ODPOWIEDZ
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

this is a battle i'm not willing to loose
it'll be worth if it my ghost is yours
Tam, gdzie nie było obrazów, noc przekształciła się w szereg doznań.
Pulsujący ból w czaszce, którego żadna ilość snu nie potrafiła wyprzeć. Wrażenie dyskomfortu zlokalizowane gdzieś w jego boku, przez które każda korekta pozycji na miękkiej kanapie czyniła to doświadczenie dużo trudniejszym do zniesienia. Inny rodzaj ciszy, który wypełnił jego gabinet gdy odległe dudnienie klubowej muzyki wreszcie ustało, a Rapture zostało zamknięte.
I gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi doznaniami, jak cierń wbity w jego drugi bok tkwiła świadomość tego, że j e j już tu nie było.
Pustka, która wcześniej mu nie doskwierała, do której był wręcz przyzwyczajony, a której teraz nie sposób było ignorować. Chłód, który wtargnął w miejsce, w którym wcześniej tkwiły jej palce i uda. Odległe echa rozmowy, przetwarzane przez jego otumaniony umysł w sposób niepodlegający jego świadomości.
Wiedział, że nie zamierzała spędzić przy nim całej nocy. Sam, własnoręcznie, kazał jej wrócić do domu bezpiecznie.
A jednak od chwili, w której zniknęła, jego noc była przewracaniem się z boku na bok w chwilach tymczasowej świadomości i tym ciągłym przeświadczeniu, że między nimi tkwiło coś niedokończone.
Świt był faktycznie świtem, gdy pierwszy raz zmusił swoje obolałe, skostniałe ciało do podniesienia się. Skierował je prosto do wciąż tkwiących na swoich posterunkach ochroniarzy z pytaniem, czy odwieźli pannę Haze do jego mieszkania.
Oczywiście, że nie spełniła jego prośby.
Z irytacją dochodził do wniosku, że Violet była ekwiwalentem czarnego kota, łażącego wyłącznie własnymi ścieżkami w swojej chorobliwej wręcz potrzebie samodzielności - tyle, że ten kot jednocześnie posiadał naturalny talent wpadania pod koła samochodów bądź buty osób, które były mu nieprzychylne.
Cóż, przynajmniej ten kot całkiem nieźle gotował.
Jego emocje nie były wystarczająco rozwinięte by skutecznie przeanalizować poprzednią noc. Miotały się gdzieś między tym szarpiącym, gorącym uczuciem w jego klatce piersiowej gdy wspominał jej śmiech i troskę, z którą się nim zajęła, a frustracją wywołaną swoim brakiem odpowiedniej przytomności, która tej nocy była mu potrzebna do niepierdolenia najgłupszych rzeczy, jakie dotychczas opuściły jego usta.
Przyniesiony mu obiad był pierwszym, czym wypełnił żołądek roztrząsając to wszystko nim ruszył do wyjścia, zamierzając resztę tego dnia spędzić z dala od tego pieprzonego klubu - tym bardziej, jeśli gabinet miał być pod jego nieobecność wysprzątany.
I choć nigdy nie spoczęła choćby na krawędzi jego łóżka, gdy padł na własną pościel i ona wydawała mu się zbyt chłodna, zbyt pusta.
Z samego rana było godziną dwunastą.
Nie dlatego, że dopiero wtedy zwlekł się z łóżka po raz drugi. Dlatego, że w kontraście do stanu, w którym go spotkała poprzedniego wieczoru, czuł głęboką potrzebę doprowadzenia się do porządku. Jednocześnie ta szczerość, którą obiecała mu w środku nocy gdy nie będzie już naćpany, wsunęła w jego obolałe ciało niespodziewaną ilość energii.
Zignorowanie słów naćpanego mężczyzny i wrócenie do domu samotnie nie miało wielkiego znaczenia.
Było jednak doskonałym pretekstem do czegoś, co w jego oczach było oczywiste i zrozumiałe - m u s i a ł ją zobaczyć.
Gdy dwunasta wreszcie wybiła, tkwił przed drzwiami jej mieszkania na wypizdowie w świeżej koszuli i eleganckich spodniach. Jedyne ślady poprzedniej nocy obecne na jego twarzy były podkrążonymi oczami, kolorowym plastrem na jego skroni i fioletowym siniakiem wypływającym spod opatrunku na otaczającą skórę.
Liczył na to, że tkwiące w jego dłoni dwa kubki kawy skutecznie ten widok zamaskują.
- Ostrzegałem - wyrzucił z siebie natychmiast, gdy tylko drzwi zaczęły się uchylać, nim jeszcze ją dostrzegł. Może zbyt szybko, może zbyt idiotycznie.
Może nie potrafił przy niej zachowywać się tak, jak powinien.

here kitty kitty
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej noc nie skończyła się ani gdy dotarła do domu, ani też gdy skuliła się na własnym łóżku. Wina przeciągnęła się za nią przez całą drogę od Rapture, uczepiona jej własnych palców, pamiętających miękkość włosów Monroe, echem ciepła jego oddechu, rozbijającego się na jej skórze i wspomnieniem ciężaru spoczywającego tak spokojnie, tak u f n i e na jej kolanach.
