ODPOWIEDZ
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Nie pamiętał, kiedy dokładnie zaczął chodzić w tamto miejsce i obserwować ludzi, bo w tamtym czasie nie wydawało mu się to niczym, co warto było zapamiętać. Ojciec często znikał w interesach, matka spędzała większość dnia w szpitalu, a posiadłość nawet wtedy była za duża dla jednego dziecka, które właściwie nie miało w niej niczego do roboty. Wychodził więc, kiedy tylko mógł, a ponieważ nikt za bardzo go nie pilnował ani nawet nie pytał, gdzie zamierzał iść, mógł znikać na kilka godzin i wracać dopiero przed pojawieniem się któregoś z rodziców.
  — Początkowo chodziłem tam, bo w domu nikogo nie było — odpowiedział, przesuwając palcem po krawędzi filiżanki. — Dopiero później zacząłem obserwować ludzi.
  Z góry widział większą część miasteczka, drogę prowadzącą w stronę szpitala i samochody pojawiające się przy posiadłości, więc po pewnym czasie zaczął zapamiętywać, kto i o której godzinie poruszał się konkretną trasą. Nie robił tego jeszcze z żadnego świadomego powodu, ale zauważanie podobnych rzeczy przychodziło mu naturalnie, a sprawdzanie, czy następnego dnia wszystko wydarzy się dokładnie tak samo, stanowiło jakieś tam zajęcie. Dość szybko odkrył też, że większość ludzi była mocno przewidywalna.
  Jego ojciec również.
  Nie wiedział co prawda wtedy, czym dokładnie się zajmował i dlaczego niektóre z jego służbowych wyjazdów różniły się od pozostałych, ale zauważał inne samochody, ludzi, którzy pojawiali się przy posiadłości późnym wieczorem oraz to, że czasami ojciec wracał z zupełnie innej strony, niż powinien. Nie zadawał pytań, bo i tak nie otrzymałby prawdziwej odpowiedzi. Zamierzał dowiedzieć się samemu, ale… zabrakło mu czasu.
  Przeniósł spojrzenie na desery, kiedy zaczęła wyjaśniać, co dokładnie nie odpowiadało jej w jednym z nich. Nie powiedziała po prostu, że jej nie smakował, tylko niemal od razu rozłożyła całość na składniki, proporcje i błędy, które według niej popełniono. Nie znał się na cukiernictwie i właściwie nigdy go ono nie interesowało, ale akurat ten sposób oceniania rzeczy rozumiał doskonale i popierał.
  — Nie musisz kopiować całości — zauważył na głos po jednej z jej wypowiedzi. — Zmienisz smaki i zrobisz go tak, żeby pasował.
  Jakby nie patrzeć to ona stworzyła menu, zatrudniła odpowiednich ludzi i sprawiła, że restauracja zaczęła faktycznie funkcjonować, nawet jeżeli sam lokal oraz wszystko, co było potrzebne na początku, zapewnił jej on. Nie traktował więc jej zainteresowania deserem jak kolejnej chwilowej zachcianki. Wiedział, że Navi znała się na tym, co robiła i wyniki restauracji potwierdzały to znacznie lepiej niż komplementy, które dostawała od klientów czy opinie, które zaczynały pojawiać się w sieci.
  — Mam ochotę — odpowiedział na propozycję tiramisu. Nie przyznałby tego na głos, ale był łasy na jej desery. Deser. Jeden i konkretyn.
  Dokończył espresso, zamówił dodatkową monoporcję na wynos, żeby mogła później rozłożyć ją sobie na części albo zrobić z nią cokolwiek, co robiło się z deserem podczas analizowania przepisu, a następnie uregulował rachunek. Nie spieszyło im się co prawda, ale kilka punktów na trasie wycieczki mieli. No i kawałek do przejścia był.
  Podejście pod zamek okazało się bardziej strome, niż zapamiętał, chociaż mogło wynikać to również z tego, że ostatnim razem pokonywał tę trasę regularnie ponad dwadzieścia lat wcześniej. No i był znacznie młodszy. Dostosował tempo chodu do partnerki, a na węższych fragmentach ulicy trzymał dłoń na jej plecach, uważając przy okazji na nierówne kamienie i każdą ewentualność, która mogłaby spowodowawć potknięcie i upadek.
  Gwar rynku stopniowo zostawał za nimi, a przy ruinach zamku było już praktycznie cicho, a poniżej wzroku rozciągało się miasteczko, dalsza część równiny oraz morze widoczne gdzieś na horyzoncie. Podszedł niespiesznie do kamiennego muru i oparł na nim przedramiona, przez chwilę próbując dopasować obecny widok do tego, który pamiętał z dzieciństwa. A zmieniło się znacznie mniej, niż zakładał, że mogłoby w takim czasie.
  Przez pewien czas milczał i pozwalał Navi spokojnie się rozejrzeć, samemu przesuwając spojrzeniem po drogach, które kiedyś obserwował przez kilka godzin bez żadnego powodu. Nie przyprowadził jej tutaj wyłącznie dla widoku. Skoro chciała wiedzieć więcej o miejscu, do którego chodził przed wyjazdem do Mediolanu, musiał w końcu powiedzieć jej również o tym, dlaczego przestał. Skoro chciał ją włączyć do swojego systemu na oficjalnych prawach, to zamierzał to zrobić porządnie.
  — Wiesz jak zginęli mój ojciec z matką? — zaczął pytaniem, przenosząc na nią spojrzenie. Mówił jej to pewnego dnia, powtarzając tak naprawdę przyjętą przez wszystkich i wszystko wersję. Wersję, która zawitała nawet w gazetach i wedle której żyły całe Włochy, z tą mieściną na czele.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakby się nad tym miała zastanowić, to praktycznie nic nie wiedziała o jego dzieciństwie. Znała ją plus minus, ale nigdy nie rozmawiała z nim o tym co się działo jak był młodszy. Jaką miał relację z rodzicami zanim zginęli w nieszczęśliwym wypadku, czy od zawsze obserwował, czy miał jakieś zdarzenia w dzieciństwie, które miały na niego wpływ? Które pamięta? Może jakieś postaci, ludzie którzy zapadli mu w pamięć?
Nie wiedziała wiele. Poza najważniejszymi faktami.
A przynajmniej tak jej się wydawało.
