ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
173 cm
rejestratorka w Mount Sinai Dental
Awatar użytkownika
i like your soul when it's shirtless
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjizazwyczaj przeszły
postać
autor

Chrissy przez jakiś okres swojego życia nie była tego świadoma, ale posiadanie starszej siostry naprawdę miało swoje plusy. Być może czasem była niemiła i opryskliwa, ale chyba nie powinno to dziwić młodszej Williams, skoro jej samej także się zdarzały takie zachowania. Celeste czasem patrzyła na nią z wyższością - i to już ją czasem... no, może nie dziwiło, bo w porównaniu z siostrą może faktycznie niewiele osiągnęła, ale na pewno irytowało. Nie byłą przecież jej matką, żeby jej matkować i się na niej zawodzić, tak? Nie była jej nic winna. Nawet o pieniądze jej nie prosiła. No, przynajmniej nie za często. Ale zawsze oddawała!
W każdym razie, odkąd przestały mieszkać przez ścianę i dzielić łazienkę, zdecydowanie mniej sobie działały na nerwy. A kiedy Chrissy przeniosła się do Toronto i odkryła, w jakim domu mieszka Celeste... No cóż, sama nigdy się nie dorobi basenu, ale bardzo chętnie skorzysta z tego należącego do siostry.
Celeste nie zawsze wyrażała na to zgodę. Prawda była jednak taka, że Celeste nie zawsze wiedziała. Odkąd nieopatrznie (i zapewne nieświadomie) umożliwiła Chrissy poznanie kodu do wyłączania alarmu, ta bardzo chętnie używała go, by dostać się do ogrodu. Nigdy nie wchodziła do domu, nie czuła takiej potrzeby; może była życiową ofermą, ale nie na tyle, by okradać własną siostrę, nawet z mleka z lodówki. Po prostu lubiła pływać, a baseny w tym mieście kosztowały, okej? Była grzeczna. Nawet nie sikała do wody. Niczym się nie smarowała przed wejściem i związywała włosy, bo sama nienawidziła, jak potem pojedyncze pływały na powierzchni i przylepiały się do jej ciała. Było to o b r z y d l i w e.
Zazwyczaj zakradała się nocą, albo wtedy, gdy wiedziała, że Celeste nie będzie dłużej w mieście. I tak dziwiło ją, że siostra nigdy jej nie przyłapała na gorącym uczynku. Czy wiedziała? Chrissy nie miała pojęcia. Tamta nigdy nie zaczęła tematu, ale nie zdziwiłoby jej, gdyby Cel miała kamery, albo w swojej pedantyczności dostrzegła zgniecione butem siostry źdźbła trawy.
Wybiła pierwsza w nocy, kiedy Chrissy sprawnym ruchem ściągnęła z siebie czerwony t-shirt i jeansowe szorty. Już wcześniej czuła na skórze chłód nocy, który o tej porze roku był już całkiem dotkliwy, ale teraz włosy na rękach stanęły jej dęba. Sezon basenowo-ogródkowy zdecydowanie zbliżał się do końca. Być może to jej ostatni taki wypad w tym roku, kto wie. Nie zamierzała jednak rezygnować - po krótkiej rozgrzewce przykucnęła przy brzegu basenu i ostrożnie spuściła nogi do wody. Była pewna, że w razie czego siostra i tak puściłaby jej to wszystko płazem, ale nie zamierzała kusić losu, generując niepotrzebny hałas. Woda była okropnie zimna - Chrissy syknęła pod nosem i odczekała chwilę, aż pierwszy szok minie. Zaraz jednak zanurzyła resztę ciała i zanim dotarło do niej, że to wcale nie był dobry pomysł, zaczęła sunąć wzdłuż basenu, harmonijnie tnąc ramionami wodę.

