23 y/o
For good luck!
159 cm
studentka weterynarii na university of toronto
Awatar użytkownika
sorry I’m late, I saw a dog
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musicie wiedzieć, że słoneczko naprawdę przyjemnie grzało. Ciekawe, czy mrówki lubiły czuć słońce na swoich… yyy… pancerzykach? - Ech, a już myślałam, że kupię sobie ich dozgonną miłość - westchnęła Perry teatralnie, przykładając dłoń do klatki piersiowej. No oczywiście, że rozumiała, że mrówki to nie były ani pieski, ani kotki i nie machały ogonem na widok kogoś z przekąską. Hmm… ale w sumie, skoro już o tym pomyślała… - Może jak wprowadzę się do Nory to będę mogła przygarnąć pieska albo kotka, wiesz? A jakbyś mogła wybrać, to wolałabyś pieska, kotka czy zostałabyś przy mrówkach? - zagadnęła i przechyliła głowę na bok.

Na ostrzeżenie, żeby Pixie tak nie słodzić, bo zaraz obrośnie w piórka, rozbawiona Perry tylko wywróciła oczami. No jak miała jej nie słodzić, skoro Fontaine była po prostu… WHOLESOME?! Nie dało się inaczej! A teraz jeszcze opowiadała o swojej przyszłości jako sławnej entomolożce… No jak Perry miała jej nie podziwiać? - Kurde, w sumie jakby się tak zastanowić, to owady to niezłe świry, nie? - stwierdziła nagle Wallace, wymachując gofrem na prawo i lewo (cud, że nic z niego nie spadło). - Jedne świecą w ciemności, drugie udają liście, a trzecie zjadają partnerów po randce… Nic dziwnego, że się tym interesujesz! I pomyśleć, że do tej pory myślałam o owadach tylko w kategorii robali i pszczółek - parsknęła śmiechem i znowu wgryzła się w gofra. Był pyszny! Pixie podjęła najbardziej genialną decyzję ever. - Kocham truskawki, ale banany też kocham. I borówki. W sumie wszystkie owoce kocham, oprócz brzoskwiń. Mają dziwną konsystencję - wytrajkowała, rzucając szybkie spojrzenie na wybieg surykatek, bo maluchy właśnie zaczęły w popłochu uciekać do swoich norek. Pewnie jakieś nieznośne dziecko rzuciło w nie patykiem. ŻAL PE EL.

Podczas gdy surykatki na pewno nie przeżywały swojego Wonderland, Pixie opowiedziała o ostatniej wizycie w wesołym miasteczku i nawet zaproponowała wspólny wypad w trójkę - Pixie, Perry i Griffin. MEGA! - Nie musisz mnie dwa razy namawiać, świetny pomysł! - zawołała z entuzjazmem. Nagle zauważyła, że na samym czubku nosa Pixie znajdował się mały kleks bitej śmietany. Heh, uroczo wyglądała… - Aaa, masz tu bitą - mruknęła rozbawiona, odruchowo wyciągając rękę i czubkiem palca delikatnie zdejmując bitą śmietanę z nosa Pixie. Zaraz zamarła, bo przypomniała jej się noc spędzona u Fontaine’ów, kiedy to Perry miała umorusaną buzię serem, a Pixie tak samo automatycznie ściągnęła jej ten ser z ust. O nie, zaraz wrócą do niej buraczane policzki! Be cool. Act normal. Przecież nic się nie stało, no JEZU. Przyjacielska przysługa. Um, może zmiana tematu by pomogła? - Chcesz gryza mojego gofra? Wcale nie pytam dlatego, że chcę spróbować twojego! - zaśmiała się, podsuwając Pixie talerzyk z gofrem pod nos. Wszystko było w jak najlepszym porządku, prawda? Nic dziwnego się przecież nie wydarzyło, po prostu pomogła koleżance, żeby nie chodziła po całym zoo z bitą śmietaną na nosie, bo zaraz paparazzi zrobiłby jej zdjęcie i byłby klops. Albo śmietanowy kleks.