— Teraz w domu ciągle ktoś jest. — Zwłaszcza ona. Była kiedy się budził i gdy chodził spać. Zwykle się krzątała, gotowała, malowała, pracowała na komputerze. Chcąc nie chcąc, wszędzie można było dostrzec jej obecność. W cicho grającej muzyce, gdy coś przyrządzała, albo w odpalonym serialu, który leciał w tle, jak pracowała lub malowała. W typowo babskich akcentach w domu, które zostały wprowadzone jak tylko tu zamieszkała. Nie zmieniała wiele, ale gdzie nie obejrzeć, można było dostrzec, że Giovanni Salvatore nie mieszkał już sam.
A kobietą nie była tu tylko Concetta.
O jego rodzicach natomiast nie wiedziała praktycznie nic. Kim byli, czym się zajmowali, jacy byli. Nigdy też nie pytała, nie chcąc przekroczyć wcześniej niewidzialnej granicy przyzwoitości oraz prywatności. Chociaż to już raz zrobiła i nie skończyło się to dla niej zbyt dobrze. Z drugiej strony, aktualnie nosiła obrączkę na palcu, więc może nie było tak źle, skoro ten cały syf i przeboje po drodze, doprowadziły ją do tego momentu.
Kącik ust jej drgnął, gdy rozkładała na części pierwsze małym, metalowym widelczykiem ostatni kawałek monoporcji, która ją interesowała.
— Właśnie nie jestem pewna czy będzie pasował… ale może coś pokombinuję — stwierdziła, w głowie mieląc już kilka propozycji, które mogłyby się sprawdzić, nawet jeśli uchodziły za nieco ryzykowne.
Jej akurat ryzyko zwykle wychodziło na dobre.
Mam ochotę.
Jedno stwierdzenie sprawiło, że poczuła to przyjemne uczucie gdzieś w okolicach żołądka. Jako kobieta i też restauratorka, lubiła kiedy jej jedzenie komuś smakowało. Zwłaszcza jeśli tym kimś, miał być jej własny mąż. W dodatku rodowity Włoch, a tiramisu nie było jej daniem popisowym. Uczyła się i trenowała je do perfekcji, chcąc zrobić przyjemność właśnie jemu.
I najwyraźniej się to opłaciło.
— W takim razie wiem co będę robić wieczorem. — A w jej przypadku siedzenie w kuchni i tworzenie deseru nie było przykrym obowiązkiem, a zwyczajnym hobby. Przyjemnością, która ją relaksowała, zwłaszcza jeśli miała świadomość dla kogo to robi.
Chyba nawet sama nie wiedziała jak potrzebowała takiego spokojnego popołudnia po wczorajszej katastrofie jaka miała miejsce. Potrafiła upchnąć w sobie wiele rzeczy. Nie raz i nie dwa podnosiła się z dna, kiedy inni już dawno by się załamali i poddali. Zakładała uśmiech, odpowiednią maskę i nikt nie był w stanie poznać, że dnia poprzedniego za czterema ścianami działo się coś strasznego. Teraz ta życiowa nauka jej się przydawała. I chociaż nie musiała udawać, to to przychodziło odruchowo. Naturalnie. Sprawnie przeszłaby do porządku dziennego.
A jednak ten spacer miał w sobie coś uspokajającego to, co wciąż drgało w środku. Kamienne uliczki, mijani ludzie, pogoda, niewielkie sklepy i stragany, a także to nieśpieszne tempo wszystkiego dookoła – każda z tych rzeczy działała wręcz kojąco, pozwalając jej faktycznie odciąć się od wspomnień palących się ciał.
I tak dobrze jej szło.
A fakt, że jej mąż był obok, był podwójnie uspokajający. Ironicznie, to właśnie przy nim czuła się najbezpieczniej, bo chociaż mógł być uznawany za diabła, to był jej diabłem.
Trasa była przyjemna. Lubiła chodzić, lubiła zwiedzać, więc nawet nieco cięższa droga jej nie przeszkadzała, zwłaszcza jeśli wiedziała dokąd zmierza. W końcu jednak dotarli do miejsca oddalonego od centrum miasteczka. Ustronnego, niedaleko malowniczych ruin. Podeszła razem z Włochem do kamiennego murku i oparła o niego dłonie, aby samej napawać się widokiem, który rozciągał się z tego miejsca.
Ale bardziej niż widok miasta, interesowała ją reakcja Włocha na powrót do tego miejsca. Mimowolnie kącik jej ust drgnął wyżej. Nie mówiła nic, dając mu też chwilę dla siebie.
Nie spodziewała się jednak tego pytania.
Przez krótką chwilę obserwowała jego wyraz twarzy, jak zwykle nie zmieniony, a jednak szukała w nim wskazówki, jak gdyby to co wie, miało właśnie być poddane wątpliwości.
— Z tego co mówiłeś, to w wypadku samochodowym, tak?
Nie szukała sama informacji. Odkąd odkryła jego drugą twarz oraz drugą działalność, nie wpychała już nosa w nie swoje sprawy. Nie czytała więcej niż powinna, nie szperała nigdzie bez jego wiedzy. Dlatego też samej nie starałaś się dowiedzieć więcej niż to, czego się dowiedziała tamtego dnia. Zadawała pytania, ale tych było zbyt wiele, by zadać je wszystkie.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  — Tak — odpowiedział. Przez chwilę patrzył na Navi, próbując zdecydować, od której części powinien zacząć. Nigdy wcześniej nie musiał opowiadać tej historii. Ba, nigdy wcześniej nawet nie chciał jej opowiadać. Nie chciał się dzielić swoimi odkryciami, swoimi spostrzeżeniami, pozwalając wszystkim, którzy go otaczali, że pogodził się z tragiczną i jakże pechową śmiercią rodziców. — Tyle że to nie był wypadek.
  Odwrócił wzrok w stronę miasteczka, przesuwając nim po drodze, która prowadziła od szpitala w kierunku posiadłości. Kiedyś wypatrywał tam samochodu matki, nawet jeżeli ta najczęściej wracała później niż obiecywała – ale przynajmniej wracała. Ojciec z kolei nie obiecywał właściwie nigdy. I z rzadka też się faktycznie pojawiał. Z perspektywy czasu i doświadczenia Salvatore zrozumiał w końcu dlaczego i że nigdy nie miało to nic wspólnego z brakiem troski wobec rodziny. Tylko niemal wręcz przeciwnie.
