ODPOWIEDZ
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
szkolę medyków wojskowych w Sunnybrook Health Sciences Centre
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 17
Czy pół roku wystarczy, aby naprawić swoje życie? Czy wystarczy, aby przynajmniej zastanowić się, co warto ratować, a co można już spisać na straty? Graham potrzebował czasu, by pomyśleć nad przeszłością i przyszłością, nad sobą samym i czego tak naprawdę chce. Z dala od szpitalnych korytarzy, gdzie wmawiał sobie, że tylko w hałasie może spokojnie myśleć, z dala od mafinych porachunków i nadstawiania drugiego policzka za głupotę innych ludzi, z dala od wszelkich kobiet i związanych z nimi porywów serca oraz zawrotów głowy. Czy wyciągnięta przez Calian pomocna dłoń naprawdę pozwoliła na odrobinę dystansu? Na złapanie równowagi i pogodzenie dwóch istotnych dziedzin życia z pewnością. Schowanie dumy do kieszeni i odrzucenie gniewu nie przyszło z łatwością — a przynajmniej ich części, bo nie oszukujmy się, nikt nie wejdzie w stan kompletnego zen po kilku sesjach medytacji. Czy nadal rzucał wulgaryzmami pod adresem służb mundurowych? Oczywiście. A czy przeszkadzało mu to we współpracy z wojskiem? Ani trochę. Wychodził z założenia, że szczere intencje to klucz do sukcesu. Przetestował to w pracy i względnie ustabilizował swoją pozycję. Wraz z końcem kontraktu z kliniką bazy wojskowej nadszedł czas na kolejny krok.
Bywał już wcześniej w Centrum Uzależnień, nie z powodu własnych słabości, a w odwiedzinach u panny Lakefield. Ze dwa razy przyniósł jej kwiaty, o które upominała się z wywróceniem oczu, choć oczwiście lepiej, jakby robił to bezinteresownie i z własnej inicjatywy. Powinien był się zapowiedzieć, zadzwonić, albo wysłać wiadomość, tak jak to zrobił przed niemal rokiem, zjawiając się w jej życiu po dekadzie (jak nie więcej!) nieobecności. Parę razy sięgał po telefon, wpisywał jakieś słowa, by zaraz je skasować, napisać kolejne i usunąć ponownie. Każdy komunikat wydawał się głupi, suchy, albo dziwaczny. Dlaczego w ogóle się tym przejmował? Co z Grahamem, który miał wszystko w głębokim poważaniu?
Przeczesywał właśnie włosy palcami, kiedy jadąc windą spostrzegł swoje odbicie w lustrze. Jak zawsze towarzyszył mu pozorny nieład, nawet jeśli długość kosmyków parokrotnie przekraczała dawną. Twarz zdawała się przecinać większa liczba zmarszczek, zupełnie jakby przechodził szkolenie bojowe w Garnizonie Petawawa, zamiast samemu go udzielać. Zdjął granatową marynarkę w kratę i podwinął rękawy czarnej koszuli. Jazda na górę ciągnęła się w nieskończoność, a w ciasnym pomieszczeniu łatwo o duchotę, zwłaszcza gdy towarzyszem podróży jest starszy pan, ewidentnie nieszczędzący wody kolońskiej. Michael zapisał z tyłu głowy, by nie sięgać po perfumy, jeśli na starość zacznie tracić węch i odnosić wrażenie, że parę dodatkowych kropel nie zrobi różnicy.
Nawet nie musiał posyłać recepcjonistce zniewalającego uśmiechu, czy czarować jej słodkimi słówkami, by pozwoliła zaczekać w korytarzu. Rozpoznała go od razu, a Graham wolał nie zastanawiać się, jak wiele szanowna pani usłyszła o nim niepochlebnych komentarzy. Wprawdzie z Marą rozstali się w zgodzie (a raczej pożegnali się, bo przecież o żadnym szumnym rozstaniu nie było mowy) nie padły gorzkie słowa, nikt też nie szukał winnych — dlaczego więc miał poczucie swoistego ciężaru, ciągnącego do ziemi zarówno serce, jak i głowę? Wyimaginowaną pętlę sam zawiązał sobie na szyi, dziś miał posypać głowę popiołem.
Mówiła że wszystko w porządku, że dojdzie do siebie, bo przecież ma lata doświadczenia w wyciąganiu innych na prostą, to dlaczego ze sobą ma mieć jakiś problem. Uwierzył, choć widział jej strach i nerwy usilnie trzymane w ryzach, kiedy drżącymi dłońmi zszywała jego ranę, a ciepła krew spływała między palcami. Koił ją metodycznym tonem, a przynajmniej tak mu się wtedy zdawało, kiedy to ona snuła opowieść o przeszło-przyszłości, o którą ledwo zahaczyli, ta o zmęczonym uśmiechu, ukochanej córce, czworonogu i wakacjach w kamperze, na które dziś żadne nie miało już czasu. I to wszystko w momencie, kiedy zastanawiał się z wolna, czy może jednak ponowne wejście do tej samej rzeki wyjdzie mu na dobre — może nawet im, a nie tylko jemu. Wierzył nieśmiało, że jeszcze wszystko da się naprawić, by wiara ta ustąpiła poczuciu winy. Ile razy ta sama rana musiała zostać rozdrapana i zasypana solą, aby wyciągnąć zeń odpowiednie wnioski? Jakże idiotyczne. Nie mógł ani tym bardziej nie chciał jej ponownie na to wystawiać.
