ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

003
I'm so tough when I'm alone, and I make you feel so guilty
and I fantasize about a time you're a little fuckin' sorry

{outfit}


Grają z Chicago Fire na własny boisku, a to zawsze daje pewną przewagę. Mimo wszystko jest to jednak drużyna zajmująca obecnie trzecie miejsce w tabeli, gdy Toronto FC ze swoim jedenastym miejscem obecnie nie załapałoby się do playoffów ligi. Mimo wszystko Laurie nie nastawia się źle – nie zamierza dać się pokonać, jeszcze za nim mecz się rozpocznie. Skupia się na tym, na czym może – na rozgrzewce, na mowie motywacyjnej przed meczem, na wskazówkach trenera, na strategii, którą mają wcielić w życie. Na pewno nie na tym, na czym nie powinien – na Franklinie ubranym w koszulkę Toronto FC, znowu, choć ta różni się nieco od tej, którą założył po raz ostatni w dwa tysiące dwudziestym drugim roku. Teraz, gdy widzi go w drużynowych barwach, jego obecność w drużynie staje się bardziej rzeczywista. Tak, jakby do tego momentu był jedynie obserwatorem czy gościem.
– Nie ma opcji, żeby Chicago Fire wygrało na naszym boisku. Prawda? – krzyczy na chwilę przed wyjściem z szatni, starając się rozgrzać i nastroić drużynę. W odpowiedzi otrzymuje parę zdecydowanych okrzyków potwierdzających jego słowa.
– Nie będzie nas jakiś Polaczek ustawiał na naszym terenie! – wykrzykuje Niklas Dorsch, a reszta mu przyklaskuje i zgadza się z nim kolejnymi okrzykami. W takiej atmosferze nastawienia do poważnej walki z tak świetną drużyną jak Chicago Fire, wychodzą w końcu na boisko. Laurie patrzy na czerwono-białe tłumy na trybunach, wykrzykujące nazwę ich drużyny. Uśmiecha się do nich szeroko i macha. Uwielbia to. Czuje się cudownie, gdy słyszy wszystkie te okrzyki kibiców. W tym momencie wydaje mu się, że wszystko jest możliwe – nawet wygrana z cholernym Chicago Fire.

13’
W trzynastej minucie Maren Halle-Sellasie strzela pierwszego gola dla amerykańskiej drużyny. Laurie patrzy na to z dość dużej odległości, więc dopiero okrzyki kibiców Chicago Fire upewniają go w tym, że gol faktycznie padł. Wie, że nie wszystko jest stracone, ale pierwszy gol dla przeciwnej drużyny nieco osłabia morale.

38’
Jest remis, gdy Markus podaje mu piłkę. Przez chwilę walczy z Gutmanem i Elliottem o kawałek miejsca, przez które mógłby kopnąć piłkę w stronę bramki, ale są nieustępliwi. Podaje ją z powrotem do Markusa i zanim obrońcy Chicago Fire zdążą się zorientować w lokalizacji piłki, podbiega do Cimermancica, by z powrotem ją przejąć i wykorzystać chwilę, w której ma wystarczająco miejsca przed sobą. Kopie piłkę z całej siły w prawy róg bramki przeciwnie i trafia. Na stadionie wznoszą się okrzyki kibiców Toronto FC, koledzy z drużyny, którzy znajdują się w pobliżu podbiegają, klepią go po plecach i gratulują mu, a on mimowolnie spogląda w stronę ławki rezerwowych. Chce zobaczyć reakcję Franklina. Widzi jego uśmiechniętą twarz, a w oczach radość z powodu zdobytego punktu i całkowicie wbrew sobie – sam unosi lekko kącik ust do góry.

63’
Walka z Chicago Fire jest zawzięta. Pada już sześć goli, po trzy na drużynę. Przewaga żadnej z nich nie trwa długo, w końcu przeciwna drużyna wyrównuje wynik. To już kolejny nieudany strzał Lauriego, nie orientuje się nawet, ile ich już było. Jeśli wcześniej Fraser liczył na duet Lauriego i Frankiego teraz widzi, jak w rzeczywistości wygląda ich współpraca. Trudno jest mieć uczucie deja vu, grając z Franklinem, bo nigdy nie szło im tak źle, jak w tym meczu. Jest wściekły na Frasera, że zdecydował się wpuścić go na boisko, bo każda akcja z ich udziałem jest nieudana. Jest jeszcze za wcześnie, by pozwolić mu grać. Nie wie, czy kiedykolwiek się zgrają, ale aktualnie ich próby wyglądają dość żałośnie. Frank znów podaje mu piłkę, ale strzał jest nieudany, a zawodnicy Chicago Fire z łatwością przenoszą piłkę na drugi koniec boiska. Jeszcze się nie orientuje w aktualnej sytuacji, a cholerny Lewandowski strzela czwartego gola dla swojej drużyny.
