ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.

Nie lubił w pracy wychodzić na takiego, co się rządzi. Nie lubił wychodzić na takiego, co uważa innych za roboli, który muszą wykonywać jego polecenia. Nienawidził wręcz jak ktokolwiek na niego patrzył tak, jakby się wywyższał.
Ale dziś - choć wiedział że wyjdzie na takiego, nie miał zamiaru pohamować się i nie zrobić takiego ruchu w kierunku kogoś z pracy. Szczególnie to dla niego trudne i niezbyt łatwe, gdy w grę wchodzi osoba, z jaką jest tak blisko, z jaką jest cholernie zżyty i z kim nie chciałby doprowadzać do ścięć jakichkolwiek, a już tym bardziej tych związanych z pracą.
A jednak będzie musiał się przełamać i zrobić to, co jest ważne. Jakby nie patrzeć, góra pewnie tego od niego na swój sposób oczekuje, aby potrafił panować nad ludźmi, których ma pod sobą. Nie sądził jednak, że to właśnie ona sprawi, że nie będzie przestrzegała pewnych zasad i nie będzie mu pomagała w tym wszystkim - i to w szczególności dlatego, że to ona sama pchała ku temu awansowi, aby o niego walczył i nie oglądał się na nikogo. No cóż, wtedy ani jedno ani drugie nie przeczuwało, że skończą w jednej jednostce, a to on będzie się znajdował nad nią w tej sferze.
Zjechali do bazy po niezbyt przyjemnej akcji, która miała miejsce na obrzeżach miasta, a inna jednostka potrzebowała wsparcia w gaszeniu pożaru, który zaczynał się rozprzestrzeniać. Samozapłon, zwarcie instalacji, podpalenie, nie było to wtedy istotne dla kogokolwiek, kiedy ważne były każde sekundy w ogarnięciu ów sytuacji. James wydawał polecenia,. Jak to zwykle bywało, niemniej również pomagał w wyprowadzaniu postronnych w dalsze miejsca, aby nie byli narażeni, a także w samej sobie akcji gaśniczej. Nie wiedział jednak czemu Riley, kiedy dostała odpowiednie zadanie, aby pozostała na zewnątrz i pełniła rolę asekuracyjną, kiedy to on i dwóch innych strażaków weszli dla wnętrza budynku, mogąc znaleźć te największe skupiska ognia, które mogłyby stanowić największe zagrożenie. W międzyczasie poprosił również ją o zabezpieczenie terenu, czego nie zrobiła; nie wiedział czemu, a dostrzegł iż ktoś inny to robił. Potem nie stała w miejscu, gdzie miała się znajdować. Pchała się może do budynku, a przecież nie chciał aby szła tam, gdzie nie było bezpiecznie… nie wiedział, o co jej chodziło. Ale czuł, że właśnie sprawia iż mógł wypaść w oczach innych na kogoś, kto nie nadaje się do roli jako ich przywódcy, a to akurat nie byłoby dla niego korzystne.
Gdy znajdowali się już w centrum, chłopaki się rozebrali z osprzętu, a on przeciągał swoją obecność w szatni, w międzyczasie składając gratulacje każdemu z osobna za świetną akcję i dobre zgranie. Na koniec chciał sobie zostawić wisienkę na torcie, czyli właśnie Davis, którą co jakiś czas obserwował z uwagą, z nadzieją że nie wyjdzie przedwcześnie. Nie wiedział czy robiła to specjalnie, czy może chciała znaleźć się sama w szatni aby przebrać, niemniej nim się obejrzeli, byli już sami. — Co się dziś z Tobą działo, Riley? — zapytał na początek, odrobinę bardziej surowym tonem niż zazwyczaj. Chyba to kwestia tego, że to właśnie ona go zawiodła najbardziej w tak trudnym momencie. — Nie słuchałaś się poleceń i w pewnym momencie doprowadzałaś do samowolki — wyjaśnił, widząc po jej minie że jakby nie rozumiała czego miała dotyczyć ta rozmowa. — Słuchaj, wiesz że nie lubię się z Tobą kłócić, nie lubię się w ogóle kimkolwiek rządzić, ale jestem na takim stanowisku jakim jestem i muszę mieć pewność, że każdy z kim jadę rozumie moje położenie oraz fakt tego, że gdy opracowywana jest strategia działania, to każdy robi to, co jest mu przydzielone — starał się być spokojny, niemniej jednocześnie jakaś migrena się u niego zadziała, przez co nie brzmiał dla niej zapewne niezbyt przyjemnie. — Więc dlatego chciałbym się dowiedzieć - co się dziś działo, hm? — nie wiedział jednak, czy uzyska odpowiedź jaka go usatysfakcjonuje.


riley davis
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Riley wierzyła w to, że James był odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Starała się wspierać go najlepiej jak potrafiła, bo przecież tak robią przyjaciele, ale poza tym uważała też, że na ten awans sobie zwyczajnie zasłużył. Latami ciężkiej pracy i niemałych wyrzeczeń, udowodnił że się do tego nadaje. Wyróżniał się cechami, które pasowały do kogoś, kto nie tylko potrafi ale powinien być liderem.
Z drugiej strony, skłamałaby mówiąc, że nie obawiała się tego, jak będzie przebiegać ich współpraca od tej pory. Przydział McCanna do jej jednostki, oboje przyjęli spokojnie, choć zapewne obojgu też przez głowę przewinęły się czarne scenariusze. Nie mogli przewidzieć jaki to tak naprawdę będzie miało wpływ na ich relację, którą zresztą nadal ukrywali przed całym światem. I jasne - na pierwszy rzut oka widać było, że się przyjaźnią, ale o tym, że ze sobą sypiają już nikt poza nimi nie mógł się dowiedzieć. Było to ważne, szczególnie teraz, bo nie dość, że przyszło im odtąd pracować w tej samej jednostce, to jeszcze James miał zostać w niej kapitanem.
Ich sytuacja już od jakiegoś czasu była mocno skomplikowana. Żadne z nich nie chciało przyznać, że czuje do tego drugiego coś więcej, a mimo to nie potrafili odpuścić i zakończyć tego, co w tamtym momencie jeszcze bardziej komplikowało i utrudniało im życie.
Pierwsze tygodnie pracy McCanna na nowo objętym stanowisku kapitana w sto trzydziestej drugiej jednostce upłynęły bez większych problemów. Strażaczka nie podejrzewała Jamesa o to, że uderzy mu do głowy woda sodowa, gdy tylko poczuje trochę więcej władzy. Bardziej martwiła się o to, że ktoś dowie się co ich ze sobą naprawdę łączy, jednak ukrywanie romansu okazało się prostsze niż Davis sądziła.
Tego dnia, gdy po akcji wrócili do remizy, wiedziała dokładnie, że czeka ich ciężka rozmowa. Już wcześniej dało się wyczuć, że coś było nie tak. James nie wyglądał na zadowolonego, mimo że wszystko przebiegło całkiem sprawnie, a pożar został przez nich w pełni opanowany. Nie wyglądał na zadowolonego z jej winy. Problem tylko polegał na tym, że Riley nie miała sobie absolutnie nic do zarzucenia. McCann nie wyjawił od razu o co chodziło, a na jej pytania mruczał coś tylko zdawkowo, dzięki czemu wiedziała tylko tyle, że był na nią wściekły.
Nie naciskała, nie dopytywała. Po prostu cierpliwie czekała, choć ta cierpliwość zdecydowanie nie była jej mocną stroną. James odwlekał tę rozmowę jak długo tylko mógł. Tak, jakby chciał uniknąć konfrontacji z Davis przy wszystkich. Może i słusznie.
— Co się ze mną działo? — powtórzyła pytanie, niezbyt zdziwiona tonem jego głosu, ale za to kompletnie zbita z tropu jego słowami. Na wspomnienie o “samowolce” wstała z ławki i skrzyżowała ręce na piersiach. Przyglądała mu się z lekko uniesioną brwią i zaciśniętą mocno szczęką, by zaraz czegoś nieprzemyślanego nie wypalić. Odezwała się dopiero wtedy, gdy skończył swój wywód.
— Ja to wszystko wiem, James. Zupełnie nie rozumiem o co się teraz przypierdalasz — odparła, marszcząc już brwi, jak zawsze, gdy coś ją irytowało — Nie podoba mi się też, że rozmawiasz ze mną tak, jakby był to mój pierwszy dzień w pracy.
Prawda była taka, że Davis wcale nie zignorowała jego poleceń ze zwykłej, wrodzonej przekory ani też dlatego, że migała się od przydzielonych zadań, czy uważała, że powinna robić coś bardziej ryzykownego od zabezpieczania terenu. Wynikało to wyłącznie z tego, że nie byli tam sami - w tak trudnych akcjach zawsze brało udział więcej niż tylko jedna jednostka. Na zewnątrz, gdzie Ry miała wykonywać swoje obowiązki, znajdowało się jeszcze kilka innych osób, które robiły dokładnie to samo. W jej ocenie, była tam kompletnie zbędna, stąd decyzja o dołączeniu do zespołu, który ruszył do wnętrza budynku - w tym do McCanna.
