36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak wiele lat minęło od kiedy mieszkał na dłużej gdziekolwiek poza Toronto, że przestał dostrzegać te miastowe anomalie jako anomalie. Spostrzeżenie Wheeler wyrwało więc z niego lekkie parsknięcie rozbawienia. -Nie da się zaprzeczyć. – Byli otoczeni wielkimi budynkami, i sami w jednym mieszkali, zjazdy i wyjazdy na wyższe piętra zajmowały wystarczająco czasu, aby wykonać solidną wymianę smsów. Ile czasu spędzał na używaniu windy, gdy przyjeżdżał do klientów zawsze starając się zabrać jak najwięcej sprzętu za jednym razem, żeby tylko ominąć dodatkowych wycieczek. Takie były uroki Toronto, które dla niego niezaprzeczalnie było domem. Więc jak każdy miał swoją krytykę, że ruch był za duży, że czasami było zbyt głośno, że znowu wjechał w tą samą dziurę w drodze co tydzień temu. Ale jak rodzinie wybaczało się ich przewinienia tak Bryce traktował swoją relację z tym miastem. Mimo krytyki nie chciałby mieszkać nigdzie indziej. Tutaj była jego rodzina, tutaj miał tak wiele swoich kluczowych wspomnień i wiele możliwości na to by ugasić swoją ciekawość w praktyczny sposób. Mógł wybrać się na otwarte wykłady na uniwersytecie, mógł chodzić do tylu muzeów ile jego dusza zapragnęła czy znaleźć kurs o włoskich drinkach. To było wygodne.
-Jestem wzrokowcem, także musiałbym go najpierw zobaczyć, ale pewnie. – Odparł pewnie, z uśmiechem majaczącym się w kącikach ust. Teraz nie mógł się wycofać, zwłaszcza, że dosłyszał się tego przekąsu w jej tonie, co on zinterpretował jako wyzwanie, więc jak mógłby się go nie podjąć? Możliwe, że przeceniał swoją umiejętność skupienia się na jednej rzeczy przez dłuższy czas. Doskonale wiedział, że była to relacja bardzo kapryśna i niekoniecznie grająca pod jego dyktando, ale tego nie musiał zdradzać w tej ich sąsiedzkiej pogawędce. -Mam nadzieję, że jest chociaż trochę pasiasty. – Dodał, po chwili zastanowienia.
Jego ciało wydawało się nie rejestrować powagi sytuacji. Był zaniepokojony, w taki sposób w jaki człowiek próbujący wcisnąć kluczyk do drzwi i żaden z kolekcji do niego nie pasuje, więc powoli zdaje sobie sprawę, że chwycił nieodpowiedni zestaw. To jednak, że znajdowali się w tak małym pomieszczeniu przeszkadzało mu w koncentracji. Podobnie jak Jennifer doświadczał zwężania się ścian mimo iż logiczny umysł wiedział, że to niemożliwe. Chociażby z tego powodu miał ochotę pozostawić swoją latarkę nadal włączoną, ale nie byłoby to rozsądne.
-Jest dzwonek. – Potwierdził i przycisnął guzik na swoim zegarku, aby podświetlić tarczę. -Dajmy… może z minutę. – Już skrócił ten czas z wcześniejszych pięciu minut, wszystko mogło wrócić do normy lada moment. Był o tym przekonany. Tylko w filmach sceny w windach rozciągały się przez całe dnie, i dla dramaturgi ludzie musieli sami wydzierać się ze szpon metalowych potworów, kiedy pomoc nie nadchodziła. Było to tak nieprawdopodobne, że nie mógł uznać tego za opcję.
Słyszał jej miarowy oddech, szelest jej kurtki gdy przesuwała się z nogi na nogę. Sam był nagle nader świadomy ile dźwięku generowały jego najmniejsze gesty. Dłoń wsuwająca się do kieszeni, czy ciężkie westchnięcie na beznadziejną sytuację. Na razie tylko beznadziejną, dopóki nie stało się oczywistym, że to nie był tylko problem z ich windą. Z jego palców odpłynęła krew pozostawiając po sobie chłód, który Bryce starał się zakryć drugą dłonią ściskając je razem. Widział wkradającą się desperację z jaką kobieta wpatrywała się w telefon.
Nie dobrze.
Przełknął ślinę. - Pewnie tak. – Skrzywił się, przekręcając głowę w bok.-Nie wiem tylko… – Urwał, bo nie chciał jej jeszcze dodatkowo martwić. -Najlepiej zadzwońmy. Połączenie alarmowe z windy powinno być niezależne od innych systemów i powinno działać mimo braku prądu. – Mówił rzeczowo, nie pozwalając własnym myślom dojść zbytnio do głosu.
