26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kiedy Zoya po kąśliwej uwadze pokazała mu język, ściągnął brwi, próbując powstrzymać rozbawienie. A więc tak sobie z nim pogrywała! Cmoknął niepocieszony.
— Problemy z pamięcią w tym wieku? Co to będzie później? — udał zdziwienie i troskę. — Bo z tego, co ja pamiętam, nie każde luki w pamięci możesz zwalić na alkohol — spojrzał na nią znacząco, ostatecznie pozwalając sobie na łobuzerski uśmieszek wstępujący na jego twarz. Skoro sama zaczęła tę grę, nie zamierzał dać jej wygrać walkowerem.
Po chwili ich rozmowa przeszła na temat kolejnego z jej braci. Ciekawostkę dotyczącą jego zainteresowań elektromechaniką przyjął z aprobatą, potakując głową. Domyślał się, że niewielu miało szczęście po wejściu w dorosłość podążyć za marzeniami. Niektórzy z nich wyrastali, inni nie mieli odpowiednich warunków. W takich właśnie chwilach chyba najbardziej cieszył się, że zaszedł tak daleko.
I bardzo szybko mógł się z tej drogi stoczyć. I to dosłownie.
Mimowolnie skrzywił się z niesmakiem na to, jak dotkliwie przypomniała mu o swoim upokarzającym występie. Nie pamiętał z niego zbyt wiele, dlatego nie miał na to zbyt wielu argumentów.
— Jesteś jedynym tego świadkiem. Skąd mam mieć pewność, że tego nie wymyśliłaś i w rzeczywistości sama mnie nie poturbowałaś, żeby potem zwalić to na mój stan? — finalnie podjął się próby, przyjmując równie oskarżycielską postawę, co ona. Dokładnie przy tym wiedział, jak bardzo absurdalnie to brzmiało, dlatego po kilku sekundach samoistnie parsknął śmiechem.
Doglądanie auta zajęło mu sporą część uwagi, nic więc dziwnego, że w pierwszej chwili nie zauważył rosnącego z każdą chwilą zmartwienia Zoi. O ile on próbował powrócić do ich naturalnego przebiegu rozmów, swobody i droczenia się, którego brakowało mu od czasu trzaśnięcia drzwiami turkusowego Mercedesa, tak ona najwidoczniej stwarzała dość dobre pozory.
— Ha, ładnie to tak okłamywać przyjaciółkę? — zapytał w zamian, na chwilę krzyżując ręce na piersiach i przyglądając się jej oczekująco. Określanie go jako rozsądny było poważnym nadużyciem, bo przecież oboje znali prawdę. Wcale się z tym nie krył. Krył się tylko z tym, że właśnie sobie z nią igrał.
Z opóźnieniem przyszło mu zarejestrowanie tych wszystkich niuansów i znalezienie logicznej przyczyny zachowania Zoi. W związku z tym wyjaśnienie tej sprawy stało się dla niego priorytetem.
Na jej oburzenie kącik jego ust bezwiednie rozszerzył się odrobinę bardziej, ale nie zamierzał komentować jej reakcji, chcąc przede wszystkim przedstawić sytuację najprościej, jak się dało.
Patrząc na to z tej perspektywy, miał świadomość, że wiele jej poświęcił. Pieniędzy, czasu, energii… uczuć. Wciąż zawiłych, niejasnych, bliżej nieokreślonych. Dawał jej wiele, nie oczekując niczego w zamian, choć dobrze znał te mechanizmy — równowaga polegała na dawaniu i braniu. A wziąć jak na razie nie miał, z czego.
Nie był łapczywy. Wystarczyło mu niewiele — pewność, że to wszystko do czegoś prowadziło. Niestabilność tej relacji i pozostawanie w zawieszeniu powoli go psychicznie wykańczała. Miał nadzieję zyskać jakiś znak, konkretną odpowiedź, która pozwoliłaby mu działać w jednym z kierunków. Działać, bo nigdy nie przepadał za siedzeniem z założonymi rękami i czekaniem na cud, który mógł nigdy nie nadejść.
Te myśli instynktownie sprowadziły go do zbliżenia się do niej na nieznaczną odległość, stworzenia choć iluzji bliskości, za którą t ę s k n i ł. Mówił spokojnie, ale w rzeczywistości z ogromnym trudem przyszło mu wypowiedzieć na głos swoje życzenie, kiedy jej niebieskie, pobłyskujące w świetle słońca tęczówki wpatrywały się w niego z taką mocą. W chwili, gdy potrząsnęła głową i kosmyk włosów wrócił na poprzednie miejsce, przez moment odniósł wrażenie, że wcale nie chciała jego dotyku, co zrodziło w jego głowie złe przeczucia. Z rosnącym w mięśniach napięciem czekał na nieuniknione, aż ujęła jego dłoń. Czując jej palce, intuicyjnie wzmocnił uścisk. Chyba zaczynał bać się jej odpowiedzi.
Zamiast niej, usłyszał Rona, który kompletnie zrujnował im chwilę. Nie mógł więc zrobić nic innego, jak odsunąć się od ciemnowłosej stosownie do okoliczności.
Informacja o ilości kóz i możliwych problemach nie podbudowała go, ale musiał sprostać temu wyzwaniu. Idąc w stronę pastwiska, na osobliwe pożegnanie Zoi mimowolnie uniósł kącik ust.

Lucien stawiał czoła każdemu wyzwaniu z typową dla siebie pewnością, zawziętością i sporymi pokładami cierpliwości. Słusznie jednak Zoya zauważyła, że o ile starsze kozy były bardziej posłuszne, tak te mniejsze nie skłaniały się już tak skwapliwie ku współpracy. Podczas całego tego przedsięwzięcia mężczyzna zdążył sporo się nabiegać za poszczególnymi sztukami, żeby nagonić je do zagrody. Nawet nie spodziewał się, jak bardzo trudne było to zajęcie, ale z drugiej strony miał z tyłu głowy, że Zachary celowo zarządził dla niego właśnie tak mozolne zadanie. Sam nie miał pewności, w czym dokładnie sobie zawinił, lecz i tak za wszelką ceną próbował zyskać sobie jego przychylność.
Co oznaczało, że musiał być tak samo zwinny i uparty, jak uciekinierki. Nie zawsze mu się to udawało, bo skupiony na pościgach po łące i w granicach lasu, nie zwracał uwagi na istotną rzecz, która miała ogromne znaczenie na torze — przyczepność. Będąc w trampkach, początkowo próbował omijać błotniste kałuże, ale gdy raz już przypadkiem w jedną z nich wpadł, to przestało mieć znaczenie. Z upływem czasu jego zawzięcie zaczynało przybierać rozmiar całej kilku kilometrowej długości toru w Misano, a wraz z nim coraz częściej zdarzało mu się ślizgać po błocie i wpadać w nie z impetem.
Pozostało mu już niewiele, ale zaczął opadać z sił i chyba musiało mu iść naprawdę żałośnie, bo gdy znowu wylądował tyłkiem w jednej z kałuż i przez chwilę nie ruszał się, nagle słońce przesłoniła mu jakaś postać. Wyciągnięta dłoń oznaczała jedno — ktoś oferował mu pomoc.
Z Ronem poszło mu już o wiele szybciej. Gdy ostatnia koza trafiła do zagrody, z głośnym westchnięciem zamknął bramę i zaśmiał się na jakąś żartobliwą uwagę bliźniaka, który poklepał go w drodze do domu. Buty zostawił na ganku, po czym, czując coraz większe zmęczenie, poszedł na górę.
Widok Zoi w jej własnym pokoju właściwie go nie zdziwił. Co więcej, Lucien, myśląc wyłącznie o tym, jak bardzo potrzebował teraz kąpieli i nadrobienia kalorii, dopiero po kilku sekundach dostrzegł nie tylko jej współczujący wyraz twarzy, ale i dziwnie czerwone plamy na jej twarzy, szyi i ramionach.
