36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spodobało mu się to, jak łatwo potrafił uwierzyć w jej teorię.
Jeszcze kilka dni temu mógłby wymienić ludzi, którzy przy odrobinie zachęty opowiedzieliby mu, kto w agencji wydaje rozkazy, a kto tylko grzecznie je wykonuje. Teraz nie miał nawet telefonu, żeby sprawdzić choćby pogode, a co dopiero co przez ten czas wydarzyło się po jego własnej stronie.
Opuścił wzrok na dłonie trzymające kierownicę. Los Mochis leżało wystarczająco blisko jego ludzi, żeby nie chciał uznawać tego za przypadek, ale zbyt wiele rzeczy nadal się nie zgadzało. Miał więc przynajmniej powód sądzić, że sam również był częścią tego planu, choć czy mieli przywieźć go tam żywego, gdyby nie wpadł do samolotu na własne życzenie, to już całkiem inna sprawa. Ją chcieli żywą na pewno.
Spojrzał na nią kątem oka.
Przez ostatnie dni zdążył parę razy przekonać się, że to, co uważał za wiedzę o Biance, bywało w najlepszym razie wiedzą o Ortedze. Ona z kolei znała go na tyle dobrze, żeby nie potrzebować wymyślać sobie powodów, dla których należało trzymać się od niego z daleka. A jednak siedzieli w tym samym gruchocie, gdzieś na zadupiu Jukonu, usiłując zgadnąć, kto chciał ich dostarczyć do Meksyku i po co.
— Jeśli mieli tam po prostu nas zabić, samolot był dość kosztownym wyborem — mruknął w końcu. — Ale chuj wie. Może komuś bardzo zależało na scenerii. El Sueño na przykład lubił takie pokazówki; publiczne i pojebane egzekucje. Ostatnio takiego Carreiro w ramach spierdolonej akcji w Ekwadorze związał, przywiązał za koniem i puścił mustanga przez kanion. Bardzo ciekawe widowisko. To co dojechało za koniem już się nie nadawało do roboty.
Teraz nie bawiło go to jakoś szczególnie.
Bardziej niepokoiło go jednak to, jak długo siedziała cicho. Navarro ostatnio zwykle znajdowała coś do powiedzenia, do wymądrzania się, nawet jeśli było to tylko poinformowanie go, że jego plan jest zjebany, więc brak komentarza do stanu samochodu, trasy i jego osoby zaczął działać mu na nerwy. Nie miał pojęcia, czy myślała o Los Mochis, o tamtym swoim przyjacielu, czy o tym, że znów znalazła się obok niego, chociaż pięć dni temu rozjechali się na stacji w przeciwne strony.
On miał wtedy pojechać gdzie indziej.
Nie wybrał tej drogi, a teraz nawet nie potrafił zrzucić winy na żadną z jej decyzji.
Ściągnął dłoń z kierownicy i sięgnął do zamka kurtki, po czym od razu pożałował tego pomysłu. Pierwszy rękaw zsunął się względnie łatwo ale przy drugim musiał cofnąć bark, a wraz z nim poruszył cały bok; ból pociągnął od rany gdzieś pod samą łopatkę, zmuszając go do zatrzymania się z ręką wykręconą w idiotycznej pozycji. Zaklął cicho i przez moment walczył z materiałem, aż wreszcie udało mu się wyswobodzić łokieć bez wykonywania kolejnego ruchu, który mógłby skończyć się wizytą igły u Navarro.
Rzucił kurtkę bezceremonialnie na jej kolana i z powrotem chwycił kierownicę.
— Weź. I nie zaczynaj.
Z góry zamierzał wyłączyć się na jej protest. I na podszepty własnego, męskiego ego, które raz kolejny układało mu w myślach parę liter do słowa, które zaczynało się na p. Piździelec przy tym byłby znośny.
Dopiero kiedy zaproponowała zatrzymanie mijanego samochodu, ponownie spojrzał w stronę drogi. Jeszcze przed chwilą uderzał w wywietrznik, bo potrzebował telefonu. Teraz wystarczył widok obcego kierowcy, żeby wyobraził sobie, jak za kilka minut ten sam człowiek opowiada policji o dwójce poobijanych ludzi w rozklekotanym aucie niedaleko granicy.
— Daj mu jechać — powiedział, zanim zbliżyli się na tyle, by musiał podejmować decyzję za kierownicą. — Potrzebuję telefonu, ale nie tutaj. Jeszcze nie wiemy nawet, którędy najłatwiej wydostać się z tej okolicy, a ty chcesz zostawić za nami człowieka, który będzie mógł opisać nas i ten pieprzony samochód.
Pozwolił staremu autu minąć się z nimi. Przez chwilę śledził je w lusterku, niezadowolony z tego, że przepuszcza pierwszą od kilku dni okazję do wykonania jednego, głupiego telefonu. Mógłby zadzwonić do swoich, dowiedzieć się, co wiedzą i wreszcie przestać zgadywać.
Palce zacisnęły mu się na kierownicy mocniej. Telefon byłby przydatny do zorientowania się też w tym, gdzie byli. Ale oldschool też nie był zły i wystarczyły znaki. Informujące o nieodległym przejściu granicznym. Co oznaczało, że niedługo będą musieli porzucić samochód, aby nie machać Amerykanom na gotowym przejeździe granicznym. I co oznaczało również, że czekał ich całkiem długi marsz.
Na przedniej szybie rozbiła się pierwsza, wielka kropla wody, zwiastująca nie byle mżawkę, a prawdopodobnie ulewę. Znaki sugerowały, że samochód dobrze byłoby zostawić już w tych okolicach, zanim las nieco się przerzedzi i odsłoni przejście graniczne. Zjechał na pobocze w miejscu, gdzie znalazł dostatecznie dużo przestrzeni, aby przejechać nieutwardzoną drogą pomiędzy drzewami jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów, aż stary rzęch ugrzązł gdzieś w błotnistym podłożu.
Przez chwilę wpatrywał się w krople deszczu gęsto spadające na maskę i wsłuchiwał się w chaotyczny stukot tych uderzających o karoserię.
— Spróbujemy to przeczekać — zasugerował, obserwując jak zasłona z ulewy gęstnieje nawet pomiędzy drzewami. Zostawił pojazd na chodzie, aby atrapa ogrzewania jeszcze działała. — Zaraz wracam — dodał.
Wykorzystując słabe reflektory auta, które rozświetlały przestrzeń przed nimi, odnalazł gałęzie, większe i mniejsze, pokryte liśćmi, które zaczął rozkładać wokół i na pojeździe tworząc przykrą, mało trwałą imitację kamuflażu.
Po wydarzeniach sprzed paru godzin wolał jednak zadać sobie nieco więcej trudu, niż ułatwić ludziom, którzy polowali na Navarro i najpewniej na niego, znalezienie ich. Włożył zdecydowanie zbyt wiele czasu i wysiłku w coś, co i tak prawdopodobnie rozpieprzy ulewa.
Nie zarzuci sobie przynajmniej, że nie próbował.
