Przytaknął na to tylko krótkim mruknięciem. Dopiero w tym momencie przemknęła mu myśl, że ledwo zdążył z Zoyą dojść (taa, uhm) do porozumienia, a już musiał znowu wyjeżdżać. W tym tygodniu nie dane im będzie się sobą więcej nacieszyć, więc musieli wykorzystać ten czas na farmie, jak najlepiej się dało.
Wiedział, jak to wyglądało z boku. Zdarzało mu się już słyszeć zarzuty, że zachowywał się egoistycznie. Dla osób w z w i ą z k u, a zwłaszcza dla tej, która zostawała na miejscu, te wieczne delegacje i inne zobowiązania wobec fundacji czy sponsorów potrafiły dać w kość. Taki tryb pracy jego poprzednią relację doprowadził do bolesnego rozstania i właśnie przez wzgląd na tamte doświadczenia postanowił się nie wiązać.
Zoya natomiast sprawiała wrażenie, że go rozumiała. Od początku miała świadomość, jak ważna była dla niego kariera, a mimo wszystko nadal
go c h c i a ł a. Nawet, gdy kierowali się ciążą, która ostatecznie okazała się tylko fałszywym alarmem, akceptowała jego wybór i chciała go poznawać. Teraz specjalnie przyjechała mu pomóc i zabrała go na wieś po to, żeby uniknął skandalu. Dbała o niego, choć wcale tego od niej nie wymagał. I cholernie doceniał to, co dla niego zrobiła.
Na pytanie o wspólne mieszkanie Lucien odpowiedział tak szczerze i ogólnikowo, jak potrafił. Alex jeszcze nie tak dawno zdawał się okazać sporą wyrozumiałość na wyczyny siostry i ich gościa, więc to niespodziewanie sugestywne pytanie przy pozostałych braciach trochę zbiło Spencera z tropu. Wybrnął odpowiedzią, w tym czasie przenosząc spojrzenie na każdego rozmówcę, dostrzegł więc u Zoi ten niewielki uśmiech. Który chwilę później zniknął, ustępując miejsca czemuś nie do końca dla niego jasnemu, bo zbyt szybko odwróciła wzrok.
Ta ledwie dostrzegalna zmiana wzbudziła w nim niewielkie wątpliwości, ale rozsądnie rzecz biorąc, nie popełnił błędu. Ich relacja nadal pozostawała na zbyt wczesnym etapie, żeby móc podejmować jakieś dalekosiężne decyzje. Choć tu trzeba przyznać, że poznanie bliskich to kolejny krok, który mieli już częściowo za sobą.
Kolejna wypowiedź Zoi sprawiła, że na ułamek sekundy podniósł na nią wzrok. Nie byli razem, to prawda. Z resztą, ani jej bracia, ani osoby z jego otoczenia nie musieli wiedzieć, co tak naprawdę między nimi się działo. Sami też przecież dokładnie tego nie wiedzieli i potrzebowali przestrzeni, by sobie to na spokojnie poukładać. A mimo to wypowiedzenie tych słów na głos gdzieś w środku niego wywołało dziwny dyskomfort. By tego po sobie nie okazać, nie mając gdzie uciec wzrokiem, wlepił swoje spojrzenie we własny talerz.
Zdezorientowanie. To chyba było najlepsze słowo na określenie tego, co czuł Lucien po usłyszeniu ataku ze strony Zachary’ego, na który rozchylił nieco wargi, spoglądając na mężczyznę. Osądzający ton wywołał w nim osobliwą presję, że oczekiwano po nim czegoś więcej, ale ułamek sekundy później przywołał się do rozsądku, że najprawdopodobniej zachowanie najstarszego Weasleya dyktowała troska o Zoyę. A dla Luciena liczyło się wyłącznie j e j zdanie.
—
Raczej najbardziej racjonalne — poprawił go szybką ripostą, posyłając mu baczne spojrzenie, tuż, zanim Ronald wtrącił swoje trzy grosze, ostatecznie całkowicie odwracając uwagę od Zacha.
—
Możesz mówić mi po prostu Luke — odparł, pod lekkim uśmiechem skrzętnie ukrywając pewne speszenie tą szybką wymianą zdań. Na szczęście umiejętność dostosowywania się do nieoczekiwanych zmian opanował do perfekcji.
Bezpośredniość najmłodszego brata, z jaką spotkał się po chwili, wywindowała jego brwi do góry. Najpierw popatrzył na niego, żeby po chwili przenieść wzrok na Zoyę, a potem znów wrócił do Ronalda, który zwrócił się bezpośrednio do niego. Odchrząknął na to, próbując znaleźć w głowie odpowiednie słowa.
