Wendy Gardner aktualnie zdawała się nie mieć żadnych granic i nawet nie próbowała tego zrozumieć czemu Brian działał na nią tak, że szła w to bez większego zastanowienia. Czy to za sprawą jego przenikliwego spojrzenia, które wodziło na pokuszenie i wyzywało ją wręcz do odpowiedzi? Czy może to sprawka jego figlarnego uśmiechu, takiego zawadiaki, co potrafi posłodzić w odpowiednim momencie? To chyba całokształt tak na nią działał. To jak
zaklikało na wstępie, to jak swobodnie się przy nim czuła nawet w chwili, gdy się potykała lub palnęła gafę i przede wszystkim chyba to, jak on podbijał stawkę rzucając swobodnie, że mógłby lecieć z nią nawet na Majorkę. Owszem, musiała studzić nieco swój wewnętrzny entuzjazm w obawie przed zranieniem, ale
cholera miał w sobie ten urok, który sprawiał, że najwyraźniej g ł u p i a ł a. No wpadła w tę randkę jak śliwka w kompot, a skoro już się stało to pozostało korzystać, póki dzień jeszcze młody, Brian odważny, a Wendy zwolniła wszelkie hamulce bezpieczeństwa. —
Wiesz gdzie tak naprawdę chciałbym polecieć? — zagadnęła gdy napomknął, że mógłby z nią polecieć wszędzie. —
Do Tanzanii. Serengeti i wielka migracja Gnu to moje marzenie. Kiedyś spędziłam pół roku w RPA, ale to zupełnie co innego — kiedyś też obiecała sobie, że jeszcze tam wróci. To był jeden z pomysłów, które pojawiały się w tej jej
ślicznej głowie i którym mogła się z nim podzielić. Jeden z wielu, bo marzyła też o zorzy polarnej i wiosce świętego mikołaja, a także o wielu rzeczach, które nie były związane z podróżami, choć te niewątpliwie pochłaniały najwięcej jej myśli.
Już chcesz, żebym ci gotował? —
Co mnie zdradziło? To jak oblizałam usta czy jak wprost się wygadałam? — zapytała czysto retorycznie i parsknęła lekko śmiechem przytakując. Tak, chciała żeby jej coś ugotował. Jej myśli bardzo tego chciały, już sobie to wizualizowały. Ech. —
Przepraszam, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam… czy właśnie zaoferowałeś mi przejażdżkę? Bo masz jakąś sekundę żeby się rozmyślić, a potem już nie ma odwrotu — nawet jeśli mieliby to zrobić w inny dzień to zamierzała go trzymać za słowo, ale w sumie co mieli do stracenia? Dzień wciąż był młody, więc gdzieś między kawą, jej tajemniczym miejscem, a barem może znajdzie się chwila na…i w tym momencie chyba do niej dotarło, że wychodząc z domu nie tego się spodziewała. Trochę obawiała się, że ta
kawowa randka może okazać się nudna, a stało się coś zupełnie odwrotnego. Z każdą kolejną chwilą działo się coś ciekawszego i musiała to przyznać, że dawno się tak dobrze nie czuła z kimś nowo poznanym. —
Powiem ci, że na ten moment nie mam pojęcia co zrobić: czy pokusić się na przejażdżkę czy zostawić to na następny raz, by mieć kolejny pretekst do spotkania — zagadnęła posyłając mu zawadiacki uśmiech, bo było to bardzo podobne podejście, jak z tym tatuażem. Najwyraźniej zostawianie otwartych furtek, by móc znów się zobaczyć to ich nowe hobby.
Czy to jak splótł ich palce wywołało u niej przyjemny dreszcz? Zdecydowanie, ale jeszcze bardziej elektryzujące okazało się to, jak przystanął tuż za jej plecami. Uśmiechnęła się pod nosem z drobną satysfakcją i zacisnęła usta próbując wziąć się w garść, choć czuła jak przyjemny dreszcz przemyka jej po kręgosłupie. —
Taki był plan — przytaknęła uśmiechajac się pod nosem. Zaskoczenie, ale on też ją zaskoczył. —
Mówisz poważnie? No to popatrz jak się złożyło! Idealna okazja, by znaleźć dla ciebie pierwszą płytę — stwