35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawidłowe odpowiedzi znów przemykały przez jego czaszkę, jedna bardziej wiarygodna od drugiej, lecz zaraz zostawiająca po sobie coraz mniejszy ślad.
Zaczynały się od dywersji. Też powinien sięgnąć po kubek z kawą, podchwytując jej gest i oferowany przez niego strzęp normalności. Może powinien postarać się, by spróbowała coś zjeść, odciąć od tej części konwersacji, od której nowe łzy mogłyby pojawić się na jej policzkach. Wyciągnąć ją z mieszkania, zabrać na s p a c e r bądź kupić krzyżówkę, stworzyć zasłonę dymną, przez którą jego złość i prawdziwe zamiary nie miały możliwości przeniknąć.
Mógł też odpowiedzieć oględnie.
Zapewnić ją, że nie zrobi nic bez jej zgody - zgody, której nigdy by nie dostał, wiedział to w tych sprzecznych emocjach odbijających się w jej oczach i sposobie, w jaki traktowała s i e b i e w tej całej sytuacji. Kłamstwo było jednak darmowe. Kłamstwo uspokoiłoby ją, może przywróciło cień uśmiechu na jej usta, może dzięki niemu udałoby jej się uspokoić. Może odpoczęłaby, odespała tę noc, odczuła odrobinę ciężaru opuszczającego jej barki i serce.
Może faktycznie mógłby wtedy być dla niej jakimkolwiek wsparciem, jakim zwykle nie potrafił być, dla nikogo.
Szczerość za szczerość.
- Jak myślisz? - odrzucił krótko, może wręcz sucho, gdy jego zwykły głos, pozbawiony miękkości, którą miał zarezerwowaną wyłącznie dla niej, nagle wybrzmiał w kontraście do tego jak zwracał się do niej sekundę wcześniej. - Dlaczego potrzebuję jego nazwiska?
Jego wzrok zsunął się na kubek kawy, na którym wzmocniła swój chwyt tak, jak wcześniej robiła to z bluza, bądź z jego palcami. Jego sylwetka zgarbiła się nieco, pomruk złości znów przetoczył przez jego tkanki, zostawiając w nich napięcie.
- Ten człowiek cię skrzywdził. To przez niego śpiewasz po barach zamiast spełniać swoje marzenia, żyjąc niosąc na sobie poczucie winy i wstyd, które nie należą do ciebie. Nigdy nie nie powinny - kontynuował, coraz mocniej cedząc słowa, coraz mniej wypowiadając je z łatwością. Pochylił się mocniej, jego łokcie oparły się o kolana, dłonie znów splotły ze sobą przyjmując pozycję, która najmocniej maskowała czyhający w nim gniew. - Znam ludzi takich jak on. Prowadzących swoje życie jakby nic się nie stało.
Jakby nie zniszczyli innych żyć, niekoniecznie tych zasługujących na zrujnowanie. Idących naprzód i niepatrzących w tył, bowiem za sobą zostawiali wyłącznie ruinę. Znał takich ludzi.
O n był takim człowiekiem.
- Nie musisz mi podawać jego nazwiska. - względne uspokojenie wreszcie wybrzmiało w powietrzu gdy odwrócił głowę w jej kierunku, tkwiący w nim haczyk unosił między nimi jak opary trucizny. - Znajdę go sam.
Szczerość za szczerość.
Może powinna mieć jakiś koniec. Może każde słowo wypowiadane przez niego było zarazem słowem za dużo. Ludzie nie lubili szczegółów. Lubili otrzymać oględne obietnice. Załatwię to. Naprawię to, co się zjebało. Sprawa zostanie załatwiona. Nie chcieli wiedzieć, co dokładnie wiązało się z każdym z tych neutralnych zdań, które przekształcały brutalność w coś proaktywnego, zadanie do wykonania na poziomie zrozumienia każdego funkcjonującego człowieka.
- Sprawię, że pożałuje chwili, w której odezwał się do ciebie po raz pierwszy. - zupełnie innego rodzaju obietnica wybrzmiała w powietrzu, daleka od neutralności. Włosy wymknęły się ułożeniu przez pochyloną sylwetkę i zgarbione plecy, do ciemnych oczu zakradł się głębszy mrok, tańczący na samej krawędzi ciemnobrązowych tęczówek. - Odbiorę mu wszystko - wyjaśniał, z nieznośną dokładnością, niezdolny do kłamstwa, niezdolny do ukrycia tego wszystkiego, co było zdolne schować się w jego wnętrzu wyłącznie wtedy, gdy miałoby być skierowane ku niej. - Kawałek po kawałku. - rodzina, praca, bliscy znajomi, reputacja, stan konta bankowego, zdolność chodzenia i porozumiewania się. Lista priorytetów w jego głowie układała się od chwili, w której Haze zaczęła mówić, jeszcze niepełna, jeszcze neutralna, wszak nie znał mężczyzny. Nie wiedział jakie rzeczy ten posiadał, które mógłby mu zabrać, musiał kierować się schematem, który później będzie musiał być do niego dopasowany. - Aż kawałki będą jedynym, co z niego zostanie.

you can tame the monster, but you can't change its nature
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zadając pytanie, wiedziała że znała już odpowiedź.
Nie znała wyłącznie szczegółów; kształtu, jaki Vincent nadawał swoim zamiarom w głowie i granicy, na której zamierzał się zatrzymać. Naiwnie liczyła być może, że istniała. Że pod całą wściekłością pozostało jakieś miejsce, do którego docierały konsekwencje, możliwe problemy i zwyczajny rozsądek, nawet jeśli Monroe nigdy nie sprawiał wrażenia kogoś, kto konsultował z nim swoje decyzje.
Pomyliła się.