— Tak, na koniec Ron mi trochę pomógł — wypuścił ciężko powietrze, bezwiednie przeczesując dłonią włosy. Nie potrafił nadziwić się, skąd u niej ta wesołość, bo on… był wykończony. Według niego to był naprawdę długi dzień, mimo rozpoczęcia się dopiero w południe. — A twoje wekowanie? Nie wystrzelił ci jakiś słoik? Albo dwa? — dopytał nieco podejrzliwie, przyglądając się zarówno różnym plamom na niej, jak i krągłościom skrywanym przez biustonosz. Znów trochę później zarejestrował to, co powiedziała po chwili odnośnie ubrań i kołdry, więc powrócił wzrokiem na jej twarz. — Wczorajszej nocy mi nie przeszkadzała — stwierdził logicznie, po czym westchnął i zagryzł na moment dolną wargę. — Nie musisz mi usługiwać. Mówiłem ci, że dam sobie radę — zauważył poważniej, niż zwykle. Nie miał w tej chwili szczególnej ochoty na żarty. Właściwie miałby chęć tylko na jedno, ale nie wiedział, czy mu wolno, więc ostatecznie przełknął ślinę i odwrócił wzrok, aż padł on na podłączony do ładowania telefon.
Wyminął dziewczynę i podszedł do szafki nocnej, żeby nacisnąć przycisk uruchamiający. Telefon drgnął w dłoni i włączył się ekran uruchamiania. Czekał na możliwość wstukania pinu, bo to, że się włączył, jeszcze na nic nie wskazywało. Tak, jak wiele drobnych gestów ze strony Zoi.
— Wyjadę jutro rano. Nie będę dłużej przysparzał ci problemów i zmartwień — powiedział z decyzją w głosie, usilnie wpatrując się w komórkę.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya spojrzała na Luciena z ukosa. Kącik jej ust drgnął w pełnym kpiny uśmieszku, po czym przewróciła ostentacyjnie oczami, dając mu do zrozumienia, że ten żart wcale jej się nie spodobał! Również przy kolejnym tekście meżczyzny zaprezentowała mimicznie, że była niepocieszona. Przez moment patrzyła na niego w milczeniu, a następnie z dezaprobatą pokręciła głową. Nie zamierzała dalej angażować się w tą słowną grę, więc na swoje absurdalne, pytanie, musiał odpowiedzieć sobie sam.
Pomimo wszystko parsknięcie śmiechem Luciena rozbiło tę ich o s k a r ż y c i e l s k ą aurę.
— Nie skłamałam. — Wzruszyła ramionami. — Przecież sam wypisałeś na mojej skórze rozsądek — zironizowała i zmarszczyła nos, jakby chciała mu pokazać, że jeszcze przez chwilę pozwoliła sobie z niego pożartować. Doskonale pamiętała te wszystkie czarne napisy, które na niej umieścił. Jednocześnie doskonale wiedziała, że w ostatnim czasie poczucie kontroli Luciona oraz upodobanie do planowania zdawały się marnieć. Szczególnie zauważyła to w Misano, kiedy wykazał się wyjątkową i nienaturalną dla siebie spontanicznością.
Chyba oboje stawali się coraz bardziej świadomi siebie nawzajem. Dostrzegali swoje mankamenty, intencje i znaczenia kryjące się w kolejnych, naprzemiennych zachowaniach. Rozumieli się i jednocześnie wciąż pozostawali dla siebie zagadką, nieustannie pielęgnując potrzebę odkrywania kolejnych puzzli.
Ba, Lucien być może zdołał odgadnąć, że uderzyło w nią to, ile spraw jej poświęcił, a jednocześnie wciąż nie był świadomy tego, co dokładnie czuła. Zoya sama zresztą tego nie wiedziała, dlatego wahanie, które ogarnęło ją w chwili, gdy oczekiwał od niej jakiejkolwiek odpowiedzi, przeciągnęło się na tyle długo, że ostatecznie nie zdążyła się odezwać.

W kuchni Zoyę dopadła przytłaczająca żałość. W głowie wertowała ich rozmowę; jego sylwetkę oraz intensywne spojrzenie, którym obdarzył ją przy samochodzie. Jej myśli wróciły również do tego krótkiego momentu, kiedy jego palce zacisnęły się na jej dłoni.
Co rusz wypuszczała z siebie ciężkie westchnienie i nerwowo przygryzała wargę. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej doskwierała jej świadomość, że zostawiła go samego (z kózkami, hehe) z pytaniami bez odpowiedzi. Pytaniami, które wciąż pobrzmiewały jej w głowie, podobnie jak obraz jego oczu, kiedy czekał na choćby najmniejszą reakcję z jej strony.
Ostatecznie wysiłek pozwolił Zoi oczyścić głowę i niejako pozbyć się wyrzutów.

Kiedy ponownie spotkali się w sypialni, Zoya wcale nie była taka radosna, bo zmęczenie coraz wyraźniej dawało jej się we znaki. Nie chciała jednak przytłaczać nimi Luciena, dlatego powitała go tym wesołym tonem. Biorąc pod uwagę ich trudy dnia, wykrzesała z siebie tę swobodę, która miała w zwyczaju pomiędzy nimi się pojawiać.
Potaknęła, słysząc, że Ron mu pomógł. W przeciwieństwie do Zoi bliźniak zdecydowanie lepiej radził sobie z wysiłkiem fizycznym, więc nie miała wątpliwości, że we dwóch łatwiej było im wyłapać kozy-uciekinierki. Pomimo tego, kiedy po raz kolejny przesunęła wzrokiem po sylwetce Luciena i przyjrzała się wszystkim plamom zaschniętego błota, wyraźnie się skrzywiła. Nie wyglądał, jakby to całe polowanie obeszło się z nim łagodnie.
— Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Zrobiłam sto dwadzieścia słoików. To mój życiowy rekord i mam nadzieję, że prędko go nie powtórzę. Zachary zadbał o to, abym szybko nie wyszła z kuchni — odpowiedziała, tym razem pozwalając sobie na sfrustrowaną minę. Powoli wypuściła powietrze z ust. — Wczoraj spałeś na kołdrze. Przykryłam cię kocem — przypomniała, bo sama nie była już pewna, czy w ogóle to zauważył kiedy się obudził.
W międzyczasie Zoya oczywiście dostrzegła, że wzrok Luciena na moment zsunął się na jej dekolt. Nie poczuła się jednak skrępowania. Minęły już i c h chwile, gdy podobne spojrzenia sprawiały, że zaczynała się odrobinę peszyć. Chyba - czy była na to przygotowana, czy nie - przy Lucienie coraz łatwiej przychodziło jej zachowywanie swobody w sytuacjach, w których brakowało tej czy tamtej części garderoby.
W końcu znał jej ciało.
Na kolejne słowa natychmiast zmarszczyła brwi i mocniej zacisnęła usta, nie bardzo rozumiejąc, co miał na myśli. W dodatku wyłapała ten jego poważniejszy ton, który z jednej strony bardzo jej się nie spodobał, a w drugiej uderzyzł w nią swiadomścią, ze nadciągały jakieś kłopoty.
— Przecież ci nie usługuję. Jesteś naszym gościem, to chyba normalne, że... — nie zdążyła dokończyć, bo niespodziewanie przerwał kontakt wzrokowy. Spojrzał gdzieś za nią, po czym bez słowa przeszedł obok. A Zoya, wyraźnie zaskoczona tą nagłą zmianą, energicznie obróciła się za nim na pięcie. — Lucien? — zawołała, ale kiedy dostrzegła, że podszedł do telefonu, jedynie westchnęła i znowu chciała zminimalizować pomiędzy nimi dystans.
Gdzieś w połowie drogi, na krótką chwilę; nadosłownie na ułamek sekundy przystanęła, zaskoczona kolejnymi słowami Luciena. Nie zdążyła powstrzymać kpiącego prychnięcia, które wyrwało się z niej w odpowiedzi na absurdalność tego, co właśnie powiedział.
W końcu szybko pokonała oddzielającą ich odległość i gwałtownie chwyciła mężczyznę za zgięcie łokcia. Kiedy spróbowała pociągnąć go w swoją stronę, niespodziewanie wytrąciła mu z dłoni telefon. Ten, o zgrozo, zdążył ledwie rozświetlić ekran, ukazując na tapecie jakieś driftujące auto, po czym z hukiem uderzył o ziemię i ponownie zgasł. Prawdopodobnie na dobre.