Jeśli Fraser nie zdejmie Franklina, to na pewno przegrają.

90’+2
Doliczony czas. Laurie już godzi się z myślą, że przegrają z Chicago Fire. Jeśli tak będzie, to w porządku. Nie można o nich powiedzieć, że nie walczą o zwycięstwo. Walka jest zawzięta i ostra, żadna z drużyn nie ustępuje nawet na chwilę. Jeśli przegrają to w naprawdę dobrym stylu. Nie ma wstydu i większych powodów do plucia sobie w twarz. To naprawdę dobry mecz…
Myśli, że to już koniec, że nic więcej się nie wydarzy, ale wtedy Franklin zdobywa piłkę. Nawet nie patrzy w jego stronę, sprawnie nią obraca, unikając wykradnięcia jej przez obrońców, a w końcu, gdy znajduje sobie odpowiednie miejsce – strzela. Laurie odwraca się w kierunku bramki i widzi piłkę uderzającą o siatkę za bramką. Okrzyki kibiców są najgłośniejsze od początku meczu – remisują. Chicago Fire nie zdobędzie kolejnej przewagi. Nie zdążą.
Remis z tak dobrą drużyną powinien smakować jak wygrana. A jednak Lauriemu smakuje gorzko. Patrzy, jak wszyscy zawodnicy Toronto FC doskakują do Franklina, podnoszą go do góry, a kibice wykrzykują jego imię. Tylko Laurie stoi obok i niby się uśmiecha, ale jest niesamowicie wkurwiony.

Po meczu
W końcu schodzą z boiska, a Laurie może w końcu przestać na siłę wyciągać kąciki ust do góry. Wszyscy idą korytarzem prowadzącym do ich szatni, klepią Franklina po plecach, komplementują jego wspaniały strzał, a Laurie czuje tylko, jak narasta w nim złość.
– Hej, Franklin! – rzuca w jego stronę, zanim zdąży pomyśleć, co robi. Nie daje sobie chwili na ochłonięcie, nie stara się tego zignorować. Daje dojść złości do głowy i przechodzi do działania, nie myśląc o tym, jakie to może mieć konsekwencje. Podchodzi do Franklina, a cała reszta drużyna wciąż kieruje się do szatni. Nie zwracają na nich uwagi i w końcu całkiem znikają za drzwiami.
– Taki był twój plan? Podawać mi chujowe piłki, żeby ostatecznie wyjść na bohatera? – wyrzuca z siebie w złości, przyciskając go do ściany. Zdecydowanie powinien ochłonąć. Dotarłoby do niego, że to, co robi jest nie tylko zle, co bardzo ryzykowne. Dla niego, dla jego reputacji, dla dobra drużyny. Ale teraz nie jest kapitanem, tylko zranionym chłopakiem, którego Franklin swego czasu potraktował okropnie. Nie obchodzi więc go nic innego, tylko jego własna złość wycelowana w Cosgrove’a.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

3

i don't want to fight you
and i don't wanna sleep in the dirt


{outfit}

Kiedy w pięćdziesiątej czwartej minucie trener ściąga z boiska Theo Corbeanu i rozkazuje Frankowi wejść na jego miejsce, powietrze wiszące nad BMO Field zastyga w formie zbitej, gęstej masy. Fraser robi coś, czego nie spodziewał się nikt (nawet Franklin; o czym świadczy jego zakłopotane spojrzenie i to, jak powoli podnosi się z ławki); coś, za co na pewno zostanie skrytykowany na wszystkich kontach sportowych, niezależnie od tego, czy wysłanie na boisko w gruncie rzeczy nowego gracza Toronto FC przełoży się na sukces całego klubu, czy mu zaszkodzi. Naturalnie więc Frank dołącza do rozrzuconych na całej połowie boiska członków swojej drużyny na miękkich nogach. Gdyby miał wybór, wolałby trzymać się planu, który uzgodnił z Fraserem (i który zakładał, że w tym sezonie skupi się na obserwacji drużyny i treningach, a do prawdziwych meczy zaczną wystawiać go najprędzej od lutego), ale nastrój trenera po samobójczym strzale Zimmermana jest tak podły, że Cosgrove nawet nie próbuje z nim dyskutować.