— Jako dobry kapitan powinieneś wiedzieć, że czasem jesteśmy zmuszeni podejmować samodzielne decyzje, a nie tylko ślepo podążać za rozkazami — zaczęła znów, najspokojniej jak tylko potrafiła. Ciężko jej było trzymać emocje na wodzy, ale wiedziała też, że nerwami niczego nie wskóra — Byłam pewna tego, że bardziej przydam się wam w środku, dlatego weszłam. I nie myliłam się, tylko jesteś zbyt dumny, by teraz to przyznać.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedział czemu był aż tak wściekły.
Znaczy, wróć. Poprawka. Doskonale wiedział, dlaczego był na nią niezmiernie zły, tylko było mu to przyznać - szczególnie przed samym sobą.
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Riley nie słuchała jego poleceń w trakcie wykonywania zadań, bo dał jej konkretne działania do wykonania, które dawały jej pole do popisu poza terenem, gdzie było większe ryzyko.
Bo właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Nie, że uważał ją za niekompetentną czy niekwalifikującą się do zrobienia czegoś, co wymagało większego zaangażowania. Po prostu… bał się o nią. Zwyczajnie, po ludzku. Trochę może bardziej niż powinien jako zwyczajny przyjaciel. Ale czy to takie złe? Czy rzeczywiście Ry powinna mieć mu to aż tak za złe - sądząc po jej niezbyt zadowolonej minie z powodu tego - że musiała zostać dłużej w szatni aby z nim porozmawiać? Nie sądził, żeby miała aż tak wiele powodów do tego, by nie ukrywać się ze swoim niezadowoleniem. Jednocześnie on też nie zachowywał się fair względem kobiety, strojąc fochy jak nastolatka. Ach, cóż za nieprzyjemna sytuacja… spowodowana przez dwójkę wyrośniętych dzieciaków.
Słysząc jej protekcjonalny ton głosu w momencie powtarzania po nim zapytania, uniósł brew i samemu skrzyżował ręce na wysokości swojej klatki piersiowej. Przybrał poniekąd świadomie zamkniętą pozycję, jakby z obawy iż powie więcej niż powinien. I ze wypsnie się coś, co zdecydowanie nie powinno. Tym bardziej w tym miejscu, co mogłoby zostać usłyszane przez postronnych, którzy naprawdę nie powinni wiedzieć o niektórych sprawach związanych z ich osobami.
Po skończeniu swojego wywodu, wyjaśniającego o co mu chodziło w tej chwili, aż zerknął na koniec w kierunku drzwi wejściowych - czy aby przypadkiem nie są dziwnie uchylone lufcikiem, dając sposobność do posłyszenia rozmowy toczącej się w środku pomieszczenia, by po analizie sytuacyjnej uznać, iż może spokojnie powrócić tęczówkami na swoją rozmówczynię. Przeciągnął westchnięcie, co by pomogło to w jakiś sposób opanować nerwy oraz stres, jaki mu obecnie towarzyszył, zarazem chcąc sobie dać te parę sekund na przywrócenie do głowy myśli, aby nie przesadził zbyt bardzo w trakcie prowadzenia wyjaśnień z Davis. Nigdy nie chciał, aby ich zawodowe sprawy przedłożyły się na prywatne życie - tym bardziej, że chciał ją po zakończonej zmianie zaprosić na kolację, naturalnie niezobowiązującą, na stopie przyjacielskiej!. Kto wie, czy zaraz nie okaże się ona przeobrazić coś w stylu przeprosinowej…
— Nie przypierdalam się, tylko próbuję Ci wyjaśnić swoją perspektywę oraz to, do czego zaczynam zmierzać — zaczął dosyć ostrożnie, aby nie unieść się bardziej, niż powinien. Jasnym jednak jest, że hamuje się tylko ze względu na to, że… to jest ona. Innego strażaka zapewne ochrzaniałby znacznie skuteczniej. — A czy ja sugeruję, że zachowujesz się jak świeżak? To ja tu jestem nowy na tym stanowisku, a mimo to próbuję dowiedzieć się, z jakiego powodu postanowiłaś swoje wyznaczone stanowisko, decydując się - jak to już ustaliliśmy - samowolkę — mówiąc to, zrobić bezpiecznie krok w jej kierunku, opuszczając ręce wzdłuż długości ciała, pozwalając im wisieć dosyć luźno - chcąc jakoś ukryć fakt, iż naprawdę się spinał faktem tego, że musi w ogóle z nią o tym rozmawiać. Znacznie łatwiej byłoby przypierdolić się do kogoś innego z jednostki.