Celeste Williams
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
konewka
lanie wody, sterowanie moją postacią, brak tworzenia punktów zaczepienia dla odpowiedzi, stanie w miejscu z akcją
40 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
let the darkness embrace me. i have survived worse things than being unseen.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
Chrissy Williams


Posiadłość Williams nigdy nie była w stu procentach pusta.
Nawet wtedy, kiedy Celeste znikała z niej na kilka dni, ktoś zawsze pozostawał po drugiej stronie ciężkich drzwi, marmurowych korytarzy i automatycznych świateł uruchamiających się przy najmniejszym ruchu. Agnes bywała w domu do późnych godzin wieczornych. Nie według sztywnego grafiku, bo jej praca nigdy nie potrzebowała podobnej dekoracji, lecz zgodnie z tym, co w danym tygodniu uznawała za stosowne. Czasem zostawała dłużej, czasem znikała niemal zaraz po powrocie Celeste. Oficjalnie zajmowała się domem. Nieoficjalnie Celeste od dawna zakładała, że zajmuje się również własnym życiem, które tylko częściowo pokrywało się z tym, co mówiła jej pracodawczyni.
Nie pałała do Agnes sympatią. Nie był to nawet rodzaj niechęci wystarczająco gwałtownej, żeby zasługiwał na prawdziwy konflikt. Celeste zwyczajnie nie lubiła jej obecności. Nie ufała jej w sposób, w jaki nie ufa się ludziom, którzy zbyt dobrze wiedzą, jak wygląda cudzy dom wtedy, gdy jego właściciela w nim nie ma. Agnes była zbyt obserwująca, zbyt oszczędna w słowach, a przy tym miała ten rodzaj pozornej skromności, za którym często kryło się bardzo wiele informacji. Nie pytała o rzeczy, których nie musiała pytać. Za to wiedziała o rzeczach, o które nikt jej nie prosił, by wiedzieć.
Celeste nie była jednak na tyle naiwna, żeby zakładać, że pod jej nieobecność gosposia ogranicza się wyłącznie do ścierania kurzu, zmiany pościeli i ustawiania rzeczy na swoich miejscach.
Wiedziała, a przynajmniej podejrzewała, że Agnes potrafiła wpadać do domu w godzinach, w których teoretycznie nie powinna tego robić. Potrafiła zostać chwilę dłużej. Otworzyć szafkę, której nie musiała otwierać. Zajrzeć tam, gdzie niczego nie powinna szukać. Posługiwać się przestrzenią Celeste z odrobinę zbyt dużą swobodą, jakby z czasem zaczęła traktować ją nie jak miejsce pracy, lecz jak miejsce, do którego uzyskała jakiś niewypowiedziany rodzaj dostępu.
Celeste nie miała dowodu na nic większego. I prawdopodobnie dlatego Agnes wciąż tam pracowała. Jeśli robiła coś, czego nie powinna, musiało to być na tyle błahe, że nie zasługiwało na uruchamianie całej procedury wymiany personelu, sprawdzania referencji, prowadzenia kolejnych rozmów i uczenia następnej osoby reguł panujących w domu. Celeste nie miała zwyczaju zwalniać ludzi dla samego faktu, że działali jej na nerwy. Nawet irytacja miała dla niej swoją cenę, a każda decyzja powinna być proporcjonalna do problemu.
Poza tym Agnes była przewidywalna. To, paradoksalnie, było więcej warte niż sympatia. Celeste wiedziała mniej więcej, czego się po niej spodziewać. Wiedziała, jak pracuje, jak porusza się po domu, które pomieszczenia omija, które lubi, o których wspomina za dużo i kiedy zaczyna zadawać pytania, których nie powinna zadawać. Człowiek, którego schemat znało się wystarczająco dobrze, był znacznie mniej niebezpieczny od kogoś nowego.
Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy Celeste zauważyła, że Agnes przestała być jedynym dodatkowym użytkownikiem jej domu. Od pewnego czasu pojawił się jeszcze jeden szkodnik. Tym razem znacznie bardziej znajomy.
Oczywiście, że w i e d z i a ł a.