Jej spojrzenie trzymało się cały czas pogrążonego w półmroku sufitu. Myśli pędziły szybko, zdecydowanie zbyt szybko; a mimo całego tego chaosu, jej sumienie znajdowało sposób, aby nie pozwolić się rozmyć przez nic. Dotkliwie przypominało o tym, jak okropną była osobą. To nie sama sytuacja była okropna – nie fakt, że o jej smutne życie zaczepił się jeszcze półświatek, wyrywając pod groźbą siostrę. To ona była okropna przez wybory, jakie świadomie podejmowała.
Wilgoć przesuwająca się wzdłuż skroni uświadomiła jej, że płacze. Choć ciężko było mówić o płaczu, kiedy oddech miała spokojny, twarz nieruchomą, nic nie targało jej ciałem w kolejnych spazmach. Łzy, jedna po drugiej, powoli wypływały spod powiek. Nie pamiętała, kiedy ostatnio w ogóle prawdziwie płakała. Zawsze wszystko dusiła w sobie tak długo, pozostając silną, nie chcąc się użalać, aż w końcu jej ciało decydowało za nią, że ma dość i wylewało nadmiar tej goryczy kropka za kroplą.
Otarła policzek dłonią, później drugi, trzeci nawet, ale po kilku minutach przestała z tym walczyć.
Było tego po prostu za dużo.
Zbyt dużo strachu, ulgi, jego dłoni zamkniętej wokół jej palców i tego, jak spokojnie przy niej zasnął. Jego chcę ciebie, którego coraz trudniej było zrzucić wyłącznie na narkotyki w obliczu tego co dla niej robił, i własnej świadomości, że chciała być tą osobą, którą wybierał.
Zasnęła może na godzinę, a może mniej, a kiedy później otworzyła oczy, ta sama noc nadal została w nich widoczna w lekkiej opuchliźnie powiek, delikatnej czerwieni oczu i ciężarze który czuła w na własnych barkach; dowodach, których nie zdołała zmyć z siebie ani prysznicem, ani przepędzić poranną kawą. Choć może to przez fakt, że nawet jej nie tknęła.
Pierwszy dzwonek świadomie zignorowała. Drugi i trzeci zamierzała. Czwarty zaczął ją swoją uporczywością denerwować, więc podeszła do drzwi i otworzyła je szarpnięciem. Zanim całkiem je rozchyliła, skuliła się niemal natychmiast słysząc tembr j e g o głosu. Strach skutecznie wślizgnął się w jej sylwetkę, już nie na ułamek sekundy – bo nie zdążyła go przepędzić błogą świadomością, że nie stała naprzeciwko kogoś, kogo nie powinna się obawiać. Bała się tego, co sama zrobiła ze wszystkim, co od niego dostała.
Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy szybko, wręcz zachłannie, choć zaraz sama przed sobą próbowała sprowadzić tę kontrolę wyłącznie do oceny jego stanu. Wzrok zsunął się niżej, po linii ramion i klatki piersiowej ukrytej tym razem pod świeżą koszulą; zatrzymał na moment w miejscu, w którym poprzedniego wieczoru opatrywała ranę, choć materiał nie pozwalał jej ocenić niczego więcej.
Ale wyglądał lepiej. Przeklęła tę ulgę, którą poczuła w reakcji na tę obserwację.
— Monroe — mruknęła zamiast powitania, z czymś między niedowierzaniem a zmęczeniem, którego nie była dzisiaj w stanie całkowicie ukryć. Zamierzała przed nim oczywiście udawać, że ta noc nie różniła się niczym od każdej innej, jednak własna twarz zdecydowanie nie zamierzała z nią współpracować.
Zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, desperacko wepchnęła w tę ciszę pomiędzy nimi kolejne słowa, byle ustawić tor rozmowy na coś zupełnie innego, niż ewentualna analiza jej reakcji czy wyglądu.
— Co ty tutaj robisz? — To pytanie było oczywiście bardzo głupie. Wiedziała przecież, co robił; pamiętała dobrze tę jego groźbę, którą jeszcze poprzedniego wieczoru miała czelność komentować i zaczepić. Ścisk pojawił się na wysokości żołądka, wcale nie przyjemny. — Wróciłam do domu swoim samochodem — dodała, jak gdyby to miało cokolwiek zmienić w jej sytuacji złamanych warunków ich wspólnej umowy.
Swoim samochodem. Tym samym samochodem, którego naprawdę zorganizował, choć o to nawet nie poprosiła. Dotarło do niej że ułamki obecności Monroe powoli zaczynały znajdować się wszędzie w jej skromnym życiu, przypominając o jego istnieniu, a przede wszystkim: jaki był dla niej. I to była jej, wyłącznie jej własna wina.
debt man walking
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciepło rozlało się wzdłuż jego kręgosłupa gdy stanęła w przejściu. Jego wzrok zatrzymał się na dłoni, która chwyciła framugę by później pomknąć wzdłuż jej smukłego ramienia do znajomego widoku burzy ciemnych włosów okalających jasną twarz.
Twarz, w której dostrzegł nieprawidłowość.
Z początku nie wiedział czym była. Jego spojrzenie przesuwało się po znajomych krzywiznach, porównując położenie każdego pieprzyka na gładkiej cerze z tą mapą, którą zdążył stworzyć, a która wyryła się już w jakimś miejscu w jego mózgu. Wszystko było na swoim miejscu, Violet wciąż byłe j e g o Violet.
