—
Zdeterminowanym człowiekiem? — powtórzył za Elliotem, a jego słowa z początku uderzyły w gruby mur niezrozumienia, wzniesiony po stronie Milesa. Jednocześnie przez głowę mężczyzny, niczym solidnie wkręcone śruby, przewiercały się kolejne próby rozwikłania znaczenia tego określenia. Tego, co właściwie miało ono oznaczać dla Elliota.
Determinacja kojarzyła mu się z pokonywaniem schodów wieżowca u ludzi, którzy wiedzieli, że przez ostatnie lata korzystali wyłącznie z windy, a mimo tego parli naprzód, ignorując palące uczucie bólu w udach i w płucach. Determinacja kojarzyła mu się również z mieleniem w ustach gorzkiego smaku porażki przy koleżeńskim meczu koszykówki raz za razem, wciąż z tą samą, wiecznie przegrywającą drużyną. A mimo tego bez planu jej zmiany; a także — co wierzył, że zdarzało się często różnym ludziom — determinacja była dla niego mozolnym składaniem w całość ulubionego kubka z porcelany, który wcześniej podczas upuszczenia go rozpadł się na tyle drobnych kawałków, że samo odnalezienie ich wszystkich na dywanie mieszkania (zagraconego sentymentalnymi bzdetami) graniczyło z cudem.
Determinacja była więc siłą napędową uporu, a czasem wręcz ślepym parciem przed siebie, ale w żadnym z tych skojarzeń nie potrafił odnaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego Elliot postanowił właśnie tym słowem opisać jego osobę.
A potem, zamiast odnieść się do siebie, odniósł się do ogółu społeczeństwa, jakby
problem naprawdę go ani trochę nie dotyczył:
—
Myślisz, że istnieją ludzie na tyle zdeterminowani do szukania cudzego towarzystwa, że mogą się w imię tego… oparzyć? — spytał całkiem poważnie, w momencie, w którym złożył pozostałe między nimi puzzle rozmowy do kupy, uznając, że pewnie chodziło właśnie o to: o chęć podtrzymania cudzego towarzystwa. Próbował jednocześnie uformować z własnych słów logiczną całość. Wciąż jednak miał wrażenie, że brakuje paru elementów układanki w tej teorii.
—
Nie łatwiej jest po prostu do kogoś zagadać? — dodał prostolinijnie, bo gdyby on szukał uwagi, pewnie właśnie to by zrobił —
Zresztą, mniejsza z tym. Jeśli chodzi o mnie, to jedyne do czego jestem zdeterminowany na ten moment, to do pozbycia się plamy z koszuli, ale do tego będę potrzebować raczej proszku.
Ostatnie słowa, wypowiedziane w nieustannym nachyleniu nad ubraniem, były raczej pomrukiem niezadowolenia, niż stwierdzeniem, bo był niemal pewien tego, że ostatnie ubranie na przebranie, które trzymał w szafce służbowej, już wykorzystał wczoraj, więc dziś przez resztę dyżuru mógł co najwyżej paradować z plamą od kawy na wierzchu lub zakryć ją fartuchem. Nie pomagało również to, że z minuty na minutę zdawał sobie sprawę z beznadziejności zaczętego dialogu i nie znał sposobu, by cofnąć wszystkie dotąd wypowiedziane (niepotrzebnie) słowa.
Zrobił więc coś, co powinien zrobić już od początku: zamilkł.
Dało mu to chwilę nie tylko do namysłu, ale również do samoregulacji. Usta zwęziły się wprawdzie nieznacznie w naporze mięśni i pod wciąż odczuwanym napięciem, ale już na wzmiankę o pierwszych podejrzeniach Elliota o tym, że coś jednak się z nim dzieje, wzruszył obojętnie ramionami.
Nic się nie działo.
(Chciał w to wierzyć).
—
Zmienia w jaki sposób? — zdołał zmusić się tym razem do pytania, przerywając swoją dotychczasową zmowę milczenia. Niezręczność zastąpił jednak ciekawością, wzdychając cicho, jakby w tym jednym geście i na fali nowej emocji chciał zamknąć jeden rozdział ich rozmowy, by zacząć drugi, który nie będzie tak żałośnie pokręcony.
Zaciągnął w międzyczasie mokrą koszulę w dół, zakrywając na powrót brzuch, by spojrzeć na Elliota w uspokojeniu. Pierwszy etap groteskowej paniki miał już za sobą, i choć wciąż czuł, jak tunele żył buzują od nadmiaru niecierpliwości, a mięśnie ciała, rozgrzane i niecierpliwe, ciągną do ruchu w potencjalnej ucieczce, wstrzymał te wodze. Zakotwiczył stopy twardo na ziemi, zaplatając ręce na piersi, by wzmocnić tę pozę. Z rozgorączkowanego przechodził w znacznie bardziej znany sobie stan: w dystans, z przyjemnością zdając sobie sprawę z tego, że w momencie, w którym przestał mówić, przestał również narażać się na dodatkowe niezręczności.
Słuchanie wydawało się znacznie bezpieczniejszą opcją, choć nie wszystkie gesty i wypowiedzi Elliota potrafił trafnie odczytać. Wciąż zastanawiał się na przykład, czy w oczach młodego ratownika uchodzi za ekscentryka, czy może już dziwaka. I czy uśmiech na jego twarzy oznacza pobłażanie, czy rozbawienie.
—
Tylko uprzedzam, że właśnie bardzo skutecznie sprawiłeś, że mam ochotę robić dokładnie odwrotnie — do tych słów nie mógł się NIE odnieść.
—
Postaram się więc być do znudzenia typowy, żeby szybko Ci się zbrzydło.
Drogą przez męki, małymi krokami powoli wracał do swojej zwyczajowej pewności w głosie, choć obracanie się w tej rozmowie przypominało taniec, którego kroków jeszcze nie znał, i za którego rytmem podążał z mozolną ostrożnością.
—
Proszę… — rzucił w oczywistej reakcji na propozycję pomocy, jako że sam i tak nie miał z góry dobrego widoku na punkt oparzenia. Przy dłuższym, spokojniejszym wydechu podniósł nawet koszulę z powrotem do góry, by ułatwić ratownikowi oględziny.
Elliot wciąż go rozpraszał. To się nie zmieniło.
Zmieniła się natomiast maska na twarzy Milesa, która w świeżym zaciągnięciu, szczelnie zasklepiła wcześniejsze szczeliny pokazywanych emocji. Powracał wolno i skutecznie do powściągliwości, do chowanych uczuć i bezwzględnego spokoju. Oderwał jednak wzrok od twarzy mężczyzny, przerzucając go na okno, by przypadkiem nie budzić w głowie zbędnych skojarzeń.
—
Bardzo jesteś zdeterminowany do tej pomocy, Elliot… — dodał łagodnie, ale przekornie, głównie po to, by nawiązując do wcześniejszych ich rozmów, móc się w ten sposób do nich skutecznie zdystansować, tworząc z nich żart, a nie krępujące go wspomnienie.
—
Brak Ci towarzystwa? Czy może nie wyszedłeś jeszcze z fazy młodego ratownika, któremu wciąż chce się pomagać w niegroźnych błahostkach?
Nie sądził, by poparzenie po kawie wymagało natychmiastowej interwencji, choć nie wzgardzał zaangażowaniem i werwą młodego personelu. To było coś, czego z biegiem lat być może mu brakowało; za czym mógł nawet odrobinę tęsknić.
Elliot Carlisle