Jego słowa docierały do niej jedno po drugim, metodycznie odbierając kolejne możliwości, dzięki którym mogłaby je zrozumieć inaczej. Nie pozostawił miejsca na nadinterpretację; żadnej wygodnej półprawdy, której mogłaby się chwycić i przekonać samą siebie, że pożałuje znaczyło wyłącznie rozmowę, groźbę albo kilka nieprzyjemności, po których każdy wróci do własnego życia.
Kawałek po kawałku.
Jej palce zacisnęły się mocniej na kubku, wgniatając nieznacznie jego tekturowe ścianki. Kawa zdążyła wystygnąć na tyle, że bijące od niej ciepło nie przebijało się już przez materiał. Blade, poranne światło rozlało się po salonie, z nieprzyjemną dokładnością wydobywając z półmroku porzuconą papierową torbę, nietknięte śniadanie i wilgotne ślady pozostawione na jej twarzy. Wszystko wyglądało niemal zwyczajnie.
Tylko Vincent opowiadał jej właśnie, jak zamierzał z n i s z c z y ć człowieka.
Coś w tej świadomości poruszyło się w sposób, który wydawał się być niezrozumiały w odpowiedzi na taką deklarację.
Obrzydliwy, ciemny fragment jej samej, który przez wszystkie te lata gromadził żal i wstyd, odnalazł w jego słowach namiastkę czegoś, co niemal przypominało sprawiedliwość. Wyobrażenie, że tamten mężczyzna mógłby chociaż raz stracić kontrolę; obudzić się ze świadomością, że ktoś odbierał mu wszystko, na co pracował, i że żadna z podejmowanych przez niego prób nie zdoła tego zatrzymać, przyniosło jej krótką, palącą ulgę.
Koniuszki jej palców zetknęły się najpierw z bokiem jego dłoni. Ostrożnie przesunęła nimi po szorstkiej skórze i dopiero wtedy ułożyła własną rękę na wierzchu jego splecionych dłoni, zaczepiając się o nie delikatnie, bez próby rozdzielenia ich
— Vincent — zaczęła łagodnie, od jego imienia. — Nie opowiedziałam ci tego wszystkiego, bo oczekiwałam, że się tym zajmiesz — Jedno z nieodległych wspomnień było teraz bardzo żywe. Jedno, bardzo konkretne – z dnia, w którym zdradził jej, że ludzie zarzucali go swoimi problemami, które miał rozwiązać. Nie pytając o szczegóły. I choć przez wstydliwą chwilę myśl o tym, że bezlitosna sprawiedliwość nosząca się niczym Vincent Monroe mogłaby odwiedzić człowieka, który zadał jej krzywdę, trzymałą się jej myśli – to nie potrafiła jej zaakceptować.
Być może odrzucało ją to, jak kusząca wydawała się być.
— Powiedziałam ci, bo zapytałeś — pociągnęła, mocniej dociskając opuszki do jego dłoni. — I dlatego, że nie chciałam, żebyś przestał myśleć, że k i e d y k o l w i e k odsunęłam się od ciebie z twojej winy. — Powoli sięgnęła drugą ręką, domykając nią uścisk na jego dłoniach; naturalnie przesunęła się w jego stronę, przywierając do niego. Czuła napięcie mięśni jego ramion. — To przecież niczego nie zmieni — dodała ciszej, miękko. Podała mu jeszcze jeden argument, który w jej głowie miał sens. Bo nie sprawiłoby, że przestałaby się obwiniać. Nie sprawiłoby, że nagle przestałaby postrzegać siebie jako brudną; obdartą z człowieczeństwa. Choć podszepty drugiej strony, którą od paru minut próbowała uciszyć, podpowiadały jej, że może chociaż na moment poczułaby się lepiej. A ja nie chcę, żebyś miał przeze mnie problemy — dokończyła.
W jej głowie to był skomplikowany rachunek – odebrać życie komuś, kto nie był zbirem na posyłki, jak w przypadku ludzi od Jessici. Ten mężczyzna prawdopodobnie dalej pracował w tej firmie jako dyrektor, w końcu nie minęło wcale tak dużo czasu, bo ledwie parę miesięcy od jej odejścia. Korporacja była szeroko znana, więc dla niej istniało ryzyko.
Ryzyko niewarte podjęcia z tak b ł a h e g o powodu.
monstrous and human but never at the same time
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wściekłość była w nim być może najbardziej bezkompromisowa.
Bo choć wiedział, że jego słowa spotkają się z jej natychmiastowym zaprzeczeniem, jednocześnie decyzja w jego sercu została już podjęta. Wyłącznie ten fakt utrzymywał tkwiący w nim gniew w ryzach - świadomość tego, że może nie dziś, nie jutro, ale niedługo będzie mógł skierować go na osobę, która na ten gniew zasługiwała.
Nic, co powiedziała dalej, nie miało szans tego zmienić.
Wyczuwał jej przesunięcie się na kanapie, gdy odłożyła swój kubek z kawą i przysunęła się nieco, jakby dzięki temu jej słowa miały większą szansę na przedarcie się na drugą stronę - jakby gniew był fizyczną barierą, którą musiała pokonać by uzyskać odpowiedź, na której jej zależało.
W bladym świetle dnia wyraźnie widział ślady pozostawione przez strugi łez na jej policzkach. Blask odbijał się od ich powierzchni, skupiając na nich jego uwagę nawet wtedy, gdy wyczuł na swojej dłoni jej własną.
- Dlaczego on ma prawo dalej żyć jak gdyby nic się nie wydarzyło, Violet? - odrzekł w odpowiedzi, jego głowa odwróciła się od kobiecego oblicza, wzrok skupił na jej dłoniach, nakrywających jego własne na tyle, na ile były w stanie. - Dlaczego ma prawo budzić się i chodzić do pracy, żyjąc t w o i m i marzeniami, podczas gdy ty żyjesz w ciągłym strachu?
Ryzyko nigdy nie było dla niego problemem.
