Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo Zoya mu się przyglądała. Miała ku temu co najmniej jeden solidny powód — nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Ba, niewiele osób miało możliwość poznania go z tej właśnie strony. Zawsze starał się być idealny, a jednak był
tylko człowiekiem. Któremu świat nie darowałby takiego wybryku, gdyby tylko wyszedł na światło dzienne.
W pierwszej chwili znowu nie wiedział, jak powinien zinterpretować jej słowa, ale idący za nimi pokrzepiający uśmiech oraz wspomnienie o karierze dodały mu otuchy. W jego głowie rozbłysła również myśl, że nie był jej obojętny.
Przez kilka sekund wpatrywał się w nią w milczeniu, odwzajemniając delikatny uśmiech i mając wrażenie, że jego jasne tęczówki były w stanie powiedzieć więcej, niż słowa.
—
Dziękuję — powiedział ostatecznie miękko, z mocą, pod którą skrywało się znacznie więcej, niż zwykła wdzięczność.
Nigdy nie ukrywał się z tym, że kariera była dla niego ważna. To ją stawiał zawsze na pierwszym miejscu. I cholernie doceniał fakt, że Zoya to szanowała, a nawet pomagała mu zachować jako tako twarz w chwili, kiedy przestał panować nad własnym ciałem i życiem. Zawdzięczał ciemnowłosej ocalenie swojej reputacji, a to już naprawdę dużo dla niego znaczyło. I chyba nie do końca miała pojęcie, jak wiele od niej zależało, skoro była jednocześnie powodem, przez który tak się upodlił.
A przynajmniej do momentu, w którym jej to wyznał. Jego szczerość względem Zoi zaskakiwała także jego samego, ale za tym wyznaniem stały już czyny. Najgorsze było to, że sam nie rozumiał, czemu kobieta miała na niego tak duży wpływ.
Był głupi. Nie miał w sobie za grosz rozsądku i między innymi to właśnie tak mocno przyprawiało go o zażenowanie. Ono odrobinę zmalało, kiedy ciemnowłosa w zamian zaczęła się tłumaczyć, podchodząc do niego bliżej. Teraz wierzył, że nie miała złych intencji, ale skąd mógł wiedzieć o tym jeszcze te kilka godzin temu?
Zaraz urwała, co zaalarmowało Luciena, przez co mimowolnie się spiął. Jeszcze zanim się odezwała, domyślił się, że właśnie uświadomiła sobie istotną rzecz.
Kiedy pytanie zawisło w przestrzeni między nimi, nie odpowiedział od razu. Jego chwilowe zaciśnięcie szczęk mówiło samo za siebie, co kobieta ostatecznie skwitowała śmiechem. Westchnął ciężko i przygryzł policzek.
—
Tak, wiem. To było kompletnie niepoważne — zmarszczył zabawnie nos. Zdecydowanie nie był z siebie dumny. —
I musi się to skończyć, jeśli nie chcesz mieć mnie na sumieniu — dodał zaraz, nie potrafiąc nie odpowiedzieć na jej rozbawiony uśmiech podobnym uniesieniem kącików własnych ust. Gdy tylko się odwróciła, pokręcił głową z niedowierzaniem na tę iście kuriozalną sytuację.
Podobała mu się. Po wszystkich wydarzeniach to było aż nazbyt oczywiste. Na próżno próbował pogodzić się z zakończeniem ich znajomości, by później we Włoszech nie przyjąć odmowy, kiedy Zoya niemal rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Nie mógł zostawić jej na pastwę losu, włoskich kelnerów oraz służb. A potem karmił się nadzieją, że może jednak nie wszystko między nimi było stracone, żeby po tygodniu ciszy z jej strony dojść do wniosku, że niepotrzebnie się łudził.
A teraz to on sam postawił się w niezręcznej sytuacji, dzwoniąc do niej po pijaku i się uzewnętrzniając z własnych odczuć. Nic z tego nie powinno mieć miejsca, ale czasu nie mógł już odwrócić. Musiał więc w końcu jakoś się ogarnąć i przyjąć to na klatę.
Jeszcze lepiej, przemknęło mu przez myśl, kiedy usłyszał o jeszcze jednym bracie, i kiwnął głową, przyjmując tę informację do swojej świadomości. I tak nie miał już wpływu na nic, co miało się wydarzyć podczas spotkania z pozostałymi Weasleyami. W tej kwestii odczuwał pewien dyskomfort nie tyle ze względu na Zoyę, ale przede wszystkim dlatego, że mieli go poznać z innej strony, niż dawał się innym, na bardzo nieprzewidywalnym gruncie. Czekała go bardzo szybka adaptacja do całkiem nowych warunków.
Jej prychnięcie w odpowiedzi na postawione przez niego pytanie nie wróżyło niczego dobrego. Kolejne skrzywienie się, a potem ściągnięcie brwi i ust w wąskie linie świadczyły o tym, że nie przyjął tych rewelacji z takim samym rozbawieniem, jaki igrał w głosie Zoi.