Dopiero jedno uderzenie serca później dostrzegł drobne różnice. Zaczerwienienie w kącikach spuchniętych oczu. Lekkie drżenie wargi, która zwykle spoczywała w neutralnym wyrazie bądź wyginała w bardziej lub mniej przekonującym uśmiechu.
W miejscu, w którym wcześniej czuł wyłącznie jej łagodną obecność rozlewającą się po swoim ciele, teraz pojawiło się zaniepokojenie. Jego brwi zmarszczyły się lekko w bezwiednym odruchu, choć powstrzymał obecne w nim pragnienie natychmiastowego wykazania troski. Słowa Haze, zdecydowanie zbyt ostre i bezosobowe, wyraźnie sugerowały, że nie chciała, by przywiązywał tego wagę.
Wydawała się wręcz zaskoczona tym, że spełnił swoją groźbę obietnicę.
- Tylko jedno z nas zaliczyło bliskie spotkanie z nożem wczoraj - zauważył oględnie, przekrzywiając głowę. Wciąż tkwił w progu, walcząc z wrodzoną potrzebą wepchnięcia się w miejsce, w którym chciał przebywać, zamiast tego czekał na jej przyzwolenie. - Więc dlaczego oboje wyglądamy jak gówno?
Gówno było ostatnim określeniem, którego kiedykolwiek użyłby w jej kontekście. Jej twarz mogła być spuchnięta od łez, mimika wykrzywiona w wyrazie niechęci bądź powściągliwości, mogła mieć na sobie wczorajsze ubrania bądź luźną piżamę i wciąż byłaby najpiękniejszą kobietą, jaką widział w całym swoim, pieprzonym życiu.
Czego, naturalnie, nie zamierzał wypowiadać na głos.
- A nie przyleciałaś na miotle? - odrzucił zgryźliwie, usiłując powstrzymać się przed reagowaniem na ten d y s t a n s, który wprowadziła między nimi niemal natychmiast, lecz przegrywając batalię przed cisnącą się na jego usta złośliwością.
Światło na klatce schodowej zgasło pod wpływem jego bezruchu. Jakby walcząc z otaczającym mrokiem na równi ze swoją potrzebą działania, poruszył się lekko - unosząc pierwszą dłoń w górę, w której tkwiły dwa kubki.
- Kawa - rzucił krótko, jakby nie było to oczywiste, w równie głupiej odpowiedzi na głupie pytanie co tutaj robił. - Śniadanie - dodał, w krąg światła padający z jej mieszkania unosząc kolejną dłoń. Palce zaciśnięte były na papierowej torbie, ich knykcie wciąż niosące na sobie wspomnienia wczorajszej nocy pod postacią zdartej skóry i zaczerwienienia.
- Biorąc pod uwagę to, że nawet wczoraj nie pukałaś, powinienem odwdzięczyć ci się tym samym - wytknął, wskazując podbródkiem na próg, który ich dzielił - dosłowną granicę, przy której stał, jak pieprzony wampir, niezdolny do wejścia do środka nim otrzyma werbalne pozwolenie na przekroczenie go. - Mogę? - westchnął, zmuszony do okazywania uprzejmości i wykazania się jakąkolwiek kulturą.
Zwykle było mu do tego bardzo daleko.

not a cat, but maybe a witch
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sprowadzona razem z nim do kategorii ludzi wyglądających jak gówno nie mogła się nie zgodzić, gdy myślała o samej sobie. Gorsza dla niej, w tym całym zdaniu, była świadomość, którą przyniosło – że zauważył, że wyglądała źle. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek otwarcie skomentował to jak wyglądała; teraz wolałaby, żeby również to przemilczał i przyjął jej wersję wydarzeń, że wszystko jest normalne. Podobno kłamstwo powtórzone tysiąc razy miało stać się prawdą – mógłby chociaż spróbować jej w tym pomóc.
— Akurat ty wyglądasz dzisiaj irytująco dobrze — mruknęła więc, zanim zdążyła ugryźć się w język. Odpowiedź szybko przeklasyfikowała z nieodpowiedniego na ten moment komentarza na d y w er s j ę. Wolała skupić się na nim – na tym jak on wyglądał, w obliczu ledwie kilku godzin po dramacie.
A przynajmniej dla niej był to dramat. Dla niego, najpewniej, dzień jak co dzień.
Jej spojrzenie opadło dopiero wtedy, kiedy uniósł obie ręce. Kawa. Śniadanie. Dwie kolejne rzeczy, o które nie prosiła, a które mimo wszystko znalazły się przed jej drzwiami tylko dlatego, że Vincent uznał, że powinny. Poczuła znajome już ukłucie gdzieś pod żebrami, nieprzyjemnie gorzkie, bo przecież kilka godzin wcześniej obiecała sobie, że przestanie od niego brać. Podwózki, pomocy, drobiazgów takich jak woda, kolejnych dowodów troski, które później będzie mogła układać obok siebie jak pozycje na przykrym rachunku, który zdążyła już stworzyć. Szkopuł jednak tkwił w tym, że większości z nich wcale nie oczekiwała, nie żądała, nawet nie prosiła – w szczególności troski. On po prostu je dawał, zanim zdążyła poprosić albo odmówić, a ona z czasem przestała odsuwać wyciągnięte w jej stronę dłonie.
