ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— pięć —
I’m not in danger
I am the danger

Powoli zaczynał rozumieć, skąd Christopher Adler wziął tę kwotę na czeku.
Z każdym upływającym dniem, kiedy łaził za zleceniem jak cień, warował u zamkniętych drzwi jej gabinetu jak pies i spędzał długie, nudne wieczory przechodzące w noce samotnie w Rolls-Roysie jej ojca pod domem nad jeziorem, Sawyer nie tylko zdobywał wiedzę o niej i jej harmonogramie oraz stylu życia, ale też pełniejszy obraz swojej pracy. Wszystko, co w jego oczach było racjonalnym środkiem bezpieczeństwa — dla niej było zamachem na jej niezależność. To, co on nazywał ostrożnością — ona nazwałaby pewnie dyktaturą. Tam, gdzie intuicja i doświadczenie kazało mu się zatrzymać i obserwować — Vivienne Adler szła na całość.
Był jednak zbyt cierpliwy, zbyt zdeterminowany i zbyt potrzebował tych pieniędzy, żeby narzekać, próbować coś zmienić albo najzwyczajniej w świecie zrezygnować. Po pierwsze, po przeszło tygodniu na horyzoncie nie pojawił się nawet cień niewłaściwości — chociaż wiedział, że to jest tylko kwestią czasu i nie opuszczał gardy nawet na minutę, kiedy był z nią — a po drugie Sawyer pocieszał się myślą, że dziewczyna miała przynajmniej wystarczająco rozumu, żeby nie próbować mu się wymykać.
Tylko jedno wciąż nie przestawało go dziwić. I mierzić.
Była kuratorem.
Cóż za pieprzona ironia, że płatnemu mordercy, którego w wielu Stanach chętnie zobaczono by na krześle elektrycznym — gdyby tylko potknął się na tyle nieostrożnie, żeby zostawić po sobie jakieś ślady — teraz kazano spędzać większość dnia właśnie w sądzie. W drugim najchętniej widzianym przez organy ścigania miejscu, gdzie chciano by go postawić z kajdankami skuwającymi kostki i nadgarstki. Trzecim, jeśli liczyć jeszcze . p ł y t k i . g r ó b . . Nie stresowało go to bynajmniej; raczej śmieszyła go przewrotność losu i fakt, że znajdując się tak blisko, właściwie pod samym nosem ważniaków w garniturach, wciąż pozostawał wolnym człowiekiem.
Z myślami błądzącymi swobodnie, Sawyer płynnie podjechał pod dom nad jeziorem i wyłączył silnik. Jak zwykle, kiedy odwoził ją wieczorem, tym razem jednak wyłamał się ze swojego zwykłego schematu. Zamiast rozejrzeć się czujnie po okolicy, Sawyer spojrzał prosto w środkowe lusterko, w którym znalazł odbicie twarzy dziewczyny siedzącej na tylnej kanapie Rolls-Royce’a.
— Dzisiaj wchodzę z tobą — oświadczył bez cienia żenady czy wahania w głosie, nie odrywając wzroku od odbicia jej oczu. Te słowa mogły zabrzmieć jak propozycja, ale w rzeczywistości były tylko kolejnym ograniczeniem na wydłużającej się z każdym dniem liście Vivienne Adler. — Będę to robił raz w tygodniu, żeby sprawdzić, czy twój dom jest czysty od podsłuchów i kamer — dodał beznamiętnie, jakby prywatność była tylko niegodnym uwagi szczegółem, po czym strzelił spojrzeniem po okolicy, upewniając się, że drzwi są bezpieczne i wysiadł z samochodu jako pierwszy. Miał nadzieję, że ten gest wystarczy, żeby dziewczyna zrozumiała, że to nie propozycja, ale decyzja, która już została podjęta i przypieczętowana.
Jeśli miał szczęście, zdążył wysiąść, zanim Vivienne podniosła gwałtowny sprzeciw wobec tego pomysłu.