Czy wczorajszy wieczór nie był na to największym dowodem? Rozgrywanie tego w ten sposób, spotykanie się z tymi ludźmi w zamkniętym gabinecie i picie naszprycowanego alkoholu, który przynieśli, wszystko to wiązało się z ogromnym ryzykiem. Dużo większym niż rzeczy, które zaplanował z dużym wyprzedzeniem.
A tego nie zamierzał improwizować. Nie mógł, oczywiście. Nie, gdy ten mężczyzna znajdował się w Stanch Zjednoczonych. Musiał uruchomić swoje kontakty, przenieść go tutaj - bądź odwiedzić na jego terytorium, w zależności od tego, czego dowiedzą się o nim jego ludzie.
- Nie mogę cofnąć tego, co już się wydarzyło - zgodził się, z tą jedną rzeczą, która nie miała dla niego takiego znaczenia. Jego wzrok mknął po smukłych palcach, owijających się wokół jego splecionych dłoni w niemal desperackiej próbie przełączenia go w uległy tryb, w którym zwykle tkwił obok niej. - Ale mogę odebrać mu jego nietykalność.
Jego decyzja była podjęta już dawno temu.
Może wtedy, gdy wyprosił Benneta z klubu tylko dlatego, że naprzykrzał się zatrudnionej przez niego piosenkarce.
Może gdy Jessica postanowiła wylać na nią piwo, a przekupieni przez nią ludzie jej ojca spróbowali odzyskać jej honor siłą.
Może gdy rzucił wszystko i ruszył późnym wieczorem w środek lasu by wyciągnąć ją z opresji, w którą wpadła, poniekąd, na własne życzenie.
Nie potrafił określić dlaczego Haze zagościła w jego głowie w roli permanentnego lokatora. Mogło to mieć coś wspólnego z jej długimi włosami, które teraz muskały jego ramię, a może z plastrem w dinozaury, który przykleiła do jego skroni.
- To nie jest twoja decyzja ani odpowiedzialność - upomniał ją, ponieważ, w istocie, nie czuł się o to poproszony. Tak właściwie nie czuł nawet, by robił to w pełni dla niej. Jakaś jego cząstka pchała go do tego wyłącznie napędzana gniewem, który czuł względem tego człowieka, którego nigdy nie poznał.
Z jakiegoś powodu czuł się tak, jakby to ten mężczyzna mu coś o d e b r a ł.
Jej śmiech, będący rzadkim widokiem na jej twarzy. Radość i ambicję, którą musiała przejawiać walcząc o swoją pozycję w firmie. Wszystko to, co spoglądało na niego z tkwiących na półkach zdjęć z jej przeszłości.
- Każdego dnia płacisz za coś, czego nie zrobiłaś. - frustracja wylewała się z jego głosu gdy wiódł spojrzeniem po fotografiach, po wszystkich, niezbitych dowodach na istnienie życia Haze p r z e d tym. Chcesz mi powiedzieć, że ten skurwiel nie płaci za nic?

it's one or the other
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żyjesz w ciągłym strachu.
Jej usta rozchyliły się do czegoś, co niebezpiecznie przypominało przepraszam. Nie padło nic.
Chciałaby być lepsza. Mniej skomplikowana i niepotrzebnie popsuta; być może taką, jaką była wcześniej, zanim jeden mężczyzna nauczył ją wszystkich właściwych reakcji w niewłaściwych momentach.
Violet ze zdjęć nie wyglądała, jakby czegokolwiek się bała.
Nie była Jessicą. Nie zaczepiała ludzi dla samego wywołania reakcji, nie flirtowała z każdym napotkanym mężczyzną i nie czerpała przyjemności z obserwowania, jak bardzo potrafiła przesunąć cudzą granicę, zanim ktoś wreszcie ją zatrzymał. Nie była głośna ani ordynarna.
Była jednak inna.
Potrafiła przyjąć komplement. Wyjść z ludźmi po pracy i wrócić do domu później, niż planowała, nie sprawdzając co kilka minut godziny. Zostać z kimś sam na sam, dotknąć pierwsza i nie zastanawiać, czy właśnie pozwoliła na zbyt wiele. Miała ambicję, która nie zdążyła jeszcze stać się jej katem, i uśmiech na twarzy.
Tylko czy tamta Violet w ogóle zainteresowałaby Monroe?
Myśl była paskudna. Zbyt łasa na potwierdzenie, że nawet całe to zniszczenie pozostawiło po sobie coś, co przyciągnęło właśnie jego. Dawna ona mogłaby uznać go za nieznośnego; on mógłby uznać ją za zbyt zwyczajną, zbyt zajętą własnym życiem, żeby w ogóle dostrzec ją pośród wszystkich ludzi, na których patrzył.
Nie wiedziała, co było gorsze – myśl, że mógłby jej wtedy nie chcieć czy ta, że być może potrzebowała własnej krzywdy, aby w ogóle go spotkać w taki sposób.
Napięcie w jego głosie przywróciło ją do salonu, prawdopodobnie nigdy tak naprawdę go nie opuszczając całkowicie. To oblicze Vincenta nadal ją wewnętrznie przerażało, nawet jeśli jego wściekłość tym razem miała swoją konkretną osobę i kierunek, którym nie była ona Jej oddech znów zatrzymał się gdzieś wysoko w jej klatce piersiowej. Skóra na karku ściągnęła się nieprzyjemnie, a palce, którymi nakrywała jego dłonie, napięły się ledwo zauważalnie.
Ułamek sekundy. Po niej przesunęła kciukiem po szorstkiej fakturze jego skóry, głaszcząc jedną z atramentowych liter. Milczała przez cały ten czas, nie potrafiąc znaleźć słów, które jakkolwiek miałyby zmienić sposób jego myślenia.
To nie jest twoja decyzja ani odpowiedzialność.
Nie musiała się więc nawet wysilać, szukając sposobu, aby go przekonać.