Bo tak, podobała mu się Zoya. Inaczej już dawno byłby z powrotem w Toronto. Mimo popsutego auta i telefonu, miał możliwość skontaktowania się z innymi choćby przez zalogowanie się na swoim dysku google, żeby zadzwonić pod odpowiedni numer z zapisanej listy kontaktów i zostać ściągniętym z powrotem na miejsce. Mógł to zrobić, ale wybrał towarzystwo Weasleyów. Wybrał
j ą.
Nie zdążył jednak na to odpowiedzieć, bo mężczyzna rozpoczął swój monolog, na który Lucien raz po raz z zaintrygowaniem potakiwał głową, próbując ukryć czające się w kącikach ust rozbawienie.
—
Żywa reklama Zoi — mruknął pod nosem, spoglądając to na jej brata, to na ciemnowłosą, w której oczach nagle zapaliły się gniewne ogniki.
Szczerze mówiąc, cieszył się, że to nie on w tej chwili stanowił jej punkt zapalny, przyglądał się więc temu fascynującemu widowisku, dopóki… sam nie stał się tarczą.
Na szarpnięcie poderwał się na nogi i stanął pomiędzy nimi, przez chwilę nie wiedząc, co się dzieje, i podniósł ręce w poddańczym geście. A potem na moment stracił dech, gdy dziewczyna z impetem na niego wpadła, zapalczywie próbując dopaść ukrywającego się za nim brata.
—
Hej, hej, spokojnie. Ron w zasadzie nie powiedział niczego takiego odkrywczego — kącik jego ust powędrował zadziornie do góry, bo większość z tego zdążył już doświadczyć, zauważyć bądź się dowiedzieć bezpośrednio od niej. A mimo to Lucien wciąż stał w ich rodzinnym salonie i nie zamierzał uciekać.
Ostatecznie sięgnął ją za nadgarstki i łagodnie przyciągnął je przed siebie, niejako zmuszając ją do wyprostowania się. Popatrzył na jej zaciśnięte tuż pod jego twarzą piąstki, ledwo powstrzymując się przed muśnięciem ich ustami. Przelotnie posłał jej uśmiech, po czym obrócił ją wokół własnej osi tak, że sekundę później stała odwrócona plecami do niego.
—
Poza tym obawiam się, że za kratkami nie ma możliwości oglądania wyścigów — zasugerował spokojnie. Z perspektywy osób trzecich wyglądało na to, że ją spacyfikował. Jego dłonie stanowiły dla niej obręcze kajdanek na wysokości jej piersi, ponadto oplatał ją ramionami, a jej plecy przyparte zostały do jego torsu. Z tym, że nie używał siły, a jego ciepły oddech owionął jej szyję. W tym wszystkim było coś kojącego.
Czując na sobie spojrzenia innych, taktownie nie przedłużał tego momentu i puścił ją zaraz potem.
—
A tobie chyba życie niemiłe, co? – rzucił Ronaldowi przez ramię i parsknął śmiechem, bo doskonale wiedział, z czym wiązało się prowokowanie kobiet. Zoya swoimi gwałtownymi reakcjami zdecydowanie wiodła prym.
—
Przyzwyczajony jestem — wzruszył niedbale ramieniem.
W tym samym momencie odezwał się Alex z propozycją, na co Luke ściągnął brwi.
—
A co to jest? — zapytał, a usłyszawszy krótkie wyjaśnienie, że miejscowi zorganizowali na pobliskim boisku lokalną imprezę z jedzeniem, piciem i kilkoma innymi atrakcjami. Całość miała zakończyć się dyskoteką z djem.
Lucien pokiwał z zaintrygowaniem głową, aż usłyszał podniesione głosy komentatorów w telewizji, na który momentalnie skierował wzrok. Ostatnie okrążenie i usilne próby wyprzedzenia na końcowych zakrętach, by potem dwa auta ruszyły koło w koło na ostatniej prostej. Każdy już znał zakończenie.
Ron w końcu wyszedł przed niego, zapominając o całej tej scysji z Zoyą, po czym poklepał go po ramieniu.
—
No, to musimy to opić!
Lucien nie był w stanie opierać się zbyt długo. Nie pomogły mu żadne wymówki, że po ostatnim wieczorze wystarczyło mu już atrakcji, więc niedługo później wszyscy wspólnie wyszli na festiwal.
Mimo zmęczenia, Spencer bawił całkiem przyzwoicie. Nie dało się również nie zauważyć, że wszyscy Weasleyowie mieli nadzwyczaj mocne głowy, więc żeby nie doprowadzić się do stanu sprzed poprzedniej nocy, angażował się w każdą atrakcję na imprezie — od próbowania lokalnych przysmaków z ziemniaka, przez spacer po stoiskach z lokalnymi wyrobami, aż po taniec, na który wyciągnął Zoyę.
Tym razem obyło się bez większych niespodzianek i spytek, a atmosfera, nasączona alkoholem, sprzyjała udanej zabawie.