— Przepraszam, nie chciałam! — wyrzuciła z siebie. Wystraszyła się. W jednej chwili zupełnie uszły z niej te poparzenie emocje i po prostu chyliła się po telefon, po czym podała go Lucienowi. Potem nerwowo wsunęła skórkę przy kciuku między wargi. Najpierw spojrzała na urządzenie, a dopiero później przeniosła wzrok na twarz mężczyzny, którego wyraz wcale jej nie uspokoił.
Coś wisiało w powietrzu i wcale nie chodziło o telefon, który być może jedynie dołożył kolejną cegiełkę do już i tak napiętej atmosfery. Oboje byli zmęczeni, ba, właściwie wykończeni, brudni oraz głodni. Zoya nie potrafiła rozstrzygnąć, czy to właśnie dlatego Lucien podjął decyzję, aby następnego dnia wrócić do domu, czy może większe znaczenie miała ich niedokończona rozmowa. Jednak kiedy powiedział, że przysporzył jej problemów i zmartwień, nie było w tym nawet grama prawdy, więc znowu do jej głowy napłynęło wiele negatywnych emocji.
— O co ci chodzi, co? — bąknęła, patrząc mu prosto w oczy. — Chciałeś naprawić samochód w kanale. Części będą dopiero w poniedziałek, więc nie rozumiem... zmieniłeś zdanie? Wrócisz jednak na lawecie? — dopytała. Była coraz bardziej zdezorientowana. Przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i tytm razem złapała się za biodra. — I, Lucien... o jakich p r o b l e m a c h ty w ogóle mówisz? — zapytała i jednocześnie wyraźniej zaakcentowała to jedno, właściwe słowo. — Gdybym chciała, abyś wyjechał, powiedziałabym ci to. Nie dopowiadaj sobie niczego — dodała z pretensją.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zmęczenie opanowywało nie tylko jego ciało, ale i umysł, który coraz mozolniej wykonywał wszystkie zachodzące w nim procesy. Oczywiście, że nie chciał się z nią kłócić. Nie zamierzał zachowywać się względem niej tak chłodno. Nie potrafił jednak wykrzesać z siebie lekkości, która zwykle go cechowała, więc ostatecznie jedyne, na co było go stać, to powaga i neutralność. To one stanowiły barierę przed kłębiącymi się w nim pytaniami i emocjami, które szargały jego spokój.
— Wyjątkowo dobrze rozporządził obowiązkami — skwitował krótko, a w tonie jego głosu dało się wyczuć pewną kąśliwość. Nie miał wątpliwości, że Zachary zrobił to celowo. Zaraz na jej uwagę o kocu wzruszył niedbale ramionami. — Więc i on mi wystarczy. W hotelu też sobie jakoś poradziłem — słusznie przywołał ich ostatnią wspólną noc, podczas której opatuliła się skrzętnie kołdrą, nie dając mu jej ani na milimetr. Wtedy najwyraźniej nie zasługiwał na jakiekolwiek przykrycie, a teraz martwiła się, że będzie mu z a c i e p ł o.
Cichy, złośliwy głosik w jego głowie przywołał pytanie: co się zmieniło? Znał na to odpowiedź. Otrzeźwiała i poczuła wyrzuty sumienia. Tylko t y l e, albo a ż tyle.
I nawet w tym momencie, gdy tak swobodnie do niego podeszła, niemalże wystawiając swoje walory na pokaz, mieszała mu w głowie. Albo mówiła jedno, a robiła drugie, albo nie mówiła ani nie robiła nic, albo robiła za dużo. Nic dziwnego, że nie wiedział, której wersji powinien się trzymać, bo… nie określiła się, klepiąc farmazony o jakiejś kołdrze.
Jedynym sposobem na przetrwanie tego to zastosowanie uniku i przejście do telefonu, który był jedyną formą kontaktu ze światem. J e g o światem. Puścił więc jej wyjaśnienie mimo uszu, licząc na to, że chociaż w tym jednym aspekcie będzie miał jakąś swobodę i poczucie, że nie utknął w miejscu.
Niestety, nie domyślił się w porę intencji Zoi, która niespodziewanie pojawiła się tuż przy nim i pociągnęła go za łokieć, wytrącając mu z ręki telefon. Huk, z jakim wylądował na podłodze, sprawił, że Lucien na kilka sekund znieruchomiał i przymknął oczy. Tylko po jego wyraźnie zarysowanych liniach szczęk widać było, jak względny spokój ustępował miejsca irytacji, z którą w obecnej chwili próbował walczyć. Na przeprosiny ciemnowłosej otworzył oczy, ale nawet na nią nie spojrzał.
— Jasne, ty nigdy niczego nie chciałaś — syknął z przekąsem, odnosząc się do wielu innych sytuacji z okresu ich znajomości. Miał przy tym dziwne wrażenie, że chyba powinien się już do tego przyzwyczaić.
Dobitnie uświadomiła mu to we Włoszech. Nie chciała wpływać na jego karierę, nie chciała jego pomocy, nie chciała go w swoim życiu. A on tylko wiecznie się jej narzucał. Nawet w tym momencie czuł się jak intruz, który zawalił sprawę, dzwoniąc do niej po nocy po pijaku i błagając o pomoc, a potem zwalił się jej na głowę i do domu.
Tak, on też miał wyrzuty sumienia. A jej niezrozumienie, malujące się na jej twarzy, kiedy pytała go o zmianę zdania, tylko potęgowało jego nerwowość.
— O co mi chodzi? Raczej, o co t o b i e chodzi. Tak strasznie sobie wyrzucasz Misano i Mercedesa, jakby to było w tej chwili najważniejsze — pretensje w jego wypowiedzi dało się wyczuć niemal namacalnie. Odruchowo schylił się po telefon, który upadł pomiędzy nimi i wstał, żeby sprawdzić, czy jeszcze żył. Tym razem wyświetlacz nawet już nie drgnął.
— Przecież sama uznałaś, że jestem problemem. Złym wyborem — przypomniał jej, bo według niego jej perspektywa na niego wcale nie uległa zmianie. — Do tego stopnia, że próbowałaś uciec przede mną aż do Włoch. Nie udało się, bo znów wszedłem ci w drogę i, co gorsza, dodatkowo wymusiłem na tobie poczucie wdzięczności — wyjaśnił swój tok myślenia, nie potrafiąc opanować emocji w swoim nieco podniesionym z nagła głosie. — Teraz odebrałaś mój zachlany tyłek, musiałaś zdzierżyć moje towarzystwo, przywiozłaś do swojego domu i oddałaś mi łóżko, więc tak, w sumie jesteśmy kwita — uznał, na koniec wzbijając znacząco ręce w powietrze. Wyglądało to uderzająco podobnie do wydarzeń w Misano. — Auto to mój problem. To moja wina, że postawiłem cię w tak niekomfortowej sytuacji, że pół nocy spędziłaś na podróży tutaj. Nie jesteś mi już n i c winna, rozumiesz? — spojrzał stanowczo w jej oczy, nawet nie zdając sobie sprawy, w którym momencie zbliżył się do niej na odległość niespełna kilkunastu centymetrów. W jego głosie odznaczała się zawziętość, która odbijała się również w jego spojrzeniu, gdy patrzył na ciemnowłosą, ewidentnie nad nią górując.
Gdybym chciała, abyś wyjechał, powiedziałabym ci to, rozbrzmiało w jego głowie niczym echo, jedynie na ułamek sekundy wytrącając go z rezonu. W odpowiedzi parsknął śmiechem i pokręcił głową, po czym odsunął się od niej o krok.
— Tak, jak o wszystkim mi tak szczerze mówisz? — zapytał z kpiną, rzucając telefon na łóżko i po raz kolejny ją wymijając, po czym ściągnął z siebie białą, ubrudzoną koszulkę od Alexa i odłożył ją na komodę. Na chwilę mocniej zacisnął ręce na krawędzi mebla i odetchnął ciężko, pozostając plecami do dziewczyny. — Odkąd przyjechałem tu za pierwszym razem, przez jakiś czas miałem przynajmniej klarowność w kwestii tego, czego chciałaś — przyznał, siląc się na neutralny ton. Kilka sekund później wyprostował się i odwrócił w jej stronę. — Potem usłyszałem już tyle, że nie wiem, w co wierzyć — wzruszył ramionami zmęczony, a przez to trochę zobojętniały na wszystko. — Chyba, że praca nad szczerością jest już nieaktualna? — zapytał. Tak, jak wszystko, co zdążyli ustalić poprzednio na farmie, i w trakcie rejsu. Bo dobrze pamiętał jej prośbę.
Niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy, to nie skrzywdźmy siebie nawzajem.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie dało się nie zauważyć zgryźliwości z jaką Lucien odniósł się do stwierdzenia o dobrym rozporządzeniu obowiązkami przez Zacharego. Najwyraźniej nie był zadowolony z powierzonego mu zadania. Zoya ze swojej strony, również nie patrzyła na to optymistycznie, ale z drugiej strony nikt nie kazał mu pomagać. Sam się zaoferował, choć rzeczywiście, jak na pierwszy dzień kaca, brat mógł powierzyć mu coś lżejszego.
Postanowiła jednak puścić jego uwagę mimo uszu, aby nie kusić losu i przypadkiem nie doprowadzić do kłótni. Oboje byli przecież wykończeni i ostatnie, czego im teraz było potrzeba, to sprzeczka.
Niemniej kolejna kąśliwa uwaga sprawiła, że nie zdołała powstrzymać nerwowego prychnięcia. Doskonale pamiętała tamtą noc i to, jak potwornie była wtedy zła, że musiała mu ustąpić, co ostatecznie skończyło się spaniem w jednym łóżku. Z perspektywy czasu dostrzegła oczywiście własne błędy i oceniła swoje zachowanie jako dziecinne; mało dojrzałe, ale przecież była zbyt dumna, a zarazem zbyt zażenowana tamtymi wydarzeniami, aby się do tego przyznać. Po raz kolejny więc nie odpowiedziała i ograniczyła się jedynie do krótkiego odwrócenia głowy w stronę okna.
W Miasno działo się zbyt wiele. Zoya zdawała się wtedy zbyt mocno postrzegać ich znajomość przez pryzmat przeszłości. Obecnie chciała, aby powrócili na dobre tory. Tylko co to właściwie znaczyło? Najwyraźniej nie wystarczyło jedynie być dla Luciena miłą. Nie wystarczyło odebrać go z imprezy, odprowadzić do łóżka i nakarmić. Nie wystarczyło również wyjaśnić, że wcale go nie unikała. Oczekiwał od Zoi czegoś więcej, czyli jeszcze większej dawki szczerości, niż była dotąd gotowa mu ofiarować.
Upadek telefonu był chyba zwiastunem upadku czegoś znacznie ważniejszego. Poczuła to w pełni, gdy dostrzegła irytację malującą się na twarzy mężczyzny oraz jawnie musztrujące ją spojrzenie. Tym razem przygryzła wargę, aby powstrzymać się od komentarza, gdy obrzucił ją kolejną uwagą z przekąsem.
Momentalnie wszystko w Zoi zawrzało, dlatego na chwilę przymknęła powieki, próbując odciąć się od jego krzywej mimiki. Nie chciała go zaatakować ani podejmować próby odbicia pałeczki, choć narastająca w niej bezsilność sprawiała, że z każdą chwilą coraz trudniej było jej opanować zdenerwowanie. Zrozumiała przecież, że swoją wypowiedzią nawiązał do wszystkich tych momentów, w których albo mu coś zrobiła, albo czegoś mu odmówiła. Musiało go to dotknąć, skoro zdecydował się zareagować w ten sposób.
Pomimo wszystko pozwoliła emocjom dojść do głosu dopiero wtedy, gdy zapytała, o co właściwie mu chodziło. Później przez spojrzenie Zoi przemknęła cała gama uczuć, zmieniających się w zależności od tego, co Lucien akurat mówił.
— Nazwałam cię najgorszym wyborem, bo wpakowaliśmy się w trudną sytuację. — W ciąże. — To co wtedy powiedziałam, jest już bardzo nieaktualne Lucien, dlaczego w ogóle mi to wypominasz? — prychnęła wyraźnie rozjątrzona, ale nie zdołała przebić się przez reszte słów, którymi zasypał ją znienacka.
Wtedy irytacja Zoi zmieszała się z ukłuciem żalu. Naprawdę miała ochotę odbić każdą jego uwagę, jednak czuła, że brakowało jej argumentów, bo Lucien zbyt trafnie opisał wszystko, co w tamtych chwilach miała w głowie.
Ba! Wahała się na każdym kroku, wstydziła własnych zachowań i próbowała go unikać. Nawet do końca świata i jeden dzień dłużej, gdyby zaszła taka potrzeba. Lucien jednak nie zamierzał pozwolić o sobie zapomnieć, a w Misano przypomniał o zażyłości, którą ich znajomość wniosła.
— Przestań — poprosiła z trudem wytrzymując jego intensywne spojrzenie. Najbardziej irytowało ją to, że miał rację. Nie jego ton, nie zawziętość, z jaką wyrzucał z siebie kolejne zdania i nawet nie f a k t, że po prostu postawił ją pod ścianą. Najgorsze było to, że Zoya nie mogła mu zaprzeczyć.
— Tak! — krzyknąła nagle. — Wyjechałam do Włoch, aby o tobie zapomnieć. Tak, próbowałam cię unikać. I tak, po tym wszystkim, co zrobiłeś, aby uratować Adeline, czułam, że muszę ci się odwdzięczyć. Ale nie zrobiłam niczego wbrew swojej woli! Nie odebrałam z przymusu twojego zachlanego tyłka z tej cholernej imprezy. Gdybyś wcześniej mi nie pomógł i tak zdecydowałabym się przywieźć cię do Hunstvile, więc będziemy kwita dopiero wtedy, jak ja tak stwierdzę. — Ostatnie słowa prawie wycedziła przez zaciśnięte zęby. Dopiero wtedy dotarło do Zoi jak bardzo podniosła na niego głos. Wtem dwróciła wzrok, aby spróbować uspokoić przyspieszony oddech. To wszystko kosztowało ją zbyt wiele emocji, a okazało się, że to jeszcze nie koniec.
Nie spodobało jej się nagłe, jeszcze wyraźniejsze zmniejszenie dystansu przez Luciena, jednak na ten gest uniosła jeszcze wyżej brodę. Za wszelką cenę chciała pokazać, że jego bliskość nie robiła na niej wrażenia. Ha, a w rzeczywistości we wnętrzu Zoi rozpalił się prawdziwy ferment.
Drgnęła, słysząc prześmiewcze parsknięcie i widząc, jak ostentacyjnie pokręcił głową, wywróciła oczami. Był w tej chwili niemożliwie ciężki do zniesienia, ale odczuła ulgę, gdy odrobinę się cofnął.
— Może nie było czasu, aby powiedzieć ci wszystko? — odpowiedziała z podobną kpiną, po czym odwróciła się, gdy po raz kolejny ją wyminął.
Wówczas bezwstydnie go obserwowała, gdy ściągnął bluzkę i oparł dłonie o mebel. Przez dłuższą chwilę przyglądała sie plecom Luciena i wtedy przez moment zaatakowała ją absurdalna ochota, aby objąć go ramionami i poprosić, aby przestali się kłócić. Duma jednak skutecznie powstrzymała Zoyę przed takim uczynkiem. Zamiast tego zacisnęła dłonie w pięści i ruszyła w stronę mężczyzny. Zatrzymała się z boku komody tak, że z łatwością mogła znowu spoglądać na jego profil.
— Boli cię to, że nie mówię ci o tym, czego chcę? — dopytała odrobinę spokojniej. Nie oznaczało to jednak, że zdenerwowanie całkowicie z niej uszło. Wciąż krążyło w żyłach i podsuwało jakieś mało rozsądne odpowiedzi, z którymi walczyła. W końcu jednak zaśmiała się kpiąco i pokręciła głową.
Kiedy więc stanął prosto, spuściła wzrok na swoje stopy. Słuchała dalej, coraz intensywniej układając w głowie pytanie, czy raniła go swoim ambiwalentnym zachowaniem?
— Mam problem ze szczerością, odkąd przestałam być w ciąży. — Głos Zoi zadrżał, choć próbowała nadać mu możliwie spokojne brzmienie. — Wtedy mieliśmy sztywno ustalone zasady i potrafiłam się ich trzymać, ale odkąd wyszłam od lekarza... — urwała. — Nie potrafię już tego zrobić. Jestem zagubiona, Lucien. Sama nie wiem do czego mam prawo, a do czego już nie. Czy powinnam się z tobą spotykać, czy może jednak nie. Czy brnąć w to wszystko, czy lepiej wycofać się, zanim znowu coś popsuję. Bo co właściwie wniosłam do twojego życia? — zapytała i nawey uśmiechnęła się, choć w tym geście zabrakło wesołości. — Oczywiście poza bałaganem, z którym potem sam musisz się mierzyć.
Niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy, to nie skrzywdźmy siebie nawzajem; jakkolwiek źle to wyglądało, to Zoya zachowywała się w myśl tej dewizy.
Prawda była taka, że Zoi łatwiej przychodziło wszystko odwlekać. Do tej pory odkładała moment, w którym musiała wreszcie wypowiedzieć na głos to, co kotłowało się w jej głowie. Takim wahaniem; taką wzmożoną niepewnością jedynie zwodziła Luciena, któremu najwyraźniej bardzo zależało na ich znajomości.
Zoi też zależało. Problem w tym, że narzuciła na siebie jakąś osobliwą presję. Zamiast więc pozwolić sobie (albo mu) po prostu być blisko, nieustannie zastanawiała się, co powinna zrobić, aby zrównoważyć własną wartość.
Albo wpadała w kolejny skrajny pomysł, aby unikać Luciena.
Co za beznadzieja.
— Zatem... — Nabrała powietrza, ale patrząc mu dalej w oczy, przezz parę sekund nie była w stanie wydobyć z siebie nic więcej. Nerwowo uniosła dłonie, zaraz jednak opuściła je z powrotem i zacisnęła na materiale spodenek. — Zatem... — Zabawne, że ktoś tak pewny siebie i zuchwały miał obecnie problem z odrobiną szczerości. Samo wypowiedzenie tych dwóch słów kosztowało Zoyę zaskakująco dużo, bo wiedziała już do czego dążyła. — Zatem... Na razie jest to dla mnie trudne, ale powiem to tylko raz, więc słuchaj uważnie. — W jej spojrzeniu wciąż czaiło się zdenerwowanie, a policzki zaczęły płonąć od samego faktu, że naprawdę zamierzała t o powiedzieć. — Chcę ciebie, Lucien.

Lucien
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Obecny stosunek Luciena względem Zachary’ego opierał się w tym momencie na przetyraniu mężczyzny do kości. Spencer nigdy nie miał problemów z kondycją i ogólną sprawnością, ale zgłaszając się do pomocy, nie przypuszczał, że właśnie w tej dyscyplinie zostanie przetestowany. To, że miał ciężką noc, właściwie nie powinno go usprawiedliwiać, a jego uwaga na ten temat wbrew pozorom nie miała na celu podkreślenia skrywanych pretensji. Zwyczajnie, patrząc przez pryzmat zachowania najstarszego brata w kuchni, mógł go pochopnie ocenić.
Rzucając raz po raz kolejnymi kąśliwymi uwagami, nie zastanawiał się szczególnie nad konsekwencjami. Na początku nie miał pewności, do czego to wszystko prowadziło, bo sądził, że cokolwiek się wydarzy, będzie w stanie w porę się opamiętać, ugryźć w język i nie doprowadzić do zaognienia sytuacji. Koniec końców, ostatnim, czego było mu trzeba, to się z nią pokłócić.
Mimo wszystko, wbrew własnej logice, jej milczenie stawało się irytujące. Część niego zaczynała uważać, że tylko podczas ostrzejszej wymiany zdań potrafili się komunikować, a tego właśnie ostatnio w ich relacji mu brakowało. Porozumienia. Zoya nie mogła milczeć w nieskończoność. Dlatego w Lucienie zadziałała podświadomość, która usilnie próbowała wzbudzić w niej jakiekolwiek emocje i doprowadzić do konfrontacji.
Choć jej tłumaczenie, że nazwanie go najgorszym wyborem było już bardzo nieaktualne na ułamek sekundy zatrzymało jego myśli, tak w następnej chwili postanowił je zignorować, bo emocji oraz tego, co miał jej do powiedzenia, nie dało się już zatrzymać. Nie zamierzał karmić się nadzieją i odszyfrowywać wszystkiego, co mogło kryć się między jej słowami.
Widział jej zaskoczenie wymieszane z gniewem i wieloma innymi uczuciami, mimo to potrzebował wyrzucić z siebie, co w ciągu ostatnich kilku godzin mocno zakorzeniało się w jego głowie. Dopiero w chwili, gdy usłyszał jej przestań, wypowiedziane z mocą, na chwilę rzeczywiście zamilkł. Nadal się w nią wpatrując, przełknął tylko ślinę, czekając na jej odpowiedź, aczkolwiek miał dziwne wrażenie, że mogła ona nie nadejść. I chyba właśnie tego się spodziewał, uznając w myślach, że milczenie też było odpowiedzią.
Ale Zoya się odezwała. Co więcej, przytaknęła mu w odniesieniu do Misano. I wcale nie czuł z tego powodu satysfakcji. Stał nieruchomo, słuchając jak coraz bardziej podniesionym głosem starała się wyperswadować mu, w jak wielkim był błędzie względem wczorajszego wieczoru. Mrużył przy tym oczy, w tym momencie zachowując wybiórczą uwagę. Niestety, trafiła na bardzo upartą jednostkę, która od jakiejś chwili przestała do siebie dopuszczać rozsądek. Złośliwe głosy w jego głowie podpowiadały mu całkiem odmienny stan rzeczy.
— Bo masz na względzie moją karierę, już to mówiłaś. Z tego samego powodu zerwałaś ze mną kontakt. Zarzuciłaś mi gwiazdorstwo, a sama mnie traktujesz, jakbym nie miał własnego rozumu — w jego wypowiedź wkradł się oskarżycielski ton. Uwierało go, że uważała, iż nie był w stanie zapanować nad własną przyszłością i potrzebował jej pomocy, czy to poprzez odcięcie się, czy przez udaremnienie wywołania skandalu. Jednocześnie w jej oczach widniał jako reprezentant Kanady, ale to uprawniało ją do podejmowania decyzji za niego. Jeszcze wtedy nie miał świadomości, z czym naprawdę się to wiązało.
Jej bliskość nie wpływała na niego dobrze. Dopiero chwilę temu bił się z myślami między tym, czego chciał, a tym, co było słuszne, i ostatecznie, by nie kusić losu, odsunął się od niej. Teraz stał nad nią, pochylając głowę do dołu, żeby móc patrzeć w jej niebieskie, burzliwe tęczówki i zdawał sobie sprawę, że to było bardzo masochistyczne posunięcie. Odsunięcie się od niej miało zapobiec kolejnym nierozsądnym decyzjom.
— Ostatnio rzadko miewamy czas na rozmowy — stwierdził chłodniejszym tonem. W zasadzie ostatnio naprawdę czas nie był po ich stronie, a dziwne zbiegi okoliczności wszystko utrudniały. Było im ciężko się zgrać.
Zajęty własnymi myślami i opanowującą go bezsilnością na sytuację, do której praktycznie sam doprowadził, pogłębiał oddech, próbując ponownie zawładnąć nad własnymi emocjami.
— To by zapobiegło wielu nieporozumieniom — przyznał na jej pytanie, spokojnie, przypominając w końcu siebie, acz z czającą się w głosie pewną rezygnacją. Mógłby dalej jątrzyć sprawę, ale zaczynał przypuszczać, że nie zaprowadziłoby to ich do punktu, w jakim chciałby się znaleźć. Szczerość była jedynym, co mu pozostało.
A potem już tylko słuchał. Oparł dłoń o komodę i patrzył, jak wraz z padającymi z jej ust słowami zmienia się mimika jej twarzy — niepewność, poczucie żalu, zagubienie, ale i nuta determinacji, by wydusić z siebie to, co jej leżało na sercu.
Rozumiał ten stan. Ze wszystkim, o czym powiedziała, potrafił się utożsamić. I nie potrafił ocenić, co ta świadomość w nim wywołała, choć zdecydowanie rozjaśniła mu w głowie jej dotychczasowe postępowanie. Nie mógł nazwać tego ani ulgą, ani współczuciem, niemniej oblało go kojące ciepło, bo to, co wyjawiła, paradoksalnie miało sens.
