Never mistake my silence for weakness. No one plans a murder out loud.
Wiedział, kiedy Fiora kończyła zmianę na recepcji w Gladstone House. Jego limuzyna zatrzymała się kilkanaście metrów od głównego wejścia, tuż przy krawężniku parkingu dla personelu. West End o tej porze nocy pogrążał się w tym szczególnym rodzaju ciszy, jaka zapadała nad dzielnicami, w których większość ludzi już dawno spała. Uliczne latarnie rzucały żółtawe, przygaszone światło na pusty parking. Powietrze było wilgotne, ciężkie od zapowiedzi jesieni, która powoli zaczynała wypierać ostatnie letnie noce.
Kierowca zatrzymał samochód dokładnie tam, gdzie kazał, tuż poza zasięgiem kamer monitoringu hotelu – detal, o którym Elijah pomyślał, zanim ktokolwiek zdążył go o to zapytać. Nie lubił zostawiać po sobie śladów, nawet takich, które prawdopodobnie nigdy nie zostałyby dokładnie przeanalizowane. Nie przepadał jednak za wizytami na komisariacie. Funkcjonariusze irytowali go pytaniami, na które i tak nie odpowiadał, czekając na swoich prawników.
Siedział na tylnym siedzeniu, obserwując przez przyciemnioną szybę, jak dwaj mężczyźni wysiadają z drugiego samochodu, zaparkowanego dyskretnie po drugiej stronie ulicy. Poruszali się bez pośpiechu, z tą wyćwiczoną nonszalancją ludzi, którzy robili to już wystarczająco wiele razy, żeby przestało im to sprawiać jakąkolwiek trudność. Jeden z nich poprawił marynarkę, drugi zerknął w stronę wejścia do hotelu, sprawdzając, czy ktoś przypadkiem nie kręci się w pobliżu o tej godzinie. Znał ich obu od lat. Nigdy nie zadawali zbędnych pytań i nie mieli problemu z wykonaniem tego, o co ich poprosił, nawet jeśli oznaczało to wyciągnięcie broni na parkingu w środku miasta przed czyimś miejscem pracy.
Osobiste zaangażowanie w takie sprawy rzadko sprawiało mu przyjemność. Zwykle wystarczał telefon, kilka słów przekazanych odpowiedniej osobie i problem rozwiązywał się sam, gdzieś poza jego bezpośrednią uwagą. Tym razem jednak Raven skutecznie namieszała mu w interesach na tyle, że wolał dopilnować wszystkiego osobiście. Kobieta rozcieńczała towar, sprzedawała klientom coś, co ledwie przypominało oryginalny produkt, jednocześnie pobierając pełną cenę i zgarniając różnicę dla siebie. Przez długie miesiące. Nikt by się nie zorientował, do czasu aż nie zaczęły napływać skargi od stałych klientów, tych, którzy płacili najwięcej i oczekiwali w zamian jakości, na której mogli dotychczas polegać. Reputacja była czymś, czego nie odbudowuje się w tydzień, a on kształtował ją latami, z pełną świadomością tego, ile może stracić, gdy ktoś postanowi mu ją zrujnować.
Gdy w końcu ją złapał, nie musiał nawet podnosić głosu. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiała, jak poważny błąd popełniła. Trafiła później za kraty – co prawda za coś zupełnie innego, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Obiecał jej wtedy, spokojnie, niemal łagodnie, że już nigdy stamtąd nie wyjdzie. Mogła mu zaufać na słowo. Nie musiał jej okłamywać. Miał swoje sposoby.
Strach, który wywołał w jej oczach, wystarczył, żeby zrozumiała, że to nie była pusta groźba, tylko fakt równie pewny, jak następny wschód słońca.
Kobieta, przerażona perspektywą spędzenia reszty życia w więzieniu lub, co gorsza, jego utraty podczas pobytu w nim, w końcu wyśpiewała mu wszystko, czego potrzebował. Wspomniała mu o Fiorze. O tym, że dziewczyna, z którą kiedyś była, mogłaby sprzątnąć po niej ten cały bałagan, jeśli tylko znajdzie się odpowiednia zachęta. Wymieniła jej dane tak szybko, z taką desperacką gotowością, że Elijah przez chwilę poczuł coś w rodzaju rozczarowania. Lubił, gdy ludzie stawiali choćby minimalny opór, bo miał okazję się zabawić. Kobieta nie dała mu nawet tego.
Nightingale przez chwilę myślał o tym, jak absurdalnie proste było ludzkie zachowanie w obliczu strachu. Ludzie, którzy przez lata trzymali się swoich zasad, potrafili się ich wyrzec w ciągu jednej rozmowy, jeśli tylko stawka była wystarczająco wysoka. Nie czuł z tego powodu satysfakcji. To było po prostu narzędzie, tak jak każde inne, którym się posługiwał, gdy zachodziła taka potrzeba, obojętnie czy chodziło o pieniądze, informacje, czy o coś znacznie bardziej osobistego.
Nie podobał mu się fakt, że w ogóle musiał tu przyjeżdżać, że przez czyjąś chciwość i głupotę musiał teraz marnować własny wieczór na rozmowę z kimś, kogo nazwisko usłyszał po raz pierwszy zaledwie kilka dni wcześniej. Raven narobiła mu więcej kłopotów, niż była tego warta. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, dawno by o tym zapomniał – strata, choćby dotkliwa, była do odrobienia. Ale ludzie musieli wiedzieć, że oszukiwanie go wiązało się z poważnymi konsekwencjami. To była wiadomość ważniejsza niż sam utracony zysk, jasny komunikat, który musiał wybrzmieć w sposób, który zapamiętają wszyscy, którzy o tym usłyszą, choćby tylko z drugiej ręki.
Zobaczył przez okno, jak jego ludzie zbliżają się do Fiory dokładnie w chwili, gdy ta wychodziła zza rogu budynku, zapewne kierując się w stronę swojego samochodu. Jeden z mężczyzn wyciągnął broń, nie unosząc jej zbyt wysoko, ale wystarczająco, by dziewczyna od razu zrozumiała powagę sytuacji. Drugi przekazał jej coś cicho, spokojnym tonem, jakby zapraszał ją na zwykłą przejażdżkę, nie na przymusowe spotkanie z człowiekiem, którego nazwiska prawdopodobnie nigdy w życiu nie słyszała.
Elijah odchylił się wygodniej na siedzeniu, poprawiając mankiet koszuli, czekając, aż drzwi limuzyny się otworzą.
Fiora Everhart