35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakby on nie chciał niczego.
Żadne z jej stwierdzeń nie było tak dalekie od prawdy jak to, które powiedziała teraz. Żadne nie mijało się z prawdą tak ogromnej odległości.
Było to oczywiste, że przecież czegoś od niej chciał. Może nie od początku - może wtedy był wyłącznie pasażerem zabranym w tę podróż w chwili, w której wtargnęła do j e g o loży, a on pozwolił jej w niej zostać i odnaleźć schronienie. Może to wkradło się dopiero w trakcie, gdzieś w wydanym w roztargnieniu poleceniu by zatrudnić ją ponownie, w schowanym pod ladą czeku w postaci wymówki wydłużającej ich konwersację.
Z początku nie chciał nic więcej poza tym, co widział.
Piękno pojawiało się w Rapture w postaci wielu kobiet, przewijających się przez salę klubową. W Haze było jednak coś intrygującego, chowającego się pod obiektywnie atrakcyjną powierzchnią. Jej wzrok był ostry, skupiony, zachowane skomplikowane, każdy uśmiech wydawał się nagrodą, na którą zasłużyła osoba, której udało się go u niej wywołać.
Chciał ich więcej - chciał ją dla siebie, w ten zachłanny sposób, w jaki zachowywał się zwykle nawet jeśli nie wiedział jeszcze, co szło z nią w parze.
Nie wiedział o trosce, którą mogła w jego stronę rozciągnąć. O dotyku jej dłoni pieszczotliwie przesuwających się po jego włosach. O wszystkich tych nudnych rzeczach, o których mu opowiadała.
O tym jak wyglądała, gdy cudza krew skropiła jej policzek.
Chciał w s z y s t k i e g o.
Chciał tkwić blisko i być na wyciągnięcie jej ręki. Chciał słuchać historii z jej życia, z przeszłości, niezależnie od tego, czy były depresyjne czy nie. Chciał jeść z nią śniadanie i rozwiązywać pieprzone krzyżówki jak osoba, którą zdecydowanie nie był, ale którą chciał dla niej być.
To była ta jego zachłanność. Gorzej - to był ten jego cholerny egoizm.
Wiedział przecież, teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że Haze wymagała opieki, wymagała delikatności. Że choć jej kręgosłup moralny pozwalał jej na przymknięcie powiek gdy wykonywał rzeczy, które mogła sobie zracjonalizować, złamałby się gdyby choć raz dostrzegła go jako człowieka, którym b y ł. Nie tym, którym starał się być w jej towarzystwie, by chciała być blisko niego, by jej usta rozciągały się w tym uśmiechu.
To nie była kwestia czy, to była kwestia k i e d y.
Wychowanie nie było w stanie zmienić natury. Mógł zachowywać się kulturalnie, szarmancko, mogła wytresować go swoimi reakcjami jak psa a ten i tak prędzej czy później znajdzie coś, co sprawi, że zacznie gryźć. Widział strach w jej oczach gdy ogarnęła go wściekłość, choć przecież skierowana była w stronę kogoś, kto na tę wściekłość zasługiwał. Widział to, w jaki sposób zareagowało jej ciało i umysł, gdy uświadomiła sobie, kim był naprawdę.
Zagarnianie jej choćby na chwilę wiedząc, że ta droga prowadziła wyłącznie do chwili takich jak ta, było definicją zachłanności. Mógłby zrzucić to na swoją krótkowzroczność, na chęć bycia lepszym, ale samoświadomość nie pozwalała mu przymknąć na to powiek.
Robiła to jego p o d ł a natura.
Westchnął, odpowiedź na jej drugie pytanie wydawała się oczywista. Haze wydawała się tak skupiona na potrzebach innych osób by nie dostrzegać własnych. To przez nie przecież zamiast dostrzegać w swoim oprawcy to, kim był naprawdę, postrzegała go jako człowieka, któremu pozwoliła na to, co w praktyce zabrał sobie sam.
Z nim robiła coś podobnego.
Dostosowywała się, balansując na granicy własnego komfortu lecz nigdy jej nie przekraczając.
Materiał przesunął się pod jego ciałem gdy podniósł się z kanapy. Kubek z kawą wylądował na blacie obok, a jego dłoń sięgnęła w stronę śniadania, które wcześniej mu oferowała. Odebrał kartonowe opakowanie i odstawił je na stół, pochylając się nad kobietą, jego sylwetka rzucała cień na nią i na mebel, na którym tkwiła.
- Zatańcz ze mną - rzucił krótko, wyciągając w jej stronę rękę. Odległa muzyka wygrywana przez ćwiczącego skrzypka była marną namiastką muzyki, ale dla niego równie dobrze mogła być całą orkiestrą.

you should speak out loud
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie odpowiedział jej.
Przez moment jeszcze czekała, patrząc, jak podnosił się z kanapy, jak odstawiał kawę i zabierał opakowanie, którym wcześniej zupełnie nie był zainteresowany. Dopiero przy wyciągniętej ręce uniosła wzrok na jego twarz, z lekkim niedowierzaniem.
A więc to tak.
Jej śniadanie nie wystarczyło, żeby pozwolił zmienić temat. Troska o niego też nie. Nie przyjął nawet odpowiedzi, która była przecież prawdziwa, choć pomijała tę część, o którą najwyraźniej chodziło mu najbardziej. Wracał do pytania, używał jej imienia, czekał, aż w końcu powie coś więcej niż to, co mogła wypowiedzieć bez zaciskania gardła.
Kiedy zapytała jego, nagle można było po prostu wstać.
Zaprosić ją do tańca.
Violet popatrzyła raz jeszcze na jego dłoń. Zrobił dokładnie to, co przed chwilą tak skutecznie uniemożliwiał jej, tylko zdecydowanie lepiej wyglądał przy tym niż ona, próbująca wepchnąć mu francuskie śniadanie. To akurat trudno było podważyć. Nawet z pterodaktylem przyklejonym nad brwią.
Kącik jej ust drgnął, choć nie całkiem udało jej się zignorować to drobne ukłucie. Nie pytała przecież dla samego podtrzymania rozmowy. Chciała wiedzieć; kosztowało ją trochę, żeby w ogóle pozwolić sobie zapytać.
