I takich klientów ceniła i lubiła najbardziej. Niezależnie od tego, czy byli u niej pierwszy raz, czy przychodzili regularnie, czy byli jej przyjaciółmi, czy kompletnie obcymi ludźmi. Ceniła to, że w jakimś stopniu znali swoje miejsce i wiedzieli, że przychodzą do profesjonalistki, która zna się na swojej pracy. Nie próbowali pouczać jej na każdym kroku, podważać jej metod ani urządzać sobie z wizyty konsultacji z Google’a.
Oczywiście zdarzało się, że na fotelu siadał ktoś, kto życzył sobie użycia własnych kosmetyków. I to jeszcze była ta wersja łagodna.
Największym szokiem pozostawały jednak momenty, kiedy klient wyciągał z reklamówki drogeryjną farbę i z pełnym przekonaniem oznajmiał, że właśnie tego Elsa ma użyć. Najlepiej oczywiście w ramach tej samej usługi, tylko taniej, bo przecież farbę klient już posiadał.
W takich sytuacjach zwykle brała głęboki oddech i cierpliwie tłumaczyła, dlaczego nie może wykonać zabiegu przy użyciu przypadkowego produktu przyniesionego z drogerii. Skład, sposób działania, stężenia, reakcje z wcześniej wykonywanymi zabiegami — powodów było wystarczająco dużo, żeby nie traktować włosów jak płótna do eksperymentów.
Niestety, nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Czasem kończyło się mniej lub bardziej przychylnym komentarzem, obrażoną miną i ostatecznie opuszczeniem salonu przez klienta, który najwyraźniej przyszedł po fryzjera, ale oczekiwał wykonawcy własnego pomysłu. Dlatego już od dłuższego czasu w regulaminie aplikacji do zapisów widniał jasny zapis: podczas wizyty wykorzystywane są wyłącznie profesjonalne kosmetyki będące wyposażeniem salonu. Elsa nie zamierzała z tego rezygnować. Jej nazwisko widniało nad drzwiami, jej ręce wykonywały całą pracę, a później to ona musiała patrzeć w lustro razem z klientem, jeśli coś poszło nie tak.
I naprawdę nie miała ochoty dowiadywać się któregoś dnia, że powodem katastrofy na czyjejś głowie była farba za dziewięć euro i przekonanie, że „przecież na opakowaniu jest napisane, że działa”.
— Weź mi nic nie mów o odrostach… chociaż z nimi będzie dużo łatwiej, bo już wiem jaki rozjaśniacz i jakie stężenie oksydantu. Także jak tylko zaczniesz wyglądać jak skunks to od razu dawaj znać. Będziemy działać. — Uśmiechnęła się szeroko. Nie była na swoim prywatnym instagramie jakoś bardzo aktywna. Czasem coś wrzuciła, ale przede wszystkim starała się działać na swoich służbowych socialach. I to głównie z niego obserwowała wrzucane przez znajomych zdjęcia i… no nie dało się ukryć, że te publikowane przez Jasona były świetne. Cóż. Chłopak był dobrze zbudowany, potrafił ustawić się tak, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, a aparat najwyraźniej wyjątkowo go lubił. Elsa nie zamierzała udawać, że tego nie zauważała. Zresztą już nie mogła się doczekać, aż zobaczy jakieś jego zdjęcia w nowym kolorze włosów.
Niby żartowali sobie z tego, że da mu kilka swoich wizytówek, żeby wciskał je na planie jakimś gwiazdom, ale kiedy Jason rzeczywiście się zgodził, mimowolnie zerknęła w stronę małej recepcji. Tak tylko, żeby upewnić się, że wizytówek na pewno było wystarczająco dużo, żeby faktycznie mógł kilka zabrać ze sobą.Bo przecież… nigdy nie wiadomo.
Zdarzało się, że trafiały do niej aktorki — głównie teatralne — czasem ktoś polecił ją dalej, czasem klientka przyprowadzała koleżankę pracującą w branży. Nadal jednak było to na tyle rzadkie zjawisko, że zdecydowanie nie nazwałaby się jeszcze
fryzjerką gwiazd. Ale jeśli Jason rzeczywiście miał okazję polecić ją komuś na planie, to dlaczego miałaby nie dać mu kilku wizytówek? Ot, zwykła przezorność. I to wcale nie dlatego, że właśnie wyobraziła sobie kilka nowych nazwisk zapisanych w swoim kalendarzu.
— Daj spokój! To był świetnie spędzony czas! Gdy wracałam z pokazu albo z sesji zdjęciowej to zabierałam Dantego na nocne zwiedzanie i zdarzało nam się wrócić jak już słońce wschodziło. — Wyszczerzyła się szeroko, jednak po chwili do niej dotarło, że to chyba nie było coś czym powinna się chwalić akurat przed nim. Dlatego dalsza część, o tym, że po takim intensywnym zwiedzaniu pozostawało jej zaledwie kilka godzin snu przed rozpoczęciem kolejnego dnia pewnego pracy, zostawiła dla siebie. Tak na wszelki wypadek, żeby nie zgarnąć jeszcze większego opieprzu.
Zmarszczyła lekko nos, kiedy totalnie olał jej pytanie o herbatę i z uniesionymi ku górze oczami, słuchała tego, co chciała początkowo uniknąć. Denerwowała się. Ale nie dlatego, że Jason się niepotrzebnie martwił albo że wtrącał się w jej życie tylko… no wiedziała, że miał rację. Nie mogła mu jednak tego przyznać, bo wtedy faktycznie musiałaby chwycić swój kalendarz i zacząć wyznaczać sobie odpowiednie przerwy, zablokować możliwość zapisów po określonej godzinie i może wreszcie wybrać jakiś tydzień, w którym mogłaby zapomnieć o swoim salonie i w końcu się wyspać. A do tego póki co nie mogła dopuścić. Czuła, że po prostu na takie
obijanie sie nie było
ich stać.
— Kochany jesteś, wiesz? Nie zaschło ci w gardle od tego opieprzania mnie? Może jednak przyniosę ci wody? — Zaśmiała się cicho i delikatnie przeciągnęła, wydając z siebie po chwili słodkie mruczenie. Zaraz też udała się na zapłaczę, wracając kilka sekund później ze szklanką wody, którą od razu podała chłopakowi.
— Daję radę! Jestem niezniszczalna. Przecież gdybym była zmęczona to naprawdę bym sobie odpuściła. A ja w pracy w sumie odpoczywam, więc… naprawdę nie musisz się martwić. Lepiej mi opowiedz co u ciebie. Poznałeś kogoś ciekawego? Byłeś w jakimś fajnym miejscu?
Jason Choi