34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że wiedziała, jak trudno jest dostać midazolam. Jak wszystkie inne leki z grupy benzodiazepin. Szybko uzależniał i lekarz może go przepisać wyłącznie w uzasadnionych medycznie przypadkach. Dostęp nie był łatwy, ale nie był też nadzwyczaj trudny, kiedy miało się w rodzinie lekarza. Miller, dzięki swoim uprawnieniom, miała dostęp do takich psychotropów. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego do własnych celów, choć naćpanie się midazolem bywało kuszące.
— Nie pierdol, Sherlocku — skomentowała krótko. Oczywiście w ich duecie to ona była Watsonem ze względu na wykształcenie. Nie musiał jej niczego tłumaczyć jak krowie na rowie. Może była pijana, ale nie była głupia.
Nie dała się również pokonać grawitacji. Była pijana, ale nie aż tak, żeby nie utrzyma równowagi. Na początkowo znosiło ją na lewo i prawa, ale ostatecznie zdołała utrzymać pion i dumnie zadarła podbródek, wpatrując się w Gardnera. Za to on był strasznie durny, skoro nie miał pojęcia, co co przed chwilą zapytała.
— Dobrze wiesz. Nie każ mi tego powtarzać — ostrzegła lojalnie. Bo inaczej co? Co mu zrobi? Obłoży pięściami, żeby przynajmniej na moment przestał myśleć o pracy? Przecież dobrze wiedziała, że to tak nie działało. Ktoś z wszczepiony pracoholizmem doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a Zaylee była uzależniona od pracy tak samo, jak od kawy. Trudno stwierdzić, od czego bardziej. Chyba jednak od pracy.
Miała do niego sentyment. Nieczęsto udawało jej się utrzymywać kontakt z byłymi partnerami. A przynajmniej nie na tyle, żeby wbijać im na chatę w środku nocy. To wszystko przez to, w jaki sposób rozstała się z Frankiem. A przecież rozeszli się w zgodzie, a ich drogi i tak splatały się na komisariacie. To właśnie wtedy stwierdziła, że nigdy więcej nie będzie spotykać się z nikim, z kim przyszło jej współpracować. A potem ożeniła się z Eviną. Jak widać, Miller miała dość spory problem z konsekwentnością. Ale skąd miała wiedzieć, że przyjdzie jej zakochać się w detektywce z wydziału zabójstw? To nie było coś, co można sobie po prostu przewidzieć.
Uniosła dłoń i poklepała go po ramieniu, urywając kontakt wzrokowy. Im dłużej tak na nią patrzył, tym czuła się jeszcze bardziej najebana. Albo to on pierdolił jej w głowie. Zmiana tematu wydawała się bezpieczna. Cokolwiek, byle odwlec jego myśli od sprawy Jane Doe.
— Wszystko wyśmienicie. Na początku roku zapisałyśmy go do szkółki pisarskiej. Ma wrodzony talent. W szkole też idzie mu nieźle, chociaż niedawno zostałyśmy wezwane przez wychowawczynię, bo zaczął gnębić innego dzieciaka. Chciał się popisać przed kolegami. To do niego niepodobne, bo sam kiedyś był dręczony. Do tej pory trudno mi powiedzieć, co nim kierowało, ale okazał skruchę i przeprosił tamtego kolegę — wyliczała pokrótce i opadła na kanapę. Jej miękkość mogłaby wessać Miller do środka. — W kwietniu skończył dziesięć. To już duży chłop. Jesteśmy już właściwie na finiszu — dodała odnośnie procedur. — Jeszcze miesiąc, może dwa i zamieszka z nami na stałe — dodała, włączając galerię w telefonie. Jeden z folderów był przeznaczony Samowi. Na jednej fotografii chłopiec trzymał piłkę, na innym nowy zestaw lego. Kolejne przedstawiało całą trójkę, a Sammy pozował do niego w objęciach Zaylee i Eviny.
Sięgnęła po szklankę z whisky i spojrzała na Gardnera, kompletnie zbita z tropu. Przeniosła wzrok na dokument o studentach z Idaho, a potem znów na Franka, tym razem ze ściągniętymi brwiami. Nie do końca wiedziała, o co mu teraz chodziło.
— O czym? — zapytała i szklanką wskazała na telewizor. — To rozwiązana sprawa. Zabił ich Bryan Kohberger. Jego ślady DNA znaleziono na etui noża pozostawionym na miejscu zbrodni — wyjaśniła, upijając kilka łyków alkoholu. No co ten Frank? Nie wiedział, jak zakończyło się jedno z głośniejszych śledztw sprzed czterech lat?