Mieli do przejścia tylko kilkaset jardów do bramki, ale Sawyer nawet w tak trywialnych sprawach nie porzucał napiętej czujności, czającej się w każdej komórce jego ciała. Zmierzch zapadł już dawno, ulicę rozświetlały jedynie punktowo żółte plamy światła padające z latarni, a wiatr poruszający drzewami sprawiał wrażenie, że cala okolica się porusza; w takim otoczeniu potencjalnemu napastnikowi bardzo łatwo było ukryć ruch, którego nie chciał pokazać. Sawyer zbyt wiele razy sam to wykorzystywał, żeby nie mieć tej świadomości. Dlatego otwierając tylne drzwi przed Vivienne — doprawdy jak szofer — i upewniając się, że atak nie nadejdzie od strony chodnika, jednocześnie potoczył spojrzeniem po odcinku drogi dzielącym ich od posesji. Natychmiast zauważył grupkę chłopaków, którzy znęcali się nad jakimś bezpańskim psem po drugiej stronie jezdni, ale poza tym było czysto.
Spojrzał w dół, na dziewczynę wysiadającą z samochodu.
Z jakiegoś powodu znowu usłyszał, odbijające się wewnątrz czaszki tembrem jej głosu, że nie ma, kurwa, szans.

Vivienne Adler
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 007 ∙
Okowy wokół jej nadgarstków były ciasne. Obroża na szyi — ciaśniejsza.
Mimo to Vivienne Adler trwała w swoim buncie, w swojej bucie, w swojej u ł u d z i e.
Pierwsze sprzeciwy pojawiły się od razu, jak tylko okazało się, że Wright miał jej robić za szofera. Drugie, gdy wyszło na jaw, że nie kłamał z tym, że będzie za nią łaził wszędzie. Trzecie — kiedy łapała się na tym, że nie jest w stanie go zlokalizować, a mimo to czuje na sobie jego spojrzenie.
Ten ciężki rodzaj obecności, która gdzieś tkwi i wiesz, że tkwi, i czujesz, że to robi, ale nie potrafisz powiedzieć skąd — zewsząd — i przede wszystkim nie potrafisz u c i e c.
Vivienne chciała uciec. Wielokrotnie. Raz za razem. Spróbowała zresztą, a ten raz zakończył się sromotną porażką. Jak zabawa kotka z myszką, tylko ta mysz nie była wcale tak przebiegła i kot okazał się być o jeden krok do przodu.
Wkurwiające. To było niemożebnie wkurwiające.
Jakby wstyd, który czuła po tym, jak odepchnął od siebie lufę niczym irytującego komara, nie był wystarczający. Jakby była tylko rozkapryszoną księżniczką z porcelanowego zamku, rozpieszczonym bananowym bachorem, którego on trzymał za głowę ręką na czole i nawet nie dawał złudnej nadziei na wymierzenie ciosu. Naprawdę czuła się jak dziecko, kiedy rujnował jej plany. Zagubione dziecko, które plącze się we mgle, próbując odnaleźć coś. Wolność. Sens. Siebie. Cokolwiek.
Obecność Sawyera Wrighta była nie tylko kotwicą trzymającą ją w miejscu, w bezpiecznym miejscu, była też smyczą i uciemiężeniem. Była brutalnym aktem wobec jej suwerenności, atakiem okrutnej napaści przeprowadzanym w ciszy i z daleka.
I z każdym dniem Vivienne czuła, że należy postąpić podobnie. Tkać swoje plany w ciszy, przeprowadzać rewolucję pod nosem. Nie tupać nogą, nie furczeć pod nosem, nie fukać, odrzucając włosy za ramię i odchodząc z dumnie uniesioną brodą. Nie być księżniczką, za którą ją brał, ale nie dawać mu też dojrzeć ognia. Tlić się w spokoju i czekać na odpowiedni moment, by buchnąć p o ż a r e m i zostawić za sobą pożogę. Zgliszcza.