Zgodnie z postanowieniem, że powinna przestać brać powinna była odmówić mu wejścia. To było jednak nie tyle co niegrzeczne, w obliczu tego, że stawił się pod jej drzwiami przynosząc śniadanie, co mało naturalne. A przecież, oprócz decyzji, że przestanie brać zdecydowała też, że zagra – pomimo bycia kiepską aktorką, co zweryfikował już na początku – rolę w sztuce nic się nie stało.
Rozchyliła więc drzwi, robiąc mu miejsce, przebąkując krótkie ‘przepraszam’ za ten akt niegościnności.
Pokonała z nim niedługą drogę przez, jakże przestronny, aneks kuchenny do połączonego z nim salonu i zatrzymała się przy sofie. Zdecydowanie mniejszej niż ta, na której tej nocy się wyciągnął.
— Nie musiałeś — zaczęła, coraz bardziej świadoma, że swoją rolę odgrywa co najmniej kiepsko. Nie musiał przynosić kawy, nie musiał przynosić śniadania. Ale to sprowadzało się do tego, że wcale nie musiała przynosić mu obiadu. Nie musiał, ale to zrobił. — Dziękuję — dodała pospiesznie.
Skala niezręczności, która nagle rozgościła się pomiędzy nimi, była niemal absurdalna; tym bardziej, że pozostawała całkowitym przeciwieństwem większości ich dotychczasowych spotkań. Czuła pod skórą, że na zbyt wiele sobie pozwoliła i zbyt dużo zaakceptowała. Dlatego regres był trudny. Aby nie powiedzieć – niemożliwy do przemycenia.
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim zajęła miejsce na sofie, wcześniej zapraszając go gestem do tego samego. Wybrał, w istocie, fatalny moment, bo nawet nie domknęła własnej próby rekonstrukcji, której ślady osiadały zdradziecko na jej twarzy. Kubek z kawą wzięła głownie po to, aby mieć czym zająć ręce. Poczuła też przyjemne, niemal kojące ciepło pod opuszkami, zdecydowanie za szybko i zdecydowanie niepotrzebnie kojarząc je z ciepłem, które czuła pod nimi ledwie wczoraj, gdy sunęły po skalpie i skroni Monroe.
I również gdzieś pod całą niezręcznością czaiła się jeszcze jedna, mniej wygodna możliwość. Że pamiętał. Że nie przyszedł wyłącznie po to, aby dopilnować skutków jej nocnej samowoli, przynieść kawę i udowodnić, że groźby o pojawieniu się pod jej drzwiami traktował śmiertelnie poważnie. Że pamiętał obietnicę, którą wyciągnął z niej poprzedniego wieczoru i teraz, już trzeźwy, po prostu przyszedł ją odebrać. Sama myśl sprawiła, że mocniej zacisnęła palce na kubku. Nie wiedziała, co przerażało ją bardziej – że mógł zapomnieć wszystko, co mu powiedziała, czy że pamiętał dokładnie wszystko.
— Jak się czujesz?
worst timing
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W reakcji na niewyszukany komplement jego brew powędrowała w górę w mniejszym zakresie, okaleczonym przyklejonym mu plastrem w dinozaury. Był tak niepasujący do tego, w jaki sposób odzywała się zwykle, że dostrzegł w nim tę próbę odpowiedzenia czymkolwiek innym, byle tylko nie skomentowaniem własnego stanu.
Poprzedni wieczór był w jego pamięci zlepkiem rzeczy mniej i bardziej istotnych. Na przykład: nie pamiętał tego, w jaki sposób opatrywała jego ranę, ale pamiętał dotyk jej dłoni na guzikach koszuli, którą z niego zdejmowała. Nie do końca przypominał sobie tematy ich rozmowy, poza tym, że obejmowały krzyżówki, a także byli parą, ale też nie do końca parą.
Pamiętał jej dłonie w swoich włosach. Zaufanie, którym go obdarzyła i wagę, jaką ze sobą niosło.
Pamiętał panikę, gdy zasugerował, by mogła się obok niego położyć. Szczerość, którą mu zaoferowała, ale był zbyt naćpany by móc ją przyjąć.
Ciepło jej ciała pod sobą, gdy przekształcił jej uda w poduszkę.
Rzeczy mniej i bardziej istotne.
Pamiętał jednak, że wczorajszy wieczór był inny, a dystans pomiędzy nimi marginalny. Teraz, wkraczając do jej mieszkania, z powrotem czuł się jak intruz, zapraszany pod przymusem na wrogie terytorium - może nawet bardziej, niż gdy robił to po raz pierwszy.
Zaobserwował tę zmianę, jeszcze bez frustracji, którą powinna wywołać. Ponieważ Haze wyglądała jak gówno, a on nie przypominał sobie, żeby była w takim stanie gdy zasypiał. Wręcz przeciwnie, jej usta były rozchylone w złośliwym uśmiechu i opowiadała mu jakąś durną historię, którą skwitował jako beznadziejną. Mógłby też przysiąc, że wytykała mu swoją pazerność, a ze wszystkich osób, jakie znał, ona była ostatnią, która dałaby mu choćby fragment siebie wbrew własnej woli.
A teraz zajmował miejsce obok niej na małej kanapie z wrażeniem, że siedząca obok niego kobieta znajdowała się na innym kontynencie - a jej ciało, wciśnięte w róg mebla, zdawało się potwierdzać teorię, że bardzo pragnęła na nim być.
