ODPOWIEDZ
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

079.
Była właśnie w trakcie dopasowywania do ciała amputowanej kończyny, kiedy usłyszała wibrację telefonu. Nie lubiła jednak odrywać się od autopsji, dlatego zignorowała dźwięki dochodzące z kieszeni fartucha. Za którymś razem w końcu odrzuciła lateksowe rękawiczki na metalową tackę i sięgnęła po urządzenie. Przez cały ten czas usiłował skontaktować się z nią dyżurujący posterunkowy. Zaylee próbowała domyślić się, o co mogło chodzić, ale nie przychodził jej do głowy żaden sensowny powód. Każdy z jej bliskich próbowałby dobijać się do niej na prywatny numer, a była też zdecydowanie zbyt późna pora na jakiekolwiek służbowe spotkania.
Omiotła wzrokiem pobojowisko na stole sekcyjnym. Od dwóch godzin próbowała ustalić, co właściwie stało się z dwudziestopięcioletnim mężczyzną, którego znaleziono niedaleko stacji kolejowej. Urwane kończyny mogły sugerować, że rzucił się pod pociąg, ale ślady w miejscu cięć były zbyt dokładne i Miller coraz bardziej podejrzewała morderstwo. Zwłoki porzucono przy torach, żeby wszystko wskazywało na samobójstwo. Ktoś najwyraźniej bardzo chciał, żeby sprawa wyglądała na prostszą, niż była w rzeczywistości.
Już miała wrócić do sekcji, kiedy telefon znów zabrzęczał. Odebrała i przytrzymała go ramieniem, w międzyczasie porządkując szafkę obok stołu.
— Możesz mi wyjaśnić, Murphy, dlaczego zawracasz mi dupę, kiedy jestem w trakcie sekcji? — rzuciła bez zbędnego pierdolenia.
Posterunkowy odchrząknął cicho.
— Przepraszam najmocniej, doktor Miller, ale ktoś chce się z panią zobaczyć — oznajmił cichym, speszonym głosem.
— Kto? — zdziwiła się szczerze.
— Przedstawił się jako Harris Morgan? — Murphy chyba nie był zbyt pewny swojej odpowiedzi, skoro w jego wypowiedź wdarło się pytanie.
— Harris Morgan? — powtórzyła, ściągając brwi. Co on robił tutaj w środku nocy? I dlaczego, na litość boską, nie napisał do niej wiadomości? — Niech poczeka przy wejściu, zaraz tam będę — powiedziała, kończąc połączenie.
Nie potrzebowała wiele czasu, żeby opuścić prosektorium, wspiąć się schodami na piętro i ruszyć długim korytarzem w stronę stanowiska recepcyjnego, przy którym Harris gawędził sobie w najlepsze z posterunkowym Murphym. Zaylee poprawiła kitel i spojrzała pobłażliwie na Harrisa. Daleko było mu do trzeźwego stanu, widziała to po oczach, ale na nogach trzymał się całkiem nieźle.
— Do końca zdurniałeś? Wiesz, że ja cały czas pracuję? Nie możesz przyłazić tutaj, kiedy ci się podoba. To nie jest bar. — umoralniła go na powitanie, krzyżując ręce na piersiach.
Posterunkowy wyglądał tak, jakby chciał stanąć w obronie niezapowiedzianego gościa, ale kiedy dostrzegł spojrzenie Miller, zastygł z miną skretyniałego karpia. Każdy, kto znał koronerkę, wiedział, że lepiej jej nie podpadać. Tym bardziej że Murphy nie miał pojęcia o ich wieloletniej przyjaźni. Dla niego Harris Morgan był po prostu pijanym facetem, który o drugiej w nocy postanowił urządzić sobie wizytę w prosektorium. A Zaylee najwyraźniej zamierzała właśnie wyjaśnić mu, dlaczego był to wyjątkowo chujowy pomysł.

Harris L. Morgan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

03.


Po kilkunastu godzinach w szpitalu Harris powinien był wrócić do domu, wziąć prysznic, zjeść coś, co nie pochodziło z automatu i położyć się spać. Zamiast tego dał się namówić zespołowi na drinka, a jeden drink bardzo szybko okazał się kilkoma. Nie był pijany – przynajmniej tak sobie powtarzał – ale był wystarczająco zmęczony i rozluźniony, żeby jego wewnętrzny głos rozsądku przestał mieć szczególnie dużo do powiedzenia.
Pomysł przyszedł nagle, gdzieś pomiędzy drugim a trzecim łykiem czegoś mocniejszego.
Miller. A właściwie: Zaylee Miller, jej biuro i fakt, że o tej porze prawdopodobnie nadal pracowała.
To ostatnie nie było nawet specjalnym założeniem. Morgan znał ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jeśli gdziekolwiek w Toronto o drugiej nad ranem paliło się światło, istniała całkiem przyzwoita szansa, że w nim właśnie znajdowała się ona.
Dlatego mniej więcej czterdzieści minut później stał już przed wejściem do budynku, z butelką whisky pod pachą i zadowoloną miną dającą znać wszystkim dookoła, w jakim dobrym był humorze. Przynajmniej według standardów obowiązujących po północy.
Nie zapowiedział się. Nie napisał wiadomości. Uznał, że po latach przyjaźni takie formalności były zbędne, a poza tym istniała pewna granica, po której spontaniczność zaczynała być po prostu brakiem rozsądku, i doktor Harris L. Morgan był już zdecydowanie po jej drugiej stronie.
Oderwał wzrok od Murphy’ego dopiero wtedy, kiedy usłyszał znajomy głos dobiegający z korytarza. Jego twarz rozjaśniła się natychmiast, jakby właśnie na nią czekał przez cały ten czas, a nie jak człowiek, który ledwie kilka minut wcześniej próbował przekonać posterunkowego, że jego obecność o drugiej nad ranem jest absolutnie uzasadniona.
– Zay-Zay! – zawołał z szerokim uśmiechem, nisko i donośnie, przykładając dłoń do ust w prowizoryczną tubę, jakby znajdowali się co najmniej na stadionie, a nie pod posterunkiem policji w Toronto.
Murphy spojrzał na niego z wyraźnym niedowierzaniem.
Harris natomiast najwyraźniej nie dostrzegł w swoim zachowaniu niczego niewłaściwego. Wyprostował się tylko nieco, unosząc butelkę, którą do tej pory trzymał pod pachą, i zrobił w jej stronę kilka kroków.
– Właśnie o tobie mówiłem. – Spojrzał na posterunkowego i wskazał na kobietę palcem. – Właśnie o niej mówiłem! Ona mnie zna i to od całkiem dawna, i wróciłem do Toronto, a ona tylko z… ze zgonami. – Zmarszczył brwi i poklepał zdezorientowanego faceta po ramieniu, zanim obrócił się w stronę Zaylee.
Dopiero kiedy zobaczył jej minę, uśmiech trochę mu przygasł. Spojrzał najpierw na nią, potem na własną dłoń ściskającą butelkę, po czym opuścił ją z godnością człowieka, który postanowił udawać, że nic się nie stało. I nikt na pewno nie zorientuje się, że był po kilku głębszych.
– Dobry wieczór – poprawił się znacznie spokojniej. – Przyniosłem whisky. – Uniósł butelkę w geście prezentacji. – I mam świetny powód, żeby tutaj być.
Zaylee nie wyglądała na przekonaną, więc westchnął cicho i zerknął na Murphy’ego, jakby szukał u niego choć odrobiny wsparcia. Posterunkowy natychmiast odwrócił wzrok i postanowił wrócić na swoje stanowisko wewnątrz budynku. – Zdrajca – mruknął pod nosem. Ale nie minęło pięć sekund, zanim spojrzał swoim lekko zamglonym spojrzeniem na przyjaciółkę. – Zayleeeeeee, pacjenci ci nie umrą, whisky??


Zay-Zay!