Świetnie, rozbrzmiało ironicznie w jego głowie.
—
To oni mnie rozebrali? — wtrącił po tym, jak oznajmiła mu, że
już się poznali, po czym zwilżył nerwowo wargi i oparł dłonie o biodra. —
Wiedzą, kim jestem? Właściwie… — zawahał się na ułamek sekundy, przekrzywiając głowę na bok —
…ile wiedzą? —
o nas? dokończył w myślach, bo wydało mu się to nie na miejscu, skoro nadal nie zdążyli porozmawiać, k i m w zasadzie dla siebie
byli. Na wieść o kluczach pokręcił głową. —
Ellie mi je zabrała. Powiedziała, że nie odda ich aż do końca imprezy. Wiedziała, że nie wrócę autem po alkoholu, ale zależało jej, żebym został i się rozerwał. No to popłynąłem — wypuścił ciężko powietrze z ust, po czym przewrócił oczami.
Następnie wysłuchał jej streszczenia, jak znaleźli się w Huntsville, co uznał za logiczne rozwiązanie i tym bardziej poczuł wdzięczność za to, co dla niego zrobiła. Wyrzuty sumienia za to, ile kłopotu jej przysporzył, w tym czasie wcale nie zniknęły.
To mu nie przeszkodziło w zerkaniu na leżącą na łóżku dziewczynę i ukradkowym podziwianiu jej zgrabnego ciała, od stóp, przez uda, brzuch, piersi i łabędzią szyję, gdy z uporem wpatrywała się w sufit. Kusiła go, nawet nie będąc tego świadomą.
—
Cudownie. Ciekawe, kiedy zorientują się, że mnie porwano — westchnął nieznacznie, na koniec przyjmując trochę lżejszy ton. W zasadzie nie przejmował się ewentualnym zepsuciem telefonu w takim stopniu, jak powinien. Miał tylko nadzieję, że nikt nie podniesie alarmu z powodu jego nieobecności w mieście.
Trochę gorzej przyjął usterkę samochodu, bo to już było trochę poważniejsze przewinienie, co do którego czekał na wyjaśnienia. Z tym, że Zoya ewidentnie postanowiła sobie z nim poigrać.
Gdy zaczęła mówić, skupił na niej całą swoją uwagę. Rejestrował kolejne słowa, jednocześnie czując na sobie dotyk jej opuszków palców, którymi wyraźnie próbowała go rozproszyć. Skutecznie, bo jej bliskość sprawiała, że zaczął nabierać coraz głębsze oddechy. Wiedział przy tym, że zmierzała do niezbyt przyjemnego wyznania.
Kiedy go objęła, automatycznie jego ręce znalazły się na jej biodrach, ale to, czym uraczyła go po chwili, wybiło go z równowagi. I to dosłownie, bo zaraz znalazł się na łóżku, amortyzując upadek łokciami, a następnie dostał ubraniami w twarz. Wtedy w jego uszach rozdzwonił się jej śmiech.
—
Och, jeszcze się doigrasz! — zawołał za nią z cieniem groźby przeplatanej rozbawieniem, ściągając z siebie koszulkę, po czym opadł bezsilnie głową na łóżko i przez chwilę patrzył w sufit.
Była niemożliwa. Uznał po raz enty w ciągu ich krótkiej znajomości i pokręcił głową. W tym samym czasie kąciki jego ust samoistnie powędrowały do góry.
Ubrany w pożyczone ciuchy, w końcu zszedł na dół. Usłyszawszy męskie głosy w kuchni i śmiech Zoi, zatrzymał się na moment w korytarzu, a potem zerknął na niską szafkę pod wieszakami. Jedno spojrzenie na bose stopy wystarczyło, żeby uśmiechnął się pod nosem, doskonale pamiętając słowa kobiety odnośnie kapci z poprzedniego razu, kiedy tu był, po czym po cichu podszedł do szafki i wyciągnął jedną z par.
Będąc już w domowym obuwiu, skierował się do kuchni i przystanął w progu.
—
Cześć — zaczął ostrożnie, spoglądając po nieznajomych twarzach. —
Słyszałem, że mieliście już tę wątpliwą przyjemność mnie poznać, ale niestety moja pamięć najwyraźniej postanowiła zachować to wydarzenie dla siebie — ściągnął brwi z nieco niezręczną miną, ale i swobodą w głosie, która nadała wypowiedzi lżejszego tonu. —
Wypadałoby to nadrobić, więc… jestem Lucien — przedstawił się, podchodząc do każdego z braci, żeby uścisnąć im dłoń i przypisać ich imiona do poszczególnych twarzy. —
A z tą porywaczką chyba się znam — zauważył, ostatecznie odwracając się do Zoi i posyłając jej trochę zawadiacki uśmiech. Bo nie zapomniał, jak przed chwilą
nieładnie postanowiła się z nim podroczyć. —
Mam nadzieję, że jako kłoda sprawowałem się bez większych zarzutów — dodał zaraz z rozbawieniem, przenosząc na moment spojrzenie po postaciach braci.
Zoya