— Mnie nie pozwoliłeś zmienić tematu śniadaniem — zauważyła cicho, nawet rzucając to bardziej do siebie, jednocześnie unosząc lekko brwi. — Rozumiem, że gdyby było to bardziej efektowne to by zadziałało.
Nie zamierzała jednak odsuwać jego ręki.
W Rapture odpowiedź na taką propozycję pojawiła się właściwie od razu, w napiętych plecach, w oddechu, który urwał się na samą perspektywę tego, gdzie musiałaby znaleźć się jego dłoń. Dopiero później dorobiła do tego późną godzinę i mokrą sukienkę. Rozsądne powody, które mogła wypowiedzieć, zamiast próbować wyjaśnić coś, czego wtedy nie potrafiłaby powiedzieć mu nawet w części.
Teraz też poczuła napięcie. Ale patrząc na jego rękę, pamiętała przede wszystkim jej ciepło.
Jeszcze niedawno sama trzymała dłoń na jego policzku. Pozwoliła mu pocałować nadgarstek i przez chwilę nie umiała skupić się na niczym innym niż miejscu, w którym dotknął jej ustami.
Powinna znaleźć jakiś powód. Taki, który pozwalałby wstać bez przyznawania, że miała ochotę być bliżej; przez moment próbowała nawet pomyśleć o tym, że po całym tym poranku przydałaby im się zmiana tematu.
— Taniec za sekret, Monroe — przypomniała, zatrzymując dłoń tuż przy jego dłoni.
Dotknęła go opuszkami. Potem ułożyła rękę na jego ręce, już bez kolejnego zatrzymania. Mógł wybrać. Nie zamierzała od razu żądać odpowiedzi dokładnie na to, o co zapytała; wystarczyło jednak, że nie odda mu całej tej rozmowy za jeden szarmancki gest. Nie po tym, jak sam tak uparcie nie pozwalał jej schować się za czymś prostszym.
Wstała z jego pomocą.
Dopiero wtedy dotarło do niej, jak mało odległości zostało. Jego zapach był wyraźniejszy, materiał koszuli blisko jej palców, kiedy zatrzymała drugą rękę na jego ramieniu. Przez sekundę zesztywniała z przyzwyczajenia; oddech zatrzymał się, zanim udało jej się wypuścić go powoli.
Znów ten brutalny kontrast – ona w czymś, co było wygodne i założone na szybko; czymś co zakładało się, by po prostu siedzieć w domu. On wyglądający jak definicja samego siebie. Nieprzesadnie elegancki, z ułożonymi włosami – wyglądający tak dobrze, że nawet wiecznie buntujący się kosmyk jego włosów nie był w stanie tego mu odebrać.
Przesunęła kciukiem po jego skórze na jego dłoni, ledwie odrobinę, i coś przyjemnego rozeszło się pod żebrami.
Vincent Monroe miał w sobie coś niesprawiedliwego.
Nie chodziło nawet o twarz, choć ta zdecydowanie nie pomagała, ani o sposób, w jaki potrafił wyglądać dobrze nawet z kolorowym plastrem z pterodaktylem nad brwią.
Było w nim coś bardziej pierwotnego; czuła to od pierwszego wieczoru w Rapture i przez długi czas wmawiała sobie, że to zwyczajna ostrożność. Teraz wiedziała już, że nie do końca. Jego bliskość przyciągała uwagę w sposób niemal fizyczny, drażniąco łatwo przesuwała ją z rozsądku na zapach, ciepło skóry, ruch dłoni. I chyba właśnie to było w nim dla niej najbardziej destrukcyjne; że im więcej powodów miała, żeby trzymać Monroe na bezpieczną odległość, tym mniej jej ciało zdawało się rozumieć, po co właściwie miałaby to robić.
Nigdy jej rozum i ciało nie potrafiły być zgodne. Przy nim potrafiły się tylko zamienić perspektywami.
handsome and a hypocrite. i must have a type then
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmiana tematu byłaby jedną definicją jego czynu.
W jego oczach był odpowiedzią, przynajmniej na jedno z zadanych mu pytań. Wyciągniętą w jej stronę ręką, która tkwiła tam od samego początku ich znajomości i drugiego spotkania w Rapture - tego, w którym zdążyła go nauczyć, że nawet nakłonienie jej do napicia się wody stanowiło jakiegoś rodzaju osiągnięcie, które nie było mu wtedy dane. Tkwiła tam nawet, gdy nie wyciągał jej fizycznie w jej stronę, zawsze obecna, zawsze c h ę t n a.
- Nie wiem o czym mówisz - odrzucił beztrosko, choć kącik jego ust uniósł się w namiastce szelmowskiego uśmiechu, którego od pełni grymasu dzieliła go ta odrobina taktu, którą posiadał.
Dopiero co czuł jej dotyk na swoim policzku. Ktoś inny mógłby być tym gestem usatysfakcjonowany - szedł w końcu w parze ze szczerością, która kosztowała ją bardzo wiele. Był jakimś przekroczeniem wydzielonej między nimi granicy, drobnym przesunięciem ją w inną stronę.
On przesuwał ją jeszcze dalej, pazernie.
Miękkość jej dłoni we własnej posłała impuls przez jego palce, dłoń aż po ramię. Uchwycił ją lekko, z rosnącym rozbawieniem przytakując na zaproponowany przez nią układ. W oddali niespełniony skrzypek mozolnie wygrywał jeden, ten sam utwór, zawierający parę fałszów, które próbował wygładzić.
Przez myśl przeszło mu, że dawno już nie znajdował się w mieszkaniu o tak cienkich ścianach.
- Mogłaś poprosić o wszystko. Kiepsko się targujesz - odpowiedział lekko, choć sama jej bliskość sprawiała, że w jego ciele pojawiło się znajome napięcie, ramiona wyprostowały nieco, choć głowa pochyliła w dół, wychodząc jej na spotkanie. - Jestem bardzo otwartym człowiekiem.
Kłamstwo, choć może nie w całości.
