Istniała pewna cienka, niemal niewidoczna granica między bolesną trzeźwością umysłu a tym specyficznym rodzajem odrętwienia, w które Gardner wpadał po przekroczeniu czterdziestej ósmej godziny bez snu. Świat zwalniał, kontury przedmiotów w — było nie było — pustym mieszkaniu traciły na ostrości, a jedynym, co pozostawało kurewsko wręcz dotkliwe, były obrazy wyryte pod powiekami. W takich chwilach mózg zaczynał płatać figle. Podsuwał iluzje. Zmuszał do kwestionowania rzeczywistości. Bo przecież to nie miało żadnego sensu, że siedział tu, na własnej kanapie, pijąc szkocką i miał obżerać się kebabem z budy, z której nie tknął nic od czasu, jak rozstali się z Miller, podczas gdy w tle leciał dokument i powietrze nie pachniało mu słodko-mdłym rozkładem, a żarciem, alkoholem i tym jedny, jebanym zapachem kosmetyku milion w jednym — do mycia dupy, włosów, psa sąsiada, podłogi w kantynie i karoserii w starym vanie — który tak po prostu cofał go w czasie. Zaylee Miller tonąca w jego dresach, rozmazana, wybierająca dokument, który wybraliby normalnie te lata temu, wbijająca się w jego przestrzeń, jakby nigdy z niej tak na dobre nie wyszła. Absurd. Kompletny, paraliżujący absurd, z którym w żaden racjonalny sposób nie potrafił, a może wcale nie chciał, walczyć.
Musiał jednak oddać jej jedno. Skutecznie, choć pewnie chwilowo, wymazała mu sprzed powiek małą Jane Doe.
—
Aye, Watsonie — mruknął już tylko, bo może się zagalopował. Nie było jego intencją wbijanie szpilki i sprawdzanie, jak dobrze działa jej pamięć podczas stanu co najmniej
agonalnego pod wpływem. Chociaż, może jednak, to drugie trochę tak. Z życzliwości, oczywiście.
A że dobrze wiedział i nie miał zamiaru jej kazać tego powtarzać, choć ponownie, tu też kusiło sprawdzić, co mu zrobi, ale wtedy przypomniał sobie, jak zwykle kończyło się ich przekomarzanie się i to on wychodził na tym poszkodowany. Z palcem wbitym w żebra, z zabranym ostatnim ciastkiem albo bezczelnie wycelowanym spojrzeniem prowokującym go w odwecie, świadomym, że przecież jej nie odda. Nie fizycznie, przynajmniej. Teoretycznie mógł to pociągnąć dalej. Mógł zobaczyć, czy wciąż miała w sobie to, co kiedyś go urzekało, ale uznał, że ona była na to zbyt pijana, a on na to zbyt zmęczony. Dlatego Gardner ostatecznie porzucił temat i skupił się na Samie. Na czymś, co było
bezpieczniejszą opcją tu i teraz. Kiwał przy tym głową, słuchając każdego jej słowa, wertując przekazane informacje: szkółka pisarska — tu nawet mruknął z podziwem dla talentu młodego może przyszłego nowelisty; gnębienie dzieciaka — tu uniósł brwi i pokręcił łbem w geście “no co ty?”, świetnie grając rolę wprawionego w socjalne paradygmaty osobnika; na przeprosiny i okazaną skruchę uśmiechnął się kącikiem ust. Dziesięć lat. Sam miał już dziesięć lat.
I chociaż Gardner wprawdzie nie dał tego po sobie poznać, to słuchając tych prawie profesjonalnych raportów o tym, co się dzieje w jej życiu, poczuł jedynie gęstniejące, ołowiane zmęczenie. Dziecięce dramaty i problemy wychowawcze w zderzeniu z młodym ciałem wyłowionym z Muskoki brzmiały prozaicznie i abstrakcyjnie... lekko. I zamiast go odepchnąć od wizji małej zbeszczeszczonej Jane Doe, tylko mu o niej przypomniały. Do jakiej szkółki chodziła ona? Czy w szkole broniła słabszych czy ich gnębiła? Czy może była tą słabszą? Jak reagowali na to jej rodzice? Kim, u licha, byli jej rodzice?
Dość.