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciała się na niego wściekać i dać mu do zrozumienia, że godzina, o której nachodził ją w pracy, była kompletnie niestosowna. Mogłaby wygłosić mu całą litanię o tym, dlaczego nie powinien zjawiać się na komisariacie bez zapowiedzi i że wystarczyło dać znać. Ale im dłużej patrzyła na jego gębę, tym bardziej złość ustępowała miejsca radości, że w ogóle miała okazję ją zobaczyć.
Odkąd Harris wrócił do Toronto, nie mieli zbyt wielu okazji do spotkań. Właściwie widywali się jedynie przelotnie. Raz, kiedy Zaylee została wezwana do szpitala na konsultację w sprawie zmarłego pacjenta, a drugi raz na konferencji naukowej zorganizowanej w centrum. Pisali i dzwonili do siebie regularnie, o ile regularnością można było nazwać odczytywanie wiadomości rano i odpisywanie na nie następnego dnia. Miller nigdy nie była najlepsza w odpowiadaniu na wiadomości tekstowe. Niby miała z tyłu głowy, że powinna odpisać, ale natłok obowiązków i prywatnych spraw skutecznie ją od tego odciągał. Czasami przypominała sobie o tym w najmniej odpowiednim momencie, obiecywała sobie, że zrobi to później, ale później nigdy nie nadchodziło. I tak w kółko.
A mimo to jej przyjaźń z Morganem trwała. Mogli nie spotykać się miesiącami, a kiedy w końcu do tego dochodziło, zachowywali się tak, jakby widzieli się zaledwie wczoraj. Jakby po drodze nie zdążyło wydarzyć się nic, co wymagałoby nadrabiania zaległości czy tłumaczenia się z nieobecności. Po prostu wracali do rozmowy, jak gdyby nigdy jej nie przerywali.
— Pani doktor, mam go stąd oddelegować? — odezwał się Murphy, gotowy do interwencji.
Zaylee spojrzała na niego z uniesionymi brwiami, a następnie przeniosła wzrok na Harrisa, który ściskał w dłoni butelkę whisky.
— Dzięki, Jordan. Myślę, że sobie z nim poradzę — powiedziała, podchodząc bliżej przyjaciela. Złapała go pod ramię, zamierzając wciągnąć w głąb budynku. Murphy skinął głową, przyjmując tę informację do wiadomości. Najwyraźniej uznał, że skoro pani doktor twierdzi, że panuje nad sytuacją, to nie ma sensu wtrącać się w sprawy, które go nie dotyczą.
— Jesteś jebnięty. Wiesz o tym? — zwróciła się do Morgana, kiedy znaleźli się już poza zasięgiem słuchu posterunkowego. Ruszyli długim korytarzem w kierunku schodów prowadzących do prosektorium w piwnicy. — Muszę najpierw dokończyć autopsję i wypełnić protokół — dodała, mając na myśli również butelkę whisky, którą Harris przyniósł ze sobą. — To mi chwilę zajmie. Posiedzisz grzecznie i postarasz się nie przeszkadzać. Jasne? — zerknęła z ukosa na mocno wstawionego anestezjologa.
Nie wymagała od niego cudów na kiju. Miał po prostu zająć miejsce na krześle i niczego nie dotykać. Wydawało się to zadaniem na tyle prostym, że nawet pijany Morgan powinien sobie z nim poradzić. Oczywiście pod warunkiem, że nie postanowi nagle urządzić sobie wycieczki krajoznawczej po prosektorium.
Zeszli na dół, gdzie koronerka pociągnęła za klamkę ciężkich, metalowych drzwi. W środku panował chłód. Na stole sekcyjnym wciąż leżał rozczłonkowany denat. Harris miał rację - nigdzie jej nie uciekł.
— Gdzie się tak załatwiłeś? — zapytała i sięgnęła po świeżą parę lateksowych rękawiczek. Znała Harrisa na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ten raczej nie upijał się bez okazji. Ani bez konkretnych powodów.