Powtarzała mu, że wolno się uczy i równie wolno wyciąga wnioski. Zgadzał się z nią i nie zgadzał jednocześnie, bo przecież Michael Graham należał do świetnych uczniów, wybitnych lekarzy i doskonałych mówców (to już lubił dopowiadać), ale jeśli chodziło o uczucia, czy relacje międzyludzkie… Tak, tu zdecydowanie zaczynały się schody. Czy to źle, że tym razem chciał, aby wszystko było takie, jak powinno? Ale takie, to znaczy jakie? Sam nie był w stanie określić.
Gdy tylko pacjent wyszedł z gabinetu, usłyszał chrząknięcie recepcjonistki. Zadarł głowę i zatrzymał palce, wybijające dotąd na kolanie nerwowy rytm. W mig wyłapał posłane sobie wymowne spojrzenie (dodające otuchy, na pewno!) i stanął w drzwiach, naciskając na klamkę, zastukawszy uprzednio dwa razy.
Pani wybaczy, nie byłem umówiony — odezwał się, wnikając do środka z marynarką zawieszoną na ręce i rozpostarł ramiona w przepraszającym geście. — Jeśli to duży kłopot, wrócę innym razem, ale wolałbym nie odkładać tego w nieskończoność, bo jak wiadomo, miewam problemy ze zbieraniem się w sobie. — Uniósł lekko kącik ust, sam zaskoczony, jak wiele słów z siebie wyrzucił, mając przecież w zwyczaju mówić raczej mniej niż więcej. Czy zastanawiał się wcześniej, co powiedzieć? Naturalnie. Czy cokolwiek z tego zapamiętał? Wątpliwe.

look at me, i'm already staring
space cadet
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obiecała, że sobie poradzi, bo co mogła innego powiedzieć?
Zszywanie Twojej rany w domowych warunkach to dla mnie zbyt wiele
Nie wyjeżdżaj. Potrzebuję Cię
Zostań, spróbujmy jeszcze raz

Musiała sobie poradzić sama tak jak to robiła już od dawna. Przyzwyczaiła się do tego już lata temu, gdy jej małżeństwo się rozpadało i w samotności płakała nad utraconą możliwością zostania matką. Poradziła sobie nawet wtedy, gdy Arthur pojawił się w jej życiu tak nagle jako przyszły- niedoszły szwagier i równie szybko zniknął. Jednak odejście Michaela było inne. Było wisienką na torcie złożonym z jej porażek, rozstań i straconych szans oraz nadziei. Zapukał niepewnie do jej drzwi, a rudowłosa nie wiedząc czego się spodziewać, otworzyła mu je bez wahania i wpuściła bez zastanowienia wpuściła do środka z szeroko otwartymi ramionami.
Tych kilka tygodni spędzonych na wielogodzinnych rozmowach w łóżku, przekomarzaniach i czasami także shotami tequili w wolne wieczory czy popołudnia, dawały jej namiastkę tego jak mogłoby wyglądać jej życie z drugą osobą u boku. Jak mogłoby wyglądać ich wspólne życie. Dlatego tamtego wieczoru wyrzuciła z siebie te głęboko skrywane marzenia o tym, jak mogliby teraz żyć, gdyby wtedy po liceum ich związek przetrwał. A mówienie o tym na głos uświadomiło jej, że Michael nie był tylko jednym z wielu byłych. Nie był tylko przelotnym romansem, który bez mrugnięcia okiem chciałaby zakończyć, gdyby się jej znudził. Mogły minąć lata, a wystarczyło jedno wspólne popołudnie, by sobie przypomnieć, że był jej przyjacielem. Był jej pierwszą miłością. Pierwszym złamanym sercem. Pierwszą osobą, która dowiedziała się, że dostała się na wymarzone studia. Przytulał i pocieszał po kłótniach z przyjaciółką czy po niezdanym egzaminie. Płakała i śmiała się z nim, a co najważniejsze - mogła przede wszystkim być sobą. I kiedy sobie o tym wszystkim przypomniała, a w jej głowie pojawiła się myśl, że może warto spróbować nadrobić stracony czas, on wyjechał.
Znowu.
