Lavender miała za sobą dzień, który spokojnie można by uznać za test wytrzymałości psychicznej. Od samego rana wszystko układało się w chaotyczną mozaikę obowiązków, ludzi, telefonów i spraw, które jak zwykle „nie mogły poczekać”. A ona, choć przywykła do intensywnego tempa, czuła, że dzisiejszy dzień powoli wysysa z niej energię, zostawiając ją w stanie, w którym nawet kawa nie była już sprzymierzeńcem, a jedynie środkiem podtrzymującym funkcje życiowe.
Lavender weszła do redakcji z kubkiem kawy, który miał być jej pierwszą linią obrony przed światem. Niestety, świat był szybszy. Zanim zdążyła dojść do swojego gabinetu, zatrzymało ją trzech pracowników, każdy z innym problemem, każdy równie dramatyczny.
-
Kryzys medialny - mruknęła, przeglądając dokumenty, które jej wręczono. Ktoś z działu politycznego znowu napisał coś, co wymagało gaszenia pożaru, a ona jak zwykle była strażakiem.
W sali konferencyjnej spędziła ponad godzinę, tłumacząc dorosłym ludziom, że „kontrowersja” nie jest strategią, tylko proszeniem się o kłopoty. Jej ton był spokojny, ale spojrzenie miało w sobie tę charakterystyczną ostrość, która sprawiała, że nawet najbardziej pewni siebie reporterzy zaczynali mówić ciszej. Kiedy w końcu wyrwała się z narady, czekała na nią kolejna kolejka spraw.
-
Nie, nie podpiszę tego dziś - powtarzała jak mantrę, mijając biurka. Jeden z młodszych reporterów zatrzymał ją w połowie korytarza, chcąc „na szybko” omówić temat, który wcale nie był pilny. Lavender spojrzała na zegarek, potem na stos papierów, potem na jego nadzieję w oczach.
-
Na szybko to ja mogę wypić espresso - mruknęła, ale oczywiście wysłuchała go do końca. W swoim gabinecie zamknęła drzwi, jakby próbowała odgrodzić się od całego świata. Usiadła przy biurku, otworzyła laptopa i wróciła do artykułu śledczego, który od tygodni doprowadzał ją do szału.
-
Jeśli ta sprawa nie zacznie się sama rozwiązywać - mruknęła, stukając palcami o blat -
to ja ją chyba zmuszę.- burknęła pod nosem przekopowując się przez dokumenty, nagrania, raporty, notatki. Im dłużej pracowała, tym bardziej czuła, że jej mózg zaczyna protestować. Zrobiła sobie kolejną kawę, potem jeszcze jedną, ale nawet kofeina nie była w stanie przywrócić jej pełnej ostrości.
Około 16:00 Lavender odchyliła się na krześle, zamknęła oczy i wypuściła powietrze. Wtedy przypomniała sobie o Wendy. Od kilku dni próbowały się zgadać, a Wendy była idealną osobą na reset, chaotyczną, zabawną, pełną energii, ale w sposób, który Lavender potrafiła znieść nawet w najgorszy dzień.
Wyciągnęła telefon, zobaczyła wiadomość z pinezką i uśmiechnęła się pod nosem.
-
Oczywiście, że znalazła kawiarnię w zieleni - pomyślała. Wendy zawsze wie, gdzie można uciec od ludzi. Jeszcze tylko szybki podpis pod jednym dokumentem, krótkie „nie, nie teraz” dla kolejnego pracownika, który próbował ją zatrzymać, i Lavender mogła w końcu wyjść. Włożyła płaszcz, poprawiła włosy, spojrzała na swoje odbicie w drzwiach windy. -
Wyglądam jak ktoś, kto przeżył trzy wojny - mruknęła, ale uśmiechnęła się lekko.
Lavender parsknęła śmiechem już przy pierwszych słowach Wendy, unosząc brew w tym swoim charakterystycznym, lekko drwiącym geście, który pojawiał się zawsze, gdy słyszała o randkowych katastrofach znajomej. Oparła się wygodniej o krzesło, otulona zapachem kawy i spokojem zielonego ogródka, który faktycznie był idealnym miejscem na reset po całym dniu.
Spacer przez spokojniejszą część miasta był jak balsam. Lavender czuła, jak napięcie powoli z niej schodzi, a myśli zaczynają układać się w bardziej znośne formy.
Kiedy dotarła na miejsce i zobaczyła ogródek kawiarni, wiedziała, że to był dobry wybór.
-
Wendy, ratujesz mi życie - pomyślała, zanim jeszcze ją zobaczyła. Potem usiadła naprzeciwko przyjaciółki, zamówiła kawę, coś słodkiego… i pozwoliła sobie w końcu oddychać.
Gdy Wendy opowiadała o mężczyźnie z „kamieniem”, Lavender uniosła dłoń do ust, próbując nie wybuchnąć śmiechem zbyt głośno — choć i tak jej oczy błyszczały rozbawieniem.
-
Ty to masz dar - mruknęła z udawaną powagą, kręcąc głową. - S
erio, jak ty to robisz, że przyciągasz absolutnie najdziwniejszych ludzi w Toronto? Czakry gotowe na przyjęcie energii… Boże, ja bym chyba wyszła z ciała ze śmiechu, zanim on zdążyłby sprawdzić tę twoją „gotowość”.- odpowiedziała sięgając po swoją kawę, mieszając ją leniwie, zanim dodała: -
Nie, z nikim się nie spotykam. Po ostatnim… hm, nazwijmy to „eksperymencie społecznym”, stwierdziłam, że wolę ludzi obserwować zawodowo niż prywatnie. Mniej szkód emocjonalnych, więcej materiału do artykułów.-Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy Wendy zamarła, a Lavender automatycznie podążyła za jej spojrzeniem. Kiedy zobaczyła „kociaka”, który wcale nie wyglądał jak zwykły kociak, jej brwi uniosły się wysoko. -
Wendy, błagam cię, nie podchodź do wszystkiego, co ma futro - mruknęła półgłosem, choć w jej tonie pobrzmiewała rozbawiona rezygnacja. - Ten
„kolega” ma manier tyle, co ja cierpliwości do polityków...- mruknęła do siebie a gdy Wendy wypowiedziała słowo serwal, Lavender odchyliła się na krześle, patrząc na zwierzę z mieszaniną fascynacji i niedowierzania.
-
No świetnie - westchnęła teatralnie. -
Ty przyciągasz czakrów, ja przyciągam skandale. Jeśli ktoś zobaczy redaktorkę naczelną Toronto Sun siedzącą dwa stoliki od dzikiego kota z Afryki, to jutro będę miała na biurku trzy maile od burmistrza i jedną groźbę od działu bezpieczeństwa miasta.-Zerknęła na serwala, który wyglądał, jakby miał ochotę ocenić je obie. -
Maluchu, ty chyba nie jesteś tu legalnie - mruknęła, ale bez lęku; raczej z tym swoim typowym, chłodnym spokojem. -
I błagam, Wendy, nie zaczynaj mu śpiewać, bo jeszcze pomyśli, że to zaproszenie do adopcji!-dorzuciła i uśmiechnęła się szeroko, patrząc na przyjaciółkę, która już nuciła „Króla Lwa”.
-
Wiesz co? - dodała z rozbawioną rezygnacją. -
Tylko z tobą mogę iść na kawę i wrócić z historią o randkowych czakrach i afrykańskim drapieżniku w centrum Toronto.
Wendy Gardner