Wiedziała o każdym razie, kiedy Christine pojawiała się pod jej domem pozornie bez celu. O momentach, kiedy między jednym niewinnym „hejka” a drugim znikała na tył posesji, jakby sama długość drogi od frontowych drzwi do basenu miała wystarczyć za pozwolenie. Wiedziała o każdej próbie wślizgnięcia się do środka pod pozorem zwykłej wizyty, o każdej kurtce czy swetrze pozostawionym po drodze tam, gdzie akurat Chrissy uznała za wygodne je rzucić. Wiedziała też o kilku przypadkach, kiedy siostra nawet nie zadawała sobie większego trudu, by udawać, że przyszła do niej.
Przyznawała jej jedno. Christine całkiem dobrze radziła sobie z wkradaniem się.
Gdyby Celeste nie należała do ludzi, dla których zarówno w domu, jak i w pracy absolutnie nic nie powinno dziać się bez ich wiedzy, może rzeczywiście nie zwróciłaby uwagi na regularność tych wizyt. Chrissy była wystarczająco niefrasobliwa, żeby nie wyglądać jak ktoś, kto coś ukrywa. To właśnie czyniło ją trudniejszą do zauważenia. Nie zachowywała się jak złodziej. Raczej jak ktoś, kto dawno uznał, że pewne drzwi są otwarte tylko dlatego, że są drzwiami.
Różnica między nią a Agnes była jednak zasadnicza. Christine może i nie miała prawa bez pytania korzystać z cudzej posiadłości i urządzać sobie kąpieli w basenie, ale była siostrą Celeste. Miała do tego domu o wiele większe prawo niż gosposia, która zaczynała traktować cudzą własność jak przestrzeń częściowo należącą również do niej.
Ludzie jednak mieli długie języki. Zwłaszcza ci, którzy własne występki próbowali usilnie przykryć cudzymi. Tym sposobem Celeste upewniła się, że z jej domu nadprogramowo korzystają już dwie osoby. I żadnej z nich nie przeszkadzało szczególnie to, że właścicielka domu doskonale o tym wiedziała.

Ostatnie dni należały do tych, które męczyły bardziej przez swoją długość niż intensywność pojedynczych wydarzeń. Ból żeber nie ustępował całkowicie. Oddychanie bywało nieprzyjemne, czasem płytkie, czasem wymagające świadomego pilnowania każdego głębszego wdechu. Do tego dochodziła bezsenność, która po kilku nocach przestawała już przypominać zwykłe zmęczenie, a zaczynała być osobnym stanem świadomości. Celeste funkcjonowała wtedy na czymś pomiędzy przyzwyczajeniem a czystą dyscypliną.
I właśnie dlatego praca działała na nią lepiej niż odpoczynek. Odpoczynek wymagał zaufania do własnego organizmu. Pracy można było zaufać, bo miała liczby, terminy, raporty i konsekwencje. Tabele nie pytały, czy boli. Umowy nie interesowały się tym, czy spała trzy godziny, czy cztery. Masywne biurko i skórzany fotel za nim dawały jej coś, czego nie dawało żadne łóżko – poczucie sprawczości. Choćby pozornej. Wystarczało, że mogła zdecydować, który dokument trafi najpierw na ekran, kogo należy odpisać, który parametr w tabeli wymaga korekty, a który członek zarządu powinien poczekać na odpowiedź jeszcze godzinę.
Była udziałowcem większościowym jednej z najlepszych firm inwestycyjnych w Toronto. Przywykła do tego, że ludzie przychodzili do niej z problemami po to, by wyjść z decyzją. Nie musiała podnosić głosu, żeby mieć ostatnie słowo. Nie musiała powtarzać poleceń. Jeżeli coś zostało postanowione, zaczynało po prostu obowiązywać.