Zaraz jej się przypomniało, że zanim rozproszyła ją ta bita śmietana, to Pixie spytała, czy chciałaby zobaczyć hipcie. - Um, chciałam zobaczyć jeszcze czerwone pandy, ale przez tego kieszonkowca zboczyłyśmy z trasy… A ty chciałaś zobaczyć żółwie, prawda? - zapytała, zbierając myśli. - Żółwie są zaraz obok hipciów, a czerwone pandy zostawimy sobie na sam koniec, co ty na to? - spytała, tym razem pociągając łyka niebieskiej granity.

Ależ to było słodkie.

pixie 🧁
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mrówki lubiły słońce i potrzebowały go do życia, ale skrajny upał bez możliwości schronienia był dla nich zabójczy. Jak zresztą dla każdego żywego stworzenia. Brak rozwiniętych struktur mózgowych odpowiedzialnych za wyższe emocje uniemożliwiał ich oswojenie. Co prawda można było w pewnym stopniu nauczyć je powtarzalnych zachowań. Dzięki temu, że Pixie regularnie je karmiała i delikatnie manipulowała przy formikarium sprawiły, że mrówki przestały reagować paniką na wstrząsy, otwieranie gniazda czy światło.
— Moi rodzice mają kota — przypomniała, kiedy Perry zapytała ją o wybór między psem a kotem. Fuzzy miał już swoje lata, ale dalej trzymał się i zachowywał jak kociak. — Pewnie zostałabym przy mrówkach, ale tak to trudne się wylosowało. Koty są mniej absorbujące, ale psy bardziej lgnąć do ludzi. Zresztą uwielbiam wszystkie zwierzęta. A ty już zdecydowałaś? — zapytała, uśmiechając się szeroko na wieść, że Wallace będzie mogła po przeprowadzce wziąć do mieszkania czworonoga.
Pokiwała entuzjastycznie głową. Owady to były totalne świry! Do tego niezmiernie fascynujące i potrafiące zaskoczyć na każdym kroku.
— Prawda? Do tego dochodzi gigantyczna różnorodność gatunków i perfekcyjna adaptację, bo potrafią zasiedlić każde środowisko. A metamorfoza? Przeistoczenie gąsienicy lub larwy w pełni uformowanego osobnika ze skrzydłami to jeden z najbardziej niesamowitych procesów w przyrodzie! — westchnęła kompletnie rozmarzona. No dobra, to mega dziwne, że Perry jeszcze przed nią nie zwiała i jeszcze chciała gadać o owadach. I nawet przestała nazywać je robalami!
Uniosła wysoko brwi, kiedy Wallace wspomniała o tym, za jakimiś owocami nie przepadała. Aż zastygła z gofrem przy ustach.
— Brzoskwinie są pyszne! Takie soczyste, miękkie i... — urwała, zadając sobie sprawę z tego, jak dziwnie musiało to zabrzmieć. Potrząsnęła głową, żeby szybko wyrzucić z niej niestosowne myśli. — Ja też bardzo lubię kiwi, chociaż tak śmiesznie szczypie w język — powiedziała, doskonale znając powód, dlaczego tak się działo. To przez enzym, który trawił białka!
Słysząc, że ma gdzieś bitą śmietanę pomyślała, że gdzieś na policzku albo uwaliła sobie koszulkę, ale Perry szybko zagarnęła masę z czubka jej nosa. Pixie wyszczerzyła się z wdzięczności. Faktycznie dziewczyna uchroniła ją przed publicznym upokorzeniem.
— No pewnie, że chcę! Ale nawet bez tego mogłabyś wziąć gryz mojego, wiesz? To serio żaden problem — zaśmiała się i wystawiła w jej kierunku gofra, żeby Wallace mogła spróbować i sama dziabnęła tego jej. — Te wszystkie dodatki razem stworzyłyby idealne połączenie — stwierdziła, kiedy ruszyły kolejną alejką. Ach, faktycznie miały zobaczyć jeszcze pandy i żółwie! Przez tę akcję z kieszonkowcem Pix zupełnie o tym zapomniała! — To tak zróbmy i pójdziemy do czerwonych pand — pokiwała głową, siorbiąc swoją granitę. Jak nie nabawią się dzisiaj cukrzycy, to będzie cud!
Wyprzedziły wlekących się ludzi i kierując się tabliczkami, skręciły w lewo. Minęły wybiegi z zebrami i żyrafami, aż w końcu dotarły do taplających się w wodzie hipopotamów.
— Śmiesznie, że tak naprawdę nie potrafią pływać, nie? Ich ciało ma zbyt dużą masę i gęstość, żeby unosić się na powierzchni, a i tak chętnie spacerują po dnie zbiornika — powiedziała, przerzucając ręce przez barierkę. Może i ta ciekawostka była Perry znana, ale Fontaine nie mogła o tym wiedzieć.