Wlepił wzrok w świecący ekran telefonu Miller, patrząc na zdjęcia, które jarzyły się ostrym światłem w półmroku salonu, drażniąc wzrok zmęczony niedoborem snu i nadmiarem makabry. Jedno, drugie, trzecie; piłka, lego, cała trójka. To była piękna wizytówka życia Zaylee. Poprawnego, ciepłego, rodzinnego życia, w którą Gardner wpatrywał się z tępym wyrazem na mordzie, czując, jak ten pieprzony mur, który wokół siebie tak konsekwentnie i profesjonalnie wznosił, obrasta grubym bluszczem na widok czegoś, z czego Gardner sam się na własne życzenie wypisał. Rodziny. Małżeństwa. Dziecka. Radości. Wszystko to, co dawno pogrzebał pod stertą akt i policyjnych raportów. Oczywiście, tak było dla niego lepiej i potrafił to zracjonalizować sobie na tysiąc sposobów, czystą logiką i kalkulacją ryzyka strat, a jednak ukłucie gdzieś w okolicach splotu słonecznego było zaskakująco ciążące. I kurewsko irytujące.
—
Faktycznie duży chłop. Daj znać, jak już u was będzie, żebym mógł zostać wujkiem miesiąca — mruknął w końcu i jeszcze chwilę przeciągnął to gapienie się na ekran, zanim na dobre odwrócił od niego wzrok, uciekając spojrzeniem w bezpieczną, nie atakującą go tym, czego nie miał, kolorową jasność telewizora. Sam też sięgnął po szklankę i pociągnął kolejny solidny łyk, chcąc cierpkim ciepłem stłumić to, co w ogóle nie miało prawa w nim teraz rezonować. Iluzje. Pieprzone iluzje. A potem Miller otworzyła usta, patrząc na niego z tą swoją mimiką kogoś, kto nie do końca zrozumiał o co mu chodziło i wypaliła z Kohbergerem. Gardner zatrzymał szklankę w połowie drogi na blat i zamrugał, trawiąc to, co właśnie usłyszał. Odetchnął ciężko i spojrzał na nią, jakby właśnie z pełnym przekonaniem oświadczyła mu tu i teraz, wszem i wobec, że żółtobrzeżki to tak naprawdę wodne wróżki.
—
Nie. To znaczy tak, to on, ale... —
nie o to mi chodziło. Nie dokończył. Zaśmiał się krótko, parskliwie, kręcąc przy tym głową. Darował jej, bo to było absolutnie zabawne, jak ten jej genialny, analityczny umysł potrafił czytać ze zwłok jak z otwartej księgi, przetwarzać najbardziej skomplikowane raporty toksykologiczne i rozkładać na czynniki pierwsze patologię najbardziej starannych morderstw, a jednocześnie całkowicie rozbijał się o najprostsze z możliwych pytań. Powoli zajął się papierową torbą, z której wyciągnął srebrzyste zawiniątko i podał go jej, czekając, aż się z nim rozprawi. Jak tylko zwolniła mu łapska, wziął drugiego. I te frytki. I te dodatkowe sosy. Cała fiesta.
Dobra. Jednak jej nie zamierzał darować. I chociaż mógł zaadresować coś, co wisiało w powietrzu — to jej bycie tutaj, a nie
tam, kontynuując szczęście ze zdjęcia — to nie uraczył jej pytaniem:
co robisz tutaj najebana w sztok, ukrywając się przed własną żoną. Chyba sam nie chciał znać odpowiedzi. Chyba nie do końca go ją to interesowało teraz, w tym stopniu odrętwienia brakiem snu. Chwilę mógł przecież udawać, dać się ponieść iluzjom, że wszystko jest po staremu.
—
O procedurach, Watson. Pytałem o procedury i finalizację adopcji. — Gardner wgryzł się w kebaba i już wiedział, że będzie tego żałował. No ale hej, wszystko po staremu. —
Myślałem, że może są jakieś kłopoty po drodze. W raju. — Mimowolnie wzruszył ramionami. —
Nie znam się. Swoją drogą, ten gość, Kohberger, to chodzący red flag. Można go było zamknąć wcześniej. Wiwat służbom, powinni iść za współudział.
Francis Gardner, wielce profesjonalny detektyw solidaryzujący się z kumplami po fachu. Nowe. Nie znane.
zaylee miller