— Tak, to jest prawda i nie mam zamiaru mówić, że jest inaczej. Ale zarazem powinnaś była ocenić ryzyko oraz fakt, czy na pewno byłaś tam potrzebna, próbując się skontaktować z nami w celu dowiedzenia się jaka jest sytuacja — w końcu oni wszyscy w tracie takich zadań mają odpowiedni sprzęt do komunikacji, z jakiego mogła skorzystać - czego nie zrobiła, mając zamiar ten argument wykorzystywać w pełni, jak się tylko dało. To mu dawało tą zdecydowaną przewagę. — Zbyt dumny? — aż się zaśmiał pod nosem, kręcąc przy tym głową. — Dobre, naprawdę dobre — dodał, uspokajając się po chwili. I chociaż to nie o to chodziło tak dokładnie… to cóż, może i trochę tak było. Lecz jak słusznie zauważyła sama - do tego to się akurat nie przyzna. — Radziliśmy sobie dobrze, mieliśmy zwarty szyk w prowadzonych oględzinach — powiedział spokojnie, tłumacząc to, co miało miejsce i próbując uzmysłowić Riley, iż nie było potrzeby, aby przychodziła z odsieczą - w jego mniemaniu, bo przecież kobieta była innego zdania i na pewno go tak łatwo nie zmieni. — Dlatego prosiłbym na przyszłość, żebyś słuchała się mnie bardziej, dobrze? — dodał już znacznie łagodniejszym tonem, chcąc dać do zrozumienia, że nie chce się kłócić i nie chce robić scen, choć początkowo mogłoby się wydawać inaczej.


riley davis
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafili się zrozumieć, a w dodatku oboje byli na tyle uparci, że nie było nawet mowy o tym, by któreś z nich odpuściło i przyznało rację tej drugiej osobie. Nie potrafili postawić się wzajemnie w sytuacji tego drugiego, chyba w szczególności Riley. Była bowiem święcie przekonana o swej racji i nie dopuszczała do siebie nawet myśli o tym, że James, być może, miał słuszność, zwracając uwagę na jej niesubordynację. Jako kapitan miał do tego prawo, a ona powinna stosować się do jego poleceń i to nieważne czy uważała je za właściwie - rozkazał jej zostać na zewnątrz i właśnie tam powinna pozostać.
W tamtym momencie, absolutnie wszystko w Jamesie ją irytowało. Jego postawa, jego ton głosu, jego słowa, czy nawet to w jaki sposób zmniejszył między nimi dystans. To nie było bezpieczne. Im dalej się od niego znajdowała, tym myślała trzeźwiej, a więc powinna tego pilnować, skoro tak bardzo chciała, by koniec końców wyszło na jej. Nie odsuwała się jednak, nie poruszyła się nawet o centymetr. Stała nadal prosto, dumnie się w niego wpatrując. McCann oczywiście nie dawał za wygraną.
— Powiedziałam ci już bardzo wyraźnie dlaczego to zrobiłam — odezwała się do niego cicho, jednak z wyczuwalną nutą irytacji w głosie — Nie mam zamiaru się więcej tłumaczyć, a jeśli tego nie zrozumiałeś, to już nie moja wina — wzruszyła ramionami i zaraz skrzywiła się, słuchając jego dalszego wywodu.
Problem Davis polegał na tym, że słowa „musisz” czy też „powinnaś” działały na nią jak płachta na byka. W życiu prywatnym, bo w pracy - jak dotąd - nie miała z tym większego kłopotu. Wiedziała jak to wszystko działa. Zespół musiał być zgrany, a żeby tak się stało, należało słuchać zarówno dowódcy, jak i siebie nawzajem. W tamtym momencie jakoś ciężko było jej to przełknąć. Może to zwykły przypadek, może miała po prostu gorszy dzień… a może to dlatego, że to James zaczął rządzić.
— Oceniłam ryzyko. Możesz zarzucić mi wiele, ale podczas akcji nigdy nie jestem lekkomyślna — wycedziła przez zęby i tym razem to ona zrobiła mały krok w jego stronę. Mężczyzna bardzo szybko potrafił wyprowadzić ją z równowagi. Nie tylko swoimi słowami, ale chyba przede wszystkim tym, jak reagował na jej wypowiedzi. Kręcąc głową i śmiejąc się na pewno sobie nie pomógł, a wręcz sprawił, że poczuła, że kpi sobie z niej.
Przez dłuższy moment nie mówiła nic.
Dała mu chwilę na to, by mógł pochełpić się tym, że miał nad nią przewagę.
— Naprawdę świetnie, że sobie radziliście James, gratulacje — mruknęła, wywracając oczami. Mając ręce wciąż skrzyżowane na piersiach, przyglądała mu się tak, jakby całkowicie go rozszyfrowała; jakby potrafiła odtąd przeczytać każdą jego myśl. Na jej twarzy pojawił się mały, cwaniacki uśmieszek.