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Istniała pewna cienka, niemal niewidoczna granica między bolesną trzeźwością umysłu a tym specyficznym rodzajem odrętwienia, w które Gardner wpadał po przekroczeniu czterdziestej ósmej godziny bez snu. Świat zwalniał, kontury przedmiotów w — było nie było — pustym mieszkaniu traciły na ostrości, a jedynym, co pozostawało kurewsko wręcz dotkliwe, były obrazy wyryte pod powiekami. W takich chwilach mózg zaczynał płatać figle. Podsuwał iluzje. Zmuszał do kwestionowania rzeczywistości. Bo przecież to nie miało żadnego sensu, że siedział tu, na własnej kanapie, pijąc szkocką i miał obżerać się kebabem z budy, z której nie tknął nic od czasu, jak rozstali się z Miller, podczas gdy w tle leciał dokument i powietrze nie pachniało mu słodko-mdłym rozkładem, a żarciem, alkoholem i tym jedny, jebanym zapachem kosmetyku milion w jednym — do mycia dupy, włosów, psa sąsiada, podłogi w kantynie i karoserii w starym vanie — który tak po prostu cofał go w czasie. Zaylee Miller tonąca w jego dresach, rozmazana, wybierająca dokument, który wybraliby normalnie te lata temu, wbijająca się w jego przestrzeń, jakby nigdy z niej tak na dobre nie wyszła. Absurd. Kompletny, paraliżujący absurd, z którym w żaden racjonalny sposób nie potrafił, a może wcale nie chciał, walczyć.
Musiał jednak oddać jej jedno. Skutecznie, choć pewnie chwilowo, wymazała mu sprzed powiek małą Jane Doe.
— Aye, Watsonie — mruknął już tylko, bo może się zagalopował. Nie było jego intencją wbijanie szpilki i sprawdzanie, jak dobrze działa jej pamięć podczas stanu co najmniej agonalnego pod wpływem. Chociaż, może jednak, to drugie trochę tak. Z życzliwości, oczywiście.
A że dobrze wiedział i nie miał zamiaru jej kazać tego powtarzać, choć ponownie, tu też kusiło sprawdzić, co mu zrobi, ale wtedy przypomniał sobie, jak zwykle kończyło się ich przekomarzanie się i to on wychodził na tym poszkodowany. Z palcem wbitym w żebra, z zabranym ostatnim ciastkiem albo bezczelnie wycelowanym spojrzeniem prowokującym go w odwecie, świadomym, że przecież jej nie odda. Nie fizycznie, przynajmniej. Teoretycznie mógł to pociągnąć dalej. Mógł zobaczyć, czy wciąż miała w sobie to, co kiedyś go urzekało, ale uznał, że ona była na to zbyt pijana, a on na to zbyt zmęczony. Dlatego Gardner ostatecznie porzucił temat i skupił się na Samie. Na czymś, co było bezpieczniejszą opcją tu i teraz. Kiwał przy tym głową, słuchając każdego jej słowa, wertując przekazane informacje: szkółka pisarska — tu nawet mruknął z podziwem dla talentu młodego może przyszłego nowelisty; gnębienie dzieciaka — tu uniósł brwi i pokręcił łbem w geście “no co ty?”, świetnie grając rolę wprawionego w socjalne paradygmaty osobnika; na przeprosiny i okazaną skruchę uśmiechnął się kącikiem ust. Dziesięć lat. Sam miał już dziesięć lat.
I chociaż Gardner wprawdzie nie dał tego po sobie poznać, to słuchając tych prawie profesjonalnych raportów o tym, co się dzieje w jej życiu, poczuł jedynie gęstniejące, ołowiane zmęczenie. Dziecięce dramaty i problemy wychowawcze w zderzeniu z młodym ciałem wyłowionym z Muskoki brzmiały prozaicznie i abstrakcyjnie... lekko. I zamiast go odepchnąć od wizji małej zbeszczeszczonej Jane Doe, tylko mu o niej przypomniały. Do jakiej szkółki chodziła ona? Czy w szkole broniła słabszych czy ich gnębiła? Czy może była tą słabszą? Jak reagowali na to jej rodzice? Kim, u licha, byli jej rodzice?
Dość.
