Dzisiejsza zmiana ciągnęła się niemiłosiernie. Wesley podejrzewał, że tak będzie, skoro od samego początku miało go tam nie być. Wiedział, że nie powinien brać tej zmiany od Carmen - miał już plany na ten wieczór i to ze swoją własną dziewczyną. Mieli wyjść razem na miasto, bez większej okazji, jednak od dość dawna nigdzie razem nie byli, na co skarżyła mu się od jakiegoś czasu. Gdy Torres więc zapytała, czy byłby w stanie zastąpić go tego wieczoru z początku chciał od razu odmówić. Spojrzała jednak na niego tymi swoimi czekoladowymi, dużymi ślepiami, a Austen połączył to z sytuacją z ostatnich kilku dni - miał wrażenie, że była bardziej wyciszona i wycofana, i nawet nie wykorzystywała wszystkich okazji, żeby mu dopiec, a to znaczyło, że coś musiało być na rzeczy. Trochę więc współczucie go wzięło i po prostu się zgodził, czując, że tak powinien.
I próbował to wytłumaczyć Summer. Nie spodziewał się, że ucieszy się na wiadomość, że w wieczór ich randki musi iść do pracy, jednak nie zakładał również, że zrobi z tego aż taką aferę! Nie pomagała nawet informacja, że zrobił to dla jej przyjaciółki. Ku jego zaskoczeniu, miał wrażenie, że to tym bardziej ją poddenerwowało i to na tyle, że maltretowała go ciszą od kilku dni. Dzwonił, pisał, jednak nic. Dość poważnie się obraziła. I Wes z jednej strony ją rozumiał, a z drugiej nie do końca. Przecież nie mieli żadnej rocznicy, święta czy innej okazji, która wymagała świętowania. Domyślał się, że przeszkadzało jej to, że blondyn poświęca ich wspólny czas na pracę, której nawet nie musiał mieć, ale robił to dla jej bardzo dobrej znajomej, więc te afery jego zdaniem były przesadzone.
Rozmyślał nad tą całą sytuacją od kilku dni, a i na tej zmianie jego głowy to nie opuściło. Zastanawiał się co zrobić, jak poprawić tę sytuację, co powiedzieć, a najgorsze, że miał wrażenie, że każdy nowy pomysł był gorszy od poprzedniego. I nawet nie miał się kogo doradzić. Gdyby Carmen była z nim na zmianie, to z pewnością by się jej dopytał, ale właśnie - gdyby ona była na zmianie, to w takiej sytuacji w ogóle by się nie znaleźli.
Wybiła północ i chociaż impreza w barze trwała w najlepsze, to Wes mógł już się ulotnić do domu. Nie przebierając się, by zaoszczędzić czasu, wyszedł z lokalu i załadował się na rower, na którym ruszył w kierunku mieszkania Summer, chcąc się z nią jeszcze tego wieczoru zobaczyć. Jechał dobrze znanymi sobie ulicami Toronto, korzystając nawet ze skrótów, by szybciej być na miejscu, gdy nagle, zobaczył coś, czego nigdy wcześniej nie był świadkiem. Jakiś mężczyzna wciągnął w przyciemnioną uliczkę jakąś dziewczynę. W pierwszej chwili myślał, że mu się to przywidziało. Rozejrzał się wkoło, by zorientować się, czy ktoś jeszcze to widział, jednak jak na złość, był jedyną osobą w okolicy. Nie myśląc już jednak wiele więcej, przyśpieszył swoje ruchy na rowerze tak, że kilka chwil później był już przy uliczce, w której ewidentnie trwała nierówna szarpanina. Zeskoczył wręcz roweru i podbiegł do tej dwójki, od razu rzucając się na osiłka, który nie spodziewał się osób trzecich. Pociągnął go za koszulkę, odciągając tym samym od dziewczyny i pchnął na murowaną ścianę. Adrenalina dodała Wes'owi siły, której sam się po sobie nie spodziewał. —
Zaraz przyjadą tutaj gliny — ostrzegł, mając nadzieję, że odstraszy to faceta.Odwrócił się w kierunku dziewczyny, by zobaczyć, czy wszystko z nią w porządku i dopiero wtedy Wesley dostrzegł, kto miał być ofiarą. Powiedzieć, że był zaskoczony, to jakby nic nie powiedzieć. Nie komentował tego jednak w żaden sposób. Stanął tuż przed nią, by ewentualną złość większego mężczyzny, została wyładowana na nim, a nie Carmen. Ten jednak mruknął coś po hiszpańsku (z tego czego Carmen zdążyła go nauczyć do tej pory, wywnioskował, że chyba go obraził) i wybiegł z zaułku. Nim jednak zniknął z zasięgu jego wzroku, rzucił coś jeszcze ewidentnie do Carmen, czym zainteresował Austen'a, jednak ten miał już zbyt wiele innych pytań, które chciał jej zadać. Odwrócił się do niej twarzą i zmierzył ją całą wzrokiem, próbując ewentualnie doszukać się ran czy innych śladów, które świadczyłyby o tym, że coś jej jest. —
Nie wiedziałem, że swoich też atakują — rzucił, odnosząc się do języka, w którym wspólnie mówili. Miał to być element humorystyczny, jednak na to było chyba jeszcze za wcześnie, co wywnioskował po jej spojrzeniu. —
Nic ci nie zrobił? Nie skrzywdził cię w żaden sposób? — dopytał, kładąc jej rękę na ramieniu. Może i przyjaciółmi nie byli, a częściej darzyli się obelgami niż miłymi słowami, ale Wes musiał przyznać, że przeraziła go ta sytuacja. Nie tyle, że jemu coś się mogło stać. Nie przypadkowej osobie, a Carmen. —
Trochę mnie przestraszyłaś, wiesz? — dodał, czując jak adrenalina, powoli z niego schodzi i powoli zaczął uświadamiać sobie, co przed chwilą miało miejsce.
Carmen Torres