Wrócił do ich luksusowego wozu i ściągnął z włosów nadmiar wody.
— Mycie to mam odhaczone — rzucił w ramach suchego żartu najniższych lotów, tak naprawdę chcąc wybadać reakcję Navarro. Pełne politowania spojrzenie z pewnością by go usatysfakcjonowało.
we're all in shit together or whatever wild cats said
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

El Sueño z pewnością był częścią bardzo zabawnej historii dla osoby pokroju Robina Vissera.
Jej przywodził na myśl wyłącznie gorące, parne powietrze, tętent końskich kopyt i jej własne ciało przytroczone do zwierzęcia. Wzdrygnęła się na samą myśl tego, co mogło się jej przydarzyć gdyby nie wskoczył do tego samolotu. Jakaś jej cząstka trzymała się kurczowo koncepcji, że w sytuacji prawdziwego zagrożenia adrenalina rzuciłaby ją do przodu i w najlepszym wypadku stworzyła na poczekaniu jakiś plan, w najgorszym zakończyła jej życie w szybszy sposób.
Nie miała jednak co do tego pewności. Przylepiła już samej sobie nalepkę tchórza, która nie chciała z niej zejść - a teraz do stosu wszystkich innych myśli doszło podejrzenie, że agenci będą chcieli zatrzymać ją wyłącznie po to, by w publiczny sposób dokonać jej brutalnej egzekucji.
Wspaniale.
Patrzyła z niezrozumieniem w oczach jak zdejmował z siebie kurtkę, którą z takim wyrazem troski zabrała z kokpitu pilota, przy okazji krzywiąc się gdy naciągał sobie szwy - które z taką troską mu założyła. Gdy rzucił ubranie na jej kolana, jej brwi zmarszczyły się, dłonie odruchowo sięgnęły do kurtki.
Uniosła ją nawet, w pozornej chęci założenia na siebie, gdy dotarło do niej, że zdążyła już przejść jego zapachem. Że była ciepła, przywodząc na myśl gorąco jego ciała pod jej nogami, tysiące metrów nad ziemią. Sama ta myśl sprawiła, że lód w jej żyłach zaczął się roztapiać, to samo gorąco zakradło się do jej trzewi.
- Nie chcę - odrzuciła, może zbyt szybko i nieuprzejmie, biorąc pod uwagę jego jakże szlachetny gest. Jej palce zacisnęły się na kurtce wbrew tym słowom - rozwarła je, odrzucając ubranie od siebie z powrotem na jego kolana, w reakcji znów będącej zbyt przesadzoną. - Tobie przyda się bardziej - mruknęła w ramach wytłumaczenia, zapominając, że pewnie odbierze to w męski sposób z własną, urażoną dumą.
A nie chodziło o dumę. Był ranny, do tego stopnia, że stracił przytomność w trakcie improwizowanego zabiegu. W dodatku godzinę później wyskoczył z pędzącego samolotu prosto na beton - aż dziwne, że w ogóle tkwił teraz w fotelu i prowadził samochód.
W milczeniu śledziła wzrokiem inne auto, któremu pozwolił się wyprzedzić. Być może miał rację - może przewaga, jaką zyskali zmuszając pilota do "lądowania" w paru miejscach zniknęłaby, gdyby na komisariat wpłynęło zgłoszenie o kradzieży telefonu przez dwójkę obitych osób. A może i tak wszyscy wiedzieli już, że są w tej okolicy, pilot został złapany, skończyło mu się paliwo bądź nadał całość posiadanych przez siebie informacji przez radio i nie zrobiłoby to żadnej różnicy.
A może rozwiązaliby ten problem mordując staruszka, zostawiając jego zwłoki w samochodzie i chowając pojazd między drzewami.
Sam fakt tego, że ta myśl przemknęła przez jej głowę wzbudził w niej czyste przerażenie.
Skupiła się na znakach, podświadomie sprawdzając, czy kierował ich w odpowiednią stronę. Przejście graniczne było niedaleko - dla bezpieczeństwa powinni poruszać się wzdłuż granicy jeszcze przez dłuższy czas, nim uda im się przemknąć na drugą stronę. Las był w tym miejscu gęsty, nie wiedzieli jak długo prowadził naprzód, a ona nie chciała sprawdzać tego na własnej skórze.
Lecz prawdopodobnie będzie musiała.
Pierwsza kropla krwi wzmogła jej ponure myśli gdy tkwiła w samochodzie, obejmując się ramionami na tyle subtelnie, by wyglądało to jak skrzyżowanie rąk na klatce piersiowej. Jej niecierpliwość wyłącznie rosła gdy samochód się zatrzymał - zaprotestowała na jego propozycję, ale nim zdążyła ją w pełni zwerbalizować, znów podjął decyzję za nią, wychodząc na zewnątrz.
Chmury były gęste, a krople wody coraz mocniej uderzały w blachę maski samochodu. Zalewały okna, wdzierały się hukiem do wypełnionej szumem pracy silnika ciszy, którą zostawił za sobą. Złość w niej narastała, choć nie potrafiła w pełni ulokować jej źródła - może to fakt tego, że miała tkwić z nim w jednej przestrzeni przez nieokreśloną ilość czasu, a może zwyczajnie świadomość tego, że czas nie był po ich stronie - nie wiedziała, ile go mieli, ale z pewnością, kurwa, mało.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jest jesień, a tych chmur jest w cholerę? - syknęła gdy wkroczył do środka, oczywiście, mokry jak pies, ignorując kompletnie temperaturę, ranę, którą miał na swoim boku i kurtkę, którą heroicznie jej zaoferował, a z której mógłby skorzystać przyozdabiając ich samochód liśćmi. - Równie dobrze możemy siedzieć tutaj cały dzień, a przynajmniej póki nie padnie bateria i ogrzewanie, i zamarzniemy tu w nocy.
Dopiero teraz sięgnęła po kurtkę, którą wcześniej jej zaoferował - jakże szczodrze - z wyrazem determinacji na twarzy. Wyjście w las w tej pogodzie było, oczywiście, ryzykowne, ale ona była wyłącznie poobijana, nie straciła zbyt wiele krwi i zdołała w przeciągu ostatnich pięciu dni wypocząć odrobinę w motelach, tymczasem on był w opłakanym stanie nawet bez rany w swoim boku.
- Siedź tutaj sobie i czekaj - zawyrokowała, chwytając kurtkę i otwierając drzwi zamaszystym ruchem. - Ja załatwię telefon.

Robin Visser
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał dostać co najwyżej spojrzenie pełne politowania. Może komentarz o poziomie żartu, który przyszedł mu do głowy po pięciu dobach w samochodzie i jednej kuli w boku. Był nawet gotów przyjąć, że Navarro znów nazwie go idiotą, jeśli przy okazji przestanie przez moment patrzeć przez szybę tak, jakby chciała zobaczyć coś dalej niż drzewa i ścianę deszczu.
Zamiast tego dowiedział się, że była jesień.