Z pozoru tym razem było inaczej, bo przecież nie byli razem, więc o rozstaniu nie było mowy. Niczego jej nie obiecywał, a jednak w rzeczywistości czuła się tak samo - pozostawiona ze złamanym sercem. Nie żywiła do niego urazy ani żalu, rozumiejąc czym się kierował i czego potrzebował. Jako jego przyjaciółka, a nawet i terapeutka, w pełni popierała tą decyzję. Jednak jako kobieta, w której na nowo zaczął rozpalać to gorące uczucie, pragnęła aby został. Pragnęła go zatrzymać. Jednak nie mogła tego zrobić. Musiała pozwolić mu odejść.
Nie leżała w łóżku płacząc do poduszki. Nie zamknęła się w domu i nie załamała wraz z dniem jego wyjazdu. Wciąż chodziła do pracy i spotykała się ze znajomymi. Chodziła też na randki, umawiając się na jednorazowe przygody. Jednak coraz ciężej jej było wstawać rano z łóżka. W przypadku możliwości wyjścia na miasto ze znajomymi, wolała zostać w domu bądź wybrać się na samotny spacer. Mężczyźni zaczęli ją irytować i wydawać się cholernie nudni. Nie mogła złapać z nimi kontaktu, czując że robi się zgorzkniała. Walczyła z tym- naprawdę! Postanowiła przygotować artykuł naukowy o PTSD, skupiła się w dużej mierze na pracy, a na aplikacjach randkowych zmniejszyła wymagania. Czuła, że wychodzi na prostą, ale wciąż wisiało nad nią poczucie totalnego zagubienia w życiu.
Nie lubiła mieć okienek w pracy, woląc przyjmować pacjentów jeden za drugim. To się jednak wiązało z tym, że zawsze na koniec dnia musiała pozostać po godzinach, aby uzupełnić całą papierologię. Kiedy w końcu zamknęły się drzwi za ostatnim pacjentem, opadła ciężko na fotelu i westchnęła głośno wykończona psychicznie i fizycznie. Coraz więcej kosztowała ją ta praca. Otworzyła szufladę biurka, aby zerknąć czy ma jakiegoś batonika, który byłby jej dzisiejszym lunchem i kolację, ale niestety nic słodkiego nie miała. - Proszę!- krzyknęła wyraźnie zrezygnowana słysząc pukanie do drzwi. Podniosła głowę, gdy tylko zaczęły skrzypiec informując o nadchodzącym gościu.
I wtedy zamarła.
Gdyby ktoś dziesięć minut temu zapytałby się jej, jak się czuje po wyjeździe Michaela, powiedziałaby, że świetnie i już dawno doszła na siebie. Nawet machnęłaby ręką z uśmiechem na twarzy i w tym rzecz, że naprawdę tak sądziła! Była pewna, że wszystkie uczucia, które zaczęły się kiełkować, już dawno zostały zniszczone, gdy przez wiele miesięcy nie mieli nawet najdrobniejszego kontaktu. Dlaczego więc wpatrywała się w niego bez słowa, a serce niemal jej wyskoczyło z piersi?
Początkowo wyobrażała sobie jak zareaguje, gdy w końcu wróci do Toronto i za każdym razem widziała siebie w jego ramionach, ale kiedy w końcu do tego doszło- nie była w stanie się poruszyć z miejsca. Czuła zarówno szczęście jego widokiem, ale i żal… Ten cholerny żal, którego nie powinno tam być.
- Skończyłam już na dzisiaj pracę. Zapraszam do rejestracji, może tam pokierują pana do jeszcze przyjmującego terapeuty- powiedziała głosem, który miał z założenia brzmieć obojętnie, a w rzeczywistości nieco jej zadrżał. Odwróciła spojrzenie i zapatrzyła się w puste miejsce w szufladzie, gdzie trzymała batoniki. Przydałby się jej teraz snickers, żeby nie gwiazdorzyła. W końcu zamknęła ją i wstała z fotela. Przeszła zza biurka i stanęła przed nim, opierając się pośladkami i dłońmi o blat. Zmrużyła oczy przyglądając się w końcu dłużej Michaelowi. Włosy miał dłuższe i w ciągu pół roku zdobył dodatkowe zmarszczki. Ona też nie wyglądała lepiej - czarna, wąska sukienka z krótkim rękawem kończąca się przed kolano, podkreślała jej zbyt szczupłą figurę. Kiepska dieta i godziny spędzane na bieganiu zrobiły swoje. Swoje włosy związała w kucyk, który teraz zakołysał, gdy przekręciła lekko głowę w bok. - Kwiatów oczywiście nie masz, więc pewnie na nic słodkiego też nie mam co liczyć?- niby spytała, ale nie czekając na odpowiedź przewróciła oczami będąc w pełni przekonana, że trafiła. Z jednej strony była zaskoczona tym, że udało jej się tak łatwo przejść do znanej im formy komunikacji, ale z drugiej strony - cała w środku się trzęsła ze strachu. Tylko czego się tak naprawdę bała? I czego tak naprawdę teraz w ogóle chciała?


I can buy myself flowers, but I'd rather get them from you
ODPOWIEDZ

Wróć do „Centre for Addiction and Mental Health”