Perry 🦛
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
159 cm
studentka weterynarii na university of toronto
Awatar użytkownika
sorry I’m late, I saw a dog
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spacer po zoo oficjalnie trafiał na listę najlepszych decyzji tego tygodnia. Albo uściślijmy - spacer i rozmowa z Pixie trafiały na listę najlepszych decyzji tego tygodnia. Tuż obok zjedzenia tostów z serem na śniadanie i gofra z czekoladą i bananami na... lunch. - Tak, pamiętam! Fuzzy jest przesłodki - powiedziała Perry, kiedy Pix wspomniała o kocie. Wallace znała go doskonale, nieraz już miziała go za uchem, gdy odwiedzała Griffina. Raz nawet zasnął jej na kolanach, czuła się wtedy jak WYBRANIEC. Normalnie jak Harry Potter w bibliotece, w szóstej części, kiedy Hermiona zdzieliła go książką, bo chwilę wcześniej powiedział "Ale ja jestem wybrańcem". No i Perry też była. - A co do mnie, jeszcze nie zdecydowałam, wiesz? Muszę zapytać Nory, co o tym sądzi. Nie pamiętam, czy ci mówiłam, ale to właśnie do niej się wprowadzam - dodała. Była pewna, że Nora zgodzi się na zwierzaka - no bo kto normalny odmówiłby słodkiemu, kociemu lub psiemu pyszczkowi - ale Perry nie chciała stawiać jej przed faktem dokonanym i po prostu przedstawić jej nowego lokatora, jak gdyby nigdy nic.

A gąsienice i larwy były niezwykłe, to trzeba przyznać… Wow. - Najpierw myślisz o fajnym przeistoczeniu larwy albo gąsienicy w dorosłego owada, a potem sobie przypominasz, że taki leniwiec ma tak zwolniony metabolizm, że trawi jeden liść przez dwa tygodnie i potrafi umrzeć z głodu z pełnym żołądkiem… Wiedziałaś o tym? Natura bywa przewrotna - odpowiedziała Perry, kręcąc głową. Może to jednak owady rządziły światem? Who knows. - A wiesz, przeczytałam dziś ciekawostkę o pająkach, że one latają na pajęczynach tylko przy konkretnej prędkości wiatru i przypomina to wtedy jazdę hulajnogą dla nich? Że układają jakoś specjalnie swoje ciałka wtedy i… Ech, mogłam coś pokręcić - wtrąciła ni z gruszki, ni z pietruszki, i podrapała się po głowie. Kurczę, często tak miała, że coś wpadało jej jednym uchem, a wypadało drugim, i niby wiedziała, że dzwony biły, ale nie wiedziała, w którym kościele... Masakra.

Kurde, i jeszcze te owoce! - Chyba właśnie dlatego nie lubię brzoskwiń… Ale za to ananasa już lubię? Nawet na pizzy, możesz mnie oceniać - zaśmiała się. Na szczęście, Perry była dość niewinna, więc nic sobie nie pomyślała niefajnego o Pixie. Była nią wręcz zauroczona. Znaczy, polubiła ją. - I kiwi też lubię, ale najbardziej lubię kwaśne jabłka, takie twarde, chrupiące. W ogóle lubię jeść chrupiące rzeczy - oznajmiła. Nagle przechyliła głowę na bok i zmrużyła oczy. - A lubisz budyń? - spytała jeszcze, bo bardzo lubiła też budyń… i zjadłaby budyń. Czy Fontaine lubiła budyń?

Uśmiechnęła się promiennie, gdy Pixie zgodziła się podzielić z nią swoim gofrem; wymianka wyszła im perfekcyjnie, obie wyglądały na zadowolone, Perry dziabnęła kawałek od Pixie, a Pixie dziabnęła gryza od Perry. Perfect. - Ale zajebiste, masz rację - odparła z pełną buzią. Tak w ogóle to Wallace była przyzwyczajona, że na randkach z Griffinem dzielili się jedzeniem. Każde z nich zamawiało coś innego, dzięki czemu mogli popróbować więcej nowych dań, a potem Griffin mógł to wszystko dokończyć, gdy Perry była już pełna i kładła się na stole z przejedzenia. Tak, niestety, należała do osób, które jadły głównie oczami. Cud, że dokończyła tego gofra.