Wlepił wzrok w świecący ekran telefonu Miller, patrząc na zdjęcia, które jarzyły się ostrym światłem w półmroku salonu, drażniąc wzrok zmęczony niedoborem snu i nadmiarem makabry. Jedno, drugie, trzecie; piłka, lego, cała trójka. To była piękna wizytówka życia Zaylee. Poprawnego, ciepłego, rodzinnego życia, w którą Gardner wpatrywał się z tępym wyrazem na mordzie, czując, jak ten pieprzony mur, który wokół siebie tak konsekwentnie i profesjonalnie wznosił, obrasta grubym bluszczem na widok czegoś, z czego Gardner sam się na własne życzenie wypisał. Rodziny. Małżeństwa. Dziecka. Radości. Wszystko to, co dawno pogrzebał pod stertą akt i policyjnych raportów. Oczywiście, tak było dla niego lepiej i potrafił to zracjonalizować sobie na tysiąc sposobów, czystą logiką i kalkulacją ryzyka strat, a jednak ukłucie gdzieś w okolicach splotu słonecznego było zaskakująco ciążące. I kurewsko irytujące.
— Faktycznie duży chłop. Daj znać, jak już u was będzie, żebym mógł zostać wujkiem miesiąca — mruknął w końcu i jeszcze chwilę przeciągnął to gapienie się na ekran, zanim na dobre odwrócił od niego wzrok, uciekając spojrzeniem w bezpieczną, nie atakującą go tym, czego nie miał, kolorową jasność telewizora. Sam też sięgnął po szklankę i pociągnął kolejny solidny łyk, chcąc cierpkim ciepłem stłumić to, co w ogóle nie miało prawa w nim teraz rezonować. Iluzje. Pieprzone iluzje. A potem Miller otworzyła usta, patrząc na niego z tą swoją mimiką kogoś, kto nie do końca zrozumiał o co mu chodziło i wypaliła z Kohbergerem. Gardner zatrzymał szklankę w połowie drogi na blat i zamrugał, trawiąc to, co właśnie usłyszał. Odetchnął ciężko i spojrzał na nią, jakby właśnie z pełnym przekonaniem oświadczyła mu tu i teraz, wszem i wobec, że żółtobrzeżki to tak naprawdę wodne wróżki.
— Nie. To znaczy tak, to on, ale... — nie o to mi chodziło. Nie dokończył. Zaśmiał się krótko, parskliwie, kręcąc przy tym głową. Darował jej, bo to było absolutnie zabawne, jak ten jej genialny, analityczny umysł potrafił czytać ze zwłok jak z otwartej księgi, przetwarzać najbardziej skomplikowane raporty toksykologiczne i rozkładać na czynniki pierwsze patologię najbardziej starannych morderstw, a jednocześnie całkowicie rozbijał się o najprostsze z możliwych pytań. Powoli zajął się papierową torbą, z której wyciągnął srebrzyste zawiniątko i podał go jej, czekając, aż się z nim rozprawi. Jak tylko zwolniła mu łapska, wziął drugiego. I te frytki. I te dodatkowe sosy. Cała fiesta.
Dobra. Jednak jej nie zamierzał darować. I chociaż mógł zaadresować coś, co wisiało w powietrzu — to jej bycie tutaj, a nie tam, kontynuując szczęście ze zdjęcia — to nie uraczył jej pytaniem: co robisz tutaj najebana w sztok, ukrywając się przed własną żoną. Chyba sam nie chciał znać odpowiedzi. Chyba nie do końca go ją to interesowało teraz, w tym stopniu odrętwienia brakiem snu. Chwilę mógł przecież udawać, dać się ponieść iluzjom, że wszystko jest po staremu.
— O procedurach, Watson. Pytałem o procedury i finalizację adopcji. — Gardner wgryzł się w kebaba i już wiedział, że będzie tego żałował. No ale hej, wszystko po staremu. — Myślałem, że może są jakieś kłopoty po drodze. W raju. — Mimowolnie wzruszył ramionami. — Nie znam się. Swoją drogą, ten gość, Kohberger, to chodzący red flag. Można go było zamknąć wcześniej. Wiwat służbom, powinni iść za współudział.
Francis Gardner, wielce profesjonalny detektyw solidaryzujący się z kumplami po fachu. Nowe. Nie znane.
zaylee miller
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od początku dążyła do tego, żeby odciągnąć myśli Francisa od sprawy, nad którą przyszło im pracować w Muskoka Lakes. Jak widać, wystarczyło się najebać i wskoczyć w jego ciuchy. Wiedziała, że odkąd znaleźli nad wodą małą Jane Doe, Gardner ani razu porządnie nie zmrużył oka. Myślał o tym dzień w dzień, zarywając kolejne noce w poszukiwaniu sprawcy okrutnego morderstwa. Zaylee wciąż pozostawała niewzruszona. To nie tak, że była pozbawiona uczuć albo nie potrafiła współczuć. To nie był pierwszy raz, kiedy na jej stół sekcyjny trafiało ciało dziecka, które padło ofiarą przemocy seksualnej. Sekcjonowała dziesiątki takich przypadków. No właśnie. Przypadków.