  — Samochód faktycznie wypadł z drogi — dodał, nie odrywając spojrzenia od panoramy skąpanej w słonecznym złocie. — Ale ktoś wcześniej dopilnował, żeby faktycznie z niej wypadł.
  W zasadzie powinien powiedzieć to nieco inaczej. Zacząć pewnie od tego, że przez wiele lat sam wierzył w oficjalną wersję, później opowiedzieć o nieścisłościach i dopiero na końcu wskazać Aurelię, kiedy Navi byłaby już odpowiednio przygotowana na jej nazwisko. Tak konstruował rozmowy z ludźmi, kiedy zależało mu na określonej reakcji; podsuwał im informacje w odpowiedniej kolejności i pozwalał, aby sami dotarli do wniosku, który od początku dla nich wybrał.
  Mógłby nabudować napięcie i zrobić wielki przełom, ale byłoby to nie w jego stylu, jeśli chodziłoby o tę kobietę. Z nią akurat od jakiegoś czasu postanowił być dość prostolinijny. Od jakiegoś czasu, to pewnie oznaczało, że od zeszłego wieczoru.
  — Aurelia stoi za tym wszystkim.
  Nie obserwował już miasteczka, przeniósł całą swoją uwagę z powrotem na żonę, chcąc zarejestrować najmniejszą zmianę w jej spojrzeniu czy najmniejsze napięcie mięśni na jej twarzy. Nie szukał oczywiście na niej współczucia; gdyby zaczęła mu współczuć, prawdopodobnie nie wiedziałby nawet, co powinien z nim zrobić, bo żal po śmierci rodziców nigdy nie funkcjonował w nim tak, jak według całej teorii uczuć i emocji powinien.
  Miał czternaście lat, kiedy ciotka odebrała go ze szkoły i poinformowała go, że rodzice zginęli. Nie pamiętał natomiast rozpaczy. Nie pamiętał bólu rozrywającego klatkę piersiową ani nawet tego, aby chciało mu się płakać. Siedział w milczeniu, próbując zrozumieć, co ta informacja miała właściwie zmienić, a Aurelia, wuj oraz pozostali dorośli uznali jego zachowanie za szok.
  Brak odpowiedniej reakcji nie oznaczał przy tym, że śmierć rodziców nie zmieniła w nim niczego. Zmieniła właściwie wszystko w kwestii otoczenia – dom, miasto, ludzi, którzy go otaczali i cały porządek, w którym żył i do którego się przyzwyczaił. Ale nie potrafił tylko połączyć tych zmian z uczuciem faktycznej straty, bo rodzice jeszcze za życia byli przede wszystkim nieobecni w jego dzieciństwie. Ojciec znikał w interesach, matka spędzała całe dnie w szpitalu, a on swoje dnie spędzał tutaj, w tym miejscu, zajmując sobie czas zajęciem, które wyjątkowo go fascynowało, a nie powinno aż tak.
  Dopiero teraz dom rzeczywiście wyglądał inaczej.
  — Nie wiedziałem o tym wtedy — powiedział, przesuwając dłonią po chropowatej powierzchni muru, na którym się wsparł. — Dowiedziałem się dopiero kilka lat później.
  Prawda oczywiście nie pojawiła się przed nim w całości. Wszystko zaczęło się od drobnych nieścisłości, które w zasadzie miały nic nie znaczyć, a mimo wszystko wracały i drażniły jego umysł. Sprawdzał je przez kolejne lata, zbierał elementy własnej układanki i to nawet nie przez żal czy niezdolność do pogodzenia się ze stratą. Ale dlatego, że jego umysł pracował, analizował, a przez to wreszcie czuł coś, co nie było euforią, ale mógłby – z definicji – to do niej porównać.
  Wszystko zaczynało się składać z czasem w jedną, spójną i – co najważniejsze – niepodważalną całość. Aurelia. Nie wuj – jej mąż. Ona. Pewnego dnia dotarło do niego, że to ona pociągała za sznurki, korzystając z tego, że po śmierci ojca Giovanniego to jej małżonek stał się niezwykle wpływowym elementem ‘Ndraghety.
  — Mój ojciec był celem, a matka akurat znalazła się z nim w samochodzie, więc Aurelia pozwoliła, żeby zginęła również ona. Chodziło o kontrolę i wpływy w organizacji; o miejsce, które mój ojciec odbierał wujowi. — wyjaśnił. Wypowiedzenie tego na głos dalej nie wywołało w nim rozpaczy. Zamiast niej pojawił się znajomy zgrzyt, tym razem powiązany z obrazem Navi wywożonej z ich wesela przez Subina. Zmarszczył czoło. — Ja zostałem, bo zabicie i ojca i mnie byłoby już zbyt podejrzane. A uznała, że będzie w stanie mnie kontrolować, kiedy wychowa po swojemu. A wczoraj spróbowała zastosować dokładnie tę samą zasadę. Usunąć kogoś, kto przeszkadzał jej w utrzymaniu kontroli nade mną. Ciebie, Navi. — Westchnął, wracając spojrzeniem do widoku przed nimi. — Aurelia wie, że ja wiem. Wie też, że moja własna vendetta nie może się odbyć w oczywisty sposób. Albo raczej – nie mogła. — Przymknął powieki, spotykając się z ciemnością, która zwykle pomagała mu porządkować własne myśli. — Teraz będziemy mieć inny porządek. Ale i nieco niebezpieczne czasy.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tyle że to nie był wypadek.
— Nie był? — Brew jej wyraźnie drgnęła w zaskoczeniu. Ton jego głosu oraz sposób w jaki się zachowywał wydawał się oznaczać, że wie o tym już jakiś czas. Giovanni nigdy przesadnie nie okazywał emocji. Złość, frustracja, zirytowanie, radość. A jednak nauczyła się już dostrzegać drobne zmiany w postawie jego ciała, w spojrzeniu czy napięciu mięśni, aby wiedzieć, lub chociaż podejrzewać, że coś na nim odbiło jakieś piętno.
Teraz miała wrażenie, że ten przykry fakt, był już przez niego wielokrotnie przerabiany.
Skoro to nie był wypadek, to ktoś się zasadził na jego rodziców, a po poznaniu jego rodziny oraz jej interesów, mogła się spodziewać, że stała za tym osoba trzecia. Tylko ze wszystkich osób, nie spodziewałaby się tej najbardziej… oczywistej i okrutnej jednocześnie.