Przez chwilę wycierał wodę z włosów, słuchając, jak tłumaczy mu chmury, noc i akumulator. Nie planował spędzić w tym aucie reszty życia i zakładać nowej cywilizacji. Nie planował nawet czekać do rana, jeśli ulewa osłabnie na tyle, by mogli zobaczyć, gdzie stawiają nogi. Oczywiście, że mogli zostać znalezieni. Oczywiście, że samochód zużywał paliwo. Stał przed chwilą na deszczu, wrzucając na niego gałęzie właśnie dlatego, że nie chciał ułatwiać tamtym roboty, ale najwyraźniej zrobił to bez udziału myślenia, zupełnym przypadkiem.
Prawie jej przerwał. Powstrzymał się, bo ona z kolei naprawdę musiała myśleć o przejściu granicznym, a on zjechał z drogi bez pytania jej o zdanie. Gdyby mu powiedziała, że nie chce czekać, mógłby się z nią o to pokłócić. Był gotów się pokłócić.
Tyle że nie spytała, jak długo zamierzał tu siedzieć. Chwyciła kurtkę, którą jeszcze chwilę wcześniej odepchnęła z powrotem na jego kolana, otworzyła drzwi i oznajmiła, co on ma robić, podczas gdy ona załatwi telefon.
Siedź.
W samolocie słowo miało jakiś sens. Nie chciał wtedy nawet patrzeć na własny bok, a ona trzymała w dłoni igłę i była jedyną osobą, która mogła cokolwiek z nim zrobić. Później próbował wstać, zakładając, że jego nogi nadal będą działać tylko dlatego, że do tej pory działały. Nie działały szczególnie dobrze. Mogła mu to wypominać do końca tygodnia, jak będzie miała ochotę.
Ale teraz siedział. Sam wybrał, żeby siedzieć, przeczekać najgorszą ulewę i nie zatrzymywać człowieka, którego telefon mógł im się przydać, choć pewnie niekoniecznie w tej chwili. Pięć minut temu chciała pilnować, żeby nie zrobił dziadkowi krzywdy, więc odpuścił cały pomysł, zanim jeszcze zdążyła wyjaśnić mu, co planowała zrobić zamiast niego. A teraz jej plan zakładał wyjście w deszcz i zdobycie dokładnie tego samego telefonu.
Woda spłynęła mu po nadgarstku, pod rękaw koszuli.
Był przyzwyczajony do tego, że ludzie mu nie ufali i słusznie zresztą. Po tym, jak przycisnął ją do samochodu na stacji benzynowej i próbował odebrać jej kluczyki, trudno było wymagać, żeby bez oporu oddała mu każdą następną decyzję. Sam również podejmował je za nią i nadal zdarzało mu się uznać własną ocenę sytuacji za ważniejszą od tego, czego chciała. Nie zamierzał teraz udawać, że było inaczej.
Ale nieufność do niego jako człowieka była jedną rzeczą. Ten ton i sposób, którym poprawiała go za każdym razem, gdy otwierał usta, był czymś innym.
Najgłupszy facet, jakiego znała. Jego plany były zjebane.
Kiedy jechał za nią, nie prosiła go o to; kiedy znalazł ją w samolocie, nie miał żadnego planu. Kiedy chciał się ruszyć, miał siedzieć. Kiedy wreszcie sam zdecydował, że tym razem lepiej się nie ruszać, ona musiała pójść i załatwić sprawę, bo przecież on siedział.
Przez sekundę usiłował jeszcze znaleźć sposób, by odpowiedzieć wyłącznie na jej argument o deszczu. Nie znalazł. Właściwie wcale już go nie szukał.
— Przestań w końcu mówić do mnie, jakbym od tygodnia potrzebował nadzoru, żeby nie wsadzić widelca do kontaktu — wycedził, wysięgając w jej stronę by zatrzasnąć drzwi. Rana pociągnęła boleśnie, więc tylko mocniej zacisnął zęby. Dopiero gdy wypowiedział to na głos, poczuł, ile innych zdań siedziało za nim. Powinien był na tym poprzestać. Cóż. — Powiedziałem, że nie bierzemy telefonu tutaj, bo uznałem, że blisko granicy i tak lepiej nie zostawiać świadka. A ty wracasz do tego pieprzonego telefonu, każesz mi siedzieć i tłumaczysz, że za oknem są chmury. — Urwał na moment, zerkając ku szybie, za którą deszcz rozmywał położone najbliżej drzewa. — Widzę je, Navarro. — Warknął ironicznie, od razu podejmując. —Co mam zrobić, żebyś raz założyła, że wiem, co robię? — spytał, wracając do niej wzrokiem. — Pojawienie się w samolocie – głupie, próba ucieczki przez tunel – głupia, Meksyk – głupi, przeczekanie deszczu – głupie, odpuszczenie na razie telefonu – głupie. — Wymieniał, choć przykładów przez ten nieszczęsny tydzień naliczył znacznie więcej. — Kiedy robię coś na własną rękę, jestem idiotą, bo powinienem pomyśleć. Kiedy myślę i odpuszczam, też źle, bo najwyraźniej ty musisz to zrobić za mnie. Nie chcesz czekać, to mi powiedz. Mam spierdalać to też mi powiedz. A jak masz inny plan, to go przedstaw. Ale przestań zaczynać każdą rozmowę od poprawiania mojego, zanim w ogóle usłyszysz, jaki był.
Nie chodziło nawet o to, że chciał, by przyznała mu rację. Wiedział, że niektóre z jego decyzji były chujowe. Wszedł do samolotu z planem, którego sporą część musiał wymyślać dopiero wtedy, gdy drzwi zatrzasnęły się za plecami, i skończył z kulą w boku. To się wydarzyło. Tylko że przez całe te lata nie dożył swojej pozycji dlatego, że ktoś stał za nim i przypominał, kiedy ma uważać. Rozpoznawał ludzi, którzy próbowali go wykiwać. Potrafił ocenić, kiedy należało wziąć ryzyko na siebie, a kiedy zostawić cudzy telefon w spokoju. Navarro mogła uważać go za skurwysyna, potwora, kogokolwiek chciała. Nie musiała robić z niego półgłówka przy każdej sposobności.
Przełknął resztę, bo właśnie usłyszał, jak blisko znalazł się wyliczania jej wszystkiego, co dla niej zrobił. Nie prosiła go o większość tych rzeczy, chyba nawet o żadną. Sam wlazł do bagażnika, sam poszedł za nią do samolotu. To, że teraz siedział w samochodzie postrzelony, nie było rachunkiem, który zamierzał położyć jej na kolanach. Ale to, w jaki sposób traktowała go przez cały ten czas zaszło mu za skórę. Utwierdził się tylko w przekonaniu, że poskładała go do kupy, bo był jej potrzebny.
— Mam cię, kurwa, dość, kiedy tak do mnie mówisz — powiedział, szorstko, bez podnoszenia głosu. — Nie musisz uważać mnie za dobrego człowieka. Ale chociaż raz mogłabyś nie zakładać z góry, że jestem debilem.
W końcu puścił kierownicę. Na skórze dłoni zostały mu drobne ślady od jej przetartego szwu, które zniknęły, kiedy rozprostował palce.