— Tak jest, panie kapitanie! Chociaż… wiesz co ja myślę? — unosząc brew, ściszyła lekko swój głos — Myślę, że wcale problemem nie jest to, że tam weszłam, czy że cię o tym nie powiadomiłam — stwierdziła, po czym zrobiła krótką pauzę, przechylając delikatnie głowę na bok — Znacznie bardziej wkurwiło cię po prostu to, że może to wpłynąć na to w jaki sposób postrzegać cię teraz będzie reszta załogi. Czy nie mam racji?


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uwielbiał w niej tą zapalczywość, to bycie upartą, konsekwentną, twardą stojącą przy swoim. W ich codziennej relacji wręcz w takiej sytuacji zachowywałby się całkowicie inaczej, a on nie doprowadzałby do jawnej kłótni pomiędzy nimi. Zamiast tego, zapewne obracałby zaraz wszystko w żart, żeby później zaproponować jeszcze przyjemniejsze okoliczności, jakie lubią w ich przypadku mieć miejsce.
Teraz jednak - te wszystkie cechy obecnie niezbyt mu odpowiadały u kogoś, kto pracował pod nim. Szczególnie nie podobało mu się to, że to właśnie Riley się tak zachowywała, jakby go nie szanowała. Jakby zapomniała, że to dzięki niej na swój sposób znajdował się tutaj, gdzie się znajdował, pełnią taką funkcję w jednostce.
Nie mógł jednak zrozumieć, z jakiego powodu tak się zachowuje. Dlaczego tak robi, dlaczego w trakcie trwającej akcji zachowywała się kompletnie inaczej, niż powinna. Miała słuchać się, miała wykonywać swoje przydzielone obowiązki; zamiast tego, doprowadziła do samowolki i jawnego zlekceważenia swojego przełożonego. Nie sądził, żeby kiedykolwiek miała zamiar zrobić coś takiego, w momencie kiedy potrzebował jej najbardziej. A właśnie to ona go na swój sposób potraktowała w najgorszy możliwy sposób. Tak, niestety tak to odebrał. Stąd też chęć wyciągnięcia konsekwencji z tego zajścia oraz próba przedyskutowania tego, co miało miejsce. Nie mógł przecież pozwolić, aby to działo się częściej. Nawet jeśli nie sądził, żeby mieli znaleźć się naśladowcy, dostrzegając że zaczyna coraz lepiej dogadywać się z resztą strażaków.
— Czemu się tak zachowujesz? — odparł niespodziewanie zapewne dla niej, ale i w sumie dla samego siebie również. Patrzył na nią uważnie, nie ukrywając swojego zaskoczenia wymieszanego z niezrozumieniem dlaczego w ogóle to wszystko się dzieje. Dlaczego to właśnie ona musi być na tym przysłowiowym dywaniku; dlaczego to z nią musiał przeprowadzać takiego typu rozmowę, jakby naprawdę była świeżakiem, który niezbyt jeszcze rozeznał się z tym, jak to wygląda w prawdziwym życiu, niż jak w szkole czy na kursie.
Może i oceniła sytuację, może i była w stanie ocenić ryzyko, jednakże nie w opinii Jamesa, który z każdym kolejnym wypowiedzianym zdaniem przez Riley, czuł jak coraz mocniej wzbiera się w nim irytacja, z jaką i ona się nie kryła. I chociaż był zły na nią i na jej postawę, to musiał przyznać że podobało mu się na swój sposób to, że nie zrobiła kroku w tył, gdy ten wykonał swój w jej stronę. Gdyby nie to, że musiał zachować twarz i nie okazywać jakichkolwiek emocji, przez które mogłaby uznać że wygrała, a on jej odpuścił, to zdecydowanie uśmiechnąłby się z tego powodu. Ba, zaskoczyła go wykonując ten sam ruch w stronę McCanna, na co jedynie uniósł jedną z brwi. — Nie mówię, że jesteś lekkomyślna. Znowu próbujesz mi zarzucić coś, czego nie powiedziałem. Po prostu nie wykonałaś polecenia. Miałaś konkretny obszar działań - na zewnątrz. Tam miałaś zostać, byłabyś wezwana gdybyś była potrzebna — próbował to wytłumaczyć najlepiej i najprościej jak się dało, jednakże nie sądził, żeby to miało nagle zmienić zachowanie kobiety - i żeby odpuściła, wyjaśniając że miał rację, powinna zrobić tak, jak polecił. Ech, uwielbiał tą babę, a jednocześnie miał jej w tej chwili po dziurki w nosie.