Mimowolnie zerkną na górny panel gdzie jeszcze niedawno wyświetlała się ich ostatnia znana pozycja. -Dziewiąte. Jesteśmy gdzieś w okolicach dziewiątego piętra. – Nie sposób było jednak powiedzieć, czy byli na samym początku tego piętra, w połowie czy już prawie na dziesiątym.
Z tą informacją wcisnął guzik, a kabina wypełniła się surowym sygnałem telefonicznym. Zajęło im kilka długich połączeń nim w końcu ktoś odezwał się po drugiej stronie. -Serwis Eletsafe, w czym mogę pomóc? – Kobiecy głos był profesjonalnie uprzejmy, ale słychać było w nim nutę napięcia.
Bryce mimowolnie odetchnął z ulgą, słysząc czyiś głos. -Cześć… – Zaczął spokojnie i podał ich konkretny adres. -Jesteśmy w północnej klatce schodowej, we dwójkę, gdzieś koło dziewiątego piętra i stoimy w miejscu.
-Rozumiem… – Przeciągnęła słowo. -Przepraszam, że muszę to państwu powiedzieć, ale dostajemy wiele zgłoszeń dookoła miasta. Spisałam państwa lokalizację i powiadomię straż pożarną, ale niestety nie mogę powiedzieć kiedy się do państwa dostaną.
Mimowolne. -Co? – Wyrwało mu się z ust.
-Bardzo przepraszam, ale z tego co rozumiemy to całe Toronto straciło elektryczność. Czy ktoś z was ma problemy z sercem? Lub jest w ciąży? Czy potrzebuje nagłego dostępu do leków?
-Uh, ja nie… – Zerknął w kierunku sąsiadki. Oczy coraz lepiej przyzwyczajały się do ciemności i mógł lepiej dostrzec jej sylwetkę, a nawet na jakiej wysokości znajdowała się jej twarz. W pewnym sensie to może i lepiej, że nie mógł odczytać jej dokładnego wyrazu twarzy, ani ona jego. Tak wyraźnie widać było, że mężczyzna powoli zdawał sobie sprawę jak bardzo mają przechlapane. A co gorsza docierało do niego, że naprawdę niewiele mogli w tej sytuacji zrobić. Szanse na to, że udałoby się im otworzyć drzwi były minimalne, a w dodatku musieliby znaleźć się wystarczająco blisko faktycznego piętra, aby wydostać się na korytarz. W dodatku nie mogli nawet porozumieć się z nikim na zewnątrz, sprawdzić jak mają się ich bliscy, czy byli bezpieczni. W ogóle nie mogli sprawdzić co działo się w całym mieście. Ich jednym oknem na świat był alarmowy guzik i połączenie z firmą Eletsafe.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Ginny uśmiechnęła się lekko i uniosła brew, przez moment rzeczywiście zastanawiając się, czy Bryce miał choćby mgliste pojęcie o tym, o czym przed chwilą mówiła. Barciel pszczołowiec był przecież całkiem łatwy do rozpoznania, przynajmniej dla kogoś, kto wiedział, czego szukać. Pasiasty odwłok nie pozostawiał tu szczególnie wiele miejsca na interpretację. Z drugiej strony nie miała powodów oczekiwać od przypadkowego sąsiada znajomości entomologii, więc być może jego deklaracja o byciu wzrokowcem była po prostu próbą uprzedzenia jej, że potrzebował najpierw zobaczyć stworzenie, zanim zdołałby wyrobić sobie na jego temat jakiekolwiek zdanie.
– Ma paski... – odpowiedziała z rozbawieniem, jeszcze zanim zdążyła się powstrzymać. – Więc trafiłeś.
Przez chwilę było w tym coś zupełnie zwyczajnego. Nawet zabawnego. Ginny niemal automatycznie zaczęła układać sobie w głowie, co mogłaby mu powiedzieć, gdyby rzeczywiście chciał posłuchać. Mogłaby wyjaśnić mu, dlaczego barciel pszczołowiec wcale nie musi wyglądać jak coś szczególnie interesującego dla laika, a mimo to ma całkiem fascynujący cykl rozwojowy. Mogłaby opowiedzieć o tym, jak jego larwy wykorzystują gniazda innych owadów i dlaczego natura potrafiła tworzyć zależności znacznie bardziej skomplikowane niż większość ludzi była skłonna jej przyznać. Pomyślała nawet, że może po powrocie na górę rzeczywiście go o to zapyta. Ta myśl była niemal zabawnie normalna, biorąc pod uwagę, że właśnie siedzieli w zatrzymanej windzie.