Nie mówił o swoim fachu bądź życiu wiele, ale nie dlatego, że czuł potrzebę trzymania tego przed nią w sekrecie. Zwyczajnie nie zadawała pytań, na które mógłby udzielić wyczerpującej odpowiedzi.
A może odpowiedzi stały się elementem tej gry między nimi, w której ona oferowała mu okruchy własnej tożsamości, więc on, podświadomie, również odpowiadał jej tym samym - nawet, gdy do pewnego stopnia mógłby oddać jej całość, gdyby tylko o to poprosiła.
Pociągnął ją nieco za sobą, wymijając stolik z porzuconymi resztkami śniadania, którego żadne z nich nie zjadło. Jego żołądek pamiętał wciąż zjedzony bladym świtem posiłek, który mu przygotowała - zresztą gdy znalazła się na wyciągnięcie ręki, zwinął się, zupełnie niezainteresowany czymś tak podstawowym, jak jedzenie.
- Już wiesz, jak mnie zabić - wytknął jej, splatając ich palce ze sobą. Muzyka wybijała jednostajny rytm, który choć tracił przebijając się przez cienką ścianę, wciąż był łatwy do wychwycenia. - A ja wiem, że nie umiesz gwizdać - dodał zaczepnie. Jego druga dłoń, której powierzchnię nadal zdobiły zaczerwienione zdarcia po poprzednim dniu, powoli sięgnęła do kobiecej talii, wsuwając się na przysłoniętą bluzą krzywiznę. - Nie wiem, czy wychodzę na tym układzie korzystnie.
Kolejne kłamstwo - tym razem okraszone uśmiechem tańczącym na jego ustach. Biorąc pod uwagę to, co powiedziała mu przed chwilą, wyjawiła mu dużo więcej niż on kiedykolwiek wyjawił jej - może poza Frankiem, obecnym w jego życiu jako jedyna jednostka, którą mógłby przyrównać do rodzicielskiej.
Wydarła kawałek siebie i wyciągnęła go w jego stronę, nie wiedząc, czy spotka się ze zrozumieniem. Wiedział, że powinien odpowiedzieć tym samym.
- Jakie sekrety cię interesują? - mruknął, spoglądając na nią z góry. - Mogę okazać się hojny, jeśli będą racjonalne.
Światło wpadające do pomieszczenia rozbijało się na jej gładkiej skórze, błyszczało na powierzchni ciemnych włosów, które ją okalały. Z tej perspektywy niemal nie widział śladów pozostawionych przez strużki łez, których nie zdołał zetrzeć. Z tej perspektywy, z której oglądał ją zwykle, nic nie psuło jej nienaganności - Haze była kobietą, która przykuwała jego wzrok niezależnie od tego, co miała na sobie.
Może wręcz w ten sposób wyglądała lepiej, bo ten sposób coś sobą reprezentował.
Był pewnym zdjęciem z siebie zbroi, którą zwykle zakładała, zaproszeniem go do miejsca, w którym była najbardziej wrażliwa, w wydaniu, w którym czuła się najbardziej komfortowo.
A komfort wydawał się towarem deficytowym w życiu Violet Haze.

anything to feel your touch
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę przyglądała mu się z niedowierzaniem, które chyba przestało mieć już cokolwiek wspólnego z samą propozycją tańca. Jeszcze niedawno potrafił wyłapać każdą jej próbę powiedzenia czegoś, co jednocześnie było odpowiedzią i pozwalało ominąć najważniejsze; teraz najwyraźniej nie rozumiał nawet tak prostego zarzutu.
Patrzyła na ten niewielki uśmiech i nie potrafiła utrzymać na ustach całej powagi, z jaką chciałaby go przy tym przyłapać.
— Nie potrafiłeś mi dać nawet odpowiedzi na pytanie. Mam uwierzyć, że mógłbyś dać mi ‘wszystko’? — zapytała, unosząc lekko brwi. Kącik jej ust drgnął przy ostatnim słowie. Próbowała utrzymać wzrok na jego oczach. — Twoja hojność jest pojęciem bardzo płynnym, Monroe — dodała ciszej, z cieniem teatralnego dramatyzmu w ramach zaczepki.
W s z y s t k o było dość pojemnym słowem. Zdecydowanie większym niż cokolwiek, o co do tej pory zdołała go poprosić, choć nie chciała teraz wracać do całego zestawu rzeczy, które potrafił załatwić bez pytania jej o zdanie, a w ramach troski, o którą nawet nie musiała prosić. W każdym razie nie o podwózki i nie o naprawiony samochód przecież próbowała się teraz targować.
Sekret nadal ją interesował.
Kiedy ich palce splotły się ze sobą, przesunęła własne odrobinę, wygodniej. Skóra przy jego knykciach nadal była zaczerwieniona, wciąż tak znajomo szorstka. To było głupie spostrzeżenie – nie mogła się przecież zmienić w przeciągu tych kilkunastu minut, które oddzieliły poprzedni dotyk od kolejnego.
Powinna była odpowiedzieć czymś o gwizdaniu, złośliwie wyciąganym przez niego po raz kolejny na światło dzienne – faktycznie, w zestawieniu z jego uczuleniem była to kiepska informacja; gdyby jeszcze tylko znała jakiegoś pszczelarza.
Czuła jego dłoń nawet przez bluzę; ciężar i ciepło, które osiadły delikatnie na jej ciele wraz ze świadomością jego obecności. Chyba pierwszy raz stali przy sobie aż tak blisko i dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, jaka przepaść ich dzieliła; już nie tylko w kwestii ubioru. Siedząc obok, stojąc te kilka bezpiecznych kroków dalej, można było nie zauważać tego jak drobna była przy nim lub raczej jak wysoki był on. Teraz musiała zadzierać głowę, jego ramię miała prawie na wysokości twarzy, a kiedy przysunął ją odrobinę przy kolejnym kroku, przez krótką chwilę miała absurdalne wrażenie, że zmieściłaby się cała w przestrzeni, którą obejmował tylko jednym ramieniem.
Zdecydowanie nie powinna tego rozważać.
Problematyczne było jednak to, że im bliżej niego się znajdowała, tym chętniej jej ciało zamieniało się miejscami z rozsądkiem. I znów jedno kazało jej się wycofać, kiedy drugie prosiło o jeszcze trochę.
