Ty chyba naprawdę chcesz mnie wykończyć…
Czasami chciała go wykończyć, ale to było dawno temu i nieprawda. Za czasów, kiedy krew w niej buzowała, a serce łamało się pod wpływem jego kolejnych wyskoków. Wtedy, kiedy jeszcze
cierpiała głośno, płaczliwie, całą sobą. Potem wkradła się bezsilność, z czasem też
obojętność — okrutna zaraza. Przestała się AŻ TAK przejmować. Przestała tak desperacko pragnąć
zemsty? Przestała pragnąć czegokolwiek… uwierzyła, że tak już będzie, aż nagle pewnego dnia jej życie zupełnie się odmieniło. Zaczęło się niewinnie, od skupiania na sobie, od odpuszczenia, od wychodzenia do ludzi poza swój własny dom. Poza klatkę swoją. Jakie to głupie było, że musiała poza swój dom wyjść i złamać kilka zasad, by odzyskać to, co utraciła. Odzyskała Javiera, nie ważne jakim kosztem i chyba łudziła się, że nad tym wszystkim panuje. Och, jakaż ona naiwna teraz była. Znów jakby miała osiemnaście lat i za grosz rozumu.
Czując jak zaciska dłoń na jej nadgarstku uśmiechnęła się niewinnie. —
Dopiero co cię odzyskałam, Javier… nie szybko cię wykończę… będę to robiła powoli, raz po raz… — groziła, a może obiecywała? Nieważne co, ważne, że dawno już niedostrzegane w jej oczach iskry zapłonęły na nowo.
Dopiero w kuchni dotarło, że owszem, są w Barcelonie, ale nie są tutaj sami. Bezpieczna bańka Marii pękła niczym ta szklanka, a zazdrosne spojrzenie młodego chłopaka sprowadziło ją na ziemię, która osuwała się jej pod nogami. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej wizja tego wyjazdu wydawała się zupełnie inna. Schadzki dwójki kochanków miały być urozmaiceniem tej udawanej rodzinnej sielanki. Nie spodziewała się, że w tak krótkim czasie między nią, a Javierem może zmienić się tak wiele. Nie przewidziała tego, że ten wyjazd może wyglądać zupełnie inaczej niż w wysnutych na schadzkach wizjach ucieczki od zgiełku rodziny Vidal i Perez. Co gorsza, nie spodziewała się tego jak rozdarta w tej chwili była… dopiero zapach kawy i pocałunek męża sprowadził ją na ziemię. —
Gracias — wymruczała i nie czekając upiła z niej łyka. Mogła być gorąca, ale nie mogła parzyć jej bardziej niż wyrzuty sumienia, kiedy stojąc w objęciach Pereza wiedziała z kim spędzi dzisiejsze popopłudnie. —
O kochanie, czyżby wspomnienie Rodrigo obudziło w tobie chęć do tańca? — roześmiała się na samo wspomnienie nie tylko ich rozmowy, ale też tamtej sytuacji sprzed lat. —
Idealnie, mam już nawet cudowną sukienkę. Tą co wczoraj ci przymierzałam Donnie, pamiętasz? — zachichotała chyba wcale nie mając na myśli przymierzania i złapała chłopaka za podbródek, skupiając na sobie całą uwagę i odciągając go tym samym od małżeństwa Perez. Choć na moment, choć na chwilę… bo przecież jedną połówkę wkrótce miał mieć tylko dla siebie. No prawie. —
Na pewno będziemy, tak się składa, że potrafię nieźle tańczyć — wtrącił wychylając się przez ramię Aurelii, jakby chciał rzucić Marii coś między zdaniami. Tak się składało, że ona akurat dobrze wiedziała jak tańczy Donnie. Tańczyła z nim jeden raz i nie spodobałoby się to Perezowi po stokroć bardziej niż taniec z Rodrigo przed laty. Maria jednak zamiast podłapywać rozmowę przytaknęła zanurzając znów usta w kawie. —
Jak chcesz złapać dobre kadry to musimy zbierać się lada moment, zanim zlecą się turyści — wtrąciła zupełnie zmieniając temat i podeszła do stołu, by zgarnąć rogala na słodko. Przeciągnęła najpierw masłem, a potem dżemem i wróciła do Javiera, wgryzając się w kawałek zupełnie nie przejmując tym, że nieco się ubrudziła.