Podekscytowane krzyki dobiegające ze strony kibiców dodają mu otuchy na całe dwie minuty. Później wszystko zaczyna się sypać. Dopiero w bezpośredniej grze przeciwko Chicago Franklin zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele zmienia kolor jego stroju. To, co dzieje się na boisku w niczym nie przypomina jego meczów w Gent. Toronto jest chaotyczne. Niechlujne. Polega na szczęściu i na Lauriem, i chociaż jego trzy gole ratują cały ten dzień od miana porażki, Frankie potrzebuje tylko pięciu minut, aby do gardła podeszło mu rozgoryczenie. Siedmiu, by zacząć zastanawiać się nad tym, czy Laurie celowo unika przekazywanych mu przez niego piłek, czy po prostu to nie jego dzień. Dziewięciu, aby Lewandowski zdobył dla Chicago czwartego gola.
Są w dupie.
Frank wyciera pot z czoła. Sekunda na oddech i znów puszcza się biegiem za piłką. Dopiero po trzynastu minutach po raz pierwszy udaje mu się dobrze podać ją do Lauriego; mimo to, cały ich wysiłek włożony w przynajmniej pozorne dopasowanie się w grze spełza na niczym, bo Brady bezproblemowo blokuje gola. Na tym etapie frustracja zawodników Toronto dosięga zenitu. Zmieniają formację na czysto defensywną, co spotyka się z rozczarowanym buczeniem kibiców. Próbują swojego szczęścia jeszcze dwa razy – bezskutecznie.
Dostają szansę dopiero w doliczonej drugiej minucie. Biegnący w stronę bramki przeciwnika Sallói robi podanie do Franklina, a on czysto je przyjmuje. Przez parę sekund prowadzi piłkę przy nodze. Rozgląda się. Szuka wolnego zawodnika, próbuje znaleźć podanie, ale obrona nie daje mu zbyt wielu możliwości. Każdy kolejny krok przybliża go do pola karnego; sprawia, że odczuwana w środku presja narasta, stając się nieznośna.
Nie ma czasu myśleć. Adrenalina każe mu podjąć decyzję tu i teraz, więc zamiast po raz kolejny spróbować odnaleźć wolne miejsce na podanie, Frank postanawia zaryzykować. Z tej odległości i z tego kąta to niemal szaleństwo, a mimo to bierze zamach i uderza. Z całej siły.
Piłka szybuje wysoko. Nabiera prędkości, zmierza prosto w stronę bramki. Bramkarz rzuca się do interwencji, ale nawet gdyby wybrał właściwy kierunek, nie miałby najmniejszych szans jej dosięgnąć. Piłka wpada pod poprzeczkę, trochę poza jego zasięgiem.
GOL.
Franklin chyba w to nie wierzy. Wrzaski kibiców i entuzjastyczny dotyk kolegów z drużyny nagle rozbudzają w nim jakąś nadzieję.
Może Laurie nie miał racji. Może powrót do Toronto wcale nie jest samobójstwem jego kariery.
Kiedy po meczu, wciąż rozgrzany, z trudem łapiąc oddech, wraca do szatni, jego głowa po raz pierwszy od dawna jest na miejscu. Tu, na ich boisku, po swoim pierwszym golu w nowej-starej drużynie, wśród graczy, którym przyświeca ten sam cel.
Cóż, przynajmniej w większości.
Gdy słyszy swoje imię padające z ust Lauriego, zatrzymuje się zupełnie automatycznie. W przeszłości reagował na każde jego zawołanie. Tym razem robi to jeszcze szybciej niż kiedyś, pchany przez naiwną myśl, że Matheson chce powiedzieć do niego coś, co wykracza poza właśnie zakończony mecz.
Myli się.
Kiedy Laurie pcha go w kierunku ściany, całe jego ciało bucha wściekłością. Frank nie do końca rozumie dlaczego. To właśnie powód, dla którego jego pierwsza reakcja jest dość idiotyczna.
– Co?
Laurence przecież nie może być aż tak głupi. Nie może naprawdę wierzyć w to, że Franklin gra tak, aby mecze kręciły się wokół niego. Ich dwójka nie jest już przyjaciółmi, ale obaj wciąż pozostają piłkarzami. Wiedzą więc, jak to działa i wiedzą, czego się na boisku nie robi.