— Co jest dla ciebie naprawdę ważne, Vincent? — spytała w końcu. Zabrzmiało poważniej, niż zamierzała. Spojrzenie uciekło jej na ich splecione dłonie; palce na jego ramieniu zacisnęły się lekko na materiale koszuli. By może nie powinna była pytać o coś takiego; być może było to zbyt podniosłe, jak na okoliczności na które składał się taniec w starym dresie w takty wygrywane przez niespełnionego grajka. — Co bałbyś się stracić najbardziej? — dopełniła, podnosząc na niego spojrzenie. Jedno, tak naprawdę, wiązało się z drugim – w jej świecie na pewno.
Dopiero kiedy to wszystko już wybrzmiało, pomyślała, że być może wcale nie chciała znać odpowiedzi. Że łatwiej było patrzeć na Monroe jak na człowieka, który zawsze sobie poradzi, bez miejsc, w które dałoby się trafić i zadać ból. A być może obawiała się, że usłyszy, że nie ma takiej rzeczy na świecie; nie ma niczego, z czego stratą by się nie pogodził lub nie zdołałby zastąpić lub naprawić.
how humanely could you be
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Złośliwy uśmiech przemknął po jego twarzy na jedną, krótką chwilę, w którym wytknęła mu brak odpowiedzi. Częściowa odpowiedź przecież była odpowiedzią.
Poza tym, wciąż tkwił na wyciągnięcie ręki.
Przesunął ją delikatnie w bok, potem przyciągnął z powrotem do siebie, leniwie, w rytm wygrywanej za ścianą melodii. Taniec nie był szczególnie skomplikowany, zresztą nie musiał być - większość jego skupienia tkwiła w tej nieznacznej odległości pomiędzy nimi i dotyku jej talii pod swoimi palcami, nie pozostawiając wiele na wykonywanie jakichkolwiek akrobacji. Co jakiś czas zmieniał kierunek, zatrzymując się na chwilę zanim prowadził ją dalej.
Co było dla niego ważne?
Jego wzrok zatrzymał się na jedno uderzenie serca na ciemnych oczach, wpatrujących się w niego z dołu. Zapomniał już, ile niższa od niego była - zwykle siedziała obok, naprzeciwko, bądź miała na sobie buty, które redukowały nieco tę różnicę.
Teraz wydawała się drobna.
Nawet w luźnej bluzie, w której zdawała się tonąć, z jej postrzępionymi rękawami i zdecydowanie zbyt grubym materiałem, przez który nie przebijało się nawet ciepło jej ciała.
- To skomplikowane pytanie - zauważył z początku, wypuszczając jej talię i unosząc ich splecione ręce w górę. Obrócił ją wokół siebie, w tej wąskiej przestrzeni pozostałej w salonie po odjęciu tkwiących w nim mebli. Kosmyki jej włosów musnęły jego ramię, unosząc się nieco pod wpływem ruchu.
Gdy do niego wróciła, znów przyciągnął ją do siebie. Tym razem dystans, który pozostał między nimi wydawał się mniejszy, jego palce wczepiły się zachłannie w kobiecą talię, wykorzystując poprzedni brak sprzeciwu i grubość tej bluzy jako czynniki łagodzące.
- Wszystkie rzeczy, które posiadam, mógłbym wymienić w razie ich utraty lub zniszczenia. - Przesunął ją o krok w tył, sam podążając za nią, zanim przyciągnął ją z powrotem. Kolejny obrót przyszedł naturalnie, tym razem krótszy, zakończony tuż przy nim. - Ludzi nie dopuszczam do siebie na tyle blisko, żeby ich strata miała mnie boleć.
Jego palce przesunęły się odrobinę, wsuwając na jej plecy kiedy prowadził ją dalej. Muzyka dobiegająca z oddali wypełniała ciszę między kolejnymi krokami, choć niekiedy urywała się, gdy niespełniony grajek zaczynał ponownie bądź popełniał błąd, którego prawdopodobnie inni słuchający nie byliby w stanie w ogóle wychwycić.
On wychwytywał, choć w żaden sposób mu nie przeszkadzały.
- Większość z nich trzymam na dystans - wymieniał, jego kciuk przesunął się po wierzchu jej dłoni w tym ograniczonym zakresie, który wciąż pozwalał na chwyt. - Cała reszta parzy się prędzej czy później na mojej długiej liście wad.
Na jego wściekłości i nieokrzesaniu, na braku poszanowania dla zasad, w których lubowali się jego współpracownicy. Na bezwzględności i chłodzie pojawiających się tam, gdzie wcześniej tkwiło coś ciepłego i miękkiego.
Jego wzrok zsunął się po jej ciemnych włosach, przez ramię, na ich splecione dłonie. Jej skóra była jaśniejsza, gładsza w kontraście, pozbawiona czerwieni otarć, drobnych blizn i ciemnego atramentu.
- Dla ciebie się staram - wyznał wreszcie, wypowiedziane na głos słowa nagle wybrzmiały obco, opuszczając jego usta. Choć zdawał sobie sprawę z tkwiącej za nimi szczerości, jednocześnie nie spoglądał na to w ten sposób wcześniej, nie tak otwarcie. A starał się - starał się być delikatniejszy, milszy, bardziej taktowny, względnie łagodny, dużo bardziej cierpliwy. Starał się nie wpadać w gniew i nie chować urazy, starał się wycofywać wtedy, kiedy łaknęła dystansu - a pod wszystkim tym tkwiła głęboka potrzeba zobaczenia jej po raz kolejny i strach, że nigdy więcej się to nie wydarzy.
A przecież Violet Haze miała zniknąć - zdanie powtarzane jak mantrę przez niego samego i przez jego wściekłego menadżera, któremu nie podobało się, w jaki sposób zaprzątała mu głowę.
- Wygląda na to, że to ciebie nie chciałbym stracić - zadecydował, ignorując napięcie, które zakradło się do jego trzewi w jedno uderzenie serca, szybsze niż wszystkie poprzednie. Krzywy uśmiech wykwitł na jego ustach natychmiast później. - Nieszczególnie mi to ułatwiasz, Haze.