— Bałagan. To dobre słowo — odpowiedział na jej pytanie, a kącik jego ust delikatnie drgnął. Zaraz zwilżył wargi i przeniósł spojrzenie gdzieś w bok. Dał sobie chwilę do namysłu i na przyswojenie nowych informacji. — Mącisz mi w głowie, Zoyu. Przez to wahanie i niespójność w twoim zachowaniu też nie wiem, co robić. Masz w sobie coś, czego nie ma żadna, z którą do tej pory się spotykałem — upór, zadziorność i spontaniczność. Najwyraźniej w moim życiu trochę brakuje mi połączenia tych wszystkich cech — powiedział cicho, spoglądając na nią z lekkim uśmiechem. — Niczego nie psujesz. Wnosisz coś nowego — uznał w końcu z namysłem.
Brakowało mu j e j. Dopiero dziś oswoił się z tą myślą, która uderzała w niego od czasu ich rozstania. Przez cały ten czas czuł się tak samo zagubiony. Doskwierała mu ta niemoc i kajdany, które nałożył wobec samego siebie. Do tej pory starał się postępować, jak należało, ale zaczynał zdawać sobie sprawę, że nie zawsze było to słusznym wyjściem. Czasem warto było przestać grać czysto.
Zrozumiał to w chwili, kiedy Zoya ponownie postanowiła zabrać głos. Obserwował jej nerwowość, a nawet pokiwał, kiedy nakazała mu słuchać uważnie. W tym czasie mimowolnie napiął mięśnie i patrzył w skupieniu, jak jej policzki czerwienieją, a jej wydatne usta wypowiadają dokładnie t e słowa.
Na ich dźwięk z nagła uderzyło go gorąco. Z trudem powstrzymał się przed triumfalnym uśmiechem, który drgał w kącikach jego ust, bo właśnie usłyszał to, na co czekał. Przełknął ślinę i przestąpił z nogi na nogę, czując jedno konkretne pragnienie, które wzmagało się z każdym kolejnym oddechem.
Zanim jednak cokolwiek zrobił w tym kierunku, uniósł w milczeniu palec wskazujący na znak wstrzymania się na chwilę, po czym wyminął dziewczynę i podszedł do drzwi, żeby je zamknąć na klucz. Dopiero wtedy ponownie się odwrócił w jej stronę, a widząc jej zdezorientowane spojrzenie, nawet nie silił się na wyjaśnienia, tylko uśmiechnął się znacząco. W jednej chwili pojawił się z powrotem przy niej, tym razem nie wahając się przed objęciem jej jedną dłonią wokół talii, a drugą przyciągając jej głowę za kark. Spojrzał w jej niebieskie oczy, chcąc się nasycić chwilą. Teraz, czując ciepło jej ciała przenikające przez jego nagą skórę, miał wrażenie, że wszystko wreszcie znalazło się na miejscu. Brakowało tylko jednego.
Musnął jej nos własnym, zanim jego usta odnalazły jej, by złączyć się w pocałunku, który pogłębił, złakniony ich smaku. Tęsknił, cholernie za nią tęsknił, a jej bliskość była wręcz oszałamiająca.

Zoyka
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Kariera — prychnęła. — To była tylko jedna z rzeczy, które mnie motywowały, ale tak naprawdę wczoraj kierowały mną bardzo, ale to bardzo egoistyczne zapędy, aby cię z o b a c z y ć. — Zdecydowanie, choć zapewne zupełnie nieświadomie, oskarżając Zoyę, Lucien sprawił, że ta odczuwała coraz silniejszą potrzebę, aby się przed nim wytłumaczyć.
Jednocześnie nigdy nie zarzuciła mu gwiazdorstwa. To przylgnęło do niego samo, kiedy zaczął odnosić sukcesy, a społeczeństwo zaczęło postrzegać go jako reprezentanta Kanady. Nie mogła nic z tym zrobić, skoro właśnie takie były fakty, cholera.
Niechętnie przytaknęła, gdy Lucien stwierdził, że ostatnio nie mieli czasu na rozmowę. Dziwne sploty wydarzeń oraz rezerwa Zoi jedynie pogłębiły przepaść między nimi, a ta z kolei potęgowała jej wewnętrzne rozterki.
Raz chciała, raz nie chciała z nim rozmawiać. Raz tęskniła, a innym razem robiła wszystko, aby tego nie robić.
— Postaram się — obiecała, po dłuższej chwili milczenia.
Zauważyła zmianę w zachowaniu Luciena. Wyglądał tak, jakby zmęczenie i bezsilność przytłumiły gniew, którym wcześniej ją zaatakował. Ona również miała wszystkiego dosyć i również podjęcie próby szczerości było jedynym, co jej pozostało, aby nie zmienić ich znajomości w zgliszcza.
— B a ł a g a n, to chyba najlepsze określenie. — Uśmiechnęła się łagodnie. Potem wysłuchała wszystkiego, co mówił i co jakiś czas albo potaknęła, albo zacisnęła usta. Coraz bardziej rozumiała, jak bardzo go zwodziła i jak podle mógł się przez to czuć. Jednak jego ostatnie zdanie, zalało jej serduszko pokrzepiającym ciepłem. — Jeżeli mam być dalej szczera, to ty również jesteś dla mnie c z y m ś nowym — odpowiedziała zgodnie z prawdą, przywołując na myśl jej poprzednie relację, albo ich brak, z mężczyznami. Zoya miała doświadczenie w krótkich, przelotnych stosunkach, ale teraz wychodziło, że nie potrafiła budować z d r o w e j relacji z drugim człowiekiem. Tego właściwie uczył ją dopiero Lucien, więc nic dziwnego, że chwile po starcie, zaliczyła wpadkę.
Zoya nie potrafiła bawić się w takie wyznania, ale biorąc pod uwagę przebieg tej rozmowy, zrozumiała, że powinna oczyścić atmosferę, jeśli chciała mieć jeszcze jakąkolwiek szansę na głębszą relację z Lucienem. Wcześniej słusznie zauważył, wtrącając swoje pytanie, że jej szczerość od jakiegoś czasu była nieaktualna, co w gruncie rzeczy przyczyniło się do powstania całego tego b a ł a g a n u.
Mówiąc, w skupieniu nie odrywała spojrzenia od jego twarzy, a na widok drgających kącików jego ust poczuła, jak stopniowo ulatywało z napięcia. To śmiesznie, ale zdradzając swoje emocje była zdenerwowana, ale z drugiej strony reakcja mężczyzny napełniała ją osobliwym spokojem.
R o z m a w i a l i. Nawet jeżeli teraz tylko Zoya wypowiadała słowa.
Wtedy jednak, zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi na jej wyznanie, Lucien niespodziewanie uniósł wskazujący palec. Drgnęła i spięła ramiona, po czym z dezorientacją obserwowała, jak najpierw odszedł, a następnie zamknął drzwi na klucz.
Właśnie w tym momencie zrozumiała, do czego zmierzało jego zachowanie i natychmiast się rozluźniła. Zaśmiała się, po czym ni to swobodnie, ni nerwowo przeczesała dłonią włosy. Chwilę później znów stanął przed nią w pełnej krasie, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na jej poruszonych oczach, z których dopiero co zaczęło uciekać skołowanie.
Kiedy Lucien objął ją wokół talii, intuicyjnie oparła dłonie na jego nagich biodrach i na moment spuściła wzrok na usta, aby po chwili z wolna znów odnaleźć jego jasne oczy.
Zoyę ogarnęło przyjemne ciepło i nagła, gwałtowna błogość. Wcześniejsza kłótnia zupełnie straciła swoją wartość, bo świadomość, że znowu byli blisko i że pomiędzy nimi wreszcie zapanowało upragnione porozumienie, napełniła ją ekscytacją.
W chwili, gdy przyciągnął ją do siebie i pocałował, przestała za wszystko się obwiniać. Intuicyjnie, podsycona tą bliskością, wbiła mu paznokcie w skórę i mocno przywarła nagim brzuchem oraz piersiami do jego torsu. Z ulgą odwzajemniła czułość Luciena, co rusz coraz intensywniej muskając językiem jego język.