Harris L. Morgan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Harris pozwolił się prowadzić bez większego protestu, choć przy schodach jego dłoń na moment mocniej zacisnęła się na ramieniu Zaylee. Nie dlatego, że miał szczególny problem z utrzymaniem równowagi. Po prostu schody były zdradliwe, a doktor Morgan, nawet po kilku drinkach, nadal uważał, że należy szanować prawa fizyki. Na widok prosektorium uniósł tylko brwi. Rozczłonkowane ciało nie robiło na nim większego wrażenia – po latach pracy w szpitalu widział wystarczająco dużo, żeby nie reagować przesadnie na widok zwłok – choć przez krótką chwilę jego mózg musiał najwyraźniej przestawić się z baru na prosektorium. Rozejrzał się po chłodnym pomieszczeniu, po czym spojrzał na Zaylee, która chyba naprawdę zamierzała zostawić go tutaj na czas dokończenia autopsji.
– Mówiłem ci, że pacjenci ci nie uciekną. – Dopiero po chwili dotarło do niego, że jej pytanie dotyczyło czegoś zupełnie innego. Zamilkł na moment, spoglądając na butelkę whisky w swojej dłoni, jakby właśnie ona mogła podpowiedzieć mu, od czego właściwie zacząć. Oparł biodro o wolny blat, ostrożnie i z pewną przesadną świadomością tego, że Zaylee mogła w każdej chwili uznać, że nawet tego nie wolno mu dotykać. – Achhhh. Miałem długą zmianę. Bardzo długą.
Brzmiało to jak odpowiedź wystarczająca, ale widocznie nawet jego zamroczony alkoholem mózg zorientował się, że Zaylee nie pytała o długość dyżuru bez powodu. Westchnął więc cicho i zaczął odliczać kolejne elementy wieczoru na palcach, jakby próbował w ten sposób odtworzyć przebieg wydarzeń. Najpierw była praca, potem zespół wyciągnął go na drinka. Jeden drink szybko stał się drugim, drugi kolejną kolejką, a później ktoś zamówił następną i Harris uznał, że skoro już i tak będzie następnego dnia żałował swoich decyzji, równie dobrze może podejmować je konsekwentnie.
– A potem pomyślałem o tobie. – Powiedział to znacznie spokojniej, niemal mimochodem, ale tym razem nie próbował przykryć słów żartem. Przeniósł wzrok z butelki na Zaylee i przez moment po prostu się jej przyglądał. Ostatni rok sprawił, że oboje mieli wystarczająco dużo powodów, żeby być zmęczonymi, zajętymi i nieustannie odkładać spotkanie na później. Pisali, dzwonili, czasami mijali się gdzieś między jednym obowiązkiem a drugim, ale to nie było to samo. Harris wrócił do Toronto między innymi dlatego, że chciał mieć swoich ludzi bliżej, a Zaylee od zawsze znajdowała się na tej krótkiej liście. – I pomyślałem, że dawno się nie widzieliśmy – dodał, wzruszając lekko ramionami, jakby właśnie w ten sposób można było uzasadnić pojawienie się w prosektorium o drugiej nad ranem. – Więc przyszedłem. – Uniósł butelkę, prezentując ją z bardzo dumną miną, mówiącą, że właśnie dostarczył brakujący element całej układanki. – Z whisky!
Kącik jego ust drgnął w rozbawieniu, kiedy zobaczył jej spojrzenie. Ale fakt, że pomysł był absurdalny, wcale nie zmniejszał jego przekonania, że był również całkiem dobry.
– To był dobry plan – stwierdził z pełnym przekonaniem, po czym po chwili dodał, jakby sam potrzebował jeszcze raz utwierdzić się w tej opinii — Nadal jest. – Przez moment patrzył na nią z lekkim, pijanym uśmiechem, zanim pokręcił głową z udawanym wyrzutem. – Tylko ty jesteś niemiła dla swoich gości.


zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stanęła nad rozczłonkowanym denatem i cmoknęła z niezadowoleniem. Nic tutaj do siebie nie pasowało. Teoria, według której młody mężczyzna rzucił się pod pociąg, zupełnie nie współgrała z tym, jak równo zostały odcięte jego kończyny. Pociąg nie słynął z precyzji, a już na pewno nie takiej, jakiej można było oczekiwać od kogoś z dobrym ostrzem i jeszcze lepszą ręką.
