobodniej, i odstawiła papierowy kubek, żeby sięgnąć ręką po plastikowe wieczko. Dopiero wtedy zauważyła, jak piła espresso. Nie dodała cukru. Nie skrzywiła się po pierwszym łyku, nie poprosiła o mleko ani nie zrobiła miny kogoś, kto właśnie odkrył, że espresso jest intensywne. Po prostu wypiła je, jakby naprawdę chciała poczuć smak.

To drobiazg. Kompletnie nieistotny.
A jednak Will poczuła znajome zainteresowanie, które pojawiało się za każdym razem, kiedy ktoś rzeczywiście zwracał uwagę na to, co miał w filiżance. Lubiła obserwować ludzi, stać trochę na uboczu i wiedzieć, czuć, co się dzieje dookoła niej. Kto rozmawia przez telefon, kto pilnie notuje coś na kartce papieru, rozmawia z kimś ze stolika obok, wybiega w pośpiechu z kawiarni, pije espresso jak bóg, albo inny wytwór wyobraźni, przykazał. Przynajmniej według niej.
Smakuje? – zapytała, zanim zdążyła się powstrzymać. Spojrzała na puste naczynie, a potem na kobietę. W jej głowie natychmiast pojawiła się myśl, że pytanie zabrzmiało głupio. Oczywiście, że mogło smakować. Albo nie. To była kawa, nie egzamin. – To jedne z moich ulubionych ziaren. – dodała szybko, jakby musiała usprawiedliwić własne pytanie. – Kolumbia. Beztlenowa fermentacja z wiśnią, zakończona szokiem termicznym.
Zawahała się, a potem wskazała lekko podbródkiem na filiżankę.
Powinnaś wyczuć waniliowe ciasto, kardamon, miód i czaj. – Na moment zmarszczyła brwi. – Przynajmniej tak powinno być.
Dopiero kiedy skończyła mówić, dotarło do niej, że przeszła na „ty” zupełnie bezwiednie. Może dlatego, że rozmowa przestała przypominać typową rozmowę klient–barista. A może dlatego, że od początku rozmawiały w sposób tak swobodny, że formalność nagle wydała się dziwnie niepasująca.
Turner oparła dłonie o blat i przez sekundę wyglądała tak, jakby miała jeszcze coś dodać. Zamiast tego tylko zerknęła na filiżankę. – Ale jeśli czujesz tylko kawę, to też jest w porządku. – Uśmiechnęła się nieco szerzej. – Nie będę cię egzaminować.
Chwilę później sięgnęła po kubek na wynos, który miała przygotować, i zaczęła nalewać wrzątek pod americano. Wciąż odrobinę wolniej, jakby nie chciała jeszcze całkiem kończyć tej rozmowy. Poza tym kolejka ludzi, gdzieś zniknęła.



Fiji Zivai
ODPOWIEDZ

Wróć do „Lucie's”