Ale samochód zatrzymał się pod domem i Wright nie zrobił tego, co zwykle. I jednocześnie zrujnował to, co ona też robiła zwykle. Wystarczyło jedno zdanie. Cztery słowa. A potem kolejnych sześć.
Odwróciła spojrzenie od widoku za szybą i jej oczy powędrowały do lusterka wstecznego, żeby napotkać jego. Czuła, jak jej palce mimowolnie zaciskają się na trzymanej na kolanach torebce, jak jej usta zaczynają rozchylać się, by wydać pierwszą — którąś już dzisiaj — odmowę.
Wnętrze Rolls-Royce’a pachniało tym czystym rodzajem luksusu, który nie spoczywał głęboko w płucach i nie kręcił po nosie. Delikatny zapach drogich perfum, skórzana, starannie wypielęgnowana tapicerka, subtelne nuty samego Wrighta, które zdążyły osiąść we wnętrzu. Do tej pory nie zwracała większej uwagi na ten zapach. Teraz, po t y c h słowach, miała wrażenie, że zawiał wonią formaliny. Konserwował ją. Zamykał w przestrzeni, z której nie było ucieczki, dopóki ten pieprzony demon w ludzkiej skórze siedział nad nią i zaciskał pęta na jej wolności coraz ciaśniej, odcinając dopływ powietrza.
Jeszcze chwilę patrzyła, łowiąc jego wzrok w lusterku, starając się nie dać po sobie poznać ile kosztowało ją to, żeby nie drgnąć. Nie zareagować. Nic nie zrobić ani nie powiedzieć. Żeby nie buchnąć pożarem już teraz.
"Dzisiaj wchodzę z Tobą."
Gapiła się na te wyprane z ludzkich odruchów oczy, w których nie było ani cienia prośby ani nawet skrawka żenady, gdy jego gardło rzucało słowa, na które nie zostawiał przestrzeni do odpowiedzi. Może nie miał takiej intencji, ale dla Adlerówny było to jak tylko kolejne przypomnienie o tym, że w tym pieprzonym układzie to ona miała na szyi obrożę, a smycz trafiła z rąk jej ojca, do rąk nowego hycla.
Raz w tygodniu. Podsłuchy. Kamery.
Tak nie było pytania. Nie było miejsca na negocjacje. Nie zapytał. Stwierdził. Jej ojciec też tak robił — i robił to mistrzowsko — ale nawet on zostawiał jej te kilka sekund, tę szczelinę, przez którą mogła się wcisnąć ze swoim własnym “nie”, powiedzianym choćby po to, żeby odbić się od ściany. Wright nie zostawiał nic. Wysiadł, zanim zaczęła z powrotem oddychać
Nie formalina. K o s t n i c a.
Vivienne spojrzała na własne dłonie. Oddech, który zaciągnęła nosem, drżał i był nierówny, ale w końcu go nabrała. Po prostu wysiądź, mówiła sobie. Akurat kończyła ostatnią sylabę, kiedy drzwi otworzyły się same.
Nie, nie same. Zerknęła w ciemność za szybą, na zaciemnioną sylwetkę przed, której kontury oświetlały snopy bijące z latarnii. Wright w tej ciepłej łunie zza siebie wyglądał teraz jak mroczna, złowroga Matka Boska. Pieprzona Madonna.
Wysiadła. Nie podała mu ręki, nie spojrzała w górę, nie odsunęła w bok, kiedy robiła krok naprzód, wchodząc w jego przestrzeń i dając mu pole do zamknięcia drzwi. Chociaż słowa cisnęły się same — kolejne wariacje nie ma, kurwa, szans — nie wypowiedziała żadnego.
Nie mogła. Choć nie dlatego, że żal i sprzeciw ciążył jej na gardle.
Dlatego, że po wyjściu z samochodu usłyszała to, a kiedy powiodła za tym odgłosem spojrzeniem, zobaczyła tamto.
Rubaszny śmiech, skowyt, głośniejszy śmiech, kilka przekleństw, trzask, potłuczone szkło, skomlenie.
Serce podeszło jej do gardła i Vivienne zamarła. Znała te dźwięki. Doskonale znała podobne salwy, tak z ulicy za dzieciaka, jak i sierocińca. Z podwórka za kuchnią, z tych popołudni, kiedy starsi chłopcy znajdowali sobie kogoś — lub coś — słabszego od siebie i robili z tego przedstawienie, a młodsi patrzyli, bo co innego mieli zrobić, jeśli nie chcieli zamienić się z tym kimś — czymś — miejscami.
— Chyba sobie, kurwa, jaja robicie — wyszeptała, a pożar, który miał buchnąć względem Wrighta, pożar, który do tej pory skutecznie tłumiła, rozbłysł. Tuż pod żebrami, gorącem, wściekłym i na wskroś dzikim. Impulsywnym, tak. Lekkomyślnym, też. Zabulgotał kwasem w gardle i wywołał grymas, a potem poprawienie uchwytu na torebce i stukot obcasów skierowany nie w stronę domu. W stronę grupki. W stronę kapturów, papierosów, taniego alkoholu, może dragów. I w stronę czegoś dużego, kudłatego, przyciśniętego do płotu, ze skulonym ogonem i pyskiem, który szczerzył kły i ujadał na zmianę ze skomleniem. Jeszcze walczył. Jeszcze.
W całym spektrum absurdalności, Vivienne miała wrażenie, jakby patrzyła na siebie.
Tylko jej kat — Wright — nie mierzył w nią właśnie tulipanem zrobionym ze stłuczonej butelki.
Nie ma, kurwa, szans.
Nie patrzyła na swojego pieska, swojego ochroniarza, swojego lokaja. Szła przed siebie, wpatrzona w obraz brutalizmu, sięgając już po telefon, gotowa wykręcić numer po służby.
— Ej! — rzuciła, jeszcze będąc względnie daleko. Ale coraz bliżej. — Coś wam się przypadkiem nie pomyliło, wy małe skurwysyny?
Tyle, że Vivienne Adler nie miała pojęcia, że pies, którego chciała tak dzielnie uratować, był wilkiem.

Sawyer Wright
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spędził przed tym domem wiele długich, nudnych godzin na obserwacji, podczas których nauczył się detali otoczenia niemal na pamięć, poznał większość sąsiadów z twarzy oraz postury, ludzi przechodzących i przejeżdżających tędy cyklicznie, zapamiętał kto gdzie parkuje i jaką marką samochodu, w jakie dni przyjeżdżają po śmieci i o której godzinie chodzi listonosz, kiedy ulica pustoszeje, a kiedy wzmaga się na niej ruch, jak działa oświetlenie i czy ma jakieś słabe punkty, zaznaczył w pamięci każde załamanie cieni i miejsca, które sam wybrałby na kryjówki; słowem, Sawyer rozrysował pod powiekami schematy i wzorce rządzące się dzielnicą mieszkalną Vivienne Adler. Wiedział więc, jak wygląda zwykły wieczór na Queen Street East pod numerem jedenaście. Nie dlatego, że go to interesowało albo się nudził, marnując godziny w samochodzie pod jej drzwiami zamiast poświęcić czas na spanie i konieczną regenerację — ale dlatego, że prawdziwą, mającą znaczenie i ciężar . n i e w ł a ś c i w o ś ć . można zauważyć tylko wtedy, jeśli człowiek nauczy się wcześniej . w z o r u , . z którego ona się wyłamuje.
A on poświęcił wiele energii, żeby go poznać.
Wiedział więc od pierwszej chwili, w której jego stopa dotknęła asfaltu, że ten wieczór nie jest zwykły. To natomiast spowodowało czujność zbyt dobrze wypracowaną na przestrzeni lat, żeby nie pojawiła się w jego ciele spięciem mięśni i wyostrzonymi zmysłami. Ta grupka dzieciaków za plecami znęcająca się nad psem. Nic szczególnego, a jednak była potencjalnym źródłem zagrożenia. I choć dla wielu zwykłych ludzi takie założenie mogło zakrawać na panikę — w jego świecie bywały takie momenty, w których życie od śmierci dzieliła wyłącznie przezorna ostrożność. Teraz zaś nie chodziło o jego zdrowie, ale o zlecenie, które mu powierzono.
Dlatego stał spięty i czujny, kiedy otwierał tylne drzwi limuzyny. Cofnął się o krótkie pół kroku, potrzebne żeby dziewczyna mogła wysiąść bez problemu i nie musiała się przy tym obok niego przepychać, a kiedy już to zrobiła, cicho je za nią zamknął. Gdy zatrzymała się za jego plecami, spuścił ją z oczu tylko na ułamek sekundy potrzebny żeby zamknąć samochód; chwilę krótszą niż pełny cykl uderzenia serca. Już odwracając głowę w jej stronę, natychmiast zauważył, że coś jest nie w porządku. Po pierwsze, nie skomentowała ani słowem tego, co powiedział. A po drugie, wystarczyło zerknąć na jej profil, a później pozwolić spojrzeniu prześlizgnąć się po linii w kierunku, w którym patrzyła. Każdy średnio rozgarnięty człowiek zdałby sobie sprawę, o co chodzi; a co dopiero osoba szkolona do zauważania rzeczy, kiedy te były jeszcze jedynie impulsem nerwowym myśli w głowie drugiego człowieka.
— Zostaw to — zdążył się jedynie żachnąć zanim zrobiła pierwszy krok, chociaż głosem raczej zmęczonym niż rozkazującym, bo z góry wypranym większej nadziei na to, że dziewczyna go posłucha.
Gdyby Vivienne Adler była kimś innym — nie tak ważnym, bogatym i nie tak drogocennym w oczach osoby podpisującej mu czeki — to byłby ten moment, w którym złapałby ją za przedramię i przytrzymał przy sobie siłą. Nie zrobił tego jednak. Nie marnował też czasu na przeklinanie w myślach ani werbalnie, bo dziewczyna już szła prosto przed siebie do celu, który najbardziej powinna omijać, a jej obcasy wystukiwały o chodnik agresywny akompaniament do szybkich kroków i nerwowego ruchu dłoni, tworząc ścieżkę dźwiękową do całej jej osoby; złotych włosów, które błysnęły pod żółtym światłem latarni, smukłej sylwetki osoby przekonanej o swojej sile głównie dlatego, że nie skonfrontowała jej jeszcze nigdy z nikim na poważnie i hamowanej wściekłości. Sawyer ruszył za nią długim, szybkim i pewnym krokiem, patrząc na nią oraz poza nią — na scenę kilkanaście metrów przed nimi.
Wyglądała jak huragan w szpilkach, który zamierza z właśnie z całą mocą uderzyć na brzeg i zamieszkujących go ludzi.
Nie był tylko pewien, czy ci ludzie uznają huragan za zagrożenie.
— Że co, kurwa?! — żachnął się jeden z chłopaków, kiedy dotarł do nich jej krzyk rozcinający nocną ciszę i powarkiwanie psa, którego ciasno otoczyli pod murem. Odwrócił się przez ramię i szturchnął kolejnego łokciem. Kilka głów odwróciło się krótko w ich stronę, ale szybko wróciło do obserwowania zaszczutego zwierzęcia.
— Zakład że go pociągnę za ogon? — usłyszał z ust jakiegoś śmiałka, jednego z tych, którzy raczej stali w środku okręgu niż go tworzyli od zewnątrz.
— To chyba tobie się coś pomyliło, laska! — krzyknął ten pierwszy. Sawyer zauważył, że ściska w dłoni prowizoryczny nożyk. Reszta też miała w dłoniach przedmioty, chociaż nie wszystkie rozpoznał; było ich za dużo.
— Kurwa mać!
— Nie drzyj mordy, ja pierdolę! I nie popychaj mnie!
— To ty mnie popychasz!
— Kurwakurwakurwa, cofnij się! Dziwnie się zachowuje!
— Strach cię obleciał? Ale z ciebie pizda!
— Przynajmniej żywa, ty tępy chuju!
Jazgot wśród dzieciaków gwałtownie się wzmógł i to nie dlatego, że Vivienne prawie biegła w ich kierunku z przekleństwami na ustach, ani tym bardziej nie z powodu Sawyera, który szedł za nią jak cień, chociaż każdy kolejny krok budził w nim coraz większy niepokój. Ta kakofonia świadczyła o zabawie w najlepsze, a bełkot i zlewające się ze sobą sylaby — że zabawa nie była na trzeźwo.
Dopiero kiedy znaleźli się tak blisko, że poczuł zapach sierści i ten charakterystyczny smród podłej wódki, kiedy strzelił spojrzeniem na zwierzę, Sawyer zrozumiał, co jeszcze się tu nie zgadzało: To nie był pies.
To był . w i l k .
— Vivienne!
Sawyer zdążył krzyknąć, ale jego głos utonął w jazgocie, który nagle wypełnił ulicę, kiedy zwierzę rzuciło się do przodu i kłapnęło zębami w kierunku jednego z dzieciaków. W sekundzie banda rozprysła się na boki, większość cofnęła się gwałtownie, co w połączeniu z nadchodzącymi w ich stronę Vivienne i Sawyerem spowodowało chaos. Zanim zdążył dopaść do dziewczyny, złapać ją i zatrzymać przy sobie, nastolatki wpadły im pod nogi, wrzeszcząc, śmiejąc się i wyjąc; ciężko było powiedzieć: ze strachu, ubawu czy może był to jedynie efekt narkotyków. Sawyer odepchnął brutalnie tych, którzy zderzyli się z nim, bardziej w odruchu zapewnienia sobie przestrzeni i swobodnego ruchu rąk niż z konieczności. Ktoś zawył, ktoś się zaśmiał, kto inny wyciągnął nóż. Ciężko było się orientować w nagłym harmidrze, ale wreszcie Sawyer przepchnął się do Vivienne; jedynej osoby, jaka miała teraz znaczenie. Puls dudnił mu w uszach, adrenalina dodawała lekkości, złość drapała pod skórą.
— Vivienne — powtórzył, łapiąc jej nadgarstek, żeby zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od początku pracy przekroczył granicę jej nietykalności cielesnej; teraz nie miało to jednak znaczenia. Liczyło się wyłącznie jej bezpieczeństwo. — Trzymaj się blisko mnie, jasne? Żadnych bohaterskich akcji, żadnego ratowania świata i zdecydowanie żadnych gwałtownych ruchów. Wycofamy się stąd powoli i po cichu — wycedził z naciskiem przez zaciśnięte zęby, z ostatnimi słowami mrużąc gniewnie oczy i przyciągając ją mocniej do siebie. Nie chodziło o tych chłopaków, którzy wciąż się przekrzykiwali, przeklinali jeden przez drugiego i najwyraźniej świetnie bawili. Nawet jeśli kilku z nich miało nóż, największym zagrożeniem wciąż pozostawał prawdziwy drapieżnik.
Szczególnie teraz, kiedy udało mu się zyskać przewagę, bo dotąd szczelny krąg otaczających go ciał za sprawą jednego ataku rozdarło kilka solidnych wyrw. Dlatego, szczerząc kły, wilk rzucił się znowu. Na najbliższą możliwą ofiarę; chłopaka stojącego tuż przed nimi.

Vivienne Adler
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „#11”