— Ten na pewno, bo nie ma nóg — odparła. Poza tym, że był martwy, był to akurat dość istotny szczegół. Przez chwilę jeszcze przyglądała się zwłokom, próbując poukładać sobie wszystko w głowie, aż w końcu przeniosła spojrzenie na przyjaciela. — Chcesz mi o tym opowiedzieć? — zapytała, nawiązując do jego długiego dyżuru. Jej własny nadal trwał, więc skoro Harris już tutaj wparował, równie dobrze mógł jakoś umilić jej czas. Co prawda Zaylee nie przepadała za tym, kiedy ktoś patrzył jej na ręce podczas pracy, ale obecność Morgana wyjątkowo jej nie przeszkadzała. Było późno, a ona sama była już zbyt zmęczona, żeby liczyć na to, że dzisiejszej nocy dozna nagłego olśnienia i wpadnie na jakiś genialny wniosek.
Sięgnęła po rękę denata i uniosła ją bliżej światła, dokładniej przyglądając się ranom. Zaraz jednak przeniosła rozbawione spojrzenie na Morgana.
— Myślałeś o mnie? To urocze — stwierdziła. Brzmiało to trochę kpiąco, jak większość rzeczy, które wychodziły z jej ust, ale w rzeczywistości naprawdę uważała to za miłe. To naprawdę wystarczyło, żeby przypomnieć jej, że mimo upływu czasu wciąż byli sobie bliscy. — No nie widzieliśmy się... — urwała, próbując sobie przypomnieć, jak dużo czasu minęło, nie licząc jakiejś przelotnej konferencji, na której nawet nie mieli okazji pogadać. — W chuj — stwierdziła, bo nie potrafiła dokładnie tego określić. A w chuj, to na pewno bardzo długo. — Aha, więc z tej tęsknoty postanowiłeś mnie upić? — dopytała, odkładając odciętą kończynę na stół. Sięgnęła po kartę z protokołem i odhaczyła kilka punktów.
Nie odzywała się przez dłuższy moment, w pełnym skupieniu zapisując wszystko, co do jutra mogłoby wylecieć jej z głowy. Co prawda było to raczej mało prawdopodobne - zwykle pamiętała najdrobniejsze szczegóły - ale wolała nie przekonywać się o tym po raz kolejny. W końcu następnego dnia mogła już nie kojarzyć, co dokładnie miała na myśli, a wtedy musiałaby rekonstruować własne myśli, co byłoby kurewsko irytujące.
— Zazwyczaj jestem niemiła. Właściwie ten przymiotnik idealnie mnie określa. Czy mnie to obchodzi? Nie. A teraz? No popatrz, też nie. Weź sobie z mojego biura jakiś kubek na whisky. Chyba że wolisz walić z gwintu? — zerknęła na Harrisa znad protokołu i wskazała długopisem drzwi prowadzące do jej biura.
Kubki stały na szafce za szklaną szybą, ustawione równo jak pod linijkę. Oczywiście nie mogły stać byle jak. Zaylee była perfekcjonistką i miała na tym punkcie prawdziwego pierdolca.

Harris L. Morgan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
37 y/o
For good luck!
188 cm
Anastezjolog w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is not the sound of a new man
Or crispy realization
It's the sound of the unlocking and the lift away
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Harris spojrzał na pozbawione nóg zwłoki, potem na Zay, jakby przez krótką chwilę próbował znaleźć w jej odpowiedzi coś, z czym mógłby się nie zgodzić. Ostatecznie nie znalazł nic. Parsknął tylko cicho pod nosem i pokręcił głową, opierając się wygodniej o blat. Na pytanie o zmianę westchnął przeciągle, bo właśnie został poproszony o streszczenie całego dnia, choć sam najchętniej zapomniałby o nim przed końcem nocy.
— Była długa. Miałem trzy operacje, z czego dwie przeciągnęły się bardziej, niż powinny, potem jeszcze jeden pilny przypadek, kiedy już myślałem, że naprawdę wychodzę, a na koniec oczywiście papierologia, bo człowiek nie może po prostu opuścić szpitala, dopóki nie podpisze odpowiedniej liczby dokumentów. To jak kara — czknął — za grzechy z poprzedniego życia, serio.