— A jeśli już koniecznie chcesz mnie uczyć samochodów, to silnik nadal pracuje. Alternator ładuje akumulator. Ogrzewanie korzysta z ciepła silnika. Siedząc tu, spalamy paliwo. I tak, wiem, że ten gruchot może zdechnąć. — Spojrzał na nią spod ściągniętych brwi. — Nie musisz mi tłumaczyć, że będzie zimno, jeśli tak się stanie, obiecuję, że zorientuję się sam. Ale na razie zimno, to jest kurwa tam
oh well
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bolesny grymas, który przemknął przez jego twarz gdy wyciągnął rękę do drzwi sprawił, że coś przewróciło się w jej żołądku. Syknęła wściekle, wypowiadając jego nazwisko w sposób, który przychodził jej najbardziej naturalnie - nawet w tym mogłaby dopatrzeć się głupoty, niepotrzebnego nadwyrężania szwów, które tak pieczołowicie mu zakładała. Nie wyskoczyli na zewnątrz z apteczką. Nie mogłaby naprawić tego, co zepsuje ze swoim ciałem teraz.
Potok słów, który wylewał się z jego gardła sprawił, że mimo wszystko tkwiła w swoim fotelu, jej plecy znów wtuliły się w jego oparcie, dłoń zsunęła z klamki drzwi prowadzących na zewnątrz. Złość wzbierała w niej niczym fala i z początku próbowała jej się oprzeć.
Z początku próbowała to sobie zracjonalizować.
Bo może faktycznie była zbyt ostra. Może faktycznie zbyt krytycznie podchodziła do osoby, która oferowała jej pomoc. Może Visser nie zasługiwał na to, w jaki sposób był przez nią traktowany.
A później wróciła woda. Ironiczne mam nadzieję, że umiesz pływać, powtórzone dwukrotnie. Jego ciało przyciskające ją do samochodu, jej nadgarstek wykręcony w nienaturalnym kącie, jego palce zaciśnięte na jej karku.
Ostre słowa uraziły tego samego mężczyznę, który z satysfakcją wyjawiał jej, że ją zamorduje.
- Ty widzisz w sobie debila? - warknęła, jej wzrok uparcie wpatrywał się w strużki deszczu spływające po masce samochodu. - Ostatnio gdy sprawdzałam, to nie ty poświęciłeś swoje życie robocie, która postanowiła cię wychujać, ale nie przed tym, gdy wysłała cię na trzy i pół roku do gniazda węży i kazała się zmienić w jednego z nich.
Złość rozlewała się po jej ciele, uniosła jej ręce i tym razem faktycznie skrzyżowała je na jej klatce piersiowej. Gdzieś pod spodem, jej palce kurczowo wczepiły się w materiał bluzki, otarły o wszystkie schowane pod spodem siniaki, byle tylko znaleźć w czymś chwyt.
- To nie ty wylądowałeś na ziemi z kulą w ciele za samo robienie tego, czego od ciebie oczekiwano. - w jego głos zakradło się drżenie. - To nie ty zostałeś później skazany na towarzystwo wyjątkowego dupka z najwyraźniej niską samooceną, który obiecał ci, że cię zabije i wpierdolił cię do wody nie raz, a dwa razy - prychnęła, jej wzrok zsunął się na desce rozdzielczej tego starego grata i kratce, z której wydostawały się obietnice ciepłego powietrza. - I to nie ty porzuciłeś wszystkie swoje przekonania wypuszczając tego dupka wolno po to, by wrócił i uratował ci dupę, zresztą po raz kolejny. - Jeśli któreś z nich było tą osobą, która nie potrafiła zrobić niczego dobrze, nie byłby to on. Visser był tak naprawdę jedynym z ich dwójki, który cokolwiek osiągnął, przy okazji traktując ją jak gówno na każdym kroku. - I to nie ty zawdzięczasz swoje życie temu dupkowi, któremu zrujnowałeś jego własne.
I miał wszelkie prawo po tym, co mu z r o b i ł a. To było w tym wszystkim najgorsze. Jedyną szansą na jej przetrwanie nie było doświadczenie, które zdobyła przez lata swojej pracy pod i bez przykrywki. Nie jej umiejętności, nie jej zaradność, nie fałszywe poczucie samowystarczalności, ale jedna osoba, która powinna być jej katem, a która z jakiegoś chorego powiązania wyjątkowo odkładała zakończenie jej żywota na później.
- Kto z nas jest debilem, Visser? - wycedziła, jej głowa wreszcie odwróciła się w stronę mężczyzny, wzrok przemknął po jego sylwetce. Kurtka leżąca na jej kolanach nagle wydawała jej się idiotyczna, ale jakiś zryw w jej sercu nadal pragnął sięgnąć do klamki i wyjść na zewnątrz.
Byle tylko tu nie siedzieć.
Jej klatka piersiowa uniosła się w gwałtownym wciągnięciu powietrza. Nie mogła z nim tutaj tkwić. Nie mogła o tym rozmawiać. Nie mogła analizować każdego aspektu jej rozpadającego się życia z osobą, według której na ten rozpad właśnie zasługiwała.
Potrzebowała o d d e c h u.
- Lo único que hago es huir, morir y ser salvado por ti. - jej ciało zadrżało, dłonie mocniej wczepiły się w ciało. - Necesito hacer algo, no puedo quedarme aquí sentado.

you're right but you're wrong
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrzył na nią, w milczeniu słuchając.
Zdążył już ułożyć w głowie kolejną złośliwość, coś o tym, że może przynajmniej telefon pozwoli jej poczuć się przez pięć minut jak jedynej osobie w tym samochodzie, która potrafi podjąć decyzję, ale po tym, co usłyszał, nie miał ochoty jej wypowiedzieć. Po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że gdy mówiła mu, żeby siedział, sama mogła zwyczajnie nie umieć usiedzieć w miejscu. Bo kiedy stawała do czegoś pierwsza, przynajmniej nie musiała znowu czekać, aż ktoś zdecyduje za nią i okaże się, że wybrał źle.
Mógł teraz odpuścić.
Powiedziała mu więcej, niż pewnie zamierzała, a on nie był głuchy.
Tylko że przez pięć dni też nie był głuchy, ilekroć słyszał, że ma się nie ruszać, że ma czegoś nie zrobić, bo ona zajmie się tym sama. To, że zaczynał rozumieć, skąd się to brało, nie sprawiało, że łatwiej było tego słuchać. Szczególnie od niej. Szczególnie po tych tysiąc dwustu chuj już wie ilu dniach.
— Przez trzy i pół roku ani razu przede mną nie uciekałaś, Navarro. Współpracowaliśmy. Ty robiłaś swoje, ja swoje i kiedy coś się sypało. Tydzień temu zaczęłaś uciekać i od tamtej pory robisz to konsekwentnie każdego dnia. Ode mnie, od planów, od każdej decyzji, której sama nie podjęłaś. Przestałaś ze mną współpracować. Naprawdę nie widzisz, gdzie jest problem?