Ciemność nie przyszła gwałtownie. Po prostu odbierała kolejne szczegóły, aż Ginny przestała być pewna, czy naprawdę widzi twarz Bryce’a, czy jedynie pamięta, gdzie mniej więcej znajdowała się chwilę wcześniej. W pewnym momencie zorientowała się, że znacznie łatwiej było jej określić jego położenie po dźwięku niż po wzroku. Szmer kurtki, cichy ruch buta, oddech, który w małej kabinie nagle wydawał się zaskakująco wyraźny. Wszystko to zaczęło nabierać większego znaczenia, niż powinno.
Może dlatego jego głos tak bardzo przykuwał jej uwagę. Bryce mówił spokojnie. Nie całkiem beztrosko, bo Ginny potrafiła wychwycić napięcie czające się pod rzeczowym tonem i słyszała drobne zawahania, których prawdopodobnie sam nie był świadomy. Mimo wszystko porządkował informacje, próbował myśleć o tym, co należało zrobić, i nie pozwalał sobie na całkowite poddanie się sytuacji. Ginny zauważyła, że sama zaczyna dostosowywać do tego własny oddech. To było irracjonalne, ale najwyraźniej potrzebowała czyjejś obecności, która nie podsycałaby jej własnego niepokoju.
Dlatego słowa kobiety z Eletsafe wytrąciły ją z równowagi bardziej, niż chciała pokazać. Ginny przez moment słuchała w milczeniu, próbując zrozumieć, co właściwie oznaczało wiele zgłoszeń z całego miasta. Dopiero kiedy padła informacja, że całe Toronto straciło elektryczność, odezwała się niemal odruchowo.
– Zaraz… jak to, w całym Toronto jest problem?
Nie zamierzała mówić tego na głos. Właściwie nie wiedziała, do kogo kierowała te słowa, ponieważ odpowiedź znała już kobieta po drugiej stronie i prawdopodobnie Bryce również. Była to bardziej próba wypowiedzenia czegoś, czego jej własny umysł nadal nie chciał przyjąć.
Całe Toronto.
Brzmiało to absurdalnie, kiedy zostało wypowiedziane w tak małej przestrzeni. Do tej pory awaria miała dla Ginny bardzo konkretny wymiar: zepsuta winda, zatrzymana kabina, kilka osób, które za jakiś czas przyjadą i rozwiążą problem. Nagle okazało się, że to tylko jeden element znacznie większej sytuacji, o której nie wiedziała właściwie nic.
Kiedy kobieta wyjaśniła, że rzeczywiście zgłaszano awarie w całym mieście, poczuła, jak coś nieprzyjemnego zaciska się w jej żołądku. Nie był to jeszcze strach, przynajmniej nie ten, który odbierał rozsądek. Było to raczej poczucie, że grunt pod nogami przesunął się o kilka centymetrów, chociaż przecież nadal siedziała dokładnie tam, gdzie przed chwilą.
Jej umysł natychmiast zaczął szukać konkretów. Jak długo to potrwało? Co stało się z komunikacją? Czy szpitale miały zasilanie awaryjne? Co działo się na ulicach? Czy działały telefony? Czy ktoś wiedział, jak rozległa była awaria? Tyle pytań pojawiło się naraz, że żadnego nie potrafiła naprawdę doprowadzić do końca.
Kiedy dyspozytorka zaczęła pytać o osoby z problemami kardiologicznymi, o ciążę i o konieczność przyjęcia leków, Ginny zorientowała się, że Bryce odpowiada przed nią. Przez chwilę słuchała jego głosu, a potem odezwała się własnym, starając się, żeby zabrzmiał możliwie normalnie.
– Nie... Nie potrzebuję leków. I nie jestem w ciąży.
Po tych słowach przez moment poczuła się niemal głupio. Informacja była przecież zupełnie zwyczajna, nawet jeżeli w tych okolicznościach zabrzmiała dziwnie. Kobieta po drugiej stronie nie pytała z ciekawości. Potrzebowała wiedzieć, komu będzie trzeba pomóc w pierwszej kolejności. Ginny doskonale to rozumiała, a jednak sama forma pytania zrobiła na niej większe wrażenie, niż powinna.
