Przez pierwszą chwilę Will była tak zajęta przetwarzaniem usłyszanego komplementu, że zupełnie zapomniała o filiżance stojącej przed nią na blacie.
To bardzo seksowne. Słowa Fiji nie były przecież ani szczególnie wyszukane, ani wypowiedziane w sposób, który pozostawiałby wiele miejsca na błędną interpretację, a Turner poczuła, jak ciepło powoli wspina jej się po szyi, zupełnie nieproszonym rumieńcem zdradzając reakcję, którą najchętniej zachowałaby dla siebie. Przez lata nauczyła się traktować komentarze na swój temat z wyćwiczoną obojętnością, jakby wystarczyło nie poświęcać czemuś uwagi, żeby przestało mieć znaczenie. Neutralność była bezpieczna. Nie wymagała podejmowania decyzji, nie prowokowała pytań i przede wszystkim nie dawała nikomu zbyt wiele do wykorzystania. Tymczasem teraz stała za własnym barem, we własnej kawiarni, i trzy słowa sprawiły, że nagle nie bardzo wiedziała, co zrobić z rękami ani gdzie podziać wzrok.
–
Dzięki. – Uśmiechnęła się, trochę nieśmiało, po czym odchrząknęła cicho, jakby chciała w ten sposób przywrócić sobie choć odrobinę zwyczajnej swobody. –
To znaczy… chyba nie słyszę tego codziennie.
Mogłaś po prostu podziękować Will. Krótko i normalnie, bez dodawania czegokolwiek, co zdradzałoby, że komplement zdążył już narobić jej niepotrzebnego zamieszania w głowie. Nie była jednak pewna, czy bardziej irytowały ją własne reakcje, czerwone policzki czy fakt, że wcale nie miała ochoty kończyć tej rozmowy, a jej oczy wciąż wracały do jej twarzy.
Z ulgą przyjęła zmianę tematu, choć szybko okazało się, że propozycja pomocy przy Suzuki wcale nie ułatwiała jej odzyskania równowagi. Wręcz przeciwnie. Willa uniosła brwi, a potem spojrzała na Fiji z autentycznym zaskoczeniem, próbując zdecydować, czy powinna potraktować jej słowa jako uprzejmą deklarację, czy rzeczywistą ofertę. Przecież Fiji mogła zwyczajnie interesować się mechaniką. Mogła lubić stare maszyny, naprawianie rzeczy i wszystko, co wiązało się z przywracaniem im sprawności. Nie musiało kryć się za tym nic więcej?
–
Naprawdę chcesz się pakować w moje problemy z rzeczami martwymi? – zapytała, ściągając usta w lekkim uśmiechu. Ten przyszedł jej łatwiej, żart dawał jej znajomy grunt pod nogami. –
Uprzedzam, że jestem uparta, a moje metody bywają… niekonwencjonalne. Ostatnio przez pół wieczoru próbowałam odkręcić jedną śrubę, a na końcu i tak musiałam obejrzeć ten sam filmik jeszcze trzy razy.
Wzruszyła ramionami i zaraz potem przygryzła lekko wnętrze policzka, zastanawiając się znowu, czy nie powiedziała znowu zbyt wiele.
Ugh. Mówiła o śrubie, filmiku instruktażowym i motocyklu, nie o rzeczach, których nie chciała nikomu zdradzać. A jednak z jakiegoś powodu każde kolejne zdanie wydawało się małym ustępstwem, przesunięciem granicy, której istnienia zazwyczaj nie musiała nawet świadomie pilnować.
Jej uwagę przyciągnął ekran telefonu skierowany w jej stronę. Pochyliła się nad nim, wdzięczna za konkretny przedmiot, na którym mogła skupić wzrok, i obejrzała profil ślusarza. Zdjęcie nie mówiło jej wiele o kompetencjach mężczyzny, ale oceny i komentarze wyglądały obiecująco. Przesunęła wzrokiem po kilku opiniach, po czym skinęła głową. –
Wygląda sensownie. – Zerknęła na Fiji, a jej uśmiech nabrał odrobiny przekory. –
Chociaż jeśli okaże się, że nie potrafi dogadać się z zamkiem, przynajmniej mam już jakieś doświadczenia z DIY.
Przez chwilę chciała jeszcze dodać, że nie musi się tym zajmować, że sama sobie poradzi, że to naprawdę nie jest aż tak wielka sprawa. Will potrafiła odmawiać pomocy, zanim jeszcze ktoś zdążył jej udzielić, jakby w ten sposób mogła uniknąć długu, którego nikt poza nią samą nie zamierzał naliczać. Tym razem jednak zatrzymała te słowa, zanim zdążyły opuścić jej usta. Fiji nie wyglądała, jakby próbowała przejąć kontrolę nad sytuacją. Po prostu znalazła ślusarza. A potem zaoferowała pomoc przy motocyklu.