Nie dał jej odpowiedzieć. Nawet nie był pewien, czy chciał usłyszeć odpowiedź, skoro znał już tę, którą najpewniej dostałby w zamian.
Może znów usłyszałby, że nie prosiła go, żeby za nią jechał. Nie prosiła. To było prawdą i nie zamierzał udawać, że nagle o tym zapomniał. Wiedział też, jak wiele razy sam zdecydował za nią, gdzie pojadą, kiedy się zatrzymają i co zrobią dalej, czasem zanim zdążyła skończyć zdanie. Wcale nie dziwiło go, że miała mu to za złe. Drażniło go coś innego; że nawet wtedy, gdy cofał się o ten jeden krok, ona nadal mówiła do niego tak, jakby trzeba było pilnować, żeby nie zrobił następnego.
— Życie cię wyruchało, Navarro. Przykro mi. Naprawdę. Zdarza się, taki mamy piękny świat. Tylko mnie ktoś ruchał świadomie przez trzy i pół roku, patrząc mi przy tym prosto w twarz, a na końcu pokazał, że wszystko, co brałem za prawdziwe, nie miało nawet tego samego znaczenia po drugiej stronie. I popatrz, może nawet mamy więcej wspólnego niż ci się wydaje. — W końcu ona też wierzyła w coś; w słuszność misji, angażowała się, poświęcała, żeby na koniec skończyć z nożem wbitym w plecy. — Tylko jakoś nagle, kiedy ja próbuję grać według zasad, które nagle zmieniłaś, to ja jestem kawałem cwela, który grozi ci śmiercią, a ty po prostu pokrzywdzoną.
Zacisnął zęby, kiedy poczuł, że gardło ma ciaśniejsze, niż powinien od kilku głupich zdań wypowiedzianych w samochodzie. Nie chciał roztrząsać, ile z tego, co między nimi było, musiała robić dla swojej pracy. Potrafił znieść całkiem sporo nieprzyjemnych odpowiedzi, ale nie chciał o nie pytać w tej chwili.
— Wiem, wiem. Ty musiałaś. Ty miałaś rozkazy. Ty musiałaś udawać, że mi ufasz, udawać, że chcesz ze mną współpracować i udawać całą resztę. — Wyliczył, nieco znudzony tą śpiewką, którą usłyszał już na stacji. — Ja, kurwa, nie. Mnie nikt nie wysłał do ciebie. Nie dostałem rozkazu, żeby ci ufać. Nie współpracowałem z tobą dlatego, że ktoś mi za to płacił i nie trzymałem się ciebie przez trzy i pół roku, bo taki miałem przydział. Więc wybacz, że najwyraźniej przegapiłem pieprzone memo, w którym po twoim ujawnieniu miałem zacząć robić dokładnie odwrotnie.
Dopiero po ostatnim zdaniu dotarło do niego, jak daleko wyszedł poza to, o co zaczęli się kłócić. Jeszcze mógłby próbować sprowadzić wszystko z powrotem do telefonu, do ulewy albo do tego, czy samochód wystarczy im na noc. Nie zrobił tego. Zerknął na nią tylko przelotnie i odwrócił wzrok, zanim z jej twarzy zdołał wyczytać cokolwiek, czego potem nie będzie mógł odzobaczyć.
— Więc w takim razie pluj na mnie dalej jadem, nazywaj mnie idiotą, powiedz jeszcze dziesięć razy, że mnie nienawidzisz. Może za którymś wreszcie zrozumiem, że powinienem Ortega nigdy nie istniała i będę w końcu potrafił wyjebać z głowy trzy i pół roku tylko dlatego, że to było tylko twoje zadanie.
welcome to the 'who's the biggest moron?' contest
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia jak daleki był od sedna prawdy, a ona wcale nie powinna go w tej kwestii uświadamiać. Tak było prościej, łatwiej.
Prościej było założyć, że te trzy i pół roku było dla niej męczarnią, w której każdego dnia zagryzała zęby byle tylko dotrwać do końca. Że wszyscy ludzie poznani przez nią w kartelu byli złem wcielonym, które powinno znaleźć się za kratkami z przylepionym do swoich akt dożywociem. Że każde słowo, które skierowała w jego stronę jako Ortega było tylko sprytnie przemyślanym kłamstwem.
Świat byłby wtedy czarno-biały.
Lubiła, gdy był czarno-biały.
Dużo łatwiej jej się funkcjonowało w przekonaniu, że była tą dobrą, a on był tym złym. Z tej perspektywy miała niemal boskie uzasadnienie dla wszystkiego, co zrobiła - wszystkiego, co było złem koniecznym wymaganym do zgarnięcia kogoś dużo gorszego. Dużo prościej było jej porzucić życie, które nigdy nie było prawdziwe, w którym nie chowały się żadne relacje, których żałowała, żadne kontakty w telefonie, których wiadomości wywoływały w niej zbolałą reakcję.
Dużo prościej było ignorować fakt tego, jak ciężka była odznaka, wciąż tkwiąca w jej kieszeni - jak artefakt z życia, do którego miała wracać, lecz gdy wróciła w jego kierunku okazało się, że już przestało istnieć, tylko nikt jej o tym nie poinformował.
Ten układ był czymś, co pragnęła utrzymywać. Ł a t w i e j było znosić obecność Robina gdy w nim tkwili, gdy umacniał w nim pozycję, do której go wsadziła, wszystkimi złośliwymi słowami i agresywnymi gestami.
Łatwiej było przymykać oko na to wszystko, co kotłowało się w jej wnętrzu.
- Przepraszam, że założyłam, że moje aresztowanie cię zmieni coś między nami, Visser - prychnęła, sarkazm wtłoczył się do jej głosu jak jadowita bestia zupełnie innego rodzaju. - Za podstawę ku temu miałam tylko trzy i pół roku patrzenia, jak wieszasz ludzi, którzy cię zdradzili, nie mówiąc o twoim wybitnym podejściu do przedstawicieli prawa. Faktycznie, powinniśmy traktować się zupełnie normalnie po tym, gdy wbiłam w twoje plecy nóż.
Rzecz w tym, że w jakiś sposób nadal tak robili.
I choć chciałaby obrócić to w taki sposób, by spoczywało to bardziej po jego stronie, na każdy raz, gdy on wrócił się po nią, znajdowałaby własny. Kula w jej boku wylądowała wyłącznie dlatego, że zamiast wystrzelić w trzymającego ją mężczyznę, wystrzeliła w tego, który celował z broni do niego. Na stację benzynową zajechali wyłącznie dlatego, że pomimo jego wciśnięcia jej pod wodę, znalazłszy się w samochodzie ruszyła do niego.
Nie było w tym żadnego sensu, żadnej logiki. Tylko tysiąc dwieście dni lojalności i przywiązania, którego nie potrafiła się wyprzeć pomimo tego, że własnoręcznie tę więź przerwała.
- Jesteś idiotą - warknęła wściekle, jej głowa permanentnie już odwrócona była w jego kierunku choć ten ostentacyjnie patrzył w zupełnie innym kierunku. - Nie masz pojęcia o czym mówisz. Myślisz, że jestem jakimś pierdolonym robotem, który przez trzy i pół roku wypluwał ci to, co ktoś szeptał mi do słuchawki?