Nie spuszczała z niego swojego zaciekawionego spojrzenia, obserwując każdy wyraz, który mógł pojawić się na jego twarzy w momencie, jak zdradzał jej coraz więcej szczegółów na temat tragedii, która spotkała jego rodziców. Mógł jej tego nie mówić, a jednak zdecydował się podzielić się z nią czymś tak… osobistym. I prywatnym.
Faktami, które musiał w sobie długo trzymać.
— A ty wiesz kto — dopowiedziała, będąc pewną, że po takim czasie, on odnalazł już sprawcę.
Giovanni uwielbiał informacje i chciał wiedzieć wszystko o wszystkich. Mogła się spodziewać, że znał wszystkie szczegóły dotyczące wypadku rodziców i połączył wszystkie kropki, które doprowadziły go do sprawcy. Lub sprawców.
I chociaż Aurelia chciała ją skrzywdzić bez mrugnięcia okiem, to nie myślała, że to właśnie ona miała stać za śmiercią rodziców dziecka, które wychowała.
Zaskoczenie i szok odbiły się w jej oczach, gdy starała się przetrawić nową informację. Kiedy próbowała zrozumieć dlaczego kobieta zdecydowała się zamordować młode małżeństwo, a potem zaopiekować się ich synem. Bo nie spodziewała się po niej współczucia czy chęci odkupienia grzechu. Prędzej kolejnego celu.
Kolejny impuls zaskoczenia przeszedł przez nią w momencie, gdy przyznał, że dowiedział się o tym zaledwie kilka lat po wypadku. Patrząc na to w jakim wieku był teraz…
— Tyle lat już o tym wiesz? — Była zdziwiona, bo to był bardzo długi okres czasu. Wiedział i jakoś żył koło kobiety, która zamordowała jego rodziców. Rozmawiał z nią, chodził na obiady, widywał się na spotkaniach. Tyle okazji do zrobienia czegokolwiek. Wiedział gdzie mieszka, gdzie pracuje, gdzie chodzi na drogie zakupy, a jednak przez tyle czasu nie sięgnął po zemstę?
Giovanni był inny. Wiele osób już dawno temu zrobiłaby wszystko, aby pomścić bliskich. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo sama nigdy nie miałaby do tego odwagi. Niemniej zaskakujące dla niej było to, że przez tyle lat, w pełni świadomie, żył obok kogoś, kto miał krew na rękach jego rodziców.
I ta osoba w dalszym ciągu oddychała.
Wysłuchała dalszych wyjaśnień w milczeniu. Oczywiście, że chodziło o wpływy. Kontrolę. Miejsce w rodzinnej hierarchii. Aurelia pokazała jej wczoraj do czego była zdolna. To, że Giovanni był jej bliską rodziną nie zatrzymywała jej w momencie, gdy chciała skrzywdzić jego żonę. Na ich cholernym weselu. Dlaczego? Bo miała być przeszkodą. Bo miała utrudniać kontrolę nad mężczyzną obok niej.
Serce jej przyspieszyło w dziwnym objawie stresu. Jakby nagle poczuła zagrożenie, które dmuchało jej w kark.
Odwróciła od niego spojrzenie, aby samej spojrzeć na spokój ludzi, którzy przechadzali się po mieście, zajęci swoimi normalnymi sprawami. Zakupami, odebraniem dzieci z przedszkola, pracą. A ona właśnie analizowała fakty, które mogłyby się wydawać dla większości czymś wyrwanym z jakiegoś serialu na Netflixie.
Aurelia była prawdziwym zagrożeniem. Większym niż myślała.
— Skoro tyle czasu czekałeś, aby wykonać ruch — zaczęła spokojnie, przeskakując ze starszego pana na ławce, na kobietę z dzieckiem w wózku. — to co teraz planujesz? — Bo na pewno planował kolejny ruch. — Jak ma wyglądać twoja vendetta? — Nie zdziwiłaby się, jeśli jego plan zemsty był rozciągnięty na te wszystkie lata, a to co zadziało się wczoraj… było początkiem końca.
A ona stała się zapalnikiem, który wszystko zaczął.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  To było całkiem dobre pytanie. Takie, którego spodziewał się po Navi i na które jeszcze kilka dni temu nie udzieliłby jej prawdziwej odpowiedzi, nawet jeśli byłaby już wtedy jego żoną, bo prawdopodobnie podałby jej wyłącznie tę część planu, która mogłaby jej bezpośrednio dotyczyć, a resztę uznał za niepotrzebną. Za coś, czym nie musiała zaprzątać sobie głowy, skoro on mógł zrobić to za nią.
  Tyle tylko, że dokładnie takie podejście już raz okazało się błędem.
  — Nie zamierzam jej po prostu zabić — odpowiedział. Oczywiście, że nie.
  Zabicie Aurelii nigdy nie było trudne. Gdyby właśnie na tym mu zależało, mógł doprowadzić do jej śmierci wiele lat wcześniej i prawdopodobnie nikt nie powiązałby tego z nim, bo znał jej zwyczaje, ludzi, którym ufała i miejsca, w których przebywała bez męża oraz ochrony, więc okazji miał więcej niż wystarczająco. Problem polegał na tym, że wtedy zostałaby po niej wyłącznie martwa Aurelia.
  A on nie potrzebował jej ciała.
  Chciał odebrać jej to, dla czego zabiła jego rodziców.
  — Zależało jej na wpływach mojego ojca, jego miejscu i możliwości decydowania o tym, jak będzie funkcjonowała organizacja. Po jego śmierci dostała właściwie wszystko, czego chciała — kontynuował. — Więc zamierzam jej to zabrać. — Był niemal pewien, że to zaboli zdecydowanie bardziej. — Przez lata przejmowałem ludzi, kontakty i interesy, których nie uważała za wystarczająco istotne, żeby ich pilnować. Część z nich nawet nie wie, że od dawna pracuje bardziej dla mnie niż dla niej — powiedział, przesuwając spojrzeniem po twarzy Navi. — Miałem dalej to robić. Powoli, dopóki Aurelia nie zostałaby z nazwiskiem, mężem i durnym przekonaniem że wciąż posiada jakąkolwiek władzę.