for you i can be anyone for a day
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spodziewała się po niej takiej odpowiedzi – tego, że przyzna, zgodnie z prawdą lub zasłaniając się pasującym blefem, że nie było niczego, co wydawałoby mu się cenne. Co można byłoby potraktować jako jego słaby punkt. Skoro więc się tego spodziewała – nie powinna była pytać.
Nie. Powinna. Była Pytać.
Dotarło do niej dopiero po tej krótkiej, paskudnie przyjemnej chwili, w której przylgnęła do niego mocniej, a uśmiech niemal sam pojawił się na ustach. Kiedy padła, z pozoru niewinnie brzmiąca deklaracja starania. Czy nie to chciałaby usłyszeć tak naprawdę? Że nie była całą resztą, że nie trzymał jej obok ludzi, po których spodziewał się wyłącznie czegoś złego. Jeszcze kilka minut wcześniej próbowała wyciągnąć z niego odpowiedź i teraz ją miała, stojąc tak blisko, że przy każdym oddechu czuła jego zapach.
Nie potrafiła się nawet porządnie ucieszyć. Bo nie miała prawda porządnie się ucieszyć.
Dla ciebie się staram wcale nie cieszyło. Bolało.
Wszystkie te chwile, kiedy czekał, aż zdoła odpowiedzieć, kiedy zmieniał ton, cofał rękę albo pozwalał jej odsunąć się bez kolejnego pytania. Nawet dzisiaj, kiedy wystarczyłoby, żeby pozostał tam, gdzie był, z ustami niemal przy jej ustach; odsunął się, choć ona przez tę jedną, nierozsądną chwilę wcale nie miała ochoty na więcej przestrzeni. Wczoraj nie położyła się obok niego. Potem wyszła, zostawiając go śpiącego na kanapie, nie dotrzymując nawet danej mu obietnicy.
Przełknęła to wszystko z trudem. Uśmiech nie zniknął całkiem, został gdzieś przy jednym kąciku ust, łatwiejszy do pokazania niż cokolwiek, co teraz mogłaby powiedzieć.
Opowiedziała mu dzisiaj tyle, że chwilami nie mogła już złapać oddechu. Pozwoliła patrzeć na siebie w takim stanie, mówić, że nie była winna, dotykać twarzy, na której sama najchętniej nie zostawiłaby niczego, co musiał oglądać.
I ani razu nie powiedziała o tym, co dotyczyło bezpośrednio jego.
Miała przecież dostać się wystarczająco blisko. Pozwolić mu ją polubić, może nawet zaufać, znaleźć coś, co dałoby się później wykorzystać; coś, czego odebranie zabolałoby bardziej niż pieniądze, klub czy kolejny samochód. Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy świadomie. Nie planowała jego dłoni na swojej talii, nie kalkulowała kolejnych uśmiechów ani tego, ile razy wróci, kiedy ona spróbuje się odsunąć. A jednak efekt pozostawał dokładnie taki, jakiego powinni byli od niej oczekiwać, a nawet lepszy. Nie znalazła jego słabego punktu.
Sama nim została.
Żołądek ścisnął jej się mocniej, kiedy ta myśl wreszcie wybrzmiała do końca.
Jak łatwo byłoby teraz nazwać potworem jego; człowieka, który krzywdził innych bez większych wyrzutów sumienia, ważył cudze życie własną miarą i potrafił mówić o śmierci z przerażającym wręcz spokojem.
Tylko że Vincent od początku niczego przed nią nie udawał – starał się. To ona przyszła do niego z cudzym planem w kieszeni, a później brała wszystko, co dawał, kolejne kawałki uwagi, troski, bezpieczeństwa, pozwalając sobie jeszcze chcieć więcej. To więc ona była potworem, z egoizmu i zachłanności.
Uśmiechnęła się w całej tej goryczy, którą poczuła wewnątrz, niezdolna by spojrzeć mu w oczy. Opuściła spojrzenie na jego dłoń, w której zamknął tę jej.
To był ostatni moment, kiedy mogła to rozegrać właściwie.
— Vincencie Monroe, nie możesz stracić kogoś, kto nie jest twój. — odezwała się cicho, czując ciężar, który zaczął osiadać jej na barkach. — Szkoda więc twoich starań.
Czuła się jakby okłamywała w tej chwili samą siebie. Zmuszała swoje usta do układania się w słowa, których nie miała nigdy intencji wypowiedzieć. Prawda była taka, że nie chciała, żeby przestał. Nie chciała wracać do miejsca, w którym był dla niej tylko Monroe, którego należało omijać szerokim łukiem, ani nawet do tego późniejszego, trochę bezpieczniejszego, w którym mogła wmówić sobie, że wszystko pomiędzy nimi kończyło się dokładnie tam, gdzie kończyło się spotkanie. Chciała kolejnych śniadań. Głupich plastrów. Tego, żeby znowu wrócił, nawet jeśli po raz kolejny zrobi wszystko, żeby mu to utrudnić.
Ale stała tutaj przed nim wyłącznie dlatego, że ciągle pozwalała sobie chcieć więcej, więc chociaż raz musiała wreszcie przestać. Chociaż raz musiała być wobec niego uczciwa.
to hurt a monster you have to become one
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej emocje wymagały pary okularów, których nie posiadał.
Zmieniały się w kalejdoskopie. Spoglądając na jej twarz, wydawało mu się, że patrzy przez tę dziecięcą lornetkę, która zamiast świata po drugiej stronie prezentowała kolorowe miraże, falujące w miarę obrotu urządzenia. Szczęście i uśmiech przeplatały się z czymś gorzkim i cierpkim, cień sprzeczności przemykał po jej zwróconych w inną stronę oczach.
Zupełnie tak, jakby zadawała pytanie jednocześnie nie chcąc zaakceptować odpowiedzi.
Wiedział, że próba odcyfrowania prawdziwego znaczenia schowanego za jej pozornie uprzejmą miną było z góry skazana na porażkę, a jednak nie mógł odmówić sobie spróbowania. Przyglądał jej się z góry, szukając czegoś, czego mógłby się chwycić, choć tysiące razy wcześniej nie był w stanie znaleźć niczego zrozumiałego.