Jej dłonie zacisnęły się na materiale kurtki, całe ciało teraz przekrzywiło w bok, wyginając w jego stronę. Na materiale jej ubrań wciąż tkwiły plamy krwi - krwi należącej do niego.
- Myślisz, że każdy z tego tysiąca dni był dla mnie jakimś pieprzonym koszmarem, w którym odliczałam kiedy będę mogła założyć swoją odznakę z powrotem? - syknęła, ciężar na jej klatce piersiowej wzmagał wraz z naciskiem niewidzialnych szponów na tkwiące w klatce żeber płuca. - Nie dałam im nikogo innego.
Gorycz wylewała się z jej głosu, pchała ją naprzód, pochylając do przodu, wkraczając przestrzeń, w której znów czuła zapach jego perfum, tak, jak wcześniej wydobywający się z bagażnika pieprzonego samochodu, w którym tkwiła.
- Chcieli wszystkich twoich ludzi. Chcieli Lucíę, Mateo, Javiera, Camilę, Diega. Chcieli, żebym zamknęła każdego. - w miarę, jak złość wzbierała w jej ciele, jej głos rozbrzmiewał coraz niżej. Jej dłonie zaciskały się na materiale bluzki, wpijały w posiniaczoną skórę pod spodem, zahaczały o grube szwy na tkwiącej pod nim ranie. - Dałam im wyłącznie ciebie.

stupidity is not a right
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wszystko było udawane.
Robin zdążył już nauczyć się nie brać takich zdań za odpowiedź. Która część? Ta, w której zostawiała mu robotę, wiedząc, że ją wykona, czy ta, w której patrzyła mu w twarz i nie odsuwała się, gdy podchodził bliżej? Mógłby zapytać. Nawet otworzył usta, ale wtedy zaczęła rzucać doskonale znanymi mu imionami. Agencja chciała ich dostać. Ona wydała tylko jego.
Powinien chyba uznać, że oszczędziła jego ludzi. Ta informacja pewnie robiłaby na nim większe wrażenie, gdyby nie siedział z kulą w boku, kilkadziesiąt kilometrów od granicy, po ucieczce z samolotu, którym ktoś zamierzał dostarczyć ich do Meksyku.
Spojrzał na nią. Już przy tym ruchu coś pociągnęło go pod opatrunkiem, więc zatrzymał się, nim zdążył obrócić cały tułów. Przed chwilą miał rękę na klamce i zamierzał wreszcie wysiąść; teraz siedział w miejscu, słuchając o tym, komu jeszcze agencja chciała dobrać się do dupy. Ale to jego nazwisko znajdowało się na liście, jako jedyne, które Bianca zdecydowała się przekazać.
— I gdzie są teraz Diego, Mateo i cała reszta, których tak wspaniałomyślnie nie wydałaś? Mam się poczuć lepiej, bo spośród wszystkich to akurat mnie uznałaś za wartego wjebania? — Głos miał chropowaty od zmęczenia.
Nie zakładał, że wybrała go dlatego, że pozostali byli jej bardziej obojętni. Wiedziała, kim był, od początku chodziło przecież o niego, a to, że nie rozszerzyła swojej pieprzonej misji na każdego człowieka, którego spotkała przy okazji, mogło znaczyć parę różnych rzeczy. Nie wiedział, którą miał na myśli.
Nie wszystko było udawane.
Jakiś tydzień temu uwierzyłby jej bez sprawdzania. Teraz przypomniał sobie, jak kazała mu ją zostawić na stacji, co mówiła później, kiedy mimo to za nią pojechał, i jak przed chwilą znów postanowiła, że on ma siedzieć, a ona zrobi to sama. Potrafił zrozumieć, dlaczego po ujawnieniu nie chciała już przy nim zachowywać się jak Ortega. Nie rozumiał dlaczego skoro cokolwiek między nimi było prawdziwe, od tamtego dnia tak zawzięcie próbowała pozbyć się każdej pozostałości po tym.
Nie wszystko było udawane.
Nie dawało mu to spokoju o wiele bardziej niż fakt, że właśnie oświadczyła mu, prawdopodobnie dumna z siebie, że nie wjebała nikogo poza nim.
— Próbujesz mi jeszcze wmówić, że wcale wszystkiego nie udawałaś, Navarro, jakby nie wszystko było dla ciebie trzyipółletnią męczarnią, a od tygodnia zachowujesz się tak, jakbyś właśnie wyszła z piekła a największym problemem było to, że nadal nie potrafię zostawić cię w spokoju. Po czym dokładnie miałem poznać, że wcale nie tak źle wspominasz ostatnie trzy i pół roku? — Domyśl się, Visser. Domyśl się. — Już nie mówię o tym, że skoro przez trzy i pół roku patrzyłaś co robię ludziom, którzy mnie zdradzają i skoro tak świetnie wiesz jak traktuję zdrajców, to albo od początku wiedziałaś też, że ciebie traktuję inaczej, albo naprawdę nie masz za grosz żadnego instynktu samozachowawczego, bo od tygodnia stoisz mi przed twarzą, mówisz, że mnie nienawidzisz, nazywasz mnie idiotą albo zwyczajnym mężczyzną. Obrażasz mnie, prowokujesz, krytykujesz, traktujesz jak jebane ścierwo od dnia w którym dostałaś nade mną dozór i według ciebie to ja jestem cymbałem, z, jak to ujęłaś, najwyraźniej niską samooceną], który nie umie zrozumieć, że nie byłaś pierdolonym robotem.
Prychnął, ale do rozbawienia było mu daleko. Był wściekły. Ale to był inny rodzaj wściekłości; taki, którego nie potrafił prosto zidentyfikować czy powiązać z tą, która dotyczyła pracy dla kartelu czy wszystkim tym, co wiązało się z półświatkiem.
Absurdalne.
— I powiedz mi jeszcze, że to przez to, że nazwałem cię federalną suką i powiedziałem, że cię zabiję. Powiedz mi, że się mnie boisz. I powiedz mi, prosto w twarz, że naprawdę wierzysz, że zrobiłbym to t o b i e, Navarro.
go on
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Egocentryzm tego mężczyzny powinien być studiowany.
Zupełnie tak, jakby świat nie obracał się wokół Słońca, a wokół Robina Vissera. Wszyscy ludzie w jego życiu spełniali jakąś funkcję i jakąś rolę, a on, choć jednocześnie nienawidził jej za to, że go okłamała, oczekiwał od niej, że ta rola nie ulegnie żadnej zmianie. Dla niego z pewnością powinna porzucić wszystkie swoje przekonania, może nawet wyrzucić odznakę do kosza, przełknąć każdą rzecz, jaką jej zrobił i jakim był człowiekiem.
Wszystko dlatego, że on zadecydował, że między nimi nic się nie zmieni.