  To był dobry plan. Cierpliwy i pozwalający ograniczyć ryzyko, chociaż wymagał kolejnych lat funkcjonowania obok kobiety, która kazała zamordować jego rodziców, co jemu akurat nie przeszkadzało aż tak, jak prawdopodobnie powinno. Jak przeszkadzałoby komkolwiek innemu. Potrafił siedzieć z Aurelią przy jednym stole, rozmawiać o interesach i pozwalać jej sądzić, że w dalszym ciągu w jakimś stopniu go kontrolowała, bo każda taka rozmowa dawała mu kolejne informacje, a to było znacznie bardziej użyteczne niż chwilowa satysfakcja z jej śmierci.
  Wczoraj zmieniły się jednak warunki.
  Nie odczuwał żalu po rodzicach w sposób, który potrafiłby popchnąć go do nieprzemyślanego działania. Ich śmierć była czymś, co należało rozliczyć, bo Aurelia odebrała mu możliwość dokonania własnego wyboru i przez lata próbowała uczynić z niego narzędzie, a to drażniło go, uwierało i nie pozwalało zamknąć sprawy, ale pozostawało przeszłością.
  Navi nie była przeszłością.
  Obraz Subina wywożącego ją z wesela działał na niego zupełnie inaczej, bo nie potrafił go ostudzić i potraktować na chłodno, chociaż właśnie to próbował zrobić od chwili, w której ją odzyskał.
  — Wesele przyspieszyło część rzeczy, ale niczego jeszcze nie rozpoczęło — powiedział, przenosząc spojrzenie na panoramę miasteczka. — Aurelia sama zdecydowała, że spróbuje wykorzystać cię przeciwko mnie. To była jej decyzja i mój błąd, że uznałem nazwisko Salvatore za wystarczającą ochronę. — Odwrócił się w jej stronę i oparł bokiem o mur — Teraz najpierw musimy ustalić, kto jej pozostał. Odciąć ją od pieniędzy, ludzi i informacji, ale w taki sposób, żeby zorientowała się w tym dopiero wtedy, kiedy nie będzie już miała czego odzyskiwać — wyjaśnił, robiąc krótką przerwę. — A potem zostawimy ją przy życiu wystarczająco długo, żeby zobaczyła, że wszystko, dla czego zabiła mojego ojca, ostatecznie należy do nas.
  To było zdecydowanie bardziej w jego stylu. Kara wydawała się być wyrachowana, szyta na miarę Aurelii i przez to najpewniej najbardziej bolesna ze wszystkich wariantów. Śmierć niczego by nie wywołała – po prostu by wszystko ucięła. A on był człowiekiem zbyt skomplikowanym, by chcieć takie sprawy rozwiązywać czymś tak trywialnym jak zabójstwo. Nawet okraszone cierpieniem.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z jednej strony podziwiała go, że przez tyle lat był w stanie po prostu żyć obok zabójczyni swoich rodziców. Że normalnie z nią rozmawiał, jadł i był w jej towarzystwie, mając świadomość tego jak podłą i fałszywą osobą była. Bo ona wiedziała, że nie wytrzymałaby tyle czasu. Chociaż z drugiej strony, miała doświadczenie w życiu przy kimś, jednocześnie go nienawidząc i pragnąc jego cierpienia. Tyle tylko, że ona sama zwyczajnie nie umiała nikogo skrzywdzić, a przynajmniej nie przy użyciu siły fizycznej.
Może gdyby użyła trucizny, byłoby jej łatwiej przełknąć zbrodnię. Wtedy nie była do tego zdolna, ale po wszystkich przeżyciach do tej pory, a także po zmianie swojego środowiska i przede wszystkim – partnera, miała wrażenie, że jej granice wrażliwości i empatii także się mocno przesunęły. Przynajmniej w odniesieniu do osób, które miały grozić jej lub osobom na którym jej zależy.
Wiedziała, że jego zemsta będzie musiała być bardziej… szykowna. Rozlew krwi to jedno, była już świadkiem, że Giovanni nie miał problemu, aby samemu być na tyle okrutnym by kogoś zabić. Doskonale pamiętała jego dłonie na swoim gardle, ale też pamiętała krew wylewającą się z ciała jej kolegi, którego poznała podczas ich przerwy. Nie mówiąc już o tym, co wydarzyło się na weselu.
Słuchała go w ciszy, nie odrywając od niego wzroku. Im dłużej mówił, tym wyraźniejszy stawał się na jej ustach ten niewielki, niemal leniwy uśmiech. Nie przerażało jej to, co słyszała. Wręcz przeciwnie, gdzieś pod tą spokojną miną pojawiło się ciche zadowolenie, bo Giovanni nie próbował już niczego przed nią łagodzić ani ukrywać. Opowiadał jej o planie, który był w realizacji od lat.
A teraz stawała się jego częścią.
Podeszła dwa kroki, zatrzymując się tuż przed nim.
— Wyrachowane, przebiegłe... i bardzo wyrafinowane — stwierdziła spokojnie, gdy już wysłuchała całą część jego rozległego planu. Kąciki ust jej leniwie drgnęły wyżej, bo musiała przyznać, że bardzo jej to imponowało. Jego sposób działania, jego kalkulacje, interesowność, premedytacja i chłodna kalkulacja. To było też coś, przez co tak bardzo była nim zafascynowana od samego początku. A teraz, gdy otwierał przed nią wszystkie drzwi, przepadła jeszcze bardziej.
— Myślę, że Aurelia zasługuje na doskonały widok. — W pierwszym rzędzie, aby widziała dokładnie jak wszystko, co miała, nagle staje się jedynie złudzeniem.
To będzie niesamowicie satysfakcjonujące, gdy w końcu się zorientuje, że nie ma już ani kontroli, ani władzy, ani niczego, o co tak bardzo zabiegała. I, że to właśnie Giovanni jej to wszystko odebrał. Dziecko, które zdecydowała się oszczędzić.
Sięgnęła do jego karku i podniosłą się lekko na palcach, aby ucałować jego usta w powolnym, ale pełnym uczucia pocałunku.
— Mi sono innamorata dell’uomo giusto — przyznała z łagodnym uśmiechem, palcami łagodząc włosy na jego karku.
Był tym, czego ludzie powinni unikać. Kogo powinni się bać, a jednak ona się w nim zakochała. Mimo pierwotnego strachu oraz intuicji, która kazała jej uciekać. Która mówiła, że nie powinna się zbliżać, że nie powinna mu pozwolić na kolejne kroki w jej kierunku. To tak zwany instynkt przetrwania, który każe ci się trzymać z dala od niebezpieczeństwa.