Nie rozumiał w dalszym ciągu jednego, co chciała tym wszystkim osiągnąć. Chciała dopiec swego, czy może w jakieś sposób go skompromitować? A może bała się, że wyrośnie mu ego i straci w ich relacji jakąś formę poszanowania, jakie ma dotychczas. Dlatego jedynie jej się przyglądał, nie zmieniając swojej postawy, mimiki twarzy, nie zmieniając swojego zdania. Nie chciał dać za wygraną, nawet jeśli naprawdę nie chciał się kłócić z Riley o… jakby nie patrzeć, w pewien sposób pierdołę, choć zapewne ktoś inni - wyżej postawiony - przyznałby mu rację z tym wyciągnięciem konsekwencji obraz przedyskutowaniem sprawy z ów osobą. Zirytowany oraz sarkastyczny ton głosu niemniej nie wskazywał niczego dobrego. Na pewno nie tego, że planowała dać sobie spokój. Zamiast tego, kontynuowała wypowiadanie swoich przemyśleń, na co teraz uniósł aż obydwie brwi. — Ale teraz pierdolisz od rzeczy — rzucił momentalnie, przesuwając dłonią po czole, jakby to miało mu pomóc zebrać kłębiące myśli oraz to, jak powinien rozmawiać z kobietą. — Nic mnie nie wkurwiło z tego wszystkiego, co powiedziałaś. Najbardziej wkurwiło mnie to, że przez Twoją samowolkę mogłoby Ci się coś stać, a mnie nie byłoby obok, żeby Ci pomóc wyjść z trudnej sytuacji. Nie wiedziałbym, nie widziałbym, nie miałbym możliwości zareagować tak, jak powinienem. Zwyczajnie, kurwa, bałem się. Bo nie dam rady być w dwóch miejscach na raz — wypalił. Totalnie po bandzie. To chyba przez te nerwy. To chyba przez to, że Riley nie odpuszała. To chyba przez to, że…
Kurwa. Awkward.


riley davis
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

McCann doprowadzał ją do szaleństwa i to niestety nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na pewno nie w tamtej chwili.
Jego upór - z tego co zwykle budziło w niej podziw, przerodziło się w coś zupełnie ją odrzucającego. Pomyślała o tym, że była strasznie naiwna, sądząc, że nowo objęte przez Jamesa stanowisko, w żaden sposób go nie zmieni. Miała oczywiście wcześniej pewne obawy co do tego jak będzie przebiegać ich współpraca, ale chodziło bardziej o to całe ich ukrywanie się oraz o ewentualną reakcję otoczenia, gdyby przypadkiem informacje o ich skomplikowanej relacji ujrzały światło dziennie. Nie bała się tego, że przyjacielowi nagle totalnie odbije i zacznie zachowywać się wobec niej inaczej. Miała pewność, że nic podobnego nie będzie miało miejsca. Niesłusznie, jak widać. Świeżo upieczony kapitan sprawiał wrażenie - a przynajmniej w oczach Davis - kompletnie zaślepionego tą odrobiną władzy, którą otrzymał.
Zaczęła wracać pamięcią do ich spotkań i rozmów sprzed ostatnich tygodni, jakby szukała jakiegokolwiek innego powodu jego złości. Podejrzewała, że może uraziło go w jej słowach czy zachowaniu coś zupełnie innego i dlatego postanowił tak wyżyć się na niej w pracy. Nie, to zbyt dziecinne, nawet jak na nich.
Zupełnie nie zrobiła tego umyślnie. Nie zachowała się tak, by zrobić mu na złość. Jedyne o czym myślała wtedy to to, by nie stać bezczynnie i by móc komuś pomóc. Nie miała wpływu na to jak odbierze to James, a wyszło na to, że odczytał wszystko na opak.
Nie odpowiedziała na jego pytanie. Powstrzymała się od złośliwości wiedząc, że to tylko pogorszy sytuację. Zamiast tego, wzięła kilka głębokich oddechów w nadziei, że to pomoże jej ochłonąć. Patrząc mu w oczy, słuchała jak po raz kolejny tłumaczył jej to gdzie powinna być i co robić i że nie zastosowała się do poleceń. Kiwnęła tylko głową, gdy skończył swój wywód. Wydęła usta lekko, myśląc nad tym co powinna powiedzieć, a czego zdecydowanie nie, bo tylko zaogniłoby to ich konflikt.
— Okej, zrozumiałam — kapitanie aż prosiło się, by dodać na koniec z przekąsem, ale o dziwo się powstrzymała. Walczyła sama ze sobą i swoimi odruchami. Naprawdę nie chciała niczego między nimi pogarszać, toteż darowała sobie te wszystkie małe szpileczki wobec McCanna, które cisnęły jej się bez przerwy na usta. Z drugiej strony oczywiście nie zamierzała przyznać mu racji otwarcie. Chciała się wycofać; dać do zrozumienia, że przyjęła do wiadomości wszystko co miał jej do zarzucenia i po prostu się stamtąd jak najszybciej ulotnić. Jednakże James musiał dolać oliwy do ognia swoimi słowami. Pierdolisz od rzeczy. Prychnęła tylko, jakby to ją rozbawiło i zmarszczyła znów czoło, czekając aż przyjaciel rozwinie nieco tę swoją fantastyczną myśl.