Kilka chwil później już znalazły się pod wybiegiem hipciów. Jeden spacerował sobie spokojnie po dnie basenu, od czasu do czasu otwierając gigantyczną paszczę, jakby chciał tak porządnie ziewnąć, ale nie mógł. Perry również oparła się o barierkę i zerknęła na Pixie. - To są roślinożerne czołgi, mówię ci - odparła na fakt, że hipcie nie potrafią pływać i wskazała podbródkiem na jednego z nich. - Ej, a wiesz, że one pocą się na czerwono? Ludzie myśleli kiedyś, że one krwawią przez skórę, ale one po prostu wydzielają taką substancję… yyy… coś jak naturalny krem z filtrem UV i lek antybakteryjny w jednym? Bo mają bardzo wrażliwą skórę! - objaśniła, dając Pixie kuksańca w bok. Po solidnej dawce cukru uruchomiły jej się najwyraźniej komórki mózgowe i jakoś lepiej jej się myślało. Nagle rozejrzała się z ciekawością po alejce i niemal od razu namierzyła żółwie! - O, zobacz, tu mamy żółwiki - obróciła się na pięcie i wskazała ręką na stworki w pancerzykach jedzące sałatę po drugiej stronie alejki. Od razu ruszyła w ich stronę, ale nie była pewna, czy wśród nich znajdowały się te ze świńskimi ryjkami… Musiały podejść bliżej i sprawdzić!

pixie 🐢
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z Fuzzy'ego był straszny pieszczoch i łasił się właściwie do wszystkich, jednak Pixie nie zamierzała o tym wspominać. Nie chciała przecież odbierać Perry tytułu wybrańca. Wolała, żeby Wallace żyła sobie w błogiej nieświadomości i dalej była taka uśmiechnięta i słodka. To znaczy - żeby po prostu była szczęśliwa, że kot tak bardzo ją polubił.
— Wspominałaś i miałaś dać znać, jeśli będziesz potrzebowała pomocy z przeprowadzką — przypomniała jej, bo może Wallace rzeczywiście wyleciało to z głowy, ale Pixie doskonale pamiętała, że obiecała pomóc, jeśli zajdzie taka konieczność. Vespą rzeczy raczej nie przewiezie. Chociaż przy odrobinie kreatywności pewnie dałoby się do niej przytroczyć pół mieszkania. Lepiej jednak nie testować możliwości jednośladu. Zawsze mogła pożyczyć samochód od ojca. Griffin na pewno będzie pomagał swoim, ale jeśli będą mieli do dyspozycji dwa auta, cała przeprowadzka pójdzie im zdecydowanie sprawniej!
Ciekawostka o leniwcu bardzo ją zaskoczyła. Nie miała o tym zielonego pojęcia! Szybko pokręciła głową, dając Perry do zrozumienia, że pierwsze słyszy.
— Co ty gadasz? Naprawdę przez dwa tygodnie trawi jeden liść? Ale czekaj, jak umierają, bo nie zdążą tego strawić, czy jak? C— dopytała, szczerze zainteresowana. Nie pojmowała, jak to się działo, a bardzo chciała się dowiedzieć! Bo Pix uwielbiała wiedzieć rzeczy! — I od kiedy interesujesz się pajęczakami? — spojrzała na nią trochę podejrzliwie. — Ale też coś słyszałam o tym, że potrafią wykorzystywać wiatr na długich odcinkach. Podobno wypuszczają z odwłoka nici, które są trochę jak żagiel, a pająk zostaje uniesiony przez prądy powietrza — wyjaśniła, ale też nie wiedziała dokładnie, jak to działa. Była ekspertką od owadów, a nie od pajęczaków!
Myślała, że durnie wypaliła z tymi brzoskwiniami, ale Perry niczego nie wyłapała. Całe szczęście, że nie ogarniała takich aluzji, inaczej Fontaine autentycznie spaliłaby się ze wstydu.
— Mamy taką twardą odmianę jabłek w ogrodzie! Są chrupiące i kwaśne. Na jesieni jest ich cały wysyp! Musisz powiedzieć Griffowi, żeby ci takie przywiózł. Albo w ogóle nazbierasz sobie, jak do nas przyjdziesz — oznajmiła, kiwając ochocza głową. A potem spojrzała na Perry trochę jak na wariatkę. — Jasne, że lubię budyń. Znasz kogoś, kto nie lubi? Najbardziej śmietankowy. Chociaż gdybym miała wybierać, to chyba jednak wolę kisiel — stwierdziła po chwili namysłu.
Dzielenie się było fajne. Dobrze, że Pixie nie była jedynaczką, bo pewnie miałaby z tym trudność. Nie znała zbyt wielu jedynaków, ale na roku miała takiego Itchy'ego i Itchy był jebnięty nie miał rodzeństwa, więc dzielenie się czymś z innymi przychodziło mu z ogromnym trudem. Wallace natomiast nie miała żadnego problemu, żeby dać jej gryzka gofra.
Kolejny została zaskoczona, kiedy usłyszała, że hipopotamy pocą się na czerwono. Skąd ona wiedziała takie rzeczy? Ano tak, była przyszłym weterynarzem, a to jednak do czegoś zobowiązywało.
— Nie wiedziałam, ale już wiem. I pewnie nigdy o tym nie zapomnę. W sumie ich skóra wygląda na cienką i wrażliwą — stwierdziła, przyglądając się hipciom, ale zaraz odepchnęła się od barierki i ruszyła w stronę wspomnianych żółwi.
Podeszły najbliżej, jak to było możliwe, ale ku wielkiemu rozczarowaniu Pix, nie było w nich żółwi świnionosych. Oszustwo! A nie, to chyba dlatego, że te żyły w głównie w wodzie, a tutaj dreptały same takie lądowe.
— Patrz, to jest chyba olbrzymi — wskazała na największego gada. — Na tabliczce jest napisane, że dożywają nawet 180 lat. Strasznie długo. Kto chciałby tyle żyć? I to jeszcze jako żółw — westchnęła pod nosem. Co można robić przez tyle czasu?