Przez chwilę Frank po prostu na niego patrzy. Oszołomiony, ale i cierpliwy; czekając aż Laurie się zreflektuje. Jak tylko jednak czuje na swojej twarzy jego wściekły oddech, dostrzega w jasnobrązowych oczach anormalnie gorącą złość i zdaje sobie sprawę z siły przytrzymujących go pod ścianą rąk, pojmuje, że Laurie nie żartuje.
To całkowicie zmienia postać rzeczy.
– Co ty pierdolisz? – Unosi dłonie, żeby oderwać od siebie ręce Mathesona, ale on jest zbyt uparty. Przepychanka wisi w powietrzu. Franklin rozgląda się po korytarzu. Jest pusty. Trudno powiedzieć na jak długo. – Spakuj sobie te swoje urojenia z powrotem do głowy i weź się w garść. – Odwraca twarz do Lauriego i znów próbuje go od siebie odepchnąć. Na razie nie używa do tego maksimum swojej siły. Wciąż wierzy, że gniew Mathesona zaraz zniknie.
Zawsze taki był. Szybko się zapalał, ale równocześnie szybko szedł po rozum do głowy. Tym razem też na pewno tak będzie.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Laurie Matheson ma krótki lont – zapala się szybko i intensywnie. Emocje przejmują kontrolę nad jego głową i całym ciałem. Franklin wie o tym doskonale – nie raz widział go w akcji. Gdy wykłócał się z sędzią, gdy awanturował się z zawodnikami przeciwnej drużyny, gdy popychał zawodników, którzy wchodzili w słowne i fizyczne przepychanki z Frankiem. Z wiekiem nieco się uspokoił, ale nie całkowicie. Może nie w sprawach błahych, ale ta taką nie była.
Gdyby tylko się uspokoił, może zrozumiałby, że jego oskarżenia są nie tyle bezpodstawne, co po prostu śmieszne. Franklin nigdy nie gra egoistycznie, zawsze jest częścią drużyny. Wie to, bo przecież sam grał z nim cztery lata, w czasie których ich współpraca przyniosła drużynie wiele osiągnięć. Wie też, że nic nie zmieniło się później – oglądał przecież niekiedy mecze Franklina (choć gdyby ktoś go zapytał, powiedziałby, że jedynie zerkał, bo akurat leciało w tle). Zmiana nastawienia po przejściu do Toronto FC nie miałaby sensu, ale Laurie nie myśli logicznie. Uważa go za zagrożenie nie tylko dla drużyny, co dla niego samego. Dla jego gwiazdy jaśniejącej jedynie w tak słabej drużynie jak Toronto FC. Do tego momentu to on był w centrum zainteresowania, o nim rozpisywano się w podsumowaniach meczy na sportowych portalach. To on jest gwiazdą Toronto FC, najlepszym strzelcem i kapitanem. Ma tylko to, to całe jego życie. Franklin nie może mu tego odebrać.
Oczywiście nie zachowuje się teraz jak kapitan. Swoją złość uzupełnia jeszcze o dawne prywatne urazy. Nie chodzi tylko o ten mecz i obecność Franklina w j e g o drużynie. Chodzi o wszystko to, czego nie mógł wykrzyczeć do niego. To, co w sobie trzymał i nigdy nie dał temu ujścia. Teraz gdy wściekle pochyla się nad Franklinem nie chodzi mu wyłącznie o mecz, ale o wszystko inne. O żal, wściekłość i zdezorientowanie, jakie odczuwał i nadal odczuwa na myśl o ich przyjaźni, nagle i brutalnie przerwanej przez Franklina.
Kiedy więc go odpycha, nie odpuszcza. Znowu popycha Franklina. Nie trzyma go, ale jest tak blisko, że gdyby Franklin chciał uciec, musiałby go mocno od siebie odepchnąć. Ich twarze dzieli najwyżej piętnaście centymetrów. Czuje jego ciepły oddech na swojej twarzy i intensywne spojrzenie wbite w jego twarz. Jest mu gorąco i duszno, ledwie zszedł z boiska po naprawdę intensywnym meczu.
– Przestań pierdolić. Dobrze wiesz, o co mi chodzi – odpowiada gniewnie, celując palcem wskazującym w klatkę piersiową Franklina.
Tak dobrze jest wyrzucić w końcu całą tę złość, którą trzymał w sobie przez wszystkie te lata, pielęgnując urazę. Teraz w końcu ma szansę wyrzucić to z siebie w stronę Franklina. Nawet jeśli nie wspomina o tym, co między nimi było. Wystarczą mu, że ten odczuwa jego wściekłość wycelowaną w jego stronę.