Cóż, nawet w tej kwestii nie dało się odmówić mu tego, że p r ó b o w a ł.
Gdzieś zza ściany dobiegł stłumiony huk, po którym muzyka się przerwała. Strofujący głos jakiejś kobiety przemknął przez ścianę, być może ganiającej swojego kota bądź dziecko, które zrzuciło coś przerywając grę na instrumencie. Po paru sekundach ciszy, dźwięk skrzypiec znów sączył się zza betonowej ściany, wypełniając małą przestrzeń salonu, w którym się znajdowali.
Jej słowa powinny zaboleć.
Trafić prosto w ten czuły punkt nazwany na jej cześć, schowany gdzieś w klatce piersiowej. Jej ciche słowa nie wybrzmiewały jak kokieteryjny żart, któremu mógłby wtórować, a jednak kącik jego ust i tak uniósł się w górę.
Bo czy nie był to element tej pętli, w której tkwili od samego początku?
Nie znał kobiety tak usilnie wyznaczającej granice jak Haze, która robiła to zawsze, gdy nagle znalazł się zbyt blisko. A jednak z perspektywy czasu odnajdywał sposób, by przesuwać je nieco dalej. Centymetr po centymetrze, wślizgiwał się do jej życia coraz dalej, w tej swojej pazerności, w której nie potrafił uszanować czyjejś odmowy, ponieważ nie była w pełni jednoznaczna.
Ponieważ zawsze, gdy odwracała się do niego plecami, jednocześnie zerkała przez ramię sprawdzając, czy nadal tam tkwił.
- Czy to wyzwanie? - mruknął, obracając ich wokół osi w powolnym, leniwym tańcu dostosowanym do nowej melodii, która, swoją drogą, wybrzmiewała tym razem bez żadnego fałszu - jakby frustracja muzyka zmusiła go do zrobienia przerwy od nauki dla czystej przyjemności, odczuwalnej w wygrywanym przez niego rytmie. - Ostatnio gdy sprawdzałem, byłaś daleka od przyjmowania ode mnie kawy lub zaproszenia do tańca.
Impuls.
Uniesienie ich rąk w górę w kolejnym obrocie - obrocie, którego nie pozwolił jej zakończyć, a przerwał w połowie. Jego dłoń zacisnęła się na kobiecej talii, zatrzymując w punkcie, w którym jej plecy znalazły się przed jego klatką piersiową.
Zatrzymał ją przy sobie, na tyle blisko, że każdy kolejny krok wykonywali niemal jednocześnie. Ich splecione dłonie spoczęły przy jej boku, a jego druga ręka zatrzymała się na jej talii. Jego palce przesunęły się powoli po materiale bluzy, kiedy skierował ją kilka centymetrów w bok.
- Musisz wiedzieć, Violet Haze, że jestem bardzo upartym człowiekiem - mruknął, jego głowa pochyliła się lekko, muskana przez ciemne kosmyki włosów. Jego oddech musnął kobiecą szyję i odkryty fragment ramienia, palce pozostały wczepione nisko na jej talii, trzymanej blisko własnego ciała. Nawet przez materiał bluzy czuł ją przy sobie, czuł jej ciepło, zapach, wszystko to, co stało w zaprzeczeniu do sprzeczności wymalowanej w jej oczach, co wydawało się szczere i prawdziwe. - A w dodatku bardzo pazernym.
Jego dłoń przesunęła się po krzywiźnie kobiecego ciała, dotarła do biodra, zatrzymując się na nim na chwilę - by zaraz wypuścić ją z objęć, pozwolić odwrócić się przodem do siebie, przywrócić do ustawień fabrycznych, do których tak desperacko zawsze wracała.
Powstrzymując swoją pazerność, choć nie bez iskry przebiegłości w ciemnym spojrzeniu.

we can be monsters together
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinna była zatrzymać się dużo wcześniej.
W którymś z tych momentów, kiedy cofnięcie się o krok nie kosztowało jeszcze tyle, a kolejne ostrzeżenia dało się potraktować jak coś więcej niż tylko niewygodny szum gdzieś z tyłu głowy.
Ona słyszała je wszystkie, jedno po drugim.
Mimo to brnęła w to wszystko dalej, najpierw ostrożnie, później już tylko udając przed samą sobą, że nie wie, dokąd ją to prowadzi; pozwalając mu wracać, pozwalając sobie chcieć, żeby wracał, brać po trochu rzeczy, których przecież nie powinna brać.
I gdzieś po drodze zabrnęła wystarczająco daleko, żeby nie móc już uczciwie wmówić sobie, że znalazła się tam przypadkiem; że wcale tego nie chciała. Gdzieś po drodze po prostu zaczęła ślepo podążać za własną zachłannością, przebraną w niewinne potrzebę bycia traktowaną inaczej. Lepiej. Wyjątkowo.
Najgorsze było chyba to, że zrobił dokładnie to, czego nie powinien, a jej ciało przyjęło to z obrzydliwą łatwością. Jego dłoń przesuwająca się niżej po talii, ciepło pleców zamkniętych nagle między nim a resztą świata; każdy z tych drobiazgów powinien był otrzeźwiać, przypominać, po co przed chwilą próbowała postawić między nimi tę granicę. Zamiast tego czuła tylko, jak własne palce zaciskają się mocniej na jego dłoni, jak oddech robi się płytszy nie ze strachu, a od tej paskudnej świadomości, że był za blisko i jednocześnie wciąż nie dość blisko.
A później jego oddech przesunął się po skórze przy szyi i wszystko, co jeszcze próbowała sobie poukładać, rozsypało się na moment kompletnie.
Dreszcz przebiegł niżej po karku, impulsem zsuwając się po linii kręgosłupa; mięśnie napięły się odruchowo, choć nie po to, żeby od niego uciec. Właśnie to było w tym najbardziej niebezpieczne. Że każdy kolejny ruch Monroe, każda sekunda, w której trzymał ją przy sobie trochę ciaśniej, działały na nią dokładnie tak dobrze, jak nie powinny.