Pokręcił głową z rozbawionym niedowierzaniem, jakby samo wspomnienie ostatnich godzin było wystarczającym powodem, żeby napić się czegoś mocniejszego. Przez chwilę obserwował, jak Zaylee pochyla się nad protokołem, wracając do pracy z tą samą skupioną dokładnością, z jaką robiła wszystko. Widok był znajomy, prawie uspokajający. Może właśnie dlatego tak łatwo było mu tutaj być. Nie musiał prowadzić rozmowy ani nawet szczególnie się starać. Wystarczyło, że siedział gdzieś obok, patrzył, jak pracuje, i miał świadomość, że w Toronto jest ktoś, przy kim nie musiał przez cały czas pilnować własnego tonu, słów i zachowania. Nawet jeśli tej nocy jego kontrola pozostawiała już nieco do życzenia.
— Ale przeżyłem. Jak widzisz, nadal mam wszystkie kończyny — dodał, unosząc rękę dla podkreślenia własnych słów, po czym spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. — I tak. Myślałem o tobie.
Tym razem nie próbował nawet obrócić tego w żart. Po prostu wzruszył ramionami, jakby po kilku drinkach przyznanie się do czegoś tak prostego przestało być szczególnie trudne. Kiedy Zaylee wspomniała o tym, jak długo się nie widzieli, Harris przez moment patrzył na nią z namysłem, a potem powtórzył po niej cicho, niemal z niedowierzaniem:
— W chuj.
Uśmiechnął się pod nosem. Rzeczywiście. W chuj długo. Niby pisali, czasem dzwonili, czasem udawało im się zobaczyć gdzieś przelotnie, ale to nie było to samo. Minęło zdecydowanie za dużo czasu, żeby ich ostatnie spotkanie można było jeszcze nazwać niedawnym. — To chyba wystarczający powód, żeby przyjść do koronera o drugiej w nocy z whisky — stwierdził w końcu, jakby właśnie rozstrzygnął sprawę. A na sugestię, że z tęsknoty postanowił ją upić, zmarszczył brwi w udawanym namyśle. Przez chwilę rzeczywiście wyglądał tak, jakby poważnie rozważał tę teorię, zanim w jego oczach pojawiło się pijane rozbawienie.
— Nie. To był raczej plan integracyjny. Ty pracujesz, ja piję. Bardzo dobrze się uzupełniamy.
Dopiero wtedy przypomniał sobie o kubku. Spojrzał w stronę wskazanych przez nią drzwi, potem na butelkę trzymaną w dłoni i wreszcie z powrotem na Zaylee. Sam pomysł najwyraźniej przypadł mu do gustu, bo skinął głową z miną człowieka, który właśnie otrzymał rozwiązanie problemu, którego wcześniej nawet nie zauważał. — Kubek brzmi cywilizowanie.
Ruszył w stronę jej biura, ale po dwóch krokach zwolnił i obejrzał się przez ramię, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że został właśnie wpuszczony w sam środek jej perfekcyjnie uporządkowanego prosektorium. Kącik ust uniósł mu się zaczepnie.
— Chociaż po tym, jak mnie potraktowałaś przy wejściu, nie jestem pewien, czyyyyyy zasługuję na porcelanę. — Bez względu na to czy mówił z sensem czy nie, nie czekając na odpowiedź, skierował się do biura, najwyraźniej gotowy przeprowadzić bardzo poważną inspekcję kubków ustawionych za szklaną szybą. Przesunął wzrokiem po białym z nadrukiem logo policji, kolejnym z napisem, którego nie mógł rozczytać, aż w końcu zatrzymał spojrzenie na granatowym kubku, który zdawał się wołać jego imię. Butelkę nadal trzymał pod pachą z ostrożnością godną znacznie cenniejszego przedmiotu.
— I nie będę pił z gwintu — dorzucił jeszcze przez ramię. — Mam standardy, Miller.



zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doskonale rozumiała go w kwestii przeciągających się zmian. U niej wyglądało to podobnie, chociaż na jej stole nikt już nie umierał. Trudno było wyzionąć ducha drugi raz. Mogła przynajmniej odetchnąć z ulgą, że na tym etapie nie była już w stanie nikogo zabić. Ta świadomość zdejmowała z jej ramion sporą część ciężaru. W końcu martwy pacjent był pod tym względem zdecydowanie bardziej przewidywalny niż żywy. Tutaj jednak nie było się z czego cieszyć. To od niej zależało, czy uda się ustalić dokładną przyczynę zgonu, a od tej przyczyny mogło zależeć całe dalsze śledztwo i znalezienie potencjalnego zabójcy. Każdy szczegół miał znaczenie.
— Kocham papierkową robotę — odparła nieironicznie. Naprawdę lubiła dłubać w dokumentach. Wszystkie rubryczki w protokołach wypełniała z ogromną starannością, a poprawnie uzupełniona dokumentacja potrafiła dać jej tyle satysfakcji, co dobrze przeprowadzona sekcja. Być może nie było to szczególnie zdrowe podejście do życia, ale Zaylee nigdy nie twierdziła, że była pod tym względem normalna.
— Mówisz tak, jakbyś nigdy nie miał długich dyżurów, a jednak kiedy je kończyłeś, nie szedłeś od razu chlać. Stało się coś jeszcze? — zerknęła na niego podejrzliwie spode łba. Znali się zdecydowanie zbyt długo, żeby Miller mogła uwierzyć w bajeczkę o przeciągniętej zmianie. Harris mógł próbować ją przekonać, że nic się nie wydarzyło, ale Miller doskonale znała jego możliwości w zakresie opowiadania półprawd.
Poczuła ciepło rozlewające się po klatce piersiowej, dokładnie w okolicach serca, którego rzekomo nie miała. Poczucie, że ktoś myślał o tobie mimo upływu czasu, zawsze było przyjemne. Tym bardziej kiedy dotyczyło osoby, za którą sama zdążyła się już stęsknić. Wymiana wiadomości i telefony były całkiem niezłym sposobem na podtrzymywanie kontaktu, ale nigdy nie zastępowały rozmowy w cztery oczy. Nie dało się przecież zobaczyć czyjegoś uśmiechu przez SMS-a ani usłyszeć wszystkiego, co kryło się pomiędzy słowami podczas krótkiej rozmowy telefonicznej. Miller co prawda nie miała zbyt wielu znajomych, bo wybierała sobie ich starannie, ale w miarę możliwości starała się pielęgnować te zażyłe relacje.
— Nachodzenie koronera w miejscu pracy nigdy nie jest dobrym pomysłem — zaznaczyła, bo nie miała zamiaru głaskać go po głowie za to, że zjawił się na komisariacie w środku nocy. Sięgnęła po podkładkę z protokołem i dopisała coś drobnym drukiem. — Nie no, nie będę siedzieć o suchym pysku i gapić się, jak pijesz sam. Polej też mi — dodała, odrzucając podkładkę na biurko. Zdjęła też rękawiczki i fartuch ochronny, co miało świadczyło o tym, że na dzisiaj już skończyła pracę. Nic więcej tutaj nie wymodzi. Jutro przysiądzie do tego ze świeżą głową. O ile kac nie zmiecie jej z planszy. Całe szczęście, że nie potrzebowała dużo alkoholu, żeby poczuć się wstawiona. Nigdy nie miała mocnego łba do chlania. Z jednej strony to dobrze, bo ekonomicznie, a z drugiej na imprezach służbowych musiała się pilnować, żeby nie narobić sobie wstydu.
— Jeśli standardami nazywasz picie z kubka, to nie są one zbyt wysoki — stwierdziła z rozbawieniem, kiedy nakryła zwłoki prześcieradłem i wsunęła je do lodówy. Chłop i jego kończyny będą musieli poczekać na dogodniejszą okazję.

Harris L. Morgan
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”