– Nic kurwa nowego, że myślisz tylko o sobie – słowa wypływają z niego bez żadnej kontroli i filtra. Są nie w porządku – w jakimś stopniu zdaje sobie z tego sprawę. Gdy się przyjaźnili, nie miał przecież o nim takiej opinii, ale gdy wyjechał, zdawało się, że kompletnie zapomniał o ludziach, których zostawił za sobą, skupiając się na swojej świetnej karierze, grze w europejskiej drużynie i umawianiu się z modelkami. A właściwie tylko o jednym człowieku, ale przecież najważniejszym. O Lauriem, który tak po prostu z dnia na dzień został odcięty. Czy Franklin w ogóle myślał o tym, jak mógł się wtedy czuć? Pozostawiony tak nagle, pozbawiony najlepszego przyjaciela i partnera do gry.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Problemem Franka jest Laurie.
Problemem Franka jest to, że zawsze, za wszelką cenę pragnie uniknąć konfliktu – absurd, który ani trochę nie pasuje do jego ścieżki kariery, bo przecież na boisku cały czas dochodzi do konfliktów. Drobnych, to znaczy tych kończących się na przepychankach albo mniej bolesnych w skutkach faulach, i tych całkiem poważnych, które eskalują do bójek i zostawiają na sportowych strojach plamy z krwi. Frank zwykle opiera się im wszystkim, niezależnie od rozmiaru spięcia. Jego koledzy z Gent żartobliwie nazywali go między sobą Rem. Z niderlandzkiego – hamulec. Miało to sens. Franklin Cosgrove prawie nigdy nie jest graczem, który zaczyna konflikty i jednocześnie rzadko reaguje na zaczepki innych. Jeśli już wkracza w jakieś konfrontacje to tylko po to, aby znaleźć się w środku, pomiędzy zaognionymi stronami; w zależności od sytuacji albo odciągając na bok kolegę z drużyny, który rozpoczął starcie, albo, w oczekiwaniu na arbitra, odpychając agresora od strony rywali. Na palcach jednej ręki mógłby natomiast zliczyć sytuacje, w których podczas meczu dał ponieść się emocjom i tym samym zrobił coś lekkomyślnego. Powód takiego stanu rzeczy jest jest jeden – Frank za bardzo lubi grać, aby ryzykować zostaniem zdjętym z boiska. Groźba otrzymania żółtej kartki jest w jego mniemaniu grą niewartą świeczki, więc kiedy tylko może, unika niewpływających na mecz starć. Ignoruje, gdy któryś z rywali trąca go barkiem, z trudem powstrzymuje śmiech słysząc niewybredne komentarze rzucane pod nosem przez przeciwników i nie niecierpliwi się, kiedy zamiast jednego kryjącego nagle ma ich wokół siebie więcej. Stara się utrzymywać cierpliwość i spokój, a sposobem na ich zachowanie jest dla niego ciągła pamięć o konsekwencjach.
Teraz też, mimo kipiącego mu w żyłach gniewu, próbuje nie zapomnieć o tym gdzie się znajduje i kogo w ogóle ma przed sobą. Okazuje się to o tyle trudne, że Laurence Matheson nie jest już graczem, którego Franklin pamięta. Nie zależy mu na sukcesie swojej drużyny, węszy podstęp tam, gdzie go nie ma i jest w tym wszystkim tak zapalczywy, że mimo braku oznak wskazujących na to, że ktokolwiek oprócz niego jest zainteresowany tą szamotaniną, ponownie pcha Franka na ścianę, a później dźga go palcem w sam środek klatki piersiowej, jakby naprawdę go o coś oskarżał.
To jednak nie jest najgorsze. Najgorsze przychodzi zaraz i ma formę jadowitego komentarza, który przenika przez wszystkie tkanki Franklina, te miękkie i te twarde, wywołując w nim przeszywające, bolesne poczucie niesprawiedliwości.
Myślisz tylko o sobie.
Gardło Franklina pali. Zaciska się żałośnie, na chwilę utrudniając mu nabieranie kolejnych oddechów. Nie wie nawet, dlaczego jest tymi słowami tak bardzo wstrząśnięty – dlatego, że są kłamstwem (bo gdyby myślał tylko o sobie, przecież by go tu nie było), czy dlatego, że zostały wypowiedziane przez Lauriego.
Coś w twarzy Franka ulega radykalnej zmianie. Nagle traci całą swoją łagodność. Na jej miejsce wkracza złość.