I kiedy w końcu poluzował uścisk, pozwalając jej wrócić twarzą do niego, przez krótką chwilę poczuła coś absurdalnie bliskiego rozczarowaniu, co skrzętnie ukryła pod utkaną na szybko, neutralną fasadą.
— Musisz wiedzieć, Vincencie Monroe, że wyzwanie to całkiem wygodne określenie na odmowę, której nie chce się przyjąć.
Było w tym coś z policzka wymierzonego bardziej dla otrzeźwienia niż po to, żeby faktycznie zabolało. Mocniejszego, niż wymagała sama chwila, może nawet odrobinę niesprawiedliwego wobec niego, skoro akurat teraz nie pomylił się wcale.
Problem polegał na tym, że właśnie dlatego potrzebowała, żeby tym razem uwierzył słowu, nie wszystkiemu, co zdradzało ją chwilę później. Nienawidziła tych konkretnych nie. Każde paliło ją gdzieś pod językiem jeszcze zanim zdążyła je wypowiedzieć, bo tuż pod nim tłoczyło się zupełnie inne słowo. Tak. Tak dla jego dłoni, dla bliskości, dla kolejnego kroku, którego przecież właśnie próbowała im obojgu zabronić.
Brutalna przewrotność losu.
Kiedyś przecież mówiła tak, zaciskając zęby, podczas gdy wszystko w niej błagało o nie; byle tylko mieć to szybciej za sobą i móc odejść. Teraz zmuszała się do nie, chociaż chciała, żeby nie przestawał jej dotykać. Nie przestawał jej chcieć. I tym razem nie pozwolił jej odejść.
Przesunęła dłonią po materiale jego koszuli, bezsensownie niepotrzebnym ruchem poprawiając jego kołnierz, który żadnej korekty nie wymagał.
— To deklaracja — sprostowała, nie chcąc zostawić mu przestrzeni na kolejną przerażająco trafną interpretację. Wszystkie poprzednie były tylko niewygodnym dla tej sytuacji, niepodważalnym wręcz dowodem, że Monroe bardzo szybko uczył się interpretacji jej, a nie jej słów. — Nie jestem twoja — dodała, wymuszając na każde z tych trzech słów. — A tego nie jest w stanie zmienić niczyja zachłanność.
Ani jego, ani tym bardziej jej.
Skrzypek za ścianą przeciągnął jeszcze ostatnią nutę, dłuższą niż wszystkie poprzednie, a potem nagle zapadła cisza, jak gdyby również on, zupełnie nieświadomy tego, co działo się za ścianą, uznał, że na dziś wystarczy; że taniec dobiegł końca i nie wypada przeciągać go już ani o sekundę dłużej.
they say bad decisions make good stories
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
can't escape the ghost of everything you said, if you want your peace back, you'll get it when i'm dead
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przywykł do sprzeczności.
Do reakcji tak skrajnie odmiennych od siebie, że wcześniej wywoływały w nim wyłącznie dezorientację. Do tego, w jaki sposób jej ciało i słowa tkwiły kompletnie na dwóch spektrum okazywanego zainteresowania, a gdzieś pomiędzy nimi tkwiły równie niewyraźne intencje.
Z reguły było jednak na odwrót.
Z reguły wyrażała wdzięczność bądź odpowiadała żartem, lecz jej ciało wzdrygało się gdy powstawał jakikolwiek, choćby najdrobniejszy punkt styku pomiędzy nimi. Wahała się gdy wyciągał w jej stronę dłoń, sztywniała gdy jego palce choćby musnęły kobiece ramię. Odruch był wyczuwalny, intensywny, zdradzał całkowitą awersję do jej obecności, która stała w kontraście z uprzejmymi słowami i faktem tego, że ciągle wracała.
Dziś było na odwrót.
Dziś napięcie, które wkradało się do jej sylwetki w reakcji na jego dotyk wydawało się mieć inny smak. Dziś tkwiła w tej bliskości pomiędzy nimi niechętna do jej opuszczenia. Reagowała na każdy jego ruch, na palce wczepione w kobiecą talię bądź biodro, na jego usta tkwiące tak blisko jej szyi w sposób, który zasiewał w nim fascynację.
Chciał zobaczyć, jak daleko pozwoli mu się posunąć.
Chciał wyczuć każdą, drobną zmianę w ułożeniu jej ciała gdy przesuwał po nim swoje palce. Chciał upajać się tym, że na swój sposób, już teraz wydawała się j e g o, choć jej umysł nie zdawał sobie z tego sprawy.
Dziś powstrzymały go jej słowa.
Wątpliwej jakości koncert po drugiej stronie ściany ucichł, zostawiając ich w panującej w salonie ciszy. Różnica była subtelna, a jednak cisza wydawała się kiepskim tłem do tańca - tym bardziej po złożonej przez nią deklaracji.
Mimo tego, nie odsunął się z początku.
Dłoń spoczywająca na kobiecej talii przesunęła się po jej krzywiźnie, powoli, pazernie, podczas gdy pochylona nad kobietą twarz usilnie nie usuwała się z jej osobistej przestrzeni. Kradnąc dla siebie jeszcze parę sekund spędzonych w jej towarzystwie, z jej dłonią wczepioną we własną koszulę i jej zapachem wdzierającym do płuc wraz z powietrzem, pochylił się jeszcze niżej.
- Zachłanny, pazerny. Masz bardzo złe zdanie o mnie, Haze - mruknął, wprost do kobiecego ucha. Jego oddech znów musnął kobiecą szyję, ciemne fale spłynęły wokół jego twarzy na krótką chwilę, nim wyprostował się, wyrywając z jej przestrzeni wbrew własnej potrzebie pozostania w niej jak najdłużej.
Uniósł ich splecione dłonie do góry, w geście wysoce szarmanckim i charakterystycznym dla tańca, który został zakończony, niezależnie od sprzyjających mu okoliczności. Jego usta musnęły wierzch kobiecej dłoni, nim wypuścił ją z własnej, pozwalając jej swobodnie opaść w dół.