Ona go zignorowała już na samym początku. I się jej to opłaciło.
— W porządku, w takim razie, skoro twój plan już trwa jakiś czas — kilkanaście lat zapewne, z zaplanowanymi kolejnymi krokami. — To zapewne masz już kolejne kroki gotowe. Powiedz mi jeszcze, co ja mam robić. — Bo skoro ją już włączył do wszystkiego, to nie zamierzała być bierna. Pracy się nie bała, tak samo konsekwencji oraz działania. Chciała mu pomóc tak, jak tylko mogła. Może nie strzelała z broni, ale umiała rozmawiać z ludźmi i grać głupią, niewinną kobietę, kiedy było trzeba.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Mi sono innamorata dell’uomo giusto
  Właściwym mężczyźnie.
  Określenie mogło wydawać się dość zabawne w odniesieniu do kogoś, kto dzień wcześniej wymordował sporą część własnej rodziny, podpalając przy okazji przyjęcie weselne, ale wiedział, że Navi nie używała słowa właściwy w znaczeniu moralnym. Nie próbowała go w ten sposób poprawić ani odnaleźć w nim dobra, którego w rzeczywistości nigdy nie posiadał. Znała go coraz lepiej i prawdopodobnie dokładniej niż ktokolwiek kiedykolwiek.
  Był właściwy dla niej.
  Przyjął pocałunek, wsuwając dłoń na jej talię i przytrzymując ją bliżej siebie.
  — E io ho scelto la donna giusta — odpowiedział, kiedy się odsunęła.
  Musiała wiedzieć, że w jego przypadku wybór znaczył znacznie więcej niż emocja, która mogła pojawić się równie szybko, jak zniknąć; emocja która u niego nie miała nawet istnieć. Swoich decyzji nie zmieniał, a ją wybrał już dawno temu, nawet jeżeli przez jakiś czas próbował jeszcze wmówić sobie, że była tylko problemem, którego nie potrafił rozwiązać w zwyczajny dla siebie sposób.
  Pierwszą myślą, która pojawiła się w jego głowie, po zadanym przz nią pytaniu, było oczywiście to, że na razie nie powinna robić niczego. Pozostać w posiadłości, pozwolić mu ustalić, kto przeżył, kto uciekł razem z Aurelią i którym ludziom nadal mogli zaufać. Była to najprostsza i przede wszystkim najbezpieczniejsza możliwość, a jeszcze niedawno uznałby ją również za jedyną rozsądną i jedyną, która mogłaby dotyczyć jej.
  Ale z tego miał zrezygnować bo to się nie sprawdziło,
  — Najpierw pokażę ci wszystko, co mamy — odpowiedział w końcu. — Konta, spółki, ludzi i interesy, które do tej pory funkcjonowały dzięki ’Ndranghecie albo obok niej. Również to, czego jeszcze nie jestem pewien. Nauczysz się tego wszystkiego.
  Nie zamierzał przygotowywać dla niej skróconej wersji i pomijać spraw, które uznał za zbyt niebezpieczne albo skomplikowane – wszystko to wszystko. Właśnie na tym polegał wcześniejszy problem; Navi znała wyłącznie te elementy, które sam zdecydował się przed nią odsłonić – a zasadniczo było ich niewiele. Niewiedza była słabością. Nauczył się tego gorzkim przykładem.
  Aurelia wiedziała więcej o znaczeniu Navi w jego życiu niż sama Navi wiedziała o Aurelii. To nie powinno się więcej powtórzyć.
  — Później sama zdecydujesz, gdzie jesteś w stanie zrobić więcej ode mnie — dodał. — Nie potrzebuję kolejnej osoby, która będzie wykonywała moje polecenia. Takich ludzi mam wystarczająco dużo i większość z nich i tak trzeba teraz sprawdzić.
  Potrzebował kogoś, kto nie będzie próbował zgadywać, jakiej odpowiedzi od niego oczekiwał. Kogoś, komu zależało na tym samym rezultacie, ale niekoniecznie musiał dojść do niego dokładnie tą samą drogą. Kogoś kto go uzupełni. Popełniał błędy. Niestety. I trzeba było wyciągnąć z tego wnioski.
Navi patrzyła na ludzi inaczej, rozumiała ich potrzebę bycia lubianym, potrzebę akceptacji i całą resztę emocjonalnych powodów, przez które podejmowali wyjątkowo głupie decyzje, a które on sam przede wszystkim nauczył się rozpoznawać i odpowiednio wykorzystywać.
  — Kiedy pozostali zaczną się odzywać, będziesz przy tych rozmowach. Jeżeli nie zgodzisz się z moją oceną, powiesz mi o tym, a nie zrobisz tego, co uznasz, że chciałbym usłyszeć. — Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — A jeżeli sama będziesz chciała zająć się którąś częścią, omówimy to i zdecydujemy, jak zrobić to bez zostawiania Aurelii kolejnej możliwości.
  Nie planował oddawać jej pełnej swobody i liczyć, że wszystko ułoży się samo. Nie dawał jej zresztą również sobie. Każdy ruch musiał zostać sprawdzony, ryzyko policzone, a konsekwencje przewidziane przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w sytuacji, w której połowa starego porządku spłonęła, a druga połowa dopiero zdecyduje, komu opłacało się być lojalnym.
  Tym razem jednak nie zamierzał dokonywać tych obliczeń wyłącznie samemu.
  — Jedyne, czego oczekuję, to żeby żadne z nas nie podejmowało ruchu bez wiedzy drugiego — powiedział. Słyszałeś, Gio? — Aurelia przez lata wykorzystywała to, że tylko ona znała całość własnego planu. Nie zamierzam popełniać tego samego błędu.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nazywanie go odpowiednim mogło być głupie dla większości osób, które miały z nim styczność, zwłaszcza po tej „drugiej stronie”. W końcu na co dzień uchodził za inteligentnego, przystojnego, eleganckiego mężczyznę, z zasadami oraz świetnym wychowaniem. To, co krył pod maskami było zupełnie inne. Przerażające. Ona to poznała. Poznała te niebezpieczne oblicza, które przeraziłyby każdego, kto miał z nimi styczność. Znała potwory, żyła wśród nich przez lata, ale żaden nie mógł się z nim mierzyć.
I mimo wszystko, ona wciąż go wybierała, każdego dnia, i uważała go właściwy wybór.
