Lysander był nieoczekiwanym wyjątkiem od reguły.
Przy nim żart, rozpięty między nimi, rozluźniał nić kontaktu, która w rozmowach Lenny’ego z innymi ludźmi zwykle napinała się pod ciężarem ostrożności. Przy Lysanderze jednak, wraz z kolejnymi wizytami, coraz łatwiej przychodziło mu porzucanie tej przezorności. Chwile, w których wisiała nad nimi lekka, wesoła aura, jak dziś, pozwalały mu mówić bez zastanowienia, z odciążającą ciało lekkością.
—
To raczej efekt uboczny, niż dokładnie zaplanowana strategia — zaśmiał się sam z siebie (choć Westhall nie mógł o tym wiedzieć), bo był ostatnią osobą, którą można było posądzić o celowe zaskarbianie cudzej sympatii. W gruncie rzeczy, jako urodzony samotnik, częściej stał na uboczu, nie walcząc o cudzą uwagę. Dlatego też planowanie czegokolwiek, co wiązało się z uzyskaniem cudzej aprobaty, wydawało się absurdem.
Absurdem, który jednak mu się podobał, bo oznaczał on, że może jest między nimi potencjał na owocującą znajomość. Rysująca się między nimi sympatia — a przynajmniej wzajemna, pozbawiona przymusu tolerancja własnego towarzystwa — dawała Lenny’emu coś, czego nie doświadczał często w relacjach z ludźmi: a mianowicie przestrzeń, w której nie musiał bezustannie pilnować własnych granic i własnych słów w obawie przed odrzuceniem. Od czasu do czasu mógł więc rozpiąć skrzydła swobody i po prostu trwać w tej znajomości bez potrzeby ciągłego powściągania gestów i słów.
Póki Lysander akceptował jego specyficzne poczucie humoru, wszystko było
w porządku.
—
Widocznie przeceniasz nasze stosunki — odparł z początku z kamienną powagą, a potem, po chwili napiętej ciszy, kąciki ust Richardsona rozerwały się w uśmiechu, odkrywając rozbawienie, wskazujące na to, że tylko się droczył.
—
Spokojnie. Odłożę Ci Twój egzemplarz i podpiszę stronę tytułową, jak tylko przyjdziesz kiedyś na wieczorek — zapewnił go.
Słowa Lenny’ego zamknęły tym samym temat książki. To było jeszcze przed tym, gdy napięcie zdążyło ponownie narosnąć pod wpływem serii kolejnych wydarzeń.
Niezbędna była kontrola tu i teraz.
Przydałby się także filtr, którym mógłby odsiać w głowie paranoje od niepewności, czy rzeczywistość od fantazji, gdy wpatrzony w oblicze Lysandera, pod ostrzałem cudzego spojrzenia pozwolił adrenalinie przebiec przez ciało, jak prąd przez linie gwałtownego napięcia. Uczucie to rozedrgało ciało Lenny’ego, pochłaniając resztki świadomości i dzieląc oddechy na dwie zupełnie różne sfery.
(...) Pełno sprzeczności, panie Richardson, zastygł na te słowa.
Wdech był ukojeniem, wydech natomiast anemiczną próbą zachowania twarzy. Milczał, przeciągając napięcie i pozwalając, by rozlazło się ono po kościach i mięśniach. Głównie dlatego, że gdyby teraz zdecydował się mu odpowiedzieć, pewnie powiedziałby mu coś głupiego i zbyt go odsłaniającego. Wolał tę energię przekierować na starcie smaru, albo przyjęcie na siebie cudzego oddechu, gdy odległość między nimi zmalała znacząco.
—
Zaangażowanie jest oczywistością, skoro to ja zaproponowałem kontakt — zauważył łagodnie, mimo dręczących go wątpliwości nie dając się zbić z tropu. Może filar wcześniejszej pewności rzeczywiście nieco pękał, Lenny jednak starał się zasklepić rysy emocji na bieżąco, świeżo dorzuconymi do dialogu słowami. Zagryzł przy tym wargę na moment, oceniając poziom cudzego zainteresowania, nim zdecydował się na kolejne słowa.
Oczy Lysandera, schodzące kusząco w dół ku jego ustom, dały mu przy tym odrobinę rozpędu i
poczucia bezpieczeństwa, tj. złudną gwarancję, że robią coś za obopólną zgodą. Nawet więc nie drgnął, gdy mechanik wspomniał ponownie o czasie i o striptizie, nachylając się przy nim nieznacznie.
Naczynie ciała Lenny’ego wyraźnie wypełniło się pierwszym podnieceniem oraz towarzyszącą mu dziś ekscytacją, a gorąco spotkania zajęło brzegi myśli i połać skóry.
—
Przekonamy się — mruknął cicho odnośnie wystarczalności czasu, nie chcąc zakłócać tworzącego się właśnie s a c r u m tej relacji. Natężenie i intensywność z jaką patrzył na niego Lysander (lub to, jak to spojrzenie odczuwał sam Lenny), sprawiały przy tym, że był skłonny przekroczyć nie tylko tę jedną, oczywistą granicę bliskości, którą naruszyli.
Korzystając z nachylenia Lysandera, odnalazł ustami jego ucho, dodając szeptem:
—
Tak jak Ty będziesz musiał przekonać się o moich umiejętnościach.
Co się tyczyło ostatnich pytań, odpowiedzią na nie było pociągnięcie Westhalla za dłoń w kierunku biura, by w ostatnim akcie przyzwoitości nie narażać mechanika na ewentualne nieprzyjemności, gdyby zostali nakryci przez losowego klienta po wejściu do warsztatu.
Tymczasem biuro było niewielką wyspą względnego porządku pośród zapachu oleju, metalu i rozgrzanych części. Lenny skłamałby jednak, gdyby powiedział, że zdążył przyjrzeć się dokładniej przestrzeni. Po przekroczeniu progu nie miał czasu na oględziny, do jego świadomości wpadł jedynie pojedynczy szczęk opadających kluczy, gdy popchnął Lysandera w kierunku biurka, najwyraźniej zrzucając z niego część jego zawartości. Zaraz potem sam odsunął się o krok, wstępnie rozpinając bluzę do połowy torsu.
—
Jeszcze możesz zrezygnować… o ile wadzi Ci brak odwrotu.
Ostatnie głoski Lennarta wzniosły się niemal w pytaniu, gdy w oczekiwaniu na reakcję zsunął wzrok na kuszące ciało.
Lysander Westhall