- Wybitnie - skwitował cierpko, wyjmując z papierowego uchwytu kubek kawy, która należała do niej. Nigdy nie piła przy nim kawy, ale raz poprosiła o nią w Rapture przed swoim występem, a on skrzętnie jej wymagania zanotował w tym miejscu, gdzie notował wszystko na jej temat.
Było to nieco niepokojące.
Wyciągnął własny kubek - oba z nich podpisane były przez baristę krótkim V ułatwiającym rozróżnienie zamówienia pośród dziesiątki innych. Adekwatne zarówno dla niej, jak i dla niego.
- Żałujesz, że zmarnowałaś na mnie swój plaster? - zagadnął, pół żartem, pół serio, ponieważ to było jedyne, racjonalne wyjaśnienie tego, dlaczego usiłowała trzymać go na tak ogromny dystans po tym, gdy z własnej woli wplotła palce w jego włosy i przeczesywała je w tym czasie, w którym czasoprzestrzeń wokół niego zaginała się do jednego punktu w kobiecej postaci. - Zawsze mogę ci go odkupić.
Jakby już tego nie zrobił.
Jakby już wcześniej nie poświęcił czasu na znalezienie tych pieprzonych pterodaktyli i upchanie ich do opakowania, które następnie jej wręczył. Przemilczał to, zamiast tego przesuwając spojrzeniem po jej salonie - w którym nie zaobserwował ani jednego szczura. W zasadzie poza rzępoleniem sąsiada za ścianą, który bardzo intensywnie usiłował nauczyć się jakiegoś utworu na swoich skrzypcach, jej mieszkanie nadal skutecznie odcinało się od reszty wypizdowa swoją przytulnością.
- Dziękuję za obiad.

never a good one with you
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik jej ust zadrgał niekontrolowanie, gdy usłyszała jego słowa. Wrócił na wcześniejsze miejsce, niezdolny by ułożyć się w najdrobniejszy chociaż uśmiech rozbawienia – choć nie dlatego, że sama siebie upomniała, że nie powinna się uśmiechać z jakiegokolwiek powodu. Wewnętrznie czuła się wypłukana z wszelkich emocji, ze zdolności do reakcji jakkolwiek żywszej. W kontraście do tego, co było wczoraj.
— Żałuję tylko, że dałeś im się dobrać sobie do skóry — odpowiedziała, całkiem szczerze i z realną troską, której nie chciała i nie powinna zamykać w tonie własnego głosu, a która wymknęła się absolutnie nieproszona i zdradziecka. W jej perspektywie Vincent nie mógł być przecież prowodyrem całego zamieszania. Był ledwie ofiarą półświatka, ofiarą napaści. I tylko się bronił a nie zaczepiał. — I to po tym, jak poprosiłam, abyś na siebie uważał — dodała, ni to z wyrzutem, ni z zaczepką – jak gdyby nie mogąc się zdecydować, na co powinna sobie pozwolić. Lub inaczej: jak gdyby chcąc zdecydować się na to pierwsze, a drugie wepchnęło się nieproszone, w próbie rozmycia tej niezręczności. Westchnęła cicho. — Na całe szczęście mam jeszcze dużo Pterodaktyli Piotrków.
O wiele za dużo, jak na standardowe opakowanie.
O wiele za dużo, bo ta świadomość tworzyła pewien emocjonalny ciężar. Bo za niepozornym dużo plastrów z głupim pterodaktylem stała wiedza, że było ich celowo dużo. Była to więc kolejna rzecz, którą jej dawał, a o którą nie prosiła. Nie chodziło o kolorowe opatrunki same w sobie – chodziło o to, że zapamiętał taką bzdurę i przekuł ją w realny gest. Namacalny dowód, że jej słuchał i zwracał uwagę na to, co mówiła.
Kolejny ułamek jego obecności w jej życiu, tym razem w oprawie pomarańczowej naklejki na skaleczenie.
Przesunęła kciukiem po trzymanym kubku, wciąż czując mrowienie pod palcami. Cały czas próbowała przekonać samą siebie, że przyjemność tego ciepła odczuwała głównie przez to, że w jej domu było wyjątkowo chłodno, a nie przez skojarzenie, do którego żałośnie ciągnęło jej ciało.
Upiła niewielki łyk kawy i na moment zawiesiła się z kubkiem przy ustach. Była dokładnie taka, jaką lubiła. Nie była po prostu dobra, tylko taka irytująco jej; z odpowiednią ilością mleka, słodyczy i wszystkim tym, czego nigdy przecież wspólnie nie ustalali. Nie przypominała sobie nawet, aby kiedykolwiek pili razem kawę. A jednak Monroe najwyraźniej gdzieś – tą samą metodą, którą odnalazł jej adres – zdążył zwrócić uwagę także na to. Kolejny zupełnie niepotrzebny szczegół na jej temat, który uznał za wart zapamiętania. I kolejny ułamek jego obecności, który spływał osłodzoną cukrem goryczą po jej gardle.