Dlatego kiedy pierwotny plan zakładał trzy dni w Ottawie, Celeste potraktowała go jak każdy inny punkt terminarza. Wyjazd. Spotkania. Przejęcie klienta z konkurencyjnej firmy inwestycyjnej. Dopięcie warunków, które wymagały jej osobistego udziału. Powrót do Toronto po 72 godzinach.
Ottawa nigdy nie była jej szczególnie po drodze. Nie lubiła jej do końca nawet wtedy, kiedy obiektywnie nie miała ku temu powodu. Miasto miało swoją elegancję, swoje oficjalne przestrzenie, swój chłodniejszy, instytucjonalny rytm, ale Celeste nie przepadała za nim również z bardziej osobistego powodu – nie lubiła własnej obecności tam. Nie lubiła tego, jak wyglądała w pewnych miejscach, jak przyciągała uwagę i jak łatwo czasami cudze spojrzenia stawały się częścią przestrzeni, w której chciała pozostać wyłącznie obserwatorką.
Tym razem jednak to nie Ottawa zdecydowała za nią. Plany zmieniły się szybciej, niż zdążyła się do nich przyzwyczaić. Jedno spotkanie skończyło się wcześniej. Kilka spraw, które miały wymagać osobistego dopilnowania, zostało przeniesionych na zdalne rozmowy. Pozostałe kwestie były już wystarczająco ustalone, żeby dalsze siedzenie w hotelu nie miało większego sensu.
Celeste mogła zostać. Nie chciała. Powrót do domu wydawał się jej znacznie rozsądniejszy niż kolejna noc w hotelowym pokoju, który wyglądał identycznie jak sto innych pokoi w stu innych miastach. Ostatecznie dom był jednym z niewielu miejsc, w których nawet własne milczenie należało wyłącznie do niej.
Podróż minęła jej niemal bez słów. Przez znaczną część drogi miała laptop otwarty na kolanach, choć od kilku godzin nie czytała już niczego naprawdę uważnie. Otwierała kolejne maile, przesuwała wzrokiem po tabelach, odkładała telefon, znów po niego sięgała. Za oknem przesuwały się światła, ciemne połacie drogi i pojedyncze refleksy mijanych samochodów. W samochodzie było cicho, poza jednostajnym szumem silnika.
Tony nie próbował tej ciszy przerywać. Był jednym z niewielu ludzi, którzy rozumieli, że Celeste nie potrzebowała rozmowy tylko dlatego, że przez trzy godziny siedziała obok drugiego człowieka. Dopiero kiedy światła Toronto zaczęły coraz częściej pojawiać się za szybami, telefon na jej dłoni wygasł.
Celeste podniosła wzrok. Czuła zmęczenie w karku i nieprzyjemne napięcie między żebrami, ale nie zamierzała komentować ani jednego, ani drugiego.
Późno w nocy snopy świateł Range Rovera przecięły ciemność podjazdu. Tony zwolnił, skręcając w stronę domu.
– Jesteśmy na miejscu, szefowo.
Głos kierowcy wyrwał ją z zamyślenia. Ekran telefonu oświetlał jej twarz bladym, jasnoniebieskim światłem. Uniosła spojrzenie i przez chwilę patrzyła na odbicie Tony'ego w lusterku.
Skinęła głową.
– Dobrze. Zaparkuj auto i możesz wracać do domu.
Tony zawahał się tylko na moment.
– Jutro też przyjechać?
Celeste otworzyła drzwi. Jedna noga znalazła się już na zewnątrz. Chłodne powietrze przesunęło się po odkrytej skórze, a ona zatrzymała się jeszcze na chwilę. Pokręciła głową.
– Tony, wiesz, że do biura jeżdżę sama.
– Wiem, wiem. Wolałem jednak zapytać...
– Dobranoc, Tony.
– Dobranoc, szefowo.
Wysiadła. Tony poczekał, aż drzwi się zamkną, wyprowadził samochód w odpowiednie miejsce, a kiedy został tylko na moment z włączonym silnikiem i światłami odbijającymi się od elewacji, pożegnał ją krótkim ruchem dłoni. Chwilę później samochód zniknął z podjazdu.