Perry 🐢
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
159 cm
studentka weterynarii na university of toronto
Awatar użytkownika
sorry I’m late, I saw a dog
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uff, dobrze, że Perry tylko pomyślała, że jest wybrańcem i nie powiedziała tego na głos! Co nie zmieniało faktu, że nawet jeśli Fuzzy był strasznym pieszczochem, to zaakceptował Perry tak samo jak wszystkich innych, do których uwielbiał się miziać. W końcu mógł zacząć ignorować tylko i wyłącznie ją, i wtedy to dopiero byłoby jej przykro! - A, no tak, gdzie ja mam głowę, jeeeeju - zawołała Perry, pukając się w czoło. - Tak się zestresowałam przez tę całą akcję ze złodziejem, że cud, że pamiętam, jak się nazywam - dodała i westchnęła. Na szczęście, tę atrakcję miały już za sobą i Wallace miała nadzieję, że nic dziwnego już ich nie spotka. Chyba.

Miło jej się zrobiło, że Pixie zainteresowała się tematem leniwców i jej nie olała. A więc to musiała czuć Fontaine za każdym razem, gdy opowiadała o owadach i ktoś jej nie ignorował? Damn. - Serio, nie zmyślam! Ich żołądki są pełne bakterii, które rozkładają liście baaardzo powoli - odparła z przejęciem, wymachując w powietrzu kubkiem z granitą, której już niewiele zostało. - No i jak idzie ochłodzenie, to te bakterie umierają i przestają działać, a wtedy leniwiec ma żołądek pełen jedzenia, ale nie jest w stanie go strawić ani przyswoić. Straszne to jest - pokręciła głową, a zaraz zaśmiała się, gdy poczuła na sobie podejrzliwe spojrzenie Pixie. - Nieee, nie interesuję się pajęczakami, po prostu wyskoczyło mi na Instagramie. Obserwuję różne takie konta z ciekawostkami, wiesz? I tak, dokładnie o to mi chodziło! - uśmiechnęła się i pokiwała żywiołowo głową, bo to był ten moment, gdy dwie osoby miały na myśli dokładnie to samo i głowa sama zaczynała przytakiwać!