— Odgrzewany nie był pewnie najlepszy, ale cieszę się, że nie chodziłeś głodny — odpowiedziała, w swej ocenie – bardzo naturalnie. Z drugiej strony – było południe, a on raczej nie wstał skoro świt; prawdopodobnie więc nie zdołał nawet zgłodnieć. Nie zmieniało to jednak faktu, że zjadł. Ta świadomość niosła ze sobą zdecydowanie zbyt dużo satysfakcji jak na coś tak banalnego i na poczynione postanowienie. Wystarczyło, że poprzedniego dnia zależało jej, żeby mu smakowało. Nie musiała – dokładniej: nie powinna – jeszcze dodatkowo analizować tego, dlaczego dzisiaj cieszyło ją, że po wszystkim rzeczywiście po to jedzenie sięgnął.
— Ponawiam pytanie: jak się czujesz. Poza tym, że wybitnie podjęła, przechylając nieznacznie głowę; samodzielnie próbując dokonać kontroli, sunąc spojrzeniem po rysach jego twarzy, prześlizgując się na szyję, ramiona i dłonie, odnotowując każde otarcie, każde skaleczenie, każdy strupek, który zdołał już zamknąć pomniejszą ranę. Doszukując się przy tym, czy przypadkiem nie pojawiło się coś nowego. — Odrzucam również odpowiedzi typu wspaniale, doskonale, świetnie, rewelacyjnie, fantastycznie i każdy inny pojedynczy epitet. To pytanie otwarte.
so now you know who's the problem
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej prośba była z góry skazana na porażkę, choć nie wątpił, że z jej perspektywy mogło to wyglądać inaczej. Może dla niej stan, w którym go zastała, był reperkusjami tych interesów, którymi zajmował się na co dzień - może słowem wypowiedzianym za dużo, gestem wykonanym zbyt impulsywnie.
Rzecz w tym, że ten stan był tylko skutkiem ubocznym działań, których inicjatywa leżała po jego stronie.
Nigdy nie należał do osób, które nie brudziły sobie rąk. Nigdy nie widział celu w wysługiwaniu się ludźmi podczas gdy to on mógłby osiągać efekty szybciej, skuteczniej. Wedle jego wiedzy - i dziurawej pamięci tego wieczoru - nigdy jej tego nie powiedział, ale jego krzywda była zwyczajnie tańsza z biznesowego punktu widzenia. Zaufanych ludzi trudniej było wymienić, pieniądze trudniej było zarobić niż jemu przykleić pterodaktyla Piotrka na czoło i wrzucić parę tabletek przeciwbólowych do przełknięcia kawą.
Zresztą, ciężko było mu do masochisty. Była różnica między szukaniem kłopotów a niedbaniem o to, czy się w nie wpadnie. W tym wypadku po prostu przypadkiem padło i na jedno, i na drugie.
Upił łyk swojej kawy, ledwie zabarwionej mlekiem. Nie śmiał nawet przyznać się, że wcale nie odgrzał jej obiadu, a przynajmniej nie w całości, ponieważ w stanie, w którym obudził się o świcie, nawet zimny był najlepszą rzeczą, jaką wsadził do ust w swoim życiu. Podejrzewał, że zostałby za to zbesztany, a ten jednorazowy przywilej otrzymania domowego posiłku prawdopodobnie nigdy więcej nie zostałby ponowiony.
Opadł plecami na oparcie kanapy, czując na sobie jej wzrok. Jego głowa odchyliła się lekko w jej stronę, wzrok prześlizgnął po tych wszystkich nieprawidłowościach. Po włosach zmierzwionych tam, gdzie zwykle były uczesane i proste, po ustach niezdolnych do uśmiechu, do którego zdążył zacząć się przyzwyczajać.
Drobne elementy, które dostrzegał, a które składały się na obraz tej samej twarzy, na którą padało zupełnie inne światło.
- Jeśli powiem ci, jak się czuję, odpowiesz mi tym samym? - odrzucił, w swojej pazerności, która nie zniknęła wraz z ośmiogodzinnym snem, domagając się fair układu.
Jego stan był nieistotny. Nie była to najgorsza walka, w której był w życiu i podejrzewał, że nawet krew z jego gabinetu w Rapture już zdążyła zniknąć ze ścian i foteli, a całość została doprowadzona do porządku.
Tak jak i on, gdyby nie ten jeden plaster i odrobina sinej skóry. I zdartych knykci. I tłumionego tabletkami bólu głowy.
- Czy stwierdzisz, że czujesz się świetnie? - dodał zaczepnie, zasłaniając półuśmiech kubkiem kawy, której znów upił łyka. - Rześko, orzeźwiająco, wspaniale, niesamowicie?
Normalni ludzie spytaliby jak się czują.
Normalni ludzie prawdopodobnie nie spędziliby nocy zaznajomieni z dotykiem własnych palców splecionych ze sobą po to, by teraz tkwić jak najdalej od siebie, w tym spotkaniu, które wydawało się niemal f o r m a l n e w kontekście poprzedniego wieczora.
- Szczerość za szczerość, Haze - westchnął, stukając palcami w kubek z kawą tkwiący na podłokietniku kanapy, której, zapobiegawczo, zajął drugi koniec, choć w przypadku tak małego mebla nie robiło im to zbyt wielkiej różnicy.

doing amazing
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciałaby móc odpowiedzieć swobodnie i bez wahania tak na jego pytanie. Nie musieć filtrować odpowiedzi; nie musieć starannie wybierać tego, co nie pozwoliłoby na przełamanie muru, który próbowała na nowo wybudować od fundamentów. Problem był taki, że każda kolejna cegła, którą próbowała dołożyć, niemal fizycznie bolała. Bo odbijała się echem tego co było, tego jak było i tego, jaki był dla niej. Każda kolejna przypominała jej o tym, jak zmieniało się znaczenie Vincenta w jej życiu. Każda kolejna wmurowywała poczucie winy. Winy, której autorką była ona sama i jej chciwość.