Także teraz, gdy opowiadał jej o planach zrujnowania życia ciotce, która zamordowała mu rodziców. Zaledwie dzień po tym, jak na ich weselu spalił większość swojej własnej rodziny. Nie było to dla niej absurdalne, bo była świadoma kogo poślubiła. I do jakiego świata właśnie wchodziła. Dlatego słuchała tego, jak obiecał ją wdrożyć do wszystkich szczegółów. Do tego brutalnego biznesu w którym siedział od zawsze. Do ostatniej partii swojego życia, która była tak skrzętnie przed nią ukrywana.
Czuła dziwną ekscytację, satysfakcję, ale też niepokój, bo wiedziała jak duży krok to był. Jak mocno zobowiązujący i niebezpieczny. Czuła odpowiedzialność, która za tym szła, a także zaufanie, które od niego dostała. Obrączka na jej palcu była czymś o wiele więcej niż tylko ładną, drogą biżuterią.
Fakt, że zamierzał wdrożyć ją nie tylko w szczegóły, ale także słuchać jej zdania w ważnych kwestiach było dla niej niesamowicie ważne. Fakt, że pozwalał jej decydować znaczyło ogrom. Czuła to dziwne, przyjemne uczucie, które rozlewało się po niej, gdy mówił o kolejnych krokach wobec niej. Dawał jej swobodę, ale przy tym podkreślał, że mieli działać wspólnie. Byli drużyną, niczym cholerni Bonnie i Clyde, i szczerze, po raz pierwszy zaczynała to czuć. Bo chociaż wcześniej byli razem, to ona wciąż była odcięta od wielu kwestii. Wiedziała tylko to co musiała i była tego świadoma. Nigdy nie drążyła, nigdy więcej nie przekraczała granicy i nie dowiadywała się rzeczy na własną rękę.
Teraz już nie musiała, bo dostała każdy sekret na tacy.
Pasował jej ten układ, bo w końcu miała coś znaczyć. Jej zdanie miało coś wnosić, a jej osoba miała być czymś więcej niż niewinną dekoracją przy boku Włocha.
Przez cały ten czas się od niego nie odsuwała. Przesunęła kciukiem po jego karku, a kącik ust jej drgnął wyżej w leniwym uśmiechu.
— O mnie nie musisz się martwić, carissimo — powiedziała. Odkąd raz przekroczyła granicę, już nigdy więcej nie podejmowała ruchów bez jego wiedzy. Uczyła się na błędach i nie chciała drugi raz zawieść jego zaufania, dlatego mówiła mu o wszystkim. Poza tym, była zdania, że prędzej czy później i tak by się o wszystkim dowiedział. Miał oczy i uszy absolutnie wszędzie.
Raz jeszcze, leniwie przesunęła palcami po włosach na jego karku.
— Dziękuję, Giovanni, że mnie włączasz i że się ze mną liczysz. — To nie było takie oczywiste, przynajmniej nie dla niej. — Dużo to dla mnie znaczy. — Miała już raz męża i obydwoje wiedzą jak to wyglądało. Nie miała decyzyjności nigdzie, nie miała pojęcia nad czym pracował jej mąż, co robił po godzinach i z kim się zadawał. Nie włączał jej w sprawy, które miały obchodzić jedynie „głowę rodziny”. Ona była od prania, sprzątania i gotowania, a nie od rozwiązywania z nim problemów czy biznesów. — Jesteśmy drużyną. A ja zamierzam być cholernie dobrą połową tego duetu. — Bo dostawała coś, czego wcześniej nie znała – prawo do własnego zdania, do sprzeciwu i do bycia kimś więcej niż osobą, której wyznacza się miejsce. — Tylko pamiętaj, że sam mnie tu zaprosiłeś i nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Przymknął na moment powieki, kiedy przesunęła palcami pomiędzy jego włosami. Nacisk na jego kark był niewielki, ale wystarczył, żeby zauważył, jak mocno napinał mięśnie, chociaż przecież nie działo się teraz nic, co wymagałoby podobnej reakcji – ciągłej gotowości. Stali na wzgórzu, było cicho, dość ciepło i jedyne, co faktycznie mogło mu tutaj przeszkadzać, to ramię, które odezwało się tępym bólem, gdy nieco poprawił pozycję przy murze.
  No i to, co ciągle mielił sobie w głowie.
  — O to, że zrobisz coś za moimi plecami, akurat się nie martwię — powiedział, otwierając oczy.
  Nie miał powodu by w ogóle to uwzględniać. Nie po tym, jak poprzedniego wieczoru usiadła obok niego przed policjantami i bez wcześniejszego ustalania szczegółów potrafiła poprowadzić rozmowę tak, żeby nie powiedzieć niczego czego nie powinna. Wiedziała wtedy mniej niż on, zdecydowanie mniej, a i tak poradziła sobie lepiej od niejednej osoby, której płacił za bycie w podobnych sytuacjach i kłamanie dla niego.
  Słuchał podziękowania, patrząc na nią z góry. Nie uważał, że robił właśnie coś wyjątkowo hojnego, chociaż rozumiał, skąd brał się ten sposób, w jaki o tym mówiła. Subin nie pozwalał jej decydować nawet o znacznie mniej istotnych sprawach. On sam pozwalał, ale z drugiej strony dość sprawnie oddzielał te sprawy, w których jej zdanie mogło mieć znaczenie od całej reszty, o której sam miał wiedzieć wystarczająco dużo za nich oboje. Restauracja była jej, jego interesy były jego.
  Bardzo wygodny podział.
  Ale ostatecznie tylko dla niego.
  — Będziesz — odpowiedział na zapewnienie o dobrej połowie duetu, bez dłuższego zastanowienia.
  Nie musiał jej na tę okazję dodawać pewności siebie komplementem, w który sam nie wierzył. Oczekiwał rezultatów i uważał, że była w stanie je osiągnąć, choć prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas będzie musiał pilnować również własnego odruchu podejmowania decyzji, zanim ktokolwiek zdążyłby w ogóle przedstawić mu inne rozwiązanie. Nie był zbytnio cierpliwy wobec rzeczy, które uważał za oczywiste.
  A potem Navi przypomniała mu, że sam ją zaprosił.
  Kącik ust drgnął mu nieznacznie.
  — Pamiętam — odpowiedział. — Nie zamierzam cię zwalniać, Amore.