W co ona się u licha wpakowała? Nie wiedziała. Jedyne co wiedziała, to to, że lada moment opuści mieszkanie w towarzystwie Xaviera i Donniego, by ruszyć na cmentarz Poblenou. Chwilę później już siedziała na tylnym siedzeniu samochodu, zostawiając młodym miejsce z przodu i próbowała ignorować gęstniejącą atmosferę w środku auta. Czuła narastające między nimi napięcie, choć w kuchni pełnej ludzi łatwiej było to ignorować. Teraz, kiedy byli jedynie we troje okazało się to trudniejsze. W duchu dziękowała, że Xavier im towarzyszył, bo nie potrafiła sobie wyobrazić, co mogłoby się stać, gdyby zostali sami… a może właśnie potrafiła sobie to wyobrazić, aż za dobrze i to przerażało ją w tym wszystkim najbardziej. —
Zaraz wracam — rzucone nagle przez Xaviera na cmentarzu przeraziło ją. Rozglądnęła się wokół i zobaczyła, jak biegnie do znajomych, by zamienić z nimi kilka słów. Nim zdążyła zareagować poczuła młody i pewny chwyt na swoim nadgarstku. Pociągnął ją jednym ruchem w kierunku kamiennych grobowców, z dala od głównej alejki. —
Bawi cię to, Maria? — widziała wściekłość w jego zielonych oczach, ah ta szczenięca zazdrość. To ona sprawiała teraz, że przyciskał ją do muru. To ona sprawiała, że patrzył na nią z wściekłością. —
Stoisz sobie w kuchni, popijasz kawę jakby nigdy nic i rzucasz mi ukradkiem spojrzenia, gdy Aurelia się do mnie wdzięczy… — czuła jak jej serce zaczyna bić szybciej, po części ze złości, a po części dlatego, że aż za dobrze znała tą samą młodą nieokrzesaną energię, która niegdyś roznosiła Javiera, a teraz buzowała w młodej krwi Donniego. —
Uważaj co mówisz — śmieszne to było, żałosne wręcz, że posuwała chłopaka córki jak gdyby nigdy nic, ale gdy cokolwiek o niej zaczynał mówić krew buzowała w niej jakoś szybciej. Prawda w oczy kole. —
Vete al diablo… — warknął niebezpiecznie blisko jej twarzy —
nagle sobie o tobie przypomniał i już patrzysz na niego z dumą… idealna pani Perez — kpił sobie z niej, złość tłumioną w sobie cały poranek nagle wyrzucał. —
To mój mąż, Donnie — odpowiedziała, choć głos załamał się jak poczuła jego dłoń na swojej tali. —
Więc co robisz tutaj? Ze mną? Dlaczego pozwalasz mi dotykać się tam, gdzie on zostawił ślady — zaczął i nim zdążyła zareagować wpił się ustami w dokładnie to samo miejsce, gdzie Javier zostawił najmocniejszy ślad. Zrobił to tak, jakby chciał z nim rywalizować. Nie potrafiła odpowiedzieć, oddech przyspieszył, świat zawirował, a ona czuła, że wpada coraz głębiej w dołek, który sama sobie wykopała. Nie potrafiła tego przerwać, choć wiedziała, jak bardzo było to złe. —
Pamiętam dobrze jak tańczyłaś w tamtym klubie… — wymruczał, a Maria poczuła jego dłoń na swoim udzie. Czuła jak podciąga materiał sukienki nieprzerwanie mówiąc przyciszonym głosem. —
I dzisiaj, na tych tańcach… będziesz myśleć tylko o mnie… a kiedy on będzie cię obejmował… to ja będę patrzył… — odsunął się nagle, czuła puls własnej krwi, szumiało jej w głowie. Zaraz potem usłyszała czyjeś kroki. —
Mamá! Znalazłem świetne światło, gdzie wy jesteście?! — najpierw wyłonił się Donnie, a po chwili również ona jak gdyby nigdy nic. Wiedziała, że ten wyjazd był błędem i czuła nadchodzące kłopoty.
Donnie zdawało się, że zrzucił z siebie część napięcia, a teraz ona je przyjęła.

[ s t y l e ]
Kiedy ostatecznie wrócili do domu pierwsze po co sięgnęła to kieliszek wina, chwilę później kolejny, a gdy ubierała kwiecistą sukienkę była już wystarczająco zmiękczona, by nie martwić się na zapas słowami młodzieńca. Kiedy Javier wkroczył do pokoju obróciła się przed nim wokół własnej osi i roześmiała się radośnie. —
A qué se debe esta tardanza? Me prometió un baile, señor Pérez — pogroziła zerkając znacząco na zegar. Chyba to ich męskie wyjście trochę się przeciągnęło, huh?
Señor Pérez