Nie było w tym żadnej logiki, tak samo jak zresztą w jego słowach. Patrzyła na jego obrażone oblicze z brwiami unoszącymi się coraz wyżej, usiłując dojrzeć gdzieś w tej wściekłości choćby odrobinę sensu, która przypominała gorące powietrze wydostające się z wywietrzników - zaledwie marną namiastkę.
- Ty byłeś moim celem. Nie oni. Nawet gdybym chciała wydać im kogokolwiek innego, chcieliby ciebie. Czy ty w ogóle kurwa słyszysz się, gdy mówisz? - warknęła w odpowiedzi, jej ręce rozłożyły się w bezradnym wyrazie. - Czy oczekujesz, że przez te trzy i pół roku powinnam zakochać się w twojej czarującej osobowości na tyle, żeby wyjebać swoją odznakę do kosza?
Niesprawiedliwość wszystkich jego słów stawała się bardziej nieznośna niż potencjał lodowatego deszczu po drugiej stronie samochodu.
Przykrywała grubą warstwą furii resztki poczucia winy, które zalegały w jej sercu wcześniej - poczucia winy związanego z każdym kłamstwem, które wypowiedziała. Problem polegał na tym, że choć w jego głowie z pewnością całość winy tkwiła w Biance Navarro, ona była wyłącznie posłańcem. Gdyby nie ona, ktoś inny przyszedłby wreszcie po Vissera i zrobił to samo, co zrobiła ona - może nawet w mniej subtelny sposób, nie poświęcając na to trzech i pół roku życia.
- Podsumujmy to sobie, Visser - syknęła, jej rozplecione dłonie zacisnęły się na kurtce, która tkwiła na jej kolanach. - Masz problem z tym, jak cię traktuję pomimo tego, że wróciłeś po mnie do samolotu - dedukowała, jak pieprzonemu dziecku, którym w tej chwili był. - Groziłeś mi, że mnie zabijesz. Nazwałeś mnie federalną suką. Nazwałeś mnie też dziwką, wyzywałeś od głupich jak but, a gdy to ja byłam ranna, obchodziłeś się ze mną jak z worem ziemniaków. To wszystko, jak rozumiem, ma iść w niepamięć, ponieważ po mnie wróciłeś.
Zrzuciła kurtkę z siebie, nagle zapominając o panującym wokół chłodzie. Gniew wypełnił jej żyły gorącem, które zaczęło z niej emanować tak, jak zwykle emanowało z niego.
- Ja też po ciebie wracałam - dodała wściekle, nim zdążył wejść w jej słowo, czego z pewnością bardzo pragnął. - Strzeliłam do osoby, która próbowała cię zabić, zamiast bronić siebie. Wróciłam się po ciebie samochodem, dałam ci broń do ręki, a kiedy byłeś ranny, okryłam cię pieprzonym kocem i zmyłam z ciebie krew.
W fotelu tkwiła już zwrócona całkowicie w jego stronę, choć mentalnie dawno znajdowała się za drzwiami samochodu. Furia rozgrzewała ją od środka, adrenalina skłaniała do działania nawet, jeśli racjonalność z tyłu głowy wciąż próbowała znaleźć w tym sens, jakby cokolwiek mogło przemówić mu do rozumu.
- Traktuję cię dokładnie tak, jak ty traktujesz mnie, ale z jakiegoś powodu ja mam cieszyć się z każdej rzeczy, jaką dla mnie robisz, gdy ty możesz napluć na wszystko ponieważ cię zdradziłam, a jednocześnie oczekiwać, że to nie zmieni niczego między nami - wycedziła, jej dłoń sięgnęła do klamki drzwi, głos załamał się od wściekłości, która z uporem usiłowała również pchnąć łzy do jej szklistych oczu, lecz nie pozwoliła im wydostać się na zewnątrz. - Nienawidzę cię, Visser. - klamka szarpnęła, gdy zamaszystym ruchem otwarła drzwi na oścież, wpuszczając lodowate powietrze do środka. - Wolę zdechnąć w tym lesie niż spędzić jeszcze chwilę słuchając o tym, jaką ty jesteś jebaną ofiarą tej sytuacji, którą ja być nie mogę, bo życie mnie wyruchało, cóż, bywa.
Wysunęła się z samochodu, zrzucając jakieś liści, które wcześniej idealnie kamuflowały jego bok. Z chłodem kąsającym jej wciąż rozgrzane ciało obeszła pojazd, zatrzymując się po jego drugiej stronie by ze wściekłością zetrzeć gorące strużki spływające po jej twarzy.

princess
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Navarro była j e b n i ę t a.
Stwierdził to po raz pierwszy tydzień temu, być może trochę pod wpływem emocji.
Dzisiaj, choć nie sposób było powiedzieć, że żadne mu tym razem nie towarzyszyły, zgodził się z postawioną siedem dni temu tezą.
Miała chory sposób myślenia, chorą argumentację i, ogólnie rzecz ujmując, była po prostu chora. I żeby to była jakaś śmiertelna choroba, to jeszcze pół biedy. Ale wariatek na świecie było dużo i, niestety, bardzo długo się trzymały. Coś o tym wiedział, bo kilka takich w swoim życiu spotkał – jedne bardziej udane, inne mniej. Siedząca obok niego akurat zaskoczyła go tym, jak szybko można było się szajbą zarazić.
Bo przez chwilę naprawdę miał ochotę zacząć się zastanawiać, co miała na myśli, mówiąc, że nie wszystko było udawane.
Ale tylko przez chwilę.
Potem przypomniał sobie, że równie dobrze mógłby zacząć od ustalenia, co w ogóle zaliczała do udawania. Trzy i pół roku było wystarczająco długim okresem, żeby uzbierać trochę rozmów, wspólnych decyzji i całej masy drobiazgów, które dopiero teraz zaczęły wydawać się podejrzane. Nawet nie tych ważnych, tylko właśnie tych najmniejszych, bo jeśli planowała każdą ich rozmowę, to po cholerę miałaby wkładać tyle wysiłku w rzeczy, na które nikt poza nim nie zwracał uwagi? W wybór jebanej pizzy, chociażby.
Zdecydowanie łatwiej byłoby usłyszeć, w końcu zrozumieć, że Ortega nie istniała. Miałby przynajmniej jasność, co zrobić ze wszystkim, co zapamiętał. Teraz Bianca zostawiła mu do rozstrzygnięcia, które wspomnienie należało do niej, które do jej pracy, a przy którym obie wersje spotkały się gdzieś pośrodku.
Szajbuska.
Pozwalał jej wylewać na siebie tę nienawiść. Strasznie prosto przychodziło jej rzucanie tak ciężką artylerią. On nawet o ponad połowie swoich wrogów nie mówił, że ich nienawidzi, a jedynie, że go wkurwiali lub po prostu nie lubił. Zachował na szczęście jeszcze tyle zdrowego rozsądku, aby nie spytać czy przypadkiem jej się okres nie zaczął, że jest taką pizdą. Raz w życiu spróbował.
Usłyszał ruch przy drzwiach pasażera, potem szum ulewy zrobił się na moment głośniejszy. Nie zatrzymał jej.