– Ja? – pyta zjadliwie, a potem znów go od siebie odpycha. Tym razem używa do tego więcej siły niż poprzednio, przez co zamiast odsunąć Lauriego tylko na krok, Matheson ląduje na środku korytarza. – Ja myślę tylko o sobie? Ja rzucam się o to, że ktoś inny zdobył gola dla mojej drużyny i uratował ją od przegranej? – z każdym kolejnym słowem opanowanie, które obiecał sobie utrzymać, sypie się z niego w małych, ostrych odłamkach. – Może przyjeb się do Zimmermana zamiast do mnie? Czy ten samobój to też moja wina? – kontynuuje kompletnie wbrew zawsze utrzymywanej przez siebie, drużynowej solidarności. Samobójczy gol Zimmermana był przypadkiem i głupotą. W innych okolicznościach Franklinowi nawet nie przeszłoby przez myśl, aby o nim wspomnieć, ale w tamtej chwili jest tak rozgoryczony, że nie myśli logicznie. Wystarcza jedna uwaga z ust Lauriego, by na fasadzie spokojnego, opanowanego pojawiło się niebezpiecznie głębokie załamanie.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Na boisku łatwo stracić głowę – dać się wciągnąć w zbędną wymianę zdań czy przepychankę czy dyskutować zaciekle z sędzią o braku zasadności jego decyzji. Zdarza się, że ktoś komuś podstawi nogę, obrzuci obelgami czy agresywnie popchnie. W zacieklej walce o wygraną naprawdę łatwo się zapomnieć, znacznie trudniej jest nie dać się sprowokować.
Tylko, że teraz nie są na boisku. Mecz został zakończony, a oni zostali pożegnani okrzykami kibiców. Machali na pożegnanie fanom, zbijali piątki z dzieciakami znajdującymi się najbliżej ich wyjścia – wszystko z szerokimi uśmiechami na ustach. Trudno się ich teraz doszukać w ich twarzach wyrażających raczej gniew, niż jakąkolwiek radość z całkiem pozytywnego wyniku meczu.
Remis nigdy nie jest w pełni satysfakcjonujący, ale szczególnie w meczu przeciwko znacznie lepszej drużynie, jaką niewątpliwie jest Chicago Fire – szczególnie od tego sezonu, w którym dołączył do nich Robert Lewandowski – powinien być czymś, z czego będą się choćby w jakimś stopniu cieszyć. Jeśli Franklinowi towarzyszyły takowe odczucia po zakończonym meczu, obecnie Laurie nie spodziewa się, by cokolwiek z nich pozostało. Nie, kiedy przygląda się z tak bliska jego twarzy, wyrażającej już nie radość z wyniku meczu, nawet nie zaskoczenie czy skonsternowanie jego reakcją, ale zwykłą złość. Nie wie, czy kiedykolwiek go takiego widział. Zdarzało im się kłócić, ale to nigdy nie było tak poważne, by wyglądało w ten sposób. Z wściekle wbitym w siebie spojrzeniami, ciężkim oddechem i niedelikatnymi pchnięciami.
– Jebany bohater! Jak dobrze, że mamy wspaniałego Franklina Cosgrove’a w swojej drużynie! – wyrzuca z siebie z przekąsem. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jest w tym wszystkim dziecinny i jak bardzo bezsensowna jest cała ta wymiana dań. Wie za to, że jeszcze cztery lata temu cieszyłby się golem przyjaciela jak swoim własnym. Podbiegłby do niego z okrzykiem, wskoczyłby na jego plecy i zacisnął ręce na jego ramionach. Po korytarzu prowadzącym do szatni szliby obok siebie, noga w nogę i komentowali wszystko to, co się wydarzyło, obgadywaliby Lewandowskiego, wyglądającego jak Ken po dziesięciu latach w Polsce i innych zawodników z przeciwnej drużyny, którzy czymś by im zawinili, a później spotkaliby się jeszcze wieczorem w swoim ulubionym barze, by opić zarówno wynik, jak i świetną bramkę Frankiego.
Ale jest dwa tysiące dwudziesty szósty, Franklin nie jest już jego przyjacielem, a Laurie nie ma powodu, by się z czegokolwiek cieszyć. Cosgrove pojawił się z powrotem w Toronto FC zupełnie nieproszony i aktualnie wszystko, absolutnie wszystko, co jest z nim związane, wywołuje w nim złość. Jego obecność nie jest tu mile widziana. Być może (na pewno) tylko przez Laurence’a.