Gdy Pixie opowiadała o brzoskwiniach, Wallace ani przez chwilę nie pomyślała o niczym dwuznacznym, serio, była czysta jak łza i niewinna jak nieobsrana łąka. Twarde jabłka też z niczym jej się nie kojarzyły, jakby co. - O kurczę, poważnie? Namówię Griffina i zrobimy razem szarlotkę, a potem cię poczęstujemy… O ile lubisz szarlotkę? I jabłka? - zapytała. No i oczywiście, że Pixie lubiła budyń, musiałaby być kompletnym świrem, żeby go nie lubić. Perry nie ufała osobom, które nie lubiły budyniu. - Ja najbardziej lubię czekoladowy, a kisiel zjem tylko wtedy, gdy nie ma budyniu. I nie lubię też galaretek - dodała jeszcze, bo skoro już rozmawiały o preferencjach żywieniowych, to galaretka stała bardzo blisko kisieli, prawda?

Gdy stały jeszcze przy hipciach i patrzyła na lśniącą w słońcu skórę tych wielkich zwierzaków, tym bardziej Perry dochodziła do wniosku, że ich skóra serio wyglądała na mega wrażliwą na promienie słoneczne. - Prawda? - przytaknęła, zgadzając się z Pixie. A potem poszły w kierunku żółwi i była rozczarowana tak samo jak ona, gdy odkryła, że w zagrodzie nie znajdowały się żadne żółwie ze świńskimi ryjkami. Żal. - Serio olbrzym - przytaknęła, przypatrując się największemu gadowi, którego wskazała jej Fontaine. Kurde, serio żyły aż sto osiemdziesiąt lat? - Sto osiemdziesiąt lat w slow motion, jesz tylko sałatę i masz wszystko w nosie… Gdyby to chociaż mogły być frytki, ech - również westchnęła i oparła dłonie o barierkę, żeby się wychylić i lepiej przyjrzeć gadzinie. - Ej, a ile one właściwie ważą? - spytała i nachyliła się w stronę tabliczki. A gdy tylko przeczytała, oczy zrobiła jak pięć złotych. - Jezu, ile?! Między 250 a 300 kilogramów?! To tak jakby mnie albo ciebie sklonować po… około pięć razy - zaśmiała się. W sumie ciekawe, jakby to było, gdyby była teraz otoczona przez pięć Pixie. Na pewno zabawnie! - Ależ one wolno chodzą - dodała po chwili, bo od dobrej minutki obserwowała jednego mniejszego żółwia, który wędrował w stronę miseczki z sałatą. Jeju, to się dopiero nazywało slow life.