  Pochylił się i pocałował ją krótko, nie zabierając dłoni z jej talii. Przeciwnie – na moment zacisnął na niej z wyczuciem, mocniej swoje palce, tylko na krótką chwilę, by zaraz potem rozsunąć opuszki po materiale jej sukienki.
W zasadzie mógłby od razu wrócić do omawiania kolejnych rzeczy, bo miał jeszcze sporo do powiedzenia, ale przypomniał sobie własne zapewnienie z rana. Bez list, telefonów i rozmów o rodzinie. Z tej ostatniej części wywiązywał się wręcz doskonale; zabrał ją na spacer i opowiedział o zamordowaniu rodziców.
  — Tylko reszta może jeszcze poczekać — dodał. — Obiecałem ci dzisiaj coś innego.
  Odwrócił głowę w stronę miasteczka, przez chwilę przyglądając się widokowi, który wcześniej posłużył mu głównie do odtworzenia dawnych tras oraz tego, kto i dokąd nimi jeździł. Przez chwilę kontemplował widok, nie obracając w umyśle praktycznie żadnej z informacji – nie było to naturalne dla niego, bo jego mózg musiał cały czas nad czymś pracować, bo jeśli nie było czego analizować, to co mu tak naprawdę zostawało?
  Dziwna pustka.
  — Może chciałabyś to namalować? — zapytał, wskazując spojrzeniem panoramę poniżej. — Możemy po drodze poszukać farb i tego wszystkiego, czego jeszcze potrzebujesz. Chyba że wolisz zostać tu dłużej. Możemy też zejść po składniki do obiecanego mi tiramisu. Lub wrócić do posiadłości, jeśli czujesz się zmęczona. Kiepsko wywiązałem się z poprzedniej deklaracji, więc teraz to Ty prowadzisz, Amore.
  Nienaturalny rozkład dla niego – oddanie kontroli. To było jednak tak nieszkodliwie, że nie wzierało mu się w umysł i mogło istnieć. Zresztą – swoją granicę i tak konsekwentnie przesuwał dla niej, robiąc jej coraz więcej miejsca. Prawdopodobnie nigdy na tyle, żeby zostawić wszystko bez swojej cichej analizy, niemniej to wciąż był postęp.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O to, że zrobisz coś za moimi plecami, akurat się nie martwię.
— A o to, że zrobię coś przed twoimi oczami?
Bo za plecami łatwo było działać, o wiele ciężej było oszukać kogoś w momencie, gdy dokładnie cię obserwował. Ona jednak tego nie planowała. Nie jemu. Mogła oszukiwać wszystkich dookoła, odgrywać kolejne role, ale mężowi zamierzała być wierna do końca. Wybrała go, ufała mu i szczerze go kochała, dlatego trzymała jego stronę niezależnie od sytuacji oraz wroga na horyzoncie.
Skoro już dostała od niego szansę, zamierzała ją wykorzystać. Pierwszy raz ktoś jej dał okazję do wykazania się. Do działania i pokazania tego, co naprawdę potrafi, bez hamowania i tłamszenia jej w środku. Mogła mówić, mogła zauważać, mogła dyskutować i zwracać uwagę. Wizja, że będzie częścią czegoś większego, była niesamowicie ekscytująca, ale też stresująca. W końcu będzie mogła pokazać karty oraz umiejętności, które przez całe życie ukrywała.
Zawsze przyjmowała jego pocałunki z przyjemnością i tym niezwykłym uczuciem w okolicach żołądka. Był jedynym człowiekiem na świecie, który budził w niej takie odczucia. Powinien budzić niepokój, a ona każdego dnia zdawała się coraz bardziej przepadać w jego osobie, niezależnie od tego jak niebezpieczny był.
Nie miała większego problemu z tym, aby rozmawiać o przyszłości. O planach, nawet jeśli omawiały one działania wobec Aurelii, a także interesów w które właśnie wchodziła. Mieli mieć dzień przerwy, jednak wyszło to tak naturalnie, że nie mogła się złościć. Zwłaszcza, że otrzymała w tym wszystkim sporą rolę do odegrania.
Oparła policzek na jego piersi, zwyczajnie wtulając się w jego osobę. Odpoczywała, chłonęła ten wszechotaczający ją spokój oraz bezpieczeństwo. To był dobry stan, taki, który najchętniej przedłużałaby w nieskończoność. Bo czuła się w jego otoczeniu dobrze, tak, jak nigdy przy nikim innym.
O ironio.
Oderwała głowę od jego piersi i podniosła na niego spojrzenie.
— Namalować? — powtórzyła, przeskakując wzrokiem na panoramę miasteczka. Kąciki ust jej drgnęły wyżej w zadowoleniu, wysłuchując jego propozycji na dalsze spędzenie wspólnie czasu. I każda brzmiała dobrze. Musiała się chyba przyzwyczajać do tego, że jej emocje oraz potrzeby faktycznie się znaczyły, niezależnie od tego co się działo dookoła.
— Możemy pójść po składniki na tiramisu, kupić farby oraz płótno, a później tu wrócić. Tylko, carissimo, co ty zamierzasz robić przez ten czas? Malowanie zajmuje kilka godzin, a nie chciałabym, abyś się nudził. — Kilka godzin to i tak krótki okres. Gdy faktycznie się wczuwała i chciała dokładnie wszystko odwzorować, potrzebowała o wiele więcej czasu, bo nie zwykła się spieszyć. Normalnie siedziałaby z kieliszkiem wina w jednej ręce i pędzlem w drugiej, malując kolejne szczegóły, przenosząc swoją wizję na płótno.
Teraz jednak nie mogła pić. Jedna różnica.
— Zróbmy inaczej. Kupimy wszystkie składniki na deser, do mojego obrazu, a potem wrócimy do domu, abym mogła cię nakarmić. — To także była jej odskocznia. Zamykanie się w kuchni, aby stworzyć coś pysznego. — A teraz, jak już wiem co mam malować, to wrócę tu później sama. — Aby go nie ciągać. Zwłaszcza, że zapewne pojawi się w tym miejscu więcej niż tylko raz. Chciałaby uchwycić każdy ważny moment na obrazie, który powstanie. — Musimy korzystać z tego spokoju, póki go mamy. — Bo nigdy nie wiedzieli kiedy wróci Aurelia ze swoimi kolejnymi planami, które mogły zrujnować to, co zbudowali.

/eot
Giovanni Salvatore
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”