Jej dłoń zatrzymała ten niepozorny, jednostajny ruch na jego skórze.
Najłatwiej byłoby przyjąć to jak rozgrzeszenie. Pozwolić mu zdecydować, a później zgodnie z jego słowami nie brać odpowiedzialności za wszystko, co wydarzyłoby się dalej. Przecież nie podała nazwiska. Nie poprosiła. Wręcz próbowała go powstrzymać. Mogłaby więc umyć ręce od cudzej krwi, zanim ta w ogóle została przelana.
Tylko że coś w tym wszystkim uwierało. To jej odebrano możliwość decydowania o własnym ciele, jej granice przestały mieć jakiekolwiek znaczenie i to ona do dziś płaciła za wszystkie chwile, w których ktoś forsował swoje własne postanowienia, które dotyczyly jej samej.
Vincent zamierzał jej to wynagrodzić, ponownie oznajmiając, że decyzja nie należała do niej.
Obrona autonomii poprzez odebranie autonomii.
Jakie to było bardzo Monroe.
Zaczynało pasować do czegoś, co obserwowała od początku. Nie musiała nawet długo szukać kolejnych dowodów. Bennet wyprowadzony z klubu. Kwiaty od niego. Jessica i rozlane piwo. Jej ludzie oraz krótkie naprawię to, po którym nigdy nie dowiedziała się szczegółów.
Teraz mężczyzna pozbawiony nazwiska.
Powtarzalny schemat.
— Zdecydowałeś już — zauważyła cicho, z krótkim westchnieniem. Nie oskarżała go, po prostu zrobiła to, co potrafiła najlepiej, kiedy ktoś stosował nacisk i wiedział lepiej. U l e g ł a. Jak wtedy, kiedy jeden jedyny raz próbowała się postawić, kiedy raz w życiu powiedziała na głos, że chciałaby móc chociaż raz zdecydować. Powtarzalny schemat.
Kolejna rysa na obrazie Vincenta Monroe. Kolejne pęknięcie, które kolejny raz postanowiła zignorować.
— To, co z nim zrobisz?
I don’t mind the teeth just don’t turn them on me
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Autonomia była bardzo skomplikowanym zagadnieniem, może nawet bardziej skomplikowanym niż całokształt sprzeczności, na który składała się Violet Haze.
Wiedział, że miała zupełnie inne zdanie na ten temat od niego. Czy nie o to sprzeczali się w jego apartamencie, gdy ich twarze skropiła obca krew, a na ulicach tkwiło czyhające na nią zagrożenie? Czy nie pragnęła wtedy wrócić tam, gdzie potencjalnie jej żywot mógł się zakończyć, byle tylko nie podjęto tej decyzji za nią?
Ale czy też gdy została chwycona za ramię przez nieznanego oprawcę, jej pierwszą reakcją nie było poddanie się temu, co zgotował dla niej los?
Haze nie decydowała o rzeczach. Ona pozwalała, by rzeczy działy się jej i na swój sposób, robiła to nawet teraz. Zgadzając się z czymś, czemu wcześniej próbowała zaprzeczyć. Wodząc palcami po jego dłoni, jakby sam ten gest mógł pozwolić im przejść do czegoś, co czekało na nich dalej, nie roztrząsać już tego tematu, w którym zadecydował.
Ale ile z jej sprzeciwu leżało w osobie, która podjęła decyzję?
A ile tkwiło w tym ryzyku, którego się bała? W problemie, jaki mógłby sobie stworzyć, ruszając za tym, który podniósł na nią kiedyś rękę? Ile było w tym racjonalnej decyzji, którą pragnęła podjąć sama, a ile tej zaszytej w niej potrzeby, by nie zakłócać działania losu i zostawić sprawy obiegowi, w którym tkwiły?
- Powiedz mi, jeśli się z tym nie zgadzasz - odparł, nie zamierzając wchodzić w szczegóły czegoś, z czym fundamentalnie miała problem. Wiedział, że wykorzystałaby to wyłącznie w ramach broni, którą zwróciłaby przeciwko sobie, znajdując kolejny powód do odczuwana poczucia winy bądź wstydu.
Odwrócił głowę w jej kierunku, dłoń wysunęła się spod kobiecych palców. Teraz, gdy nie tkwił zwrócony do niej bokiem, dopiero dostrzegł, jak blisko zabrnęła na tej kanapie, jak jej ramię stykało się już z jego - a jej twarz tkwiła zaledwie parę centymetrów dalej od jego.
- Powiedz mi, że ten mężczyzna zasługuje na to, żeby jego życie wyglądało dokładnie tak, jakby niczego nie zrobił - dodał, głosem pozbawionym łagodności, z którą zwracał się do niej wcześniej, lecz wciąż przejawiającym objawy cierpliwości. - Że nie robi ci żadnej różnicy to, że nie spotkała go żadna kara, że dalej ma swoją wymarzoną pracę i wszystko, co zbudował.
Jego palce skierowały się do kobiecej dłoni, wplotły między jej palce, zaciskając na nich lekko. Nie chciał, żeby się odsuwała. Nie chciał, żeby umknęła przed jego spojrzeniem teraz, gdy dzieliły ich zaledwie centymetry.
Jeśli pragnęła podjąć decyzję, zamierzał jej na to pozwolić.
Może nawet zamierzał ją do tego z m u s i ć.
- Powiedz, że to faktycznie niczego nie zmieni - kontynuował, nie odrywając wzroku od jej ciemnych tęczówek, okalających je czarnych rzęs i spuchniętych powiek. - Powiedz, że wolałabyś, żebym zostawił go w spokoju.
Przysunął się, w tej instynktownej potrzebie dostrzeżenie podjętej przez nią decyzji jeszcze zanim zostanie zwerbalizowana. Jego twarz znalazła się w przestrzeni, która pachniała n i ą, przywracając go z powrotem do poprzedniej nocy, do zapachu jej włosów okalających jego twarz i perfum skrytych w materiale jej kurtki.