- Jeśli znajdziesz kiedyś jakąś pozytywną cechę do dopisania do tej listy, wiesz gdzie mnie znaleźć - rzucił z przebiegłym wyrazem majaczącym na ustach, odsuwając się od tej talii, do której dotyku przywykła już jego ręką, od jej szerokiej bluzy i rozrzuconych wszędzie włosów, od bladych śladów pozostawionych na jej policzkach przez łzy.
Odwrócił się, połowicznie skierowany w stronę drzwi. Poniekąd, miał jej wyłącznie przynieść śniadanie, samo wejście do środka było potrzebą, która powstała nagle, wiedziona impulsem jak i przeświadczeniem, że po wczorajszym wieczorze był jej coś winny.
O ironio, winna była mu to ona - szczerość, którą wymieniła za pytanie, na które tak naprawdę nie chciała poznać żadnej odpowiedzi.
- Rapture bywa bardzo cierpliwe - dodał zaczepnie, przeczesując dłonią włosy w odruchowym geście.
Rapture, które było jego domem, który przywitał ją z możliwie każdej najgorszej strony.
Rapture, które sobą reprezentował, wiecznie mając dla niej otwarte drzwi na wypadek, gdyby zachciała przez nie przejść.

i know you're lying
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zachłanny, pazerny.
Egoistyczny, bezduszny.
Najpodlejszy rodzaj człowieka.
To o n a.
Zakłamana i obłudna, mająca czelność w którymkolwiek z momentów nazwać siebie ofiarą.
A przecież to ona brała od początku wszystko, co podsuwał jej pod ręce. Podwózki, jedzenie, troskę, czas, obecność; później dotyk, uwagę, kolejne powroty, aż w końcu również to poczucie, że gdzieś pomiędzy jednym a drugim zaczęła zajmować w jego świecie miejsce, którego wcześniej dla nikogo nie przewidział.
Za każdym razem znajdowała sobie usprawiedliwienie – nie prosiła, nie chciała, nie taka była intencja. Ale przyjmowała wszystko, zgadzała się na to. Coraz chętniej, coraz z mniejszym lękiem, coraz mocniej otumaniona tą wyjątkowością, której dotąd nie doznała.
Potrafiła odsunąć się od niego tylko po to, żeby chwilę później sprawdzać, czy nadal tam był. Mówić sobie, że powinna przestać brać, a potem zapamiętywać ciepło jego dłoni z dokładnością, której nie poświęcała rzeczom naprawdę potrzebnym. Chcieć, żeby przestał się starać, i jednocześnie cierpieć na samą myśl, że któregoś dnia rzeczywiście mógłby.
Każde nie miało chronić ich oboje, a przecież pod każdym z nich chowała coraz więcej rzeczy, którym w ciszy odpowiadała tak.
Wystarczało, że wciąż był blisko, z oddechem osiadającym ciepłem na skórze jej szyi i dłonią, której obecność czuła pomimo grubego, pomarszczonego materiału ubrania. Każdy kolejny wydech zostawiał po sobie coś drobnego; dreszcz, napięcie gdzieś pod karkiem, urwany na moment rytm jej własnego oddechu.
Stała nieruchomo, uparcie, niemal przesadnie, jakby bezruch mógł unieważnić fakt, że ciało i tak wychylało się ku niemu na wszystkie inne sposoby. Że pamiętało nacisk jego palców, ciepło i to krótkie, hipnotyzujące niemal poczucie, że przestrzeń między nimi właściwie przestała istnieć.
Zacisnęła palce mocniej, pilnując każdego najdrobniejszego odruchu, który mógłby ją zdradzić. Oddychała więc ciszej, ostrożniej, tłamsząc wszystko, co podchodziło zbyt wysoko pod skórę; każdy impuls, żeby zostać w tym jeszcze sekundę, każdą idiotyczną miękkość, która pojawiała się wraz z kolejnym muśnięciem jego oddechu.
Chociaż tyle mogła mu zwrócić za wszystko, co jej dał. Za troskę, o którą nie prosiła, za poszanowanie jej wzdrygnięć, które ją od niego odsuwały. Tyle – czyli nie podążyć za nim, nie pokazać mu, że dystans, który stworzył tak naprawdę zaczął jej przeszkadzać.
— W takim razie Rapture będzie miało okazję poćwiczyć — odparła, błądząc spojrzeniem po punkcie blisko niego, ale który z pewnością nie był nim.
Echo jego obecności wciąż czuła na pulsującej pod żywym tętnem skórze na szyi.
Objęła się ramionami, chowając dłonie. Wiedziała jak kruchą konstrukcją była teraz jej odmowa – nie chodziło o samo łaknienie bliskości, tęsknotę za jego palcami tyczącymi trasę po jej ciele, to potrafiła spokojnie zdusić. Jej pazerność która chciała, by znów zmieniła zdanie, by złamała postanowienie o dystansie, była trudną przeciwniczką.
Nie poznawała samej siebie.
Nie była sobą.
— Dziękuję za śniadanie — dodała, posyłając mu oszczędny uśmiech. — Niedługo idę do pracy. Muszę się przyszykować. — Kolejnym razem, gdy podnosiła kącik ust, planowała wsunąć na nie przepraszający grymas, ale wyszła ledwie marna jego parodia.
Odprawienie Vincenta Monroe za drzwi było trudne.
Nie przez to, co jeszcze chwilę wcześniej robiły z nią jego dłonie ani przez ciepło oddechu, które wciąż zdawało się tkwić gdzieś przy szyi, tylko przez całą resztę.
Przez jego głos, który zniknął z mieszkania wraz z nim, zabierając ze sobą miękkie zaczepki i niewygodne żarty. Przez miejsce naprzeciwko, nagle znowu tylko puste, choć jeszcze chwilę wcześniej wystarczyło podnieść wzrok, żeby znaleźć tam jego twarz. Przez ten ledwie uchwytny ruch, jaki wnosił ze sobą do pomieszczenia; niosący ze sobą delikatny szelest materiału jego koszuli.
Ale odprawienie Vincenta Monroe było potrzebne.
Jej sumieniu, które wręcz wyło w prośbie, by w końcu przestała brać; w końcu przestała tworzyć rachunek, którego nigdy nie spłaci.
Oraz, w jej perspektywie – jemu.

eot
tamagotchi
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”