ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
186 cm
nauczyciel riverdale collegiate institute
Awatar użytkownika
when you look at the stars, do you see anything?
is it anything like what you thought it would be?
(...) i’ll think of you if you think of me
the way the sky thinks of the sea
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oh, we've traveled the seas, we've ridden the stars
We've seen everything from Saturn to Mars
As much as it seems like you own my heart
It's astronomy, we're two worlds apart




Saturn (♄ | a = 9.58 AU | P = 29.46 yr) miał pierścienie.
Oczywiście, że tak. Dla kogoś, kto na studiowaniu ciał niebieskich dosłownie zjadł przysłowiowe zęby, było to stwierdzenie tak banalnie proste, że Salomon Dykman nie poświęciłby mu zapewne ani jednej dodatkowej myśli, gdyby nie fakt, że ten konkretny Saturn, na którego natknął się parę dni temu, miał ich dwadzieścia trzy.

Dwadzieścia. Trzy.

Sally policzył je dokładnie, wodząc palcem po chropowatej powierzchni wywieszonego przed nim plakatu.
Nie tak od razu, rzecz jasna. Na początku zdążył jedynie zwolnić kroku pomiędzy regałem z literaturą popularnonaukową a działem, który początkowo próbował omijać szerokim łukiem, a ostatecznie zaczął ku niemu jakoś grawitować niby ćma frunąca ku płomieniowi świecy. Do księgarni wszedł tamtego popołudnia po jedną, konkretną pozycję, której tytuł brzmiał, jeśli Sal miałby go sobie przypomnieć, mniej więcej jak: "Kto ukradł moje serce? Jak pokochać siebie po rozwodzie" (chociaż równie dobrze mogło być to "Życie zaczyna się po czterdziestce", "Samotność to nie wyrok", czy jeszcze inna z tych pozycji, jakich okładki utrzymane były w uspokajających odcieniach błękitu i złota, a autorzy najwyraźniej zakładali, że starzejącego się mężczyznę po rozpadzie małżeństwa najbardziej pocieszy świadomość, że jego osobista katastrofa mieści się w dwunastu rozdziałach i kosztuje jedynie dwadzieścia cztery kanadyjskie dolary i dziewięćdziesiąt dziewięć centów).
Był uzbrojony w dwa numery National Geographic, pomiędzy które zamierzał wsunąć haniebny zakup, nawet przed samym sobą nie musząc się tym samym przyznać jaką tragikomedią stało się jego życie. Musiał się wręcz powstrzymywać (wyłącznie z szacunku do innych klientów księgarni), żeby nie zacząć przy tym wszystkim pogwizdywać sobie pod nosem, jak złodzieje w kreskówkach, próbujący ukryć swoje pożałowania godne czyny przed wzrokiem widzów. Szedł powoli, ze wzrokiem sunącym wzdłuż obwolut na sąsiednich półkach.
I właśnie wtedy zobaczył Saturna.

Planeta widniała na plakacie przytroczonym do tablicy korkowej, wyrysowana dorosłą ręką w miłym dla oka, modernistycznym stylu. Nad nią rozciągał się tytuł powieści, pod nim imię i nazwisko, autorki. Jeszcze niżej: informacja o spotkaniu z pisarką, i mającej nadarzyć się za parę dni okazji, by zdobyć jej podpis na zakupionym tego samego dnia egzemplarzu.
Sally powinien był pójść dalej. Przecież tego typu eventy organizowano w księgarniach dosłownie bez przerwy, i jakoś nigdy nie przykuwały one jego uwagi na dłużej niż pół sekundy.
Zamiast tego, blondyn cofnął się o krok, i ostrożnie podszedł bliżej.

Dwadzieścia trzy.

— Tato, bo więcej jest ładniej!

Rory miała wtedy sześć, może siedem lat. Pamiętał ją jak dzisiaj, siedzącą przy kuchennym stole z koniuszkiem języka wysuniętym w skupieniu spomiędzy warg i kredkami świecowymi rozsypanymi po blacie. To właśnie tego dnia Sal popełnił podstawowy błąd każdego rodzica będącego jednocześnie naukowcem: spróbował posłużyć się własną wiedzą i cierpliwie wyjaśnić dziecku, że w rzeczywistości Saturn posiada tysiące pierścieni składających się z niezliczonych drobin lodu i skał.
Aurora wysłuchała go z uwagą. A potem domalowała następne cztery. I kolejne trzy.

Bo więcej było ładniej.