- Zrobię to. - coś w jego wnętrzu zaprotestowało, jak zwierzę miotające się w klatce, gryzące jej pręty gdy wypowiedział kolejne słowa. - Wystarczy, że to powiesz.

say it
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczy, że to powiesz.
Spróbowała. Ułożyła sobie w głowie całe zdanie, krótkie i łatwe do wypowiedzenia, skoro sam obiecał, że jej posłucha. Przez chwilę patrzyła na jego usta, oddalone od jej własnych o tyle, że wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, żeby zapomnieć, o co ją pytał.
Powinna była patrzeć mu w oczy
Zamiast tego poruszyła palcami pomiędzy jego palcami, sunąc kciukiem po znajomej, nierównej fakturze.
Vincent zostawił jej wybór i czekał, a ona domyślała się, być może naiwnie, że jeśli powie zostaw go, następnego dnia nadal będą mogli siedzieć naprzeciwko siebie, tak po prostu. Nikt nie musiałby szukać mężczyzny, którego nazwisko i twarz próbowała zapomnieć. Nikt nie musiałby później zastanawiać się, jak daleko Monroe zamierza się posunąć.
Tylko że widziała jego twarz, kiedy mówił o tamtym człowieku. Słyszała, w jaki sposób o nim mówił. I choć sama wolałaby nigdy więcej nie usłyszeć jego nazwiska, nie potrafiła prosić Vincenta, żeby po prostu przestał o nim myśleć.
— Od początku nie chodziło w tym o to, czego ja potrzebuję — zaczęła łagodnie. Zatrzymała wzrok niżej, na linii jego napiętej szczęki. Łatwiej było znieść tę odległość, kiedy nie widziała, jak uważnie czekał na odpowiedź.
Nie powiedziała mu całej tej historii, bo oczekiwała, że coś z tym zrobi – to już powiedziała. Jej powód był inny i wyłożyła go przed nim w jak najszczerszej formie, choć mogła to zrobić w sposób dość charakterystyczny dla siebie – na około.
Nie sposób było nie zauważyć, że każdy kolejny detal w opowieści, każde kolejne zdanie, każdy kolejny konkret, choć nie wypowiedziany wprost, sprawiał że coś się w n i m przesuwało. W tę ciemną, przerażającą stronę; sama świadomość jej istnienia sprawiała, że skóra na jej karku spinała się w niepokoju.
— Nie chcę, byś to robił, bo nie chcę, abyś dokładał sobie problemów, Vincent. Domyślam się, że i tak masz ich w życiu wystarczająco dużo.
Uniosła z mikroskopijnym zawahaniem dłoń do jego policzka. Najpierw dotknęła go samymi koniuszkami palców, przesunęła nimi po krótkim zaroście i zatrzymała się dopiero na plastrze. Wygładziła jego brzeg kciukiem. Mały dinozaur nadal tam był, bezczelnie niepasujący do powagi, z jaką Monroe domagał się od niej odpowiedzi.
— Nie współczuję mu, ale jednocześnie to, co teraz robi, nie ma dla mnie znaczenia. To, że zniknie nie sprawi, że nagle poczuję się lepiej. — Coś, zepchnięte głęboko w odmęty jej własnego umysłu wzburzyło się, chcąc głośno zaprotestować. Chciało zobaczyć, jak smakowałaby świadomość, że cierpiał. — Ale mam wrażenie, że to tobie nie daje spokoju. Widzę to przede wszystkim po twoich oczach.
Nie sposób było tego nie zauważyć. Zwłaszcza, że o Monroe nauczyła się tyle, że często robił jej miejsce, by uszanować jej wolę. W tym wypadku nieszczególnie mu to wyszło, gdyby wziąć pod uwagę jego wcześniejsze słowa. Jego deklarację, że to nie była ani jej odpowiedzialność, ani jej decyzja.
Miał rację – nie była. Rzadko która ostatnio w życiu faktycznie była. Dlatego świadomie ustępowała, strategicznie ubierając to w skomplikowaną wersję dla słów zrób jak ty uważasz.
Zsunęła palce ze śliskiego, kolorowego plastra na jego skroń i policzek,
— Więc znajdź go, ukaraj, skrzywdź, zabij, cokolwiek. Zrób po prostu to, co ciebie u s p o k o i. Co pozwoli ci spokojniej zasnąć.
Nie chciała wiedzieć, którą z tych możliwości wybierze. Nie chciała wiedzieć, jak daleko się posunie ani co dokładnie będzie musiał zrobić, żeby pewnego dnia nazwisko mężczyzny przestało brzmieć w jego głowie w ten sposób. Chciała za to znowu zobaczyć w jego oczach tę irytującą zadziorność, z jaką zarzucał jej krzyżówki i kpił z szydełkowania; poczuć pod palcami szczękę, która nie była napięta tak mocno, jakby powstrzymywała coś przed wydostaniem się na zewnątrz.

some monsters are not meant to be changed, only known well enough not to fear.
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczyło jedno słowo.
Haze zaoferowała mu ich dużo więcej i żadne nie było tym, czego od niej oczekiwał. W tej chwili wierzył w to, że byłby skłonny zarzucić swoją decyzję jeśli spotkałaby się z jej całkowitym zaprzeczeniem. Może jego instynkt domagałby się odwetu, a wściekłość pozostała z nim do późnej nocy, która zwykle sprzyjała nieprzemyślanym decyzjom, ale teraz, w tym momencie, mógłby się wycofać.
Nawet on mógłby spróbować uległości.
Musiał jednak uwierzyć, że to faktycznie niczego nie miało zmienić. Że o n a nie chciała wracać do tego rozdziału swojej przeszłości, że ona nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Że nie znalazłaby ukojenia w świadomości tego, że wreszcie sprawiedliwość chwyciła tamtego mężczyznę w swoje sidła. Że jej wzrok tkwił skupiony na tym, co było tu i teraz, nie spoglądał w tył.