W pewnym momencie przesunęła dłoń wzdłuż ciała; wzdłuż linii żeber, przez klatkę piersiową, obojczyk i szyję, aż w końcu ostrożnie ułożyła ją na policzku. Wtedy szepnęła, nie odsuwając się praktycznie wcale. Słowa wypowiedziała wciąż przy ustach mężczyzny tak blisko, że nadal lekko muskała jego wargi swoimi:
— Chodźmy się wykąpać. — Uśmiechnęła się zadziornie, po czym nieco odsunęła twarz, aby tym razem spojrzeć mu prosto w oczy z piętrzącym się pożądaniem. Zaraz, doskonale odczytując reakcję ciała Luciena, wskoczyła mu w ramiona i mocno oplotła nogami jego biodra, po czym znów połączyła ich usta w namiętnym pocałunku.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Egoistyczne zapędy początkowo wydały mu się kompletnie niezrozumiałe, ale wszystko przez to, że instynkt samozachowawczy nie chciał dopuścić do głosu niczego poza faktami. Cichy impuls w jego głowie, jak się pojawił, tak szybko zniknął, by powrócić dopiero po chwili z niespodziewaną siłą, kiedy wszystkie gniewne emocje już zbledły i znalazło się miejsce na coś więcej.
Jej obietnica nieoczekiwanie stała się początkiem nowych nadziei. Najwyraźniej szczerość była celem do sukcesu. Albo raczej, znalezieniem wspólnego języka. To potwierdzały jej następne słowa, że również był dla niej czymś nowym. Jej łagodny wzrok i cieplejszy ton pozwalały mu sądzić, że już nie bała się tego nowego, a jej myśli powoli się klarowały.
Lucien naprawdę nie potrzebował wiele. Wystarczyło mu to jedno, krótkie wyznanie, żeby przestał się przed nią jakkolwiek hamować i wreszcie pozwolić swoim pragnieniom przejąć nad nim kontrolę.
Jego ciało, które impulsywnie przylgnęło do niej, gdy tylko poczuł jej dłonie na swoich biodrach, było spragnione Zoi. Smaku jej ust, dotyku rąk błądzących po ciele, paznokci intensywnie wbijajacych się w jego skórę, na które zawsze reagował dreszczem ekscytacji przebiegającym mu wzdłuż kręgosłupa. Wszystkimi tymi nagłymi doznaniami delektował się, przez chwilę dosłownie zapominając o całym świecie i dotychczas doskwierającym mu zmęczeniu.
Bliskość ciemnowłosej elektryzowała go, jednocześnie dodając mu zupełnie nowej energii, by oddawać się słodkiej pieszczocie ich języków. W tym czasie bezwiednie przesunął dłoń z karku wzdłuż jej pleców, zatrzymując się dopiero na jej pośladku, na którym zacisnął palce, by poczuć ją jeszcze bliżej. Wtedy też poczuł jej dłoń na swoim policzki, a następnie usłyszał jej szept. Krótkie muśnięcie wargami, jej zadziorny uśmiech i błysk w oczach go przekonał. W odpowiedzi uśmiechnął się jedynie przebiegle, a w jego oczach zatańczyły pożądliwe ogniki. Gdy wskoczyła na niego, podparł jej uda ramionami i zacisnął dłonie na jej lędźwiach, trzymając ją mocno na rękach, po czym wpił się w jej usta.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


— Zoya? Zoya. — Zawołał Alex, a serce Zoi od razu zrobiło fikołka. Żar nagle wyparował; ulotnił się i pęknął, jak mydlana bańka, robiąc miejsce osobliwej konstrenacji. Zsunęła dłoń z karku Luciena na jego biodro, a drugą ręką (tak tą, hehe), otworzyła kabinę.
— Co? — zapytała zachrypniętym głosem, wyraźnie speszona tym, że im przerwał i że być może wszystko słyszał. — Biorę prysznic.
— Wiem, ale szukam Luciena. — Spojrzała pytająco na partnera i zmarszczyła w niezrozumieniu brwi. Nie zdążyła się jednak odezwać, bo brat zrobił to pierwszy. — Zachary dał dupy z zamówieniem kolacji. Jaką Lucien lubi pizze? — P i z z e. No, ledwo powstrzymała prychnięcie na absurd tej sytuacji. Prędko, niemo zadała Lucienowi to samo pytanie i nawet zagestykulowała, aby jak najszybciej odpowiedział. Właśnie wtedy jednak Alex znów zabrał głos. — Razem się kąpiecie?
Nastała chwila ciszy. Zoya przygryzła wewnętrzną stronę policzka i tym razem uderzyła się dłońmi w policzki. Miał ich.
— No... — urwała, bo przezcież co miała powiedzieć.
Tym razem to Alex zamilkł, ale zaraz przerwał tą dziwną, napiętą ciszę, głośnym śmiechem.
— Lucien — zwrócił się znienacka do mężczyzny. — To jaką pizze lubisz? — zapytał tak prosto i zwyczajnie, czym dał im do zrozumienia, że to wszystko nie miało dla niego większego znaczenia.

Nagi Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description
Zaraz na dźwięk głosu Alexa przygryzł dolną wargę i wypuścił cicho powietrze z płuc, po czym wyprostował się, nie opuszczając rąk z jej bioder. Na dźwięk własnego imienia sam przeniósł na nią równie zdezorientowane spojrzenie, a rosnący niepokój przyspieszył bicie jego serca, niemal zagłuszając jego myśli. Pokręcił nawet głową na znak, że nie miał pojęcia, o co chodziło, ale po chwili jej brat rozwinął wypowiedź.
Pizza. Fakt że dopiero co jego myśli pływały po bezkresie przyjemnych doznań, nie pomagał w szybkim przywróceniu jasności myślenia, którego Weasleyowie w tym momencie od nich wymagali. Skrzywił się nieco, próbując z siebie wykrzesać jakąś decyzję i widząc ponaglające gesty dziewczyny, kiedy do jego uszu znowu dotarło pytanie Alexa.
Mimowolnie zagryzł wargę i czekał w napięciu, obserwując osobliwą reakcję ciemnowłosej. W tej chwili zdał się całkowicie na nią. To był jej dom, jej bracia, których znała od kołyski, mogła się spodziewać ich reakcji.
Śmiech mężczyzny, a następnie zwrócenie się do Spencera po imieniu sprawiło, że ten mimowolnie odetchnął głośniej, bo wydało się. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez cały ten czas znów wstrzymał oddech.
— Niech będzie Capricciosa — powiedział w końcu, bezwiednie akcentując nazwę pizzy po włosku, jakby było to dla niego czymś zupełnie naturalnym.
Dopiero w tej chwili poczuł, jak był już porażająco głodny.
— Jasne. Dla ciebie Zoya to, co zawsze? — upewnił się Alex, by po otrzymaniu odpowiedzi uprzedzić ich, żeby niedługo zeszli na dół.
Po jego wyjściu w łazience nastała cisza. Nie było wątpliwości, że upojna chwila już przepadła, mimo to Lucien przystąpił do ciemnowłosej o krok bliżej i objął ją nieco mocniej wokół talii.
— Najwyraźniej chyba nigdzie nie możemy być bezpieczni — przyznał cicho, z typową dla siebie lekkością, i uśmiechnął się w przelotnym rozbawieniu. Starannie przy tym ukrył nieznaczne rozczarowanie tym kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności. Jak tak dalej pójdzie, chyba polecą razem w kosmos. Sami. Tam już tylko będzie mogła przerwać im asteroida, ale jeśli i tak miałby to być ich koniec…
Przez chwilę tak po prostu obserwował jej śliczną buzię, zaróżowione okrągłe policzki, zadarty nosek i bystre, a przy tym niezwykle ciepłe, łagodne spojrzenie. Wbrew wszystkim wydarzeniom sprzed kilku chwil, przy niej odczuwał spokój. Sama jej obecność wiele już mu wynagradzała.
Delikatnie, czule musnął jej wargi w krótkim pocałunku, po czym spoczął czołem na jej czole, jeszcze odrobinę chcąc przedłużyć ich chwilę. Nagle parsknął cicho śmiechem na niespodziewaną myśl.
— Jeszcze trochę, a za te lekcje pokory dostaniemy doktorat — podzielił się swoją uwagą i pokręcił głową, intencjonalnie trącając jej nos w zadziornym geście, po czym odetchnął. Było mu tak błogo, że nie chciał się od niej odrywać, ale…
— Lepiej wykąpmy się, zanim Zachary przyjdzie nas skontrolować. Albo zapytać o sosy — mruknął w udawanej powadze, ale w jego jasnych tęczówkach mieniły się wesołe iskierki, które kompletnie go zdradzały, gdy się odchylił, by na nią spojrzeć.