pixie 🐢
23 y/o
PRACOWITA PSZCZÓŁKA
170 cm
studentka biologii na university of toronto
Awatar użytkownika
perfumy, które pachną na twojej skórze,
ty masz usta czerwone, a ja jestem w bluzie
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiała się, chociaż jeszcze chwilę wcześniej wcale jej do śmiechu nie było. Ona też nieźle się zestresowała całą sytuacją. Nawet nie chciała myśleć, co by było, gdyby nie udało im się dogonić złodzieja. Plułaby sobie w brodę, że nie zdołała powstrzymać go przed kradzieżą. Z Pixie nie była żaden sportowy świr, ale biegać potrafiła. Bo chyba każdy potrafił, nie? A adrenalina dodatkowo zrobiła swoje, zamontowując Fontaine motorek w dupie.
Słuchała ciekawostek o leniwcach z rozdziawioną gębą. To przecież nie ich wina, że miały takie pokręcone organizmy. Nie zasługiwały na taki okrutny los.
— O boże, to koszmarne! — przejęła się na poważnie. Natura zaskakiwała ją na każdym kroku. I Perry również, bo była taka mądra i wiedziała tych rzeczy! — Teraz jest mi ich strasznie szkoda — dodała, zaciskając usta w wąską linię.
Dobrze, że temat zszedł na pajęczaki, to nie miała czasu, żeby się smucić. To będzie problem jutrzejszej Pixie, która obudzi się i przypomni sobie, że leniwce umierają, bo ich żołądki nie są w stanie przetrawić jedzenia.
— Też takie obserwuję, ale zdarza mi się przegapiać jakieś fajne. A potem jakoś zapominam, żeby do nich wrócić. Dobrze, że mam ciebie — wyszczerzyła się, nie zdając sobie sprawy z tego, że mogło to zabrzmieć trochę niepoprawnie. Wallace wcale nie miała obowiązku sprzedawania jej różnych ciekawostek i mogła to robić wyłącznie z własnej, dobrej woli.
Oczy jej się zaświeciły na wieść o szarlotce. Czy lubiła szarlotkę? To jak zapytanie dzika o to, czy sra w lesie. Pix nie wykluczała, że na świecie są ludzie, którzy nie lubią szarlotki i w ogóle jabłek, ale to chyba były jakieś dziwne, pojedyncze jednostki. Albo ktoś nie mógł ich jeść, bo był uczulony, jak ona na pszczeli jad.
— Pewnie, że lubię! Ale czekaj, mój brat będzie ci pomagał? To akurat nowość — stwierdziła, bo w domu Griffin nigdy nie garnął się do gotowania. A o pieczeniu, to można było jedynie pomarzyć! — Musisz mieć jakiś niesamowity dar przekonywania — mrugnęła porozumiewawczo do Perry. — O, galaretkę też lubię. No i to źródło kolagenu, więc jest dobra na kości — pokiwała głową, bo chociaż nie była super fanatyczką zdrowego żywienia i żarła po nocach makaron z serem, to jednak znała wartość różnych produktów. A rzadko zdarzało się, żeby coś było tak smaczne i zdrowe. A galaretka była!
Waga żółwi w porównaniu do hipopotamów nie robiła aż tak dużego wrażenia, ale biorąc pod uwagę, że te żółwie jak na żółwie były ogromne, to jednak było to dość imponujące. Bo normalnie żółwie kojarzyły się raczej z małymi gadami. A tu proszę bardzo, miały okazję zobaczyć takie giganty!
— Jakbyś tyle ważyła, to też być wolno chodziła — zauważyła, zresztą całkiem słusznie. — No i dźwigają taką ogromną skorupę, która jest tak naprawdę składa się z kości — powiedziała, jeszcze przez chwilę przyglądając się tym olbrzymom. — To co? Pandy rude to nasz ostatni przystanek? — zapytała, kiedy ruszyły w stronę kolejnego wybiegu. Zobaczyły już właściwie wszystko, co chciały, chociaż łazić po tym zoo to można było do późnej nocy. Dobra, aż tak, to nie, bo przecież nie było czynne całą dobę.

Perry 🐾
bubek
nudy i braku zaangażowania
23 y/o
For good luck!
159 cm
studentka weterynarii na university of toronto
Awatar użytkownika
sorry I’m late, I saw a dog
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sprawa z leniwcami faktycznie była przykra. Perry pokiwała głową ze smutną miną, no bo jak tu się nie zasmucić nad biednym stworzonkiem, które umierało z głodu, bo było za zimno? Aż miało się ochotę spakować plecak i polecieć do Australii, żeby zobaczyć je na własne oczy i sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku… Chociaż, czy one na pewno mieszkały w Australii? Wydawało jej się, że tak, ale nie miała pewności. Postanowiła sprawdzić to później w necie. - O, no to możemy sobie wysyłać nawzajem! - uśmiechnęła się natomiast, podchwytując temat ciekawostek. A jak miło jej się zrobiło, że Pixie powiedziała, uwaga, cytuję: "Dobrze, że mam ciebie". Jak dobrze, że Wallace była dziewczyną jej brata i nigdzie się nie wybierała! Zresztą, niedługo pewnie cała rodzina Fontaine’ów będzie się zastanawiała, czy Perry jest ich kolejnym adoptowanym dzieckiem, bo tak często do nich ostatnio wpadała. No i niedługo będą się pewnie też zastanawiac, do kogo właściwie Perry przychodzi w odwiedziny, do Griffina, czy do Pixie, bo z jedną miała w planach nawijać o owadach i zwierzętach i jeść kisiel, a z drugim oglądać filmy o superbohaterach i piec ciasta.