Wiedział, że nie usłyszy od niej tego potwierdzenia.
Czuł to pod skórą, tkwiące w nim przekonanie mające swoje źródło w tym, jak się zachowywała, kim była. Haze nosiła swoją przeszłość na sobie każdego dnia. Odzywała się z każdym ruchem, który ktoś wykonywał w jej towarzystwie zbyt szybko, z każdy centymetrem przestrzeni, którą traciła wokół siebie. Z jej krzyżówkami i górskimi wycieczkami, z tym byciem n u d n ą, którą przecież nie była wcześniej.
Efekty tego, co wydarzyło się w przeszłości ciągnęły się za nią tutaj, przekroczyły granice między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi, wpełzły nawet do tego małego mieszkania. Nie było mowy o tym, by cokolwiek w tej kwestii było jej obojętne.
- Większość problemów w moim życiu oscyluje wokół pieniędzy, wpływów i głupoty ludzi, którzy mnie otaczają - odrzekł, jego głowa mimo wszystko drgnęła w odpowiedzi na jej słowa - odpowiedzi sprzecznej, ponieważ się z tym nie zgadzał. - W tym wypadku możesz nazwać to łączeniem przyjemnego z pożytecznym.
Jego usta skrzywiły się w namiastce uśmiechu, który zbladł  pod wpływem dotyku palców na jego policzku. W jakimś odruchu bezwarunkowym, którego nie miał szans kontrolować, jego głowa przekrzywiła się nieco, wychodząc jej dłoni na spotkanie - jak wtedy, gdy wplotła je w jego włosy, czego wspomnienie właśnie powróciło do niego z odmętów chaosu pozostawionego przez narkotyki.
Zorientował się nagle jak bardzo była blisko.
W przestrzeni między nimi oddechy plątały się ze sobą a mapa jej twarzy, którą wyrył już na pamięć, nabierała wcześniej niedostrzeżonych szczegółów. Jego wzrok zsunął się na kobiece usta, nagle niemożliwe do zignorowania, nagle bliższe niż kiedykolwiek wcześniej.
- Nie możesz tego wiedzieć - zaprzeczył, choć bez wcześniejszego przekonania. Zmusił swój wzrok do uległości, do podniesienia się w górę, w stronę jej oczu, obserwujących go z taką uwagą. - Nie dowiesz się tego, póki on nie zniknie.
Nie zamierzał jej przekonywać. Nie wierzył też w to, że pozbycie się tego p r o b l e m u jak za dotknięciem magicznej różdżki wymaże wszystko to, co wydarzyło się wcześniej. Może miała rację twierdząc, że to było bardziej dla niego, niż dla niej. A może to wstyd powstrzymywał ją przed przyznaniem, że choć nie cofnie to czasu, wyrównanie rachunków przyniesie odrobinę ulgi jej zbolałej duszy.
Jemu by przyniosło. Głównie dlatego nie wierzył w koncepcję przebaczenia.
- A ty? - dotyk kobiecej dłoni na jego szczęce skutecznie utrudniał mu formułowanie kolejnej warstwy argumentacyjnej. Z każdym jego słowem wkradała się do jego głosu ta łagodność, która wybrzmiewała w nim wcześniej - nawet wtedy, gdy zdał sobie z tego sprawę i spróbował zawalczyć o własną stanowczość. - Nie pragniesz sprawiedliwości?
Sprawiedliwość, jak wszystko w ich całej, pieprzonej konwersacji, również była skomplikowana. Nieszczególnie też w nią wierzył - gdyby była prawdziwym konceptem, dopadłaby go prędzej czy później, tymczasem przeżył ponad trzydzieści lat skutecznie jej umykając. Wciąż zdrowy, wciąż pełen sił, wciąż zdobywający coraz więcej wpływów.
Sprawiedliwość była wyłącznie narzędziem. W tym wypadku, według niej, była czymś, co potrzebował o n.
- Czego ty potrzebujesz? - odrzucił wreszcie, jej pierwsze słowa wciąż marynowały się pośród chaosu myśli, których połowa była ze sobą sprzeczna.

i'll fight for you cause you don't fight for yourself
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Monroe, czego ty ode mnie oczekujesz? — zapytała, choć jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że potrafi odpowiedzieć spokojniej. — Że powiem ci, że chcę sprawdzić, czy to coś zmieni? I poproszę, żebyś to zrobił dla mnie?
To była ogromna odpowiedzialność, którą obawiała się podźwignąć. Której w ogóle nie powinna była chcieć dotykać. Znacznie prościej było się z tym pogodzić, kiedy zasłaniała się przekonaniem, że to on tego potrzebował. Zamknąć oczy, zasłonić uszy i poczekać, aż zrobi to, co zaplanował, po prostu po cichu licząc, że zniknie chociaż fragment tego, co już widziała w jego spojrzeniu.
— A co, jeśli niczego to nie zmieni? Jeśli poczuję się lepiej przez pięć minut, a potem będę musiała żyć ze świadomością, że ktoś stracił życie, bo ja byłam ciekawa? — Na ostatnim słowie zacisnęła mocniej palce splecione z jego palcami.
Z a b i ł a już człowieka. Historia była mocno inna, okoliczności zdecydowanie odmienne – wtedy Monroe był zagrożony, a ona miała czas jedynie na podniesienie broni i naciśnięcie spustu – nie na zastanowienie się. Nie celowała w niego po to, żeby go zabić. I wciąż kurczowo trzymała się tej myśli, mimo to, że zastygnięta twarz i oczy pozbawione życia potrafiły wciąż ją prześladować i odbierać sen.