W głowie Miller Jane Doe nie była dziewczynką, której twarz mogłaby później wracać jej w snach. Była kolejną ofiarą. Kolejnym ciałem. Pracą do wykonania i obowiązkiem, który należało wykonać najlepiej, jak potrafiła. Musiała odciąć od siebie wszystko, co mogłoby utrudnić jej pracę, bo gdyby zaczęła za każdym razem myśleć o tym, kim była osoba leżąca na stole, prawdopodobnie dawno dostałaby pierdolca. Czy to oznaczało, że nie miała w sobie empatii? Nie. Było jej szczerze żal, że Jane Doe spotkało takie okropieństwo. Wiedziała, że to, co się jej przytrafiło, było niewyobrażalnie brutalne. Tyle że Zaylee nie mogła przeżywać tego za każdym razem od nowa. Musiała zrobić swoje, przekazać wyniki śledczym i iść dalej. Francis najwyraźniej nie potrafił tego oddzielić. Inaczej - przynosił pracę do domu, a to nie wpływało na niego najlepiej.
— Ustaw się w kolejce, bo lista jest długa — oznajmiła po tym, jak Frank oświadczył, że przymierza się do tego, żeby zostać wujkiem miesiąca. Jak wszyscy. Bracia Miller wychodzili z siebie, żeby przypodobać się Młodemu. Co z tego, że właściwie nie musieli nic robić, bo Sammy i tak ich uwielbiał. Wystarczyło, że pojawili się w jego pobliżu, a już mieli zapewnione całkiem wysokie miejsce w rankingu ulubionych dorosłych. Zaylee podejrzewała, że z Frankiem będzie dokładnie tak samo.
Ten jej genialny, analityczny umysł nie był już jednak taki genialny po kilku głębszych. Po trawce potrafiła wpadać na naprawdę genialne pomysły, ale alkohol robił jej z mózgu papkę. Powinni się kiedyś zjarać i spróbować rozwiązać jakąś bardziej przyziemną sprawę. Taką, przy której nie musieliby się zastanawiać, czy za chwilę sami się nie wyjebią po drodze i nie narobią większego syfu niż osoba, której szukali. Ale Gardner naprawdę nie mógł mieć jej za złe, że nie nadążała za jego pytaniami. Na swoje usprawiedliwienie miała przecież nie tylko alkohol. Była również urocza. A to chyba powinno liczyć się podwójnie!
Odpakowała kebaba i wgryzła się w niego zachłannie. Przy pierwszym kęsie żołądek jej się zassał nienaturalnie. Miała wrażenie, jakby nie jadła przez ostatni tydzień, co było absurdalne, bo przecież na tym bankiecie wcisnęła w siebie mnóstwo przekąsek. I całe szczęście, że Frank nie zapytał, co tutaj robiła. Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Ani chyba na żadne inne, które kłębiło się w głowie Gardnera.
— Procedury, o dziwo, idą dość sprawnie. Myślałam, że będą większe problemy z racji naszych zawodów, ale wszyscy patrzą na nas dość przychylnie — wyjaśniła pokrótce, jak to wygląda. — Kłopoty? Nie, chyba nie. Nie wiem. Nie mam pojęcia, nie zastanawiałam się nad tym — mruknęła z pełną gębą. Kłamstwo. Oczywiście, że o tym myślała. Ale czy czuła potrzebę, żeby się z tego zwierzać Francisowi? Chyba nie. Po co psuć nastrój? Było przecież tak miło.
Pochyliła się nieznacznie do przodu i wskazała palcem na ekran, zupełnie jak Leonardo DiCaprio w roli Ricka Daltona
— Co nie? Jestem w autentycznym szoku, że zatrzymali go dopiero po miesiącu. Nie wspominając o tym, że przed sądem trafił w zeszłym roku. Upiekło mu się, bo dzięki przyznaniu się do winy uniknął kary śmierci i dostał dożywocie — prychnęła pogardliwie w przekonaniu, że gość zasłużył sobie na znacznie gorszą karę.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#22”