Bo nagle pojawiła się możliwość, że rzeczywiście będą potrzebować pomocy. Nie za pięć minut. Nie za chwilę. Może znacznie później. I właśnie ten brak pewności zaczął być trudniejszy do zniesienia niż sama awaria. Ginny zorientowała się, że od pewnego czasu zbyt mocno ściska telefon. Rozluźniła palce, ale niewiele to dało. Czuła przyspieszające tętno i nieprzyjemne napięcie gdzieś wysoko pod żebrami, które pojawiło się właściwie znikąd. Wiedziała, że nie brakowało jej powietrza. Wiedziała, że siedzenie w windzie nie oznacza automatycznie żadnego zagrożenia życia. Wiedziała, że straż pożarna została powiadomiona i że wcześniej czy później ktoś się zjawi.
Jej ciało nie było jednak szczególnie zainteresowane tymi argumentami. Ciemność sprawiała, że przestrzeń wydawała się mniejsza, niż była w rzeczywistości. Ginny wiedziała, że ściany pozostały dokładnie tam, gdzie znajdowały się wcześniej, a mimo to coraz wyraźniej czuła ich obecność. Metal za plecami, sufit nad głową, drzwi przed nią. Wszystko, czego wcześniej właściwie nie zauważała, nagle stało się czymś, o czym nie potrafiła przestać myśleć.
Spojrzała w stronę Bryce’a. Nie widziała jego twarzy wystarczająco wyraźnie, żeby powiedzieć, co dokładnie malowało się na jego twarzy, ale słyszała go nadal i to wystarczało. Jego spokój nie rozwiązywał sytuacji, ale działał na nią w sposób, którego sama nie potrafiła logicznie uzasadnić. Dopóki mówił rzeczowo, dopóty łatwiej było jej uwierzyć, że wszystko nadal znajduje się w granicach tego, co można naprawić.
– Czyli co, mamy tak siedzieć i czekać? A jak o nas zapomną?
W głosie słychać było wyraźniejsze drżenie. Oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy, chociaż w ciemności nie robiło to większej różnicy. Spróbowała skierować myśli gdzie indziej. Barciel pszczołowiec przyszedł jej do głowy niemal natychmiast, co wydało jej się jednocześnie absurdalne i kojące. Larwa, poczwarka, dorosły osobnik. Konkretne etapy, określony przebieg, coś, co miało początek i koniec i co można było opisać bez zostawiania miejsca na domysły.
Przez chwilę nawet pomyślała, że może właśnie dlatego jej umysł tak uparcie wracał do owadów. Tam wszystko miało swoją kolejność. Nie trzeba było zgadywać, co wydarzy się dalej. Tutaj nie wiedziała nic. Nie wiedziała, kiedy otworzą się drzwi, czy za godzinę, czy za trzy. Nie wiedziała, jak wygląda miasto po drugiej stronie ścian ani czy ktoś poza nimi w ogóle zdawał sobie sprawę, że utknęli między piętrami. Nie wiedziała nawet, kiedy wróci prąd.
36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Faktycznie, gdy kobieta powtórzyła te słowa… w całym Toronto w ciemności, gdy stali we dwójkę w relatywnie małej windzie, brzmiało to źle. Brzmiało gorzej niż jego pierwotny sposób odbierania informacji w powierzchowny sposób. Może w tym momencie pomagało mu, że jego mózg nie przetwarzał tej skali. Powód podany przez kobietę interpretował jedynie jako to – wyjaśnienie dlaczego strażakom może zająć dłużej, aby się do nich dostać. Powiązywał to jeszcze z najważniejszymi dla niego osobami poza windą, ale mimo wszystko była to pewnego rodzaju logiczna bańka i wcale nie chciał jej jeszcze przebijać. Na nic by się to zdało gdyby oboje zaczęli się tu hiperwentylować.
-Dobrze. Proszę zachować spokój, windy są bardzo stabilne, kiedy nie ma zasilania mechanizm się zatrzaskuje i nie drgnie. Proszę się też nie martwić o dopływ powietrza, mimo braku zasilania nie są państwo od niego odcięci, może się jedynie zrobić trochę duszno. Będę musiała teraz zakończyć połączenie, ale jeśli sytuacja zdrowotna po państwa stronie się zmieni proszę znowu nacisnąć awaryjny guzik.