Celeste została sama. Tak przynajmniej wtedy sądziła. Ruszyła w stronę masywnych, mosiężnych drzwi. Wpisała kod. Podwójny, charakterystyczny sygnał rozległ się w ciszy i zabrzmiał niemal absurdalnie ceremonialnie.
Światła zareagowały niemal natychmiast. Zaświeciły się w przedpokoju, potem kolejne, gdy przechodziła dalej. Zaraz po przekroczeniu progu ściągnęła buty na obcasie. Ujęła je za zapiętki palcem wskazującym i środkowym lewej ręki, jakby wykonanie tej czynności było czymś, czego nie chciało jej się już nawet analizować. Torbę przewieszoną przez prawe przedramię poprawiła bezwiednie i ruszyła w głąb domu.
Marzyła o gorącej kąpieli. Potem o papierowym wydaniu Dostojewskiego. Nie o telefonie, nie o mailach, nie o kolejnej rozmowie. O kilku cichych stronach czegoś, co nie wymagało od niej podejmowania decyzji.
Bose stopy miękko uderzały o posadzkę. Chłód kamienia przesuwał się pod podeszwami i, wbrew wszystkiemu, przynosił ulgę. Po wielu godzinach spędzonych na obcasach zimna posadzka wydawała się niemal kojąca. W domu było cicho, tak cicho, że Celeste przez chwilę mogła uwierzyć, że rzeczywiście jest sama.
Dopóki tego nie usłyszała. Rytmicznego dźwięku. Nie szumu. Nie deszczu.
Wody.
Zatrzymała się. Jej spojrzenie samo powędrowało w stronę tarasu. Przez szyby zobaczyła zarys basenu i coś poruszającego się w jego wodzie. Ktoś w nim pływał. Celeste przez chwilę po prostu patrzyła. Nie była szczególnie zaskoczona.
Odłożyła buty i torbę na kanapę w pogrążonym w półmroku salonie. Potem bez pośpiechu podeszła do drzwi tarasowych. Za szybą widziała tylko czubek włosów, który co kilka sekund znikał pod wodą i znów pojawiał się na powierzchni. Kolejne długości basenu. Powtarzalny ruch. Zupełny brak świadomości tego, że właścicielka domu właśnie wróciła.
Celeste przesunęła wzrok na zegarek. Późno. Naprawdę późno. To było nawet zabawne. Przynajmniej przez krótką chwilę.
Otworzyła drzwi i wyszła na taras. Chłodne powietrze natychmiast dotknęło jej skóry. Ruszyła wolno w kierunku basenu. Po drodze sięgnęła po papierosa. Wsunęła go między wargi i przez chwilę próbowała zapalić.
Raz.
Nic.
Drugi raz.
Znów tylko krótkie trzasknięcie zapalniczki i nikły błysk.
Dopiero za trzecim razem płomień przylgnął do końcówki, która rozżarzyła się na czerwono. Celeste zaciągnęła się spokojnie. Przystanęła na skraju basenu. Kobieta w wodzie wciąż jeszcze jej nie zauważyła. To było być może najbardziej charakterystyczne dla Chrissy – potrafiła korzystać z cudzego domu z takim przekonaniem, jakby samo przekonanie miało stanowić wystarczające upoważnienie.
Celeste przyglądała się jej jeszcze przez chwilę. Nie spieszyła się. W końcu Chrissy dopłynęła do brzegu, praktycznie pod same jej stopy. Dopiero wtedy Celeste nachyliła się nad nią, opierając łokieć na ramieniu, które owijało się wokół jej własnej talii w swobodnym geście. Z papierosa unosił się cienki dym. Jej twarz pozostawała spokojna.
– Dobrze się bawisz, Chrissy? – zapytała cicho. Dym wypłynął spomiędzy jej ust i na moment zawisł między nimi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”