A skoro o ciastach mowa… - On jeszcze o tym nie wie, ale mam nadzieję, że się zgodzi. Namówiłam go już na naleśniki i gofry, więc czas podnieść poprzeczkę! - puściła do Pixie perskie oczko i zaśmiała się wesoło, bo co jak co, ale chłopaka trzeba było sobie powoli i cierpliwie wychować, prawda? A zresztą, Griffin potrafił być kochany (jak chciał), więc na pewno da się ugadać na szarlotkę z własnoręcznie zebranych jabłek. Uuu, czy to oznaczało, że Perry miała jakiś niesamowity dar przekonywania, jak to powiedziała właśnie Pix? - Ja w ogóle jestem niesamowita! - zażartowała Perry, dalej się śmiejąc. Wcale nie uważała się za jakąś nieomylną albo taką "hej do przodu" (jakby co), ale według Griffina… tak, była niesamowita. Czasami. - Mam dar do robienia frytek w Air Fryerze, wiesz? - dodała mimochodem, skoro już zaczęły rozmawiać o darach. A miała dar do robienia frytek, bo po pierwsze, kochała frytki, a po drugie ten talent podkreślał jej ogólną niesamowitość, ot co.

No i te żółwie… One też były niesamowite. Jedne były malutkimi stworkami wielkości palca, a drugie były olbrzymami ważącymi trzysta kilogramów. Wow. No faktycznie, gdyby Perry ważyła trzysta kilo, to też chodziłaby tak wolno. - Coś w tym jest - przytaknęła, a zaraz zmarszczyła brwi, słysząc o budowie skorupy. - Serio z kości? Tego to nie wiedziałam! - wtrąciła szczerze, no bo jakby się dłużej zastanowić, to… nie, jednak nigdy wcześniej nie dociekała, z czego dokładnie składała się ten pancerzyk. Cóż, człowiek uczył się całe życie! - I taaak, pandy rude na koniec! - przytaknęła z entuzjazmem, ruszając za Pixie w stronę ostatniego przystanku, który znajdował się niedaleko wyjścia z zoo.

Gdy dotarły na wybieg i Perry zobaczyła te małe, puszyste szkraby wspinające się po gałęziach, prawie rozpłynęła się ze słodkości. Były takie urocze, że to aż bolało. Normalnie miała ochotę coś rozwalić i ścisnąć. Cute agression było bardzo ciekawym zjawiskiem!!! - Wiesz, że te pandki mieszkają w dziuplach albo norkach? Są mega słodkie! - zawołała, nie mogąc oderwać od nich wzroku. - I potrafią schodzić z drzewa głową w dół, jak tamta, widzisz?! - wskazała palcem na pandę, która właśnie… no, schodziła głową w dół po pniu, co nie? Perry oparła dłonie o barierkę i westchnęła, wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w futrzaki. - Kocham zwierzęta - rzuciła pod nosem. Wyznanie było proste i zwyczajne, ale płynęło z głębi jej serduszka; serio kochała wszystkie stworzenia. Pewnie właśnie dlatego chciała pomagać im w przyszłości jako weterynarz, mimo że w szkole serce prawie pękło jej na pół, gdy na zajęciach kroili żaby i króliki. Nie bez powodu przecież nie jadła mięsa… Ech. Rozumiała jednak, że żeby w przyszłości ratować im życie, musiała przejść przez ten etap edukacji. - Chyba chcę kota - stwierdziła nagle Perry, przyglądając się jednej z rudych pand, która akurat przeciągała się leniwie, prężąc grzbiet jak Fuzzy - gdyby tylko miał umaszczenie czerwonej pandki, wyglądaliby tak samo!

Postały przy pandach jeszcze kilka minut, aż w końcu skierowały się w stronę bramy wyjściowej. Perry chyba zaczynały boleć nogi od tego długiego spaceru i od szaleńczego biegu, do którego była zmuszona przez złodzieja, ale przynajmniej była zadowolona. Anyways, razem z Pixie udały się jeszcze na wegański ramen do tego samego miejsca, w którym Perry była kiedyś z Griffinem. Chłopak chciał jej wtedy zaimponować na jednej z pierwszych randek i udowodnić, że mógł zjeść obiad bez mięsa (po wyjściu kupił sobie wielkiego burgera na wynos z lokalu obok, jakby co).

Po jedzonku Perry odprowadziła Pixie do domu i przytuliła ją mocno na pożegnanie, bo to był po prostu zajebisty dzień. Kto by pomyślał, że rodzeństwo drugiej połówki może okazać się takim zajebistym ziomkiem!
koniec
pixie
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”