Reszta drużyny nie tyle nie ma z nim problemu, co całkiem go lubi. Nic dziwnego, przecież Laurie jak nikt inny wie, że Franklina naprawdę łatwo polubić. Nie wie, czy Zane patrzy na niego podejrzliwie przez to, co usłyszał na parkingu po ich pierwszym wspólnym treningu ani czy podzielił się tym z kimkolwiek, ale póki co nikt nie wydaje się specjalnie wrogo do niego nastawiony. Na pewno nie po tym, jak świetnie zaprezentował się na tym meczu.
– Na razie mówimy o tobie. Po to wróciłeś do Toronto FC? Żeby rozpisywali się o tym, jak wspaniały i wielkoduszny jesteś, ratując żałosną drużynę przed utknięciem na końcu tabeli kolejny rok z rzędu? – wyrzuca z siebie dalej i nadal nie dociera do niego, jak absurdalne są zarzuty, którymi w niego celuje. Trudno oczekiwać po nim autorefleksji w tym stanie. Zresztą wściekłość, jaką odczuwa na myśl o Franklinie i tak nie pozwala mu na to, by spojrzał na cokolwiek, co go dotyczy w nieco bardziej obiektywny sposób, nie ubarwiając sobie dodatkowo narracji w głowie. – Powiesz w końcu, na chuj tu wróciłeś? – pyta wściekle i oczekuje szczerej odpowiedzi. Nieistotne jest to, że jaka by ona nie była i tak nie mogła być dla niego jakkolwiek satysfakcjonująca.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Franklin Cosgrove uchodzi za człowieka rozsądnego. Od zawsze. Nie tylko na boisku, gdzie nie wszczyna bezsensownych bójek, co w ogóle. W życiu. Kiedy sąsiad z naprzeciwka zastawia mu podjazd po raz trzeci z rzędu, zamiast się zdenerwować, Franklin puka do jego drzwi i cierpliwie prosi go o to, aby przestawił swoje auto; gdy Louise i Paige kłócą się w jego obecności, nie odzywa się w ogóle, żeby nawet przypadkiem nie wziąć żadnej ze stron; kiedy ojciec pyta go o to, dlaczego tak rzadko do niego dzwoni, Frank wymyśla wymówkę o byciu zajętym zamiast wypomnieć mu wszystkie te razy, gdy to on potrzebował z nim porozmawiać, a jego jak zwykle nie było; kopie Louise pod stołem, kiedy podczas jednej z rodzinnych kolacji mówi matce, że zawsze była dla nich zbyt surowa; a gdy w stosunku do swojego najlepszego przyjaciela zaczyna czuć coś, co nie mieści się już w granicach przyjaźni, nie puszcza pary z ust.
Teraz też stara się być rozsądny i nie ugiąć się pod instynktem, który rozkazuje mu pokazać Mathesonowi co sądzi o całej tej wykreowanej przez jego bujną wyobraźnię teorii. Na szczęście sprzyja mu w tym jego opadające z sił ciało.
Gorycz, która rozprzestrzeniła mu się w ustach po suchej wzmiance o swoim rzekomym egoizmie, znika tak nagle, jak się pojawiła. Zamiast niej we Franklinie wzbiera się coś nowego. Jakieś niezrozumiałe, kompletnie absurdalne rozbawienie.
Z jakiegoś powodu śmieszy go fakt, że w całej tej cholernej sytuacji Laurie za wszelką cenę dąży do tego, aby skupić uwagę na sobie.
Frank bierze jeden, krótki wdech. Ignorując wszystkie wściekłe pytania Mathesona, prostuje się i, unosząc podbródek w sposób, dzięki któremu czuje się trochę wyższy niż jest naprawdę (wyższy od swojego chwilowego przeciwnika), wydaje z siebie lekceważące prychnięcie.
– Wiesz co? – zaczyna powoli. Wcale nie po to, aby wywołać w Lauriem zaciekawienie ani chociażby zniecierpliwienie; bardziej aby przygotować samego siebie na bycie małostkowym i bardziej niż trochę niesprawiedliwym. Zazwyczaj tak się nie zachowuje i sam fakt, że zamierza zrobić coś innego niż zwykle wywołuje w nim jakieś niepokojące uczucie. Jego mięśnie napinają się nieznacznie. Wciąż lekko mokra od potu skóra nagle wydaje się dziwnie szorstka. – Jeśli właśnie tak działała ta drużyna przez ostatnie lata, jeśli przeszkadza ci każdy gol, którego nie podpiszą twoim imieniem, to nie dziwię się, że Toronto szoruje dno tabeli – mówi, a potem, nie czekając na reakcję Laurence’a, wykorzystuje to, że chwilowo nie stoją blisko siebie i zaczyna spokojny marsz w kierunku szatni.