Teraz mogła siedzieć na kanapie i rozważać, co chciałaby zrobić. Nikt jej nie poganiał. Tamten człowiek nie stał przed nią, Vincentowi nic nie groziło. Mogła zadawać pytania, wyobrażać sobie odpowiedzi i w każdej chwili powiedzieć zostaw go.
A zamiast tego przez krótką, paskudną chwilę wyobraziła sobie, że on wreszcie się boi. Cudze cierpienie nagle było kuszące. Sama ta świadomość wywoływała w niej coś na kształt obrzydzenia do siebie; bo przecież nie powinna chcieć sprawdzać, czy cudza krzywda przyniesie jej ulgę.
Tylko że Monroe właśnie dawał jej taką możliwość. Nie zmuszał. Nie decydował już za nią. Po prostu zostawił przed nią otwarte drzwi i zapytał, czy chce przez nie przejść. Nie musiał nawet jej popychać. Wystarczyło, że siedział obok niczym diabeł cierpliwie podsuwający pokusę i przypominał, że wystarczy jedno słowo, żeby przekonała się, co czekało po drugiej stronie.
Był tak blisko, że widziała najmniejsze drgnięcie mięśnia przy szczęce. Przy kolejnym oddechu powietrze między nimi właściwie przestało istnieć; poczuła ciepło na własnych ustach i niemal zgubiła myśl, którą jeszcze przed chwilą trzymała się kurczowo.
— Co wtedy? — powtórzyła, zdecydowanie ciszej. — Myślisz, że tak prosto jest podjąć decyzję o tym, żeby kogoś poświęcić?
Jeszcze nie tak dawno próbowała sobie wmówić, że tak. Że jeśli cel był wystarczająco szczytny, a stawka odpowiednio wysoka, można było kogoś skazać i nadal pozostać po właściwej stronie.
Nie rozważała losu niewinnego człowieka. Nie musiała wymyślać powodów, dla których Bennett zasługiwał na konsekwencje; znała je wszystkie. Miały twarz, głos i dłonie, które pamiętała, a które tak bardzo chciałaby zapomnieć. Gdyby istniał ktoś, kogo powinna potrafić bez wahania skazać, siedząc bezpiecznie na własnej kanapie, był nim właśnie on.
A jednak nie potrafiła powiedzieć jednego słowa.
Może więc nigdy nie chodziło o to, czy człowiek po drugiej stronie szali na coś zasługiwał. Ani nawet o to, co można było dostać w zamian. Łatwo było rozwiązywać takie równania, dopóki decyzja pozostawała hipotetyczna i można było ukryć własne autorstwo za słowami muszę, nie mam wyboru, to jedyny sposób.
Ale nawet to potrafiło się skomplikować, kiedy ktoś otrzymał twarz, głos i dłonie, które pamiętała.
A których tak bardzo nie chciałaby zapomnieć.
the monster is a master of temptation and has a pretty face
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego głowa przekrzywiła się nieznacznie w reakcji na ostrzejsze słowa. Spoglądając przez soczewkę jego własnej, zakrzywionej moralności, wybór był znacznie prostszy niż to, w jaki sposób go prezentowała. Mężczyzna, o którym mówiła, nie był niewinnym człowiekiem, którego mógłby dla jej zachcianki zamordować na ulicy. Był innego rodzaju potworem, potworem, który już pokazał jej swoje oblicze, przez którego doznała już krzywdy.
Potworem, który na to z a s ł u g i w a ł.
Różnica między zaraportowaniem kogoś na policji i dokonaniem samosądu była w jego oczach kwestią skuteczności, tempa, wolności w dobieraniu wymiaru kary. Zwykle też była dla niego kwestią przetrwania, bądź ochrony bliskich, których miał wokół siebie - jakkolwiek niewielu by zaliczał do tego grona.
Czasem była jednak czymś tak prostym jak naciśnięcie na spust, uderzenie pięścią, zamachnięcie się ostrzem - po to, by ktoś sprawiający problemy przestał je sprawiać. Po to, żeby życie stało się łatwiejsze bądź przyjemniejsze, a niekiedy - by jego kontynuacja była w ogóle możliwa.
Istniał tysiąc powodów, dla których odebranie życia innemu człowiekowi byłoby racjonalne i wytłumaczone. On zwyczajnie znajdował je dużo prościej niż inni ludzie.
- Nie wszystkie życia są warte tyle samo - zaprzeczył, z pewną świadomością tego, że jego słowa nie były uniwersalnie akceptowalne przez społeczeństwo, a jednak tworzyły fundament jego systemu wartości.
Systemy wartości, który mocno faworyzował tych, których trzymał obok siebie, partnerów biznesowych, obecnych sojuszników, na rzecz wszystkich innych. Nie był zakorzeniony w faktycznej wartości dla społeczeństwa, w której być może radny Bennet stał dużo wyżej od niego, właściciela klubu z nożem ukrytym w cholewie buta.
Cóż, nigdy nie udawał, że nie jest egoistą.
- Poza tym - kontynuował, drążąc - nie liczył na to, że dostrzeże świat w sposób, w jaki on go oglądał, chciał jednak, by zauważyła choćby część kolorów, które nie występowały w jej spojrzeniu na rzeczywistość. - Skąd możesz wiedzieć, czy tego, co zrobił tobie, nie robi teraz komuś innemu?
Jako z ł a jednostka wiedział, w jaki sposób działały inne z ł e jednostki. Wprawa, z którą odnalazł w niej swój cel i na przestrzeni tygodni, może miesięcy skutecznie do niego dążył kazała mu podejrzewać, że Haze mogła nie być jedyną kobietą, która została w ten sposób potraktowana. Mogła też nie być ostatnią, a choć, również, obiektywnie patrząc wyrządzał dużo większą krzywdę pozbawiając życia niż wyłącznie je raniąc, w jego osobistym kodeksie tkwiły jakieś zasady i granice, których nie przekraczał i wszyscy, którzy to robili, automatycznie tkwili w jego oczach poniżej.