Szczerze nienawidziła tego, że pozwoliła się temu wszystkiemu tak rozwinąć pomimo świadomości, że nie powinna. Szczerze nienawidziła s i e b i e za to, że pozwoliła mu pokazać i poczuć, jak to jest na nowo zacząć komuś ufać. Że pozwoliła mu pokazać, że nie każdy gest w jej stronę miał być tym, przed którym należało się kulić i wyczekiwać najgorszego.
Wiedziała, że wycofanie się w tym punkcie było niemożliwe – niemożliwe, aby było w pełni bezbolesne. Nie, kiedy niewielkie fragmenty Monroe były niemal rozsiane w jej skromnej codzienności; nie kiedy na własnych palcach wciąż czuła miękkość jego włosów i fakturę skóry na skroni. Kiedy niemal bezbłędnie potrafiła wywołać uczucie, jakie towarzyszyło dotykowi jego szorstkiej, zdartej skóry na kłykciach.
— Obiecałam ci szczerość, Monroe zaczęła i urwała w odpowiednim momencie, rezygnując z dodania, niegdyś odruchowego, bo prawdziwego, że zawsze dotrzymuje słowa i zawsze pozostaje szczera. Niemal od samego początku tej relacji nie była szczera co do motywu. Motyw jednak zdawał się rozmywać z każdym kolejnym spotkaniem i ścierać, robiąc miejsce czemuś mniej brzydkiego, niż chęć przekonania Vincenta Monroe do siebie celem wymienienia obcej na kogoś bliskiego.
Doszła do punktu, w którym – jeśli by pozwoliła – musiałaby decydować o wymianie pomiędzy dwiema bliskimi osobami.
— Czuję się źle, jestem zmęczona, bo nie spałam zbyt wiele w nocy. — Fakty, które były szczerością, której oczekiwał. Wiedziała jednak, że akurat jego taka oględność nie zadowoli. Niejednokrotnie pokazał jej, że potrafił bezlitośnie drążyć jakiś temat zadając coraz to kolejne pytania.
Potrzebowała wygodnego kłamstwa – w momencie, gdy deklarowała szczerość – które pozwoliłoby jej zamknąć temat po stronie jej gównianego wyglądu i jednocześnie powstrzymać go przed wciskania w nią pytań.
Teraz potrzebowała kłamstwa a ledwie kilkanaście godzin temu obiecała mu szczerość, bo nie potrafiła przełknąć tego, jak brał do siebie to, jak reagowała. I reagowała w sposób jak najbardziej dla siebie naturalny. Nakreślony traumą, ale już tak utrwalony, że prawdziwy.
— Mam parę problemów w rodzinie. — To, można powiedzieć, nawet stało obok prawdy; a jednocześnie wydawało się być odpowiednim wyborem – zakładała, że Monroe nie zdecyduje się wpychać tak głęboko w jej sprawy, by oczekiwać szerzej rozwiniętych wyjaśnień. Wolała, w każdym razie, mieć nadzieję, że się nie zdecyduje. — Zwyczajnie mnie to wszystko przytłoczyło gdy zostałam sama. — Nie powinna była tego dodawać.
Ale powiedziała. Zostało jej już tylko skarcić siebie w duchu.
Upiła łyk kawy, na moment przenosząc spojrzenie na przestrzeń pomiędzy nimi. Nie była ogromna, ale to, że oboje trzymali dystans było widoczne jak na dłoni. Siebie zrozumiała – to było jej postanowienie, którego desperacko próbowała się trzymać. Widok Monroe po drugiej stronie niewielkiego mebla, w kontraście do tego, jak lgnął do niej wczoraj w swojej naćpanej osobowości, był niemal bolesny. A nie powinien. Powinien przynieść poczucie odwrotne – ulgę, bo przecież mogło to oznaczać regres, do którego dążyła. Szkoda jedynie, że tego uczucia ulgi, nawet w najmniejszym stopniu, się nie doczekała.
— Ponawiam pytanie. I to po raz trzeci: jak się czujesz? Odpuściłam ci lekarza i szturm menadżera, więc chociaż mi powiedz prawdę.
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczerość okazywała się dużo bardziej skomplikowana niż zaufanie.
Nie pamiętał dokładnie jej słów. Pamiętał tylko, że nie mogła się położyć na jego kanapie z jakiegoś powodu. Pamiętał sposób, w jaki jej ciało się napięło, wcześniej rozluźnione dłonie zwinęły, oddech zamarł w piersi na krótką chwilę.
Pamiętał obietnicę, że otrzyma szczerość w zamian za grzeczne pójście spać.
Jego wzrok prześlizgnął się po kobiecej twarzy gdy wypowiadała słowa wyjaśnienia. Brzmiały wiarygodnie, oszczędnie - jak coś, co mówiło się współpracownikowi by wytłumaczyć swoją nieobecność bądź spóźnienie w miejscu pracy. Nie wiedział, czy była to prawda, czy kłamstwo - wiedział jednak, że była to wyłącznie powierzchnia tego, co skrywało się dużo głębiej.
Do czego go nie dopuszczała.