Na koniec skradł jej jeszcze jednego buziaka, zanim naprawdę przystąpili do wspólnej kąpieli. I musiał przyznać w myślach, że nawet w tak prozaicznych chwilach przy nikim nie czuł się tak lekko i swobodnie.
To zdecydowanie było coś n o w e g o.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alex był najmniej konfliktowym z braci i pod wieloma względami przypominał swoim zachowaniem mamę. Być może nie od razu odczytała jego intencje i rzeczywiście odetchnęła z ulgą, kiedy zamiast ich zganić, nadal trzymał się tematu pizzy. Ostatecznie jednak, gdy zatrzasnął za sobą drzwi pokoju, uznała, że właściwie mogła się tego spodziewać.
Szkoda tylko, że musiał wejść akurat w momencie, w którym z Lucienem byli bliscy sięgnięcia szczytu; w którym po tak okropnej rozłące w końcu oddawała się jego pocałunkom i nieczystym pragnieniom. Była zawiedziona, że po raz kolejny im przerwano; że tylko raz przez okres całej znajomości zaznała dzięki niemu rozkosznego spełnienia, a przez resztę czasu musiała znosić te dziwne kaprysy losu oraz niefortunne zdarzenia.
— To zaczyna być męczące. — Gdy mężczyzna objął Zoyę w talii, intuicyjnie ułożyła dłonie na jego torsie. Na znak swojego niezadowolenia dwukrotnie klepnęła go w to samo miejsce. O ile Lucien starał się ukryć rozczarowanie, to Zoya otwarcie dawała mu do zrozumienia, że nie była zadowolona. — Chodźmy w nocy do stodoły. — Na sianko. — Albo nie. Nie, nie. Lepiej wynajmę w Toronto pokój w hotelu — dodała bardziej do siebie, aniżeli do niego i na moment opuściła już łagodniejące spojrzenie.
Czuła, że obserwował jej twarz, ale nie mogła nic na to poradzić. Przecież nie kłamała wyznając, że naprawdę go chciała. Na wszyskie możliwe sposoby; emocjonalnie i fizycznie, pragnęła, aby Lucien był po prostu blisko. Skoro więc się zdeklarowała, to dlaczego, cholera, znowu im przerwano!
Krótki pocałunek zainicjowany przez mężczyznę w końcu uspokoił jej gorączkowe myśli, a głupiutka wzmianka o doktoracie niejako zmyła zły nastrój.
— Pękniesz w końcu — zaśmiała się z własnego, równie durnego żartu, po czym zabrała dłoń z klatki piersiowej Luciena i przysłoniła nią usta. Zaraz odchrząknęła i przytaknęła, kiedy wspomniał o Zacharym. Ten brat był akurat trudnym przypadkiem i, w przeciwieństwie do Alexa, zdecydowanie bardziej przypominał ojca. Być może rzeczywiście lepiej było nie kusić dalej losu i po raz kolejny, o zgrozo, poczekać na właściwy moment.
Zoya miała nadzieję, że ten kiedyś nadejdzie, bo (prawdopodobnie) oboje w równym stopniu potrzebowali odrobinę się wyżyć.
Iskierki migoczące w jasnych oczach Luciena dodały jej otuchy. Ostatecznie może nie udało im się dotrzeć do sedna, ale przynajmniej zdołali skierować swoją relację na właściwe tory. Może nie najprostsze i zdecydowanie nadal niepozbawione komplikacji, ale chybaaa na takie, na których obojgu było dobrze.
Ostatni buziak przed prawdziwą kąpielą, idealnie to wszystko podsumował. Zoya w końcu sięgnęła po szampon, który następnie zaczęła wcierać we włosy Luciena. Uśmiechała się przy tym łagodnie i niby przypadkiem, kilkukrotnie zahaczyła brzuchem lub biodrem o nagie walory mężczyzny, odrobinę go przy tym kusząc. Potem przesuwała nażelowane dłonie wzdłuż krzywizn jego ciała, co rusz wesoło trącając go tu i ówdzie.
Było miło i beztrosko nawet wtedy, gdy wyszli już spod prysznica. Jeszcze przez chwilę stali wtuleni w siebie i śmiali się, otuleni jednym, dużym ręcznikiem.

Niedługo potem zeszli na kolację. W salonie siedzieli już wszyscy trzej bracia. Ron, rozparty na kanapie, zajadał jednocześnie dwa kawałki pizzy, obok Zachary grzebał coś w telefonie, a Alex, siedząc przy stole na podłodze, właśnie otwierał ostatni karton z włoską przekąską. Akurat ten, który według upodopań, należał do Luciena.
— Szwagrze, chodź tutaj — zawołał radośnie Ronald z pełną buzią, po czym odsunął się, aby zrobić miejsce między sobą a Zacharym. — Właśnie oglądamy powtórkę z Misano. Zach mówił, że cię nie kojarzy, więc mu pokazujemy!
Zoya przestała zwracać uwagę na sposób, w jaki Ronald nazywał Luciena. Mimowolnie skierowała spojrzenie na ekran, gdzie właśnie samochód z numerem czterdzieści jeden niebezpiecznie wszedł w zakręt. Chwilę później zerknęła na Zacha. Ten akurat ukradkiem popatrzył na Spencera, po czym z dość kamienną, acz zupełnie niezrozumiałą dla Zoi miną skupił uwagę na telewizorze.
Chciała udać, że to nic takiego, dlatego nawiązała z Lucienem kontakt wzrokowy i po prostu wzruszyła ramionami. Jego sława nie była najważniejsza, ale musieli poczekać, aż bracia również sie z nią oswoją.
— O, tu będzie dobry moment. Patrz, Zach!
— Przecież patrzę — syknął najstarszy i wtedy Zoya odniosła wrażenie, że był zażenowany ich pojawieniem się akurat w chwili, gdy oglądali wyścig.
— Zoya, suń dupę. Zasłaniasz.
Nieprzejęta usiadła na ziemi obok Alexa, który, zupełnie niewzruszony wzdrygnięciami i okrzykami Ronalda, podał jej talerz. To samo zrobił w stronę Luciena, któremu od razu nałożył kawałek capricciosy.
— Lucien, kiedy masz kolejny wyścig? — zapytała znienacka, jakby chcąc podtrzymać temat, choć doskonale znala następną datę. Mimo to dość zaczepnie zerknęła w stronę Zacha, który w tym samym momencie przechylił głowę, po czym dla odmiany znów zaczął grzebać coś w telefonie.
— To ile właściwie czasu spędzasz w rozjazdach? — odezwał się znienacka i odłożywszy urządzenie na podłokietnik, również schylił się po pizze. — Zoya znowu będzie z tobą na kolejnym wyścigu? — dopytał i tym razem, wsunąwszy sobie ciasto pomiędzy wargi, zrównał wzrok z spojrzeniem Luciena.
Tymczasem Zoya wysoko uniosła brwi. Alex trącił ją łokciem, ale w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami, bo nie miała pojęcia, skąd wzięła się ta nagła ciekawość brata.
Zachary wydawał się podejrzliwy i nad wyraz ostrożny. Z jednej strony najwyraźniej chciał wybadać tę całą relację z Lucienem, z drugiej zaś chyba zastanawiał się, dlaczego sama nic mu nie powiedziała. Zresztą, już od bardzo dawna nie rozmawiali i obojgu to mocno uwierało.
— Chcecie razem zamieszkać? — wtrącił nonszalancko Alex, czym chyba najbardziej zaskoczył obecnych. Zoya aż się zachłystnęła, na co ten pośpiesznie podał jej szklankę wody.Perfidny zdrajca. Bazyliszek zasrany; przemknęło jej przez głowę, zanim tym razem to ona z impetem dźgnęła go łokciem w żebro.
W desperackim poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku przeniosła wzrok na Luciena. Chyba podświadomie chciała, aby to on odpowiedział, ale przy tym pokręciła subtelnie głową, jednoznacznie dając mu do zrozumienia, że odpowiedź brzmiała nie.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”