Powiedział już dzisiaj stanowczo za dużo. Jego pytanie zostało bez odpowiedzi, co rezonowało właśnie w jego czaszce. Cała reszta, którą wykrzyczała, spędzała teraz czas na kwarantannie, zanim jego umysł będzie mógł przyjąć informacje i poukładać.
Wysiadł dopiero po chwili. Oparł dłoń o ramę drzwi, kiedy prostowanie się pociągnęło ranę, przeczekał ten krótki, nieprzyjemny moment i zamknął samochód za sobą. Deszcz natychmiast dostał się za kołnierz, zrzucając na jego skórę tyle samo kojący chłód co i irytujące uczucie ubrań lepiących się do niej.
Kurtkę, która była jak biedne, straumatyzowane dziecko dwójki rodziców walczących o rozwód, zebrał z podłogi w samochodzie po stronie pasażera jeszcze chwilę przed tym.
Odruchowo zerknął w stronę Navarro i rzucił w nią zwiniętym materiałem, powodując że ten rozpłaszczył się i rozwinął na czubku jej głowy. Odwrócił się od niej ignorując dalsze poczynania niechcianego, materiałowego pasierba z kapturem.
Ręce wsunął do kieszeni, choć niewiele to pomogło na chłód. Wiedział, którędy mniej więcej jechali i co zamierzał zrobić po ustaniu ulewy; wiedział którędy w stronę granicy i potrafił oszacować ile godzin to było w marszu. Zatrzymał tę wiedzę dla siebie. Nauczony lekcją wykrzyczaną w samochodzie lub z czystej złośliwości – a może z jednego i drugiego, zdecydował się podążać po prostu za nią.
Jak jebany smród. Którym w rzeczywistości był, biorąc pod uwagę, jak kiepsko wyglądała jego relacja z prysznicem przez ostatnie dni, pomijając kilka krótki romansów z umywalką podczas postojów. Nic zobowiązującego.
Z a b i ł b y za paczkę fajek.
Trzeba było się posłuchać Navarro i wysłać ją do starego po telefon. I paczkę fajek.
Trzeba było posłuchać Navarro.
Odjebało mu chyba.
psycho
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pewnym sensie mu zazdrościła.
Wiedziała, że Visser nie posiadał wystarczająco rozwiniętego ośrodka moralności by przeszkadzała mu jego własna praca. Ścierał krew z własnych rąk jakby była błotem, w którym przypadkiem się utaplał. Wydawał rozkazy nie zważając na to, jakie reperkusje to mogło mieć dla ludzi, których dotyczyły.
Dla niej trzy i pół roku były, pod pewnymi względami, ciągłym odwracaniem wzroku, zaciskaniem ust wtedy, gdy pragnęła zaprotestować. Było konsekwentnym odmawianiem celowania w korpus czy głowę drugiej osoby, wychodzeniem wtedy, gdy ktoś był przywiązany do krzesła i przesłuchiwanym. Musiała mierzyć się ze świadomością tego, że wyrządza ludziom krzywdę i wrzucić to w koszt większego dobra, jakim było zamknięcie człowieka, który był za to odpowiedzialny.
Teraz to nie miało żadnego znaczenia.
Teraz przez trzy i pól roku nabierała wprawy w byciu szkodą dla społeczeństwa, i nie była w stanie odkupić tego zamknięciem Vissera w areszcie.
Zazdrościła mu również w reperkusjach tego wszystkiego.
Z jego perspektywy nie zrobił niczego źle, poza zaufaniem złej osobie. Z jego perspektywy, prostej i nieskomplikowanej, został zdradzony przez kogoś, kto był mu wrogi, był więc faktycznie o f i a r ą.
U niej wszystko było pomieszanie na tysiące sposobów.
Jednocześnie była tą dobrą i tą złą. W jednej sekundzie była Ortegą, przygarniętą przez zupełnie inną rodzinę, która poza ciemną stroną miała również tę jasną. W następnej wracała do znajomych twarzy w agencji, wydając człowieka, z którym spędzała ostatnie miesiące, z którym była blisko.
W jeszcze kolejnej leżała wśród odłamków szkła na podłodze z trupem u swoich stóp. Trupem, który należał do jej agencji, a zarazem do wysłanych do ich mieszkania katów.
Nie potrafiła się w tym odnaleźć.
Nie wiedziała, czy bardziej powinna czuć rozżalenie, wściekłość czy poczucie winy. Visser nie był zły, nie był też dobry - tak samo jak kartel, tak samo jak agencja, tak samo jak ona sama, tkwiąca gdzieś pośród tego, wirująca w otchłani tysiąca sprzecznych emocji.
Deszcz był kojący w swoim chłodzie.
Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, unosząc twarz w stronę chmur. Ciężkie krople uderzały o jej skórę, zmywając ślady wściekłych łez. Miała względne pojęcie tego, ile powinna iść - przede wszystkim jednak planowała iść do przodu, iść dalej, jak najdalej od niego, ale i od ciężaru wypowiedzianych przez niego słów.
Uderzenie ciężkiego materiału o jej głowę skwitowała z wściekłym syknięciem. Chwyciła kurtkę, odwracając się, ciskając kurtkę z powrotem w stronę miejsca, z którego nadeszła. Równie dobrze on mógł ją nosić. Dla niego go ukradła zabrała.
Schowane za wysokimi czubkami drzew i ciężkimi chmurami słońce przekształcało cały świat w odcienie szarości. Las z każdej strony wyglądał dokładnie tak samo i za każdym metrem pokonanym w szybkim marszu dostrzegała coś, co wyglądało jak przejaśnienie między drzewami, a co w praktyce okazywało się - szokujące - jedynie kolejnymi drzewami.
Rytmiczność kroków pozwalała jej odnaleźć namiastkę spokoju.
Adrenaliny wystarczyło jej na kilkadziesiąt, może kilkaset metrów naprzód. W tak powtarzalnym terenie nie miała pojęcia, czy idzie minutę, pięć, czy pięćdziesiąt - grunt, że szła naprzód, aż gorąco z jej wnętrza wyparowało, a uderzenia zimnych kropel stały się mniej kojące, bardziej lodowato zimne.
A on wciąż gdzieś tam był, z tyłu.
Słyszała chrzęst liści i pękających gałęzi pod jego butami. Ruszenie za nią w las nie stało nawet blisko wskoczenia do wrogiego samolotu i jego przejęcie, a jednak każdy ten chrzęst, który słyszała, łamał coś w jej wnętrzu, odzierając ją ze złości.
Najbardziej egocentryczny człowiek na świecie nie potrafił zostawić jej w spokoju nawet, gdy wyraźnie tego pragnęła. Powinna się odwrócić, wetknąć palec w jego klatkę piersiową i uświadomić mu dosadnie, że nie żałowała żadnego z wypowiedzianych przez siebie słów.
Zamiast tego zwolniła kroku, aż znalazł się bliżej niż dalej.
- Dziękuję - powiedziała cicho, z dłońmi oplecionymi uparcie wokół swoich poobcieranych ramion, wzrokiem utkwionym w las. - Za to, co dla mnie zrobiłeś.

but cute?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”