Napięcie wtargnęło w jego szczękę gdy wspomniała, że przez te kilka godzin zdołało ją to przytłoczyć. Czy było to po niej widać wtedy, wieczorem? Wydawało mu się, że nie. Może gdyby był t r z e ź w y i przytomny, byłby w stanie coś z tym zrobić. Byłby w stanie podnieść ten ciężar i dać odrobinę ulgi jej przyzwyczajonym do niego ramionom.
A nie powinien.
Ten ciąg myśli i emocji został ucięty w jednej chwili, która przywróciła jego twarz do neutralnego wyrazu. Bo czy nie siedziała teraz wciśnięta w koniec kanapy, rzucając mu kłamstwa bądź półprawdy na poczekaniu, wyraźnie niezadowolona z jego obecności?
Czy nie znaleźli się znów w punkcie z e r o, do którego cholernej obecności zdążył już przywyknąć?
- Boli mnie głowa, jestem zmęczony i odrętwiały - odpowiedział krótko, prawdziwie, nie zagłębiając się w ten temat podobnie jak ona nie zagłębiła się w swój. - Tyle.
Westchnął, unosząc kubek do ust by spróbować zmyć jej smakiem gorycz, która nagle znalazła się na jego podniebieniu. Odstawił go z powrotem na podłokietnik, pozwalając, by cisza osiadła w tej zbyt wielkiej przestrzeni między nimi - jego wzrok znów przeniósł się w bok, w stronę salonu, w którym siedzieli. Przesunął po zdjęciach rodziny, której problemy ją borykały. Ojca już nie było, o matce nie wspominała, ale musiała znajdować się poza zasięgiem skoro zajmowała się swoją siostrą.
Czyli problem musiał dotyczyć jej, o ile w ogóle istniał. Powinien zapytać. Powinien się zainteresować, ale nie był nawet pewny, czy w ogóle tego c h c i a ł a.
- To jest taki cykl między nami - odezwał się po dłuższej chwili milczenia, siląc na obojętność w głosie, który zdradzał zmęczenie. - Zbliżasz się, później dystansujesz - kontynuował, nieustannie wodząc wzrokiem po fotografiach, jedynym ciekawym punkcie, na którym mógłby go zawiesić. - Uciekasz bez słowa, żeby później zadzwonić do mnie z prośbą o pomoc, tkwiąc w środku lasu. - dystans wychodził mu całkiem nieźle tak długo, jak nie patrzył w jej stronę. - Zapraszasz mnie na obiad, a później kolejne dni nie dajesz znaku życia. - jego palce stuknęły w powierzchnię papierowego kubka, wygrywając rytm odległego treningu skrzypka za ścianą. - Przychodzisz do mnie z obiadem i opiekujesz się mną, choć cię o to nie proszę. - drgnął, wreszcie obracając głowę w jej stronę. Wodził spojrzeniem po ciemnych kosmykach wymykających się na front jej twarzy, splątanych, we względnym nieładzie w stosunku do tego, w jaki sposób wyglądały gdy widział ją po raz ostatni. - Po to, by teraz wyglądać, jakbyś szła na ścięcie bo siedzę obok.
Jego plecy oderwały się od oparcia kanapy, łokcie spoczęły na kolanach gdy pochylił się, odkładając w połowie wypitą kawę na stolik - obok nietkniętego jedzenia, papierowego uchwytu i jej własnej kawy, takiej, jaką lubi.
- Na początku myślałem, że to moja wina. Że zwyczajnie nie jesteś zainteresowania przebywaniem w mojej obecności - wyjaśnił, łopatologicznie, p r o s t o, tak, by upewnić samego siebie, że nie oszalał, - Teraz nie jestem tego taki pewien.
Odwrócił głowę, jego skrupulatnie ułożona fryzura tym razem sprostała działającej grawitacji gdy spoglądał na siedzącą obok kobietę. Po długiej i żmudnej wędrówce, jego spojrzenie wreszcie spotkało wzrok ciemnych tęczówek, szukając w nich odpowiedzi, których nie chciała werbalizować.
- Nie rozumiem cię, Violet - westchnął, tonem osoby, której skończył się zasób subtelności - biorąc pod uwagę jego naturę, nastąpiło to dużo później, niż zakładał. - Może nie muszę. Ale nie lubię nie rozumieć.
Może posiadał zbyt mało empatii by dostrzec większy schemat. Może ktoś inny na jego miejscu już dawno temu dostrzegłby prawdę schowaną w jej sprzecznym zachowaniu. Monroe był człowiekiem lubującym się w upraszczaniu innych ludzi, świadomie ignorującym ich dobre bądź złe cechy do woli wyłącznie po to, by trzymać ich po odpowiedniej stronie barykady.
Może brakowało mu jej. Może nigdy jej nie wykształcił.
- Mogę wyjść, jeśli wolisz - skłamał, świadom tego, że była to ostatnia rzecz, na którą miał teraz ochotę. Pragnął znaleźć się obok, odsunąć ten pieprzony kosmyk włosów z jej twarzy i wetknąć go za ucho, pragnął czuć jej palce we własnych. I właśnie myśl o tym, jak p r o s t e stały się jego potrzeby przy niej, a i tak jak nieosiągalne z powodów, których nie rozumiał, wydawała mu się żałosna i zdesperowana. - Po prostu to powiedz.

tell me to leave
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”