— Bałeś się — była w stanie powtórzyć tylko. To wyznanie wcale jej nie rozczuliło. Miało wręcz odwrotny efekt na nią. Zupełnie nie wiedziała co powiedzieć. Gdyby jej kompletnie na nim nie zależało, zapewne roześmiałaby się mu prosto w twarz i stwierdziłaby, że to co mówił było żałosne i głupie.
Naprawdę sądził, że musi ją chronić? Czy zapomniał, że wykonują ten sam zawód, przeszli te same szkolenia i wcale nie trzeba było przeprowadzać jej przez ogień za rączkę?
— Kurwa, ty się słyszysz? — spytała, już bez złości w głosie, za to kompletnie zrezygnowana. Wzdychając ciężko, w końcu spuściła wzrok. Wiedziała już co musi zrobić. Wiedziała, że musi w końcu odpuścić. I nie miała na myśli tylko tej jednej, małej kłótni z Jamesem. Powinna odpuścić sobie jego.
— To się nie powtórzy. Będę się stosować do twoich poleceń — zaczęła spokojnie. Nieważne jak idiotyczne by były. Znów musiała ugryźć się w język. — Myślę, że powinniśmy przestać się spotykać… przynajmniej na jakiś czas.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet jeśli to on tak naprawdę zaczął tą całą rozmowę, nie mając na samym początku zbytnio zadowolonej miny, to mimo wszystko zadawał sobie pytanie - dlaczego ta rozmowa nadal przybiera takiego typu wydźwięk? Dlaczego wręcz się kłócą, gdzie tak totalnie szczerze nie było jego intencją, by doprowadzić do niezgody pomiędzy nimi? Czemu w ogóle Riley tak oponowała w momencie jedynego zwrócenia jej uwagi, żeby następnym razem bardziej brała do serca to, co powiedział wcześniej, jeśli chodzi o życie zawodowe?
Wiele pytańļ jeszcze nasuwało się do głowy mężczyzny, ale niestety nie znalazł na jakiekolwiek sensownej odpowiedzi. Może chodziło o fakt, iż zaczynało mu zależeć bardziej i stąd ten brak możliwości odpuszczenia, aby coś uświadomić kobiecie? A może ona sama czuła jakieś napięcie między nimi, wyczuła sposobność aby doprowadzić do wyjaśnienia spraw, by ostatecznie przejść do jakichś innych kwestii, nawet jeśli nadal znajdowali się w szatni jednostki strażackiej?
Kompletnie nie miał pojęcia, co mogło tak naprawdę nią kierować; on sam trochę też działał po omacku z tym wszystkim, bo szczerze nie pamiętał kiedy ostatnio kłócili się z Riley. A jeśli już - to zdecydowanie o jakąś pierdołę; to by potwierdzało to, że nie może sobie przypomnieć o co konkretnie wtedy obojgu chodziło. Zresztą, to przy obecnej rozmowie nie miało większego znaczenia; bo ta rozmowa brzmiała bardziej poważnie, niż mógłby przewidzieć, że taką się stanie.
To jej przyjęcie do informacji nie zabrzmiało tak, jakby rzeczywiście rozumiała i traktowała to poważnie. Zupełnie jakby chciała go dalej sprawdzać - jakby chciała się przekonać, czy będzie się puszyć, panować i wywyższać, bo ma takie, a nie inne, stanowisko. Nie to było jego celem od samego cholernego startu prowadzonej dyskusji. Odpowiedziała jeszcze bardziej zirytowanym i jednocześnie lekceważącym tonem głosu, jakiego tak kompletnie szczerze nigdy nie słyszał ze strony kobiety, by miała kiedykolwiek odezwać się do niego w taki sposób. Czy coś się tu pomiędzy nimi wydarzyło w międzyczasie, czego nie dostrzegał? Coś mu umykało, a on nie miał bladego o tym pojęcia?
Kolejna seria zapytań rodziła się w głowie McCanna, jednakże zamiast się skupić na tym, postanowił - jak nigdy - pozwolić ponieść emocjom i przemówił za ich pomocą. Zdecydowanie nie chciał z tym wyskakiwać, nie w takiej chwili oraz okolicznościach, a teraz nie mógł się z tego za nic w świecie wycofać. Patrzył na nią z niedowierzaniem - że to faktycznie od niego wyszło - na koniec poruszając jedynie ustami, zupełnie jakby chciał coś jeszcze dodać. Tylko, iż nie miał bladego pojęcia, jak odpowiednio powinien się wybronić oraz wyjaśnić, aby nie zrozumiała tego opacznie. Zamiast tego, milczał, patrząc na nią i nie ruszając się z miejsca. Nie mając względem niej jakichś oczekiwań, lecz zarazem nie chciał by to, z czym wyskoczył, sprawiło że pomiędzy nimi się cokolwiek pogorszy.