Sal pamiętał ten rysunek.
Co gorsza, pamiętał go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jeden z pierścieni po lewej stronie był grubszy od pozostałych, bo Rory złamała wtedy fioletową kredkę i próbowała zamalować powstałą plamę. Pamiętał krzywą gwiazdę w prawym górnym rogu kartki. Pamiętał nawet, że planeta była pomarańczowa, ponieważ żółta kredka zaginęła gdzieś pod lodówką. Nie pamiętał natomiast, żeby kiedykolwiek widział nazwisko znajdujące się teraz pod nią na plakacie. Zmarszczył brwi, i przez kolejne kilka minut stał więc przed plakatem, usiłując znaleźć najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie sytuacji.
Może - już nastoletnia - Rory zgłosiła rysunek do jakiegoś konkursu? Może Diane oddała go jakiejś przyjaciółce? Może ktoś znalazł w Internecie ilustrację tak podobną, że jego czterdziestotrzyletni mózg, najwyraźniej coraz bardziej zdeterminowany, żeby zrobić z niego sentymentalnego idiotę, dopowiedział sobie resztę? Może, do cholery, wszystkie sześcioletnie dzieci rysowały Saturnowi dwadzieścia trzy pierścienie?

Mimo świadomej decyzji, by o tym dziwacznym zdarzeniu zapomnieć, Sal nie zapomniał dzisiejszej daty. Po prostu została mu w głowie, kompletnie nieproszona, tak samo jak nazwisko autorki i godzina spotkania i informacja, że po rozmowie przewidziano możliwość zdobycia podpisanego egzemplarza. Mimo, że informacje te trwały mu w głowie uparte jak halucynacje, Dykman nie sprawdził ich w internecie. Jakąś częścią siebie, podjął jednak decyzję, że nie odpuści dopóki nie rozwiąże tej absurdalnej zagadki. Musiało przecież istnieć jakieś rozsądne wyjaśnienie. Prawda?

Gdy parę dni później świadomie przełożył wszelkie plany, i ostatecznie ponownie stawił się na progu księgarni, najpierw uderzyły go panujące wewnątrz ciepło, zapach papieru i kawy. Potem dźwięk: ten charakterystyczny rodzaj gwaru, który nie przypominał prowadzonej jednym ciągiem rozmowy, tylko raczej nakładające się na siebie warstwy szeptu; szuranie butów, szelest przewracanych kartek, ciche i krótkie wybuchy chichotu tłumione tak odruchowo, jakby pomimo braku bibliotekarza wszyscy nadal bali się, że ktoś każe im być ciszej.
Sal rozpiął kurtkę zarzuconą na ramiona na wszelki wypadek, gdyż niebo od rana straszyło ciężarem chmur, brunatniejących coraz bardziej z każdą godziną. Odruchowo przeczesał włosy złośliwie wpadające w sąsiedztwo powiek. Zamrugał, lokalizując wzrokiem starannie ustawione stosy książek, wszystkich o identycznych okładkach. Kilkaset Saturnów przysłaniających sylwetkę siedzącej za stołem autora kobiety. Dostrzegł linię jej ramienia. Dłoń przesuwającą podpisany egzemplarz w stronę stojącej przed stołem czytelniczki. Potem jasne włosy okalające linię policzka. Zrobił kolejny krok. I dopiero potem zamknął w polu swojego widzenia
znajomą
twarz.
Sal zastygł.
Przez krótką, absurdalną chwilę jego umysł zachował się dokładnie tak, jak zachowywał się podczas eksperymentów, kiedy wynik był tak bardzo niezgodny z oczekiwaniami, że zamiast zaakceptować dane, człowiek najpierw zaczynał szukać błędu w aparaturze. Spojrzał na Diane. Potem na książkę. Na plakat zaczepiony na stelażu obok stołu. Później - znów na swoją byłą żonę.
Przecież było to n i e m o ż l i w e ?
A jednak. Jego Diane — nie, poprawka, jego była Diane — siedziała za stołem pod cudzym nazwiskiem i składała podpis na książce z rysunkiem ich córki na okładce. Sal patrzył na nią w mieszaninie zdumienia i czegoś jeszcze, jakiejś emocji, której nie był w stanie nazwać. Zaraz potem dopadła go silna potrzeba odwrócenia się na pięcie i wyjścia, zanim Diane podniesie wzrok, ale gdy mózg przesłał sygnał do rdzenia kręgowego i do nóg, było już za późno.
Ich spojrzenia przecięły się jak linia lotu dwóch komet; prawie usłyszał huk, i dostrzegł iskry, które wiązałyby się z takim zdarzeniem w kosmosie. Powinien był wiać, a jednak ciało przejęło kontrolę, nakazując mu zwyczajnie porwać z najbliższego stosiku pierwszy lepszy egzemplarz jej książki, i ustawić się w całkiem okazałej kolejce do spotkania z pisarką.

Diane Walker
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bookland”