Do domu wrócił o własnych nogach. I choć nie odpowiadało mu, że Zoya nie mogła spać z nim w jednym łóżku, musiał się z tym pogodzić. Po wejściu do sypialni, gdy zapytała, czy czegoś potrzebował, zawahał się na ułamek sekundy, by następnie przytaknąć pewnie, że
tak. Zanim zdążyła zadać kolejne pytanie, zmniejszył między nimi dystans, i, nie przejmując się uchylonymi na korytarz drzwiami, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Trwało to raptem kilka sekund, ale zawierało znacznie więcej, niż jakiekolwiek słowa, które w tym momencie niespiesznie dryfowały po jego umyśle. Przez te kilka godzin, mimo jej obecności niemal przez cały czas gdzieś w zasięgu ręki, zdążył się za nią stęsknić.
Pocałunek na osłodę
musiał mu wystarczyć. Po nim mógł już spokojnie się położyć i oddać objęciom Morfeusza.
Następnego dnia czekało ich jeszcze trochę obowiązków. Lucien w towarzystwie braci czuł się już znacznie swobodniej, przez co łatwiej przychodziło mu z nimi żartować i rozmawiać na rozmaite tematy. Tylko co do Zacha nadal odczuwał pewien respekt i dystans.
Pracował więc na miarę swoich możliwości, z zaangażowaniem i otwartością przykładając się do pomocy w naprawie płotu czy porąbaniu drewna. Przy tym ostatnim, gdy doszedł do wprawy, zdążył sobie z Alexem urządzić małe zawody. I musiał przyznać, że wreszcie odnajdywał się w czymś, co sprawiało mu przyjemność, a przy tym zrobił sobie porządny trening. W tym celu bez skrępowania zdjął nawet koszulkę. Szło mu naprawdę dobrze, ale wystarczyło, że Zoya przemknęła mu gdzieś obok, żeby go zdekoncentrować i nie trafić w decydującym momencie.
Praktycznie przez cały ranek aż do obiadu mijali się gdzieś od czasu do czasu, zajęci swoimi obowiązkami, do których, rzecz jasna, przypisał ich Zachary. Dopiero w porze obiadowej usiedli obok siebie, gdzie Lucien w trakcie rozmowy pozwolił sobie pod stołem okazjonalnie przesunąć dłonią po jej udzie. Podczas posiłku zagadnął o konie pasące się na pastwisku, z czego po krótkim czasie wyniknęła jego nieumiejętność jazdy. Gdy Ron ochoczo zaproponował trening po obiedzie, Luke przyjął propozycję bardzo optymistycznie.
Na chwilę spotkał się z Zoyą w jej sypialni. Wiedział, że nie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele, bo jej brat miał za chwilę po niego wpaść, ale to mu nie przeszkodziło w tym, by wpić się w jej usta przy pierwszej nadarzającej się okazji. Już prawie się zapomniał i tylko głośne tupanie w korytarzu oderwało go od Zoi, przez co momentalnie od niej odskoczył i narzucił pierwszy, lepszy temat, jaki przyszedł mu do głowy. Spodziewał się, że Ron nawet nie zapuka, ale sam fakt, jak bardzo był nieświadomy tego, co praktycznie im przerwał, sprawił, że zanim Lucien wyszedł, obdarzył Zoyę pełnym rozbawienia spojrzeniem. Na koniec puścił jej zawadiacko oczko i podążył za chłopakiem na pastwisko.
Ron bardzo skrupulatnie starał się zaznajomić go z teorią, by następnie przejść do części praktycznej. Słuchał go bardzo uważnie, uśmiechając się pod nosem na to, jak bardzo Weasley starał się mówić rzeczowym tonem i kryć podekscytowanie, że
uczył czegoś
samego Luciena Spencera.
Po pewnym czasie i przejechaniu się na karym Zefirze w zagrodzie pod bacznym okiem Rona, chłopak wyglądał na całkiem zadowolonego z rezultatu. A Lucienowi bardzo przypadł do gustu piękny, dostojny ogier. Stwierdził, że mimo swojego wieku, miał do niego cierpliwość i spisywał się świetnie.
Lekcje pochłonęły go na tyle, że nawet nie zdawał sobie sprawy, ile czasu minęło od obiadu. Na widok idącej w ich stronę Zoi, uśmiechnął się szeroko i wypiął dumnie pierś.
—
Zobacz, Zoya. Siedzę na koniu — powiedział, unosząc wysoko brodę, tak w razie, jakby jeszcze nie zdążyła tego zauważyć. Trzymał w rękach lejce, nakazując zwierzęciu stać grzecznie.
—
I to moja zasługa! — wyrwało się Ronowi, na co Spencer pokiwał z uznaniem głową, że owszem, zdecydowanie się z nim zgadzał. Gdy patrzył na Zoyę, uśmiech nie znikał z jego twarzy.
—
Co tam masz? — zwrócił zaraz uwagę na trzymaną w jej rękach torbę.
Zoya Weasley