Czemu jednak miał wrażenie, że opcja numer dwa będzie miała miejsce?
O dziwo, jego przeczucie było mocno trafne. Zaczęło się od jej wyrazu twarzy, totalnego oziębienia, zmienienia postawy, ważenia tego, co planuje powiedzieć. Zupełnie, jakby poprzednia część rozmowy oraz emocje temu towarzyszące nie miały uprzednio miejsca, a od początku mówili o czymś odmiennym. Fakt, wydurnił się i mocno wysprzęglił z wyjawieniem czegoś takiego w tak otwarty sposób, niemniej lekko, podskórnie, czuł się całkiem dobrze z tym. Jakby pewna, naturalnie niewielka, belka spadła z jego barków, z tego ogromnego stosu piętrzących się na ramionach mężczyzny z podpisem powiedz jej w końcu kurwa o co Ci chodzi i że to nie chodzi tylko o seks.
Powtórzenie jednej, jedynej rzeczy, nie wróżyło niczego dobrego. Mimo to, nie uciekł spojrzeniem, starając się cokolwiek wyczytać z tęczówek Davis, lecz wyglądała i zachowywała się zupełnie tak, jakby w jedną sekundę postanowiła się zdystansować, odsunąć od niego na tyle, na ile to było możliwe, choć jednocześnie również nie ruszyła się nawet na milimetr. Gdyby nie to, że czuł się cholernie głupio, zaraz by to obrócił w żart. Choć, tak z drugiej strony - czemu miał obracać w żart coś, co powiedział totalnie szczerze i co gnieździło się, kiełkowało i nieco rozkwitało w nim od jakiegoś czasu? Czemu w ogóle postanowił wejść w tą, jakby nie patrzeć, beznadziejną sytuację? Czemu zgodził się na cokolwiek bez zobowiązań, a potem zmieniał zasady gry, nie mówiąc o tym wspólniczce?
Przełknął ślinę, że aż grdyka mu dziwnie zadrżała, czekając na to, co powie. Bo musi coś powiedzieć. To była teraz jej kolej na wykrzesanie czegoś z siebie. Nie wiedział tylko, w jaką to pójdzie stronę. Znaczy - wiedział. Ale przez ułamki sekund próbował wewnętrznie oszukiwać się, iż może nie będzie aż tak źle.
— Słyszę — odpowiedział spokojnym tonem głosu, mając zdecydowanie łagodniejszy wyraz oczu, gdy ciągle jej się przypatrywał przy tym wszystkim. Oblizał wargi koniuszkiem języka i wziął głęboki wdech, w momencie spuszczenia przez nią wzroku, co jakby dało mu furtkę do tego, aby chociaż na chwilę spróbować znaleźć myśl, którą powinien teraz wypowiedzieć. — Riley, ja… — urwał prędko, dając jej możliwość powiedzenia tego, co potrzebowała. W końcu, powinna się do tego jakoś odnieść. Przedyskutować. A najlepiej to by było, gdyby James się z tego gładko wycofał i powiedział, że miał to na myśli jedynie w przyjacielski sposób. — Co? — wyszło od niego, tuż po tym jak powiadomiła że będzie słuchać się poleceń, by wyskoczyć po tym z bombą ogromnego kalibru. Tak wielką, że poczuł się jakby w tej samej chwili dostał siarczysty policzek, który miałby czuć przez jeszcze dobrych kilka chwil na swojej skórze.
— Riley — po wypowiedzeniu ponownie jej imienia parsknął pod nosem, ale to jako forma rozładowania napięcia, jakie obecnie się w nim rozrastało. — Nie mówisz tego poważnie — dodał, przesuwając badawczo po niej spojrzeniem. — Mówisz to poważnie… — dopowiedział po chwili, opuszczając swą gardę, stając się jakby mniejszy. — Na jakiś czas, czyli co? Na parę dni, miesięcy? Lat? Czy może jedynie będziemy od teraz „kolegami z pracy”? — nie był zły, ale i nie był szczęśliwy z tego powodu. Był… rozżalony, było mu po prostu źle z tym, iż to mogłoby faktycznie zwiastować koniec. Nie tego sobie i jej życzył, zdecydowanie. I to nie tak, iż w każdą noc kiedy miał ją w ramionach jednocześnie śnił o przywdziewanej przez nią białej sukni, krocząc w jego kierunku aby złożyć śluby, tylko po prostu… nie chciał, aby to, co było między nimi, zmieniło się tak diametralnie… i kto wie, czy może i nieodwracalnie.

riley davis
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”