To była jedna z nich.
- Nie wszyscy ludzie zasługują na drugą szansę od życia - zakończył krótko, powtarzając zresztą to samo, co mówił ciągle. Jego słowa miały niepokojąco krótki dystans do pokonania nim trafiały do odbiorcy, a jego wzrok znów ześlizgnął się na kobiece usta tuż obok.
Westchnął, nie rozumiejąc, dlaczego w ogóle tkwiła tak blisko.
Równanie w jego oczach było zrozumiałe, nie liczył jednak, że dotrze do umysłu Haze. Wydawała się zbyt pochłonięta własnym poczuciem winy, wstydem i enigmatycznym konstruktem pod nazwą sumienia by dostrzec, że sprawa, którą miała przed sobą, była dużo mniej skomplikowana niż jej się wydawało.
- Poświęcenie jednego degenerata na rzecz własnego życia lub szczęścia? - mruknął z nutą zniecierpliwienia, z którym starał się walczyć. Dla niego wydawało się to oczywiste, dla niej nie. Jego głowa przekrzywiła się lekko, odsunęła dosłownie o centymetr - wystarczająco, by wysunął dłoń spod jej palców i sięgnął do włosów. Odgarnął przylepione do policzków kosmyki, ścierając ostatni, szklisty ślad ze skóry. - To chyba najłatwiejsza decyzja, jaką możesz w życiu podjąć.

it's a simple thing, really
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
I thought that you were just a name I could learn and then let go.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wszystkie życia są warte tyle samo.
Nawet przez moment chciała mu zaprzeczyć. Jeszcze zanim znalazła odpowiednie słowa, przypomniała sobie, jak bez wahania podniosła broń, kiedy zagrożone było jego życie. Tamten człowiek również miał twarz. Zobaczyła ją później, zastygłą w wyrazie, którego nie potrafiła już wyrzucić z pamięci.
To były inne okoliczności.
Chciała od nich zacząć, wyjaśnić różnicę, która przed chwilą wydawała jej się oczywista. Nim jednak znalazła słowa, które pozwoliłyby jakoś obronić jej stanowisko, przyszło coś, co skutecznie wytrąciło jej z dłoni jakiekolwiek argumenty.
Skąd możesz wiedzieć, czy tego, co zrobił tobie, nie robi teraz komuś innemu?
No właśnie? Skąd? Nie wiedziała.
Po odejściu z firmy nie sprawdziła, kto zajął jej miejsce. Celowo nie szukała zdjęć pracowników ani nazwisk ludzi, którzy mogli siedzieć z mężczyzną po godzinach. Nie chciała rozpoznawać własnych dawnych obowiązków w czyimś opisie stanowiska, zastanawiać się, czy nowa osoba także wracała do domu z przekonaniem, że powinna była bardziej się postarać.
A jeśli rzeczywiście ktoś tam teraz był?
Wcześniej jej wstydliwa ciekawość dotyczyła wyłącznie tego, czy cierpienie tamtego mężczyzny przyniosłoby jej ulgę. Vincent znalazł i podał jej drugi powód. Początkowo nawet chciała go odrzucić, bo nie miał żadnego dowodu, lecz im dłużej próbowała, tym wyraźniej widziała drzwi gabinetu otwierane przed kimś, kto jeszcze nie wiedział, czego zacznie się bać.
Jeszcze przed momentem chciała spytać, jakim prawem taką decyzję mógł nazywać ją łatwą. Teraz usiłowała przypomnieć sobie własny argument o pięciu minutach ulgi, ale wracało do niej tylko tamto pytanie o kogoś innego. Jeśli Vincent miał rację, co właściwie znaczyłoby zostaw go? Jeżeli miała w dłoniach n a r z ę d z i e, które mogło temu zapobiec? Narzędzie, które tylko czekało na pozwolenie.
Czy to ona nie byłaby wtedy bezdusznym potworem? Egoistką, która wolała postawić swój własny spokój ducha i sumienie ponad możliwą tragedię, której mogłaby zapobiec?
Ufała mu; a jednocześnie nie znała nikogo, kto z większą stanowczością mówił o rzeczach, przed którymi ona całe życie się cofała; kiedy miał twarz tak blisko jej własnej, trudno było nie zapragnąć choć części tego przekonania dla siebie.
Ufała mu; na tyle, że coraz mniej zdawała sobie sprawę, że decyzja, którą ostatecznie chciała podjąć, była w zasadzie tożsama ze słowami, które w tej bliskości, niemal spijała z jego ust.
— Więc znajdź go — odezwała się po chwili. Cicho, prawie nieświadoma tego, że w ogóle się odezwała. — Sprawdź.
Na tym mogła skończyć. Czuła drżenie własnych dłoni, słyszała również to samo drżenie we własnym głosie. Przez chwilę szukała dalszych słów, lecz wszystkie, które przychodziły jej do głowy, prowadziły w tym samym kierunku. W stronę sprawiedliwości, o której wymierzaniu tak konsekwentnie mówił Vincent.
— A później… zadbaj o to, żeby nikogo więcej nie skrzywdził — poprosiła. Po tych słowach napięcie podeszło jej aż pod kark, a gorzkiego posmaku, który po sobie zostawiły, nie potrafiła osłodzić nawet odległość jego ust; tak niewielka, że niemal mogła sobie wmówić ich smak.
Słabość przyszła chwilę później, kiedy w końcu dotarło do niej, jak niewiele ostatecznie trzeba było, żeby przesunęła granicę, której jeszcze przed momentem próbowała się trzymać. Jedno pytanie, jedna możliwość, której nie umiała już wyrzucić z głowy, i nagle to, co wcześniej wydawało się nie do pomyślenia, wypowiedziała własnym głosem.
yes, but maybe death could release something more than we share
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”