–
Dzięki, tak w ogóle. Za to z zamkiem. – Dodała po chwili, nieco ciszej, przesuwając palcem po uchu filiżanki. –
I za Suzuki. Nie wiem jeszcze, czy jestem gotowa dopuścić kogoś do mojej bardzo wątpliwej dokumentacji napraw, ale… możemy kiedyś zobaczyć, co da się z tym zrobić. – Nie obiecała wiele, właściwie ledwie uchyliła drzwi, ale nawet taki drobiazg sprawił, że przez moment poczuła się tak, jakby właśnie zgodziła się na coś znacznie poważniejszego. Być może dlatego, kiedy Fiji zaczęła opowiadać o bracie, skupiła się na jej słowach z niemal przesadną uwagą, chwytając się tej historii jak kolejnego tematu, przy którym nie musiała zastanawiać się nad własnym zachowaniem.
Przyjechała do niego po siedemnastu latach.
Tak długo, że Will nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, jak wyglądałoby spotkanie z kimś, kto kiedyś był bliski, a potem przez większość życia pozostawał właściwie poza zasięgiem. Nie znała szczegółów i nie zamierzała ich sobie dopowiadać, ale w sposobie, w jaki Fiji opowiadała o rozdzieleniu przez system adopcyjny, było coś, co kazało jej porzucić żartobliwy ton. Nie wiedziała, co dokładnie kryło się za tymi siedemnastoma latami ani dlaczego nie widziała brata przez tak długi czas. Mogła się tylo domyślić, że Toronto nie było dla niej po prostu nowym miastem, a przyjazd tutaj wiązał się z czymś znacznie bardziej osobistym niż zmiana otoczenia.
–
Siedemnaście lat to strasznie długo. – powiedziała w końcu, ostrożnie, bez próby udawania, że potrafi znaleźć odpowiednie słowa. –
Musi być dziwnie przyjechać gdzieś po takim czasie i próbować… nadrobić tyle rzeczy naraz.
Urwała, zanim zdążyła dodać coś, czego nie była pewna. Nie chciała zadawać pytań, na które Fiji nie miała ochoty odpowiadać, ani zamieniać spokojnego poranka w rozmowę, na którą żadna z nich nie była gotowa. Sama dobrze wiedziała, jak to jest, kiedy ktoś zbyt szybko próbuje zajrzeć pod powierzchnię, nawet jeśli kieruje nim wyłącznie troska. Zamiast tego sięgnęła po swoją filiżankę i upiła łyk kawy, dając Fiji możliwość zdecydowania, czy chce powiedzieć coś więcej.
–
A jeśli chodzi o Toronto… – zaczęła po chwili, wracając do tego, co powiedziała wcześniej. –
To chyba normalne, że na początku nie czujesz się tu jak u siebie. Ja też przez długi czas miałam wrażenie, że tylko się gdzieś zatrzymuję, a nie naprawdę mieszkam. – Słowa wymknęły się jej, zanim zdążyła je odpowiednio przemyśleć. Zamilkła na sekundę, zaskoczona własną szczerością, ale tym razem nie próbowała natychmiast wycofywać się z tego, co powiedziała. –
W każdym razie… mam nadzieję, że znajdziesz tu coś, przez co będziesz chciała zostać. Poza moją wybitną kawą, oczywiście.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z lekkim uśmiechem, próbując rozładować własne zakłopotanie. Nie była pewna, czy udało jej się powiedzieć coś sensownego, ani dlaczego tak bardzo zależało jej, żeby Fiji poczuła się w Toronto choć trochę lepiej. Kilka wizyt w kawiarni, parę rozmów, żarty o zepsutym zamku... Nic, co powinno wystarczyć, by Will zaczęła zastanawiać się, jak długo ktoś zamierza zostać w jej życiu.
A właśnie to robiła.
Spojrzała na Fiji, przyłapując się na tym, że czeka na jej odpowiedź. Chciała po prostu usłyszeć, co powie dalej. Dowiedzieć się czegoś jeszcze, choć każda nowa informacja sprawiała, że przestawała być tylko miłą twarzą, którą Will zaczęła rozpoznawać wśród porannych gości.
Alarmy zaczęły bić w jej głowie, a serce znów zabiło mocniej.
Nie wiedziała, czy to niepokój, zwykła nieśmiałość, czy coś, czego od tak dawna nie dopuszczała do głosu, że nie potrafiła już rozpoznać tego uczucia. Miała ochotę wrócić do układania filiżanek, sprawdzić zapasy mleka, znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie, które pozwoliłoby jej odzyskać znajomą obojętność. Zamiast tego została na miejscu, z dłońmi opartymi o krawędź baru i kawą stygnącą powoli w filiżance, niepewna... wszystkiego i samej siebie.
Dźwięk otwieranych drzwi przeciął tę myśl w połowie. Will odruchowo odwróciła głowę w stronę wejścia, gotowa przywitać pierwszego klienta, ale przez krótką, zupełnie irracjonalną chwilę poczuła się tak, jakby ktoś właśnie przyłapał ją na czymś, czego nie powinna robić.
Fiji Zivai