-Okej. – Tyle był w stanie powiedzieć. Chciał oczywiście wiedzieć więcej, co dokładnie się stało, ile zgłoszeń straż pożarna już otrzymała, czy stało się coś bardzo poważnego co postawiłoby ich na końcu kolejki. Wątpił jednak czy kobieta mogłaby im podać takie informacje. Był pewien, że mieli jakieś szkolenie w którym mówili, że lepiej ludziom było zbyt wiele nie mówić, aby nie panikowali. Problem jednak był taki, że umysł nie lubił mieć takich wielkich luk, przestrzeń niewiadomych musiała być wypełniania, a kiedy nie było konkretów scenariuszy mniej i bardziej poważnych nie było końca.
Bryce stał jeszcze przed panelem z guzikami nawet gdy szelest połączenia z Eletsafe zamilkł. Coś w nim nadal nie zgadzało się z tym co usłyszeli. Chłód wspinał się dalej po jego ramionach, wpychając cały gorąc w jego klatkę piersiową. Wziął powolny, głębszy wdech starając się myśleć tylko o ich mniejszej sytuacji. Jedyne na czym mogli się skupić to, że byli w małym mieszczeniu i chcieli wydostać się na korytarz. Nad niczym innym nie mieli kontroli.
Odwrócił się do kobiety podążając za jej głosem. -Nie zapomną. – Zapewnił ją. -A nawet jakby spróbowali zapomnieć to zaczęlibyśmy wciskać ten guzik co pięć minut, żeby o sobie przypomnieć. – Ich jedyne połączenie ze zewnętrznym światem, ale za to było skuteczne.
-Będzie okej. – Stwierdził pewnie. -Chyba, że okażemy się dla siebie niemiłosiernie nieznośni. – Swoją dłonią wyczuł za sobą chłodną ścianę, której temperatury nawet nie zauważył. Zrobił pół kroku w tył i oparł się o nią plecami. Znowu odetchnął głębiej, chociaż wydech nieco zadrżał. Zacisnął swoją dłoń w pięść, i powoli ją otworzył. Powtórzył ten gest kilka razy skupiając się na każdym drobnym odczuciu skostniałych palców. Znowu zamknął jedną dłoń w drugą pocierając je razem.
-Więc…pszczołowiec bar.. barciel…? – Ewidentnie tą pszczelą część pamiętał z owada najlepiej. -Mogłaś przywołać na przykład jakiekolwiek innego owada, a padło na niego, dlaczego? – Zagadnął ją. Nie wiedzieli ile mieli spędzić tutaj czasu, więc jakoś będą musieli go sobie zająć, więc dlaczego nie zacząć by od naukowego wykładu? -I nie jest czarno żółto pasiasty, prawda? To by było zbyt… wygodne. – Dodał jeszcze, wcale nie żartował z tym swoim wzrokowym podejściem. Potrzebował rzeczy widzieć by je lepiej zapamiętywać, a gdy czegoś przez pewien czas nie widywał bardzo łatwo o tym zapominał. Tak jak teraz w ciemnościach kobieta mu umykała, a zmysł słuchu się nadwyrężał starając się nadrabiać słabości. Analizował każdą nutę jej tonu, nadsłuchiwał się czegoś lżejszego, desperacko chciał wręcz usłyszeć, że ta chociaż trochę się rozluźniła, że jego plan zadziałał i udało mu się odwieźć ją od myślenia nad ich losami i losami całego Toronto.
Sam też szukał jakiegoś ukojenia dla systemu nerwowego, dla napięć w całym ciele i dziwnego braku proporcji w temperaturze. Nie miał problemu z oddychaniem, ale jednocześnie jego organizm reagował tak jakby miał ciężar przyczepiony do klatki piersiowej. Potarł kark przymykając na chwilę oczy. Gdybym nie znaleźli się w tej absurdalnej sytuacji może nawet byłby już w drodze do swojego mieszkania, żeby wziąć drzemkę. Już po tym jakby sprawdzili czy ktoś otworzyłby im drzwi do mieszkania Claire. W tym wszystkim prawie zapomniał dlaczego w ogóle się tutaj znaleźli. Nadal będą pukać do drzwi sąsiadki gdy się stąd wydostaną? Czy naprawdę był to czas, aby się nad tym zastawiać?
-Owady to jest… bym powiedział taki niszowy temat… jak to jest, że tak cię zainteresował, że zaczęłaś go wykładać? – To wymagało już większej dedykacji, to nie był tylko jeden przedmiot na liście studenta, który miał takich jeszcze sześć, to coś czemu poświeciła więcej czasu niż czemukolwiek innemu w swojej karierze.

Ginny Wheeler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
zeszyt
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”