Nie ma już nic więcej do powiedzenia.
Nie zamierza udzielać Laurence’owi żadnych wyjaśnień (chociaż czuje, że gdyby ten usłyszał o Louise, ostry wyraz jego twarzy ustąpiłby miejsca żalowi albo nawet współczuciu), a jednocześnie ma przeczucie, że to, co właśnie powiedział, nie spotka się z jego aprobatą, więc jedynym logicznym zakończeniem tego starcia jest odejście.
I w całym tym swoim spokoju – przerażającej ciszy po gwałtownej burzy – Frank ani przez chwilę nie myśli, że odwrócenie się plecami do rozgniewanego Lauriego może być złym pomysłem.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Z jakiegoś trudnego do zrozumienia powodu Laurie zdaje się nie pojmować tego, że świat nie kręci się wokół niego, gwiazdy nie ułożyły się w jedną linię w dniu jego urodzenia, a on nie jest centrum wszechświata czy głównym bohaterem w życiu swoim i innych ludzi. Słowem: to, co na boisku robi Franklin Cosgrove niekoniecznie musi być jakkolwiek związane z Lauriem, a on nie musi czuć się zagrożony przez jeden mecz, który nie poszedł po jego myśli.
Zdanie sobie z tego wszystkiego sprawy rozwiązałoby jednak jedynie część problemów. W końcu nie chodzi tylko o ten jeden mecz. Złość na Franklina nie jest czymś, co zrodziło się w nim w ostatnich trzydziestu minutach, lecz było pielęgnowane przez te cztery lata od ich ostatniego spotkania w Toronto. Jej nagły wzrost można było odnotować z momentem, gdy dowiedział się o jego powrocie do dawnej drużyny. Kolejny, gdy zobaczył go po raz pierwszy na treningu. Każda ich kolejna interakcja, każde spotkanie na treningu dolewało jedynie więcej oliwy do ognia, aż w końcu, gdy przebieg meczu sprawił, że całe te pokłady złości w nim potrzebowały drogi ujścia, wszystko się z niego wylało.
Franklin nie jest w stanie więc nic osiągnąć, powołując się na logiczne argumenty ani wyciągając Zimmermana, bo to wszystko i tak jest jedynie pretekstem, a nie zapalnikiem samym w sobie. Czegokolwiek by sobie nie powiedzieli na temat tego meczu, jakkolwiek Franklin by się nie wytłumaczył, nic by to nie zmieniło w nastawieniu Lauriego i nie zmniejszyłoby to znacznie poziomu jego rozgoryczenia. Problemem nie jest przecież to, jak Franklin gra, ale to, że w ogóle musi być z nim na jednym boisku, że znów przybrał czerwono-białe barwy ich jego klubu i że Laurie zmuszony jest oglądać go częściej, niż by tego chciał. A skoro tak, to Franklin właściwie nie ma opcji, by złagodzić jakkolwiek jego nastawienie względem niego. Innej niż zmiana drużyny.
Franklin jednak i tak nie wydaje się zainteresowany łagodzeniem czegokolwiek. Wydaje się to już całkiem jasne, gdy z jego ust padają te okrutne słowa. Uderzają w odpowiednie miejsce, nawet jeśli są nieco przesadzone. Może właśnie takie mają być.
– Pierdol się – rzuca jedynie w pierwszej kolejności, wyraźnie rozwścieczony nie tylko słowami Franklina, co przede wszystkim tym, że się od niego odwraca i rusza w stronę szatni. Jeśli wydaje mu się, że może w ten sposób zakończyć tę dyskusję, to się myli. Nie tylko dlatego, że Laurie potrzebuje mieć ostatnie słowo (choć jest to prawda). Przede wszystkim dlatego, że jego wściekłość osiąga apogeum i wtedy kompletnie przestaje nad sobą panować. Szarpie bark odwróconego Franklina, zmuszając go w ten sposób do tego, by się do niego odwrócił z powrotem i wymierza mu cios pięścią w twarz. Jakby na ślepo, nie wie nawet do końca, w co dokładnie trafia. Czuje, że jego świadomość wraca dopiero w momencie, gdy Franklin pod wpływem jego siły i być może również zaskoczenia przewraca się, ale wtedy jest już za późno.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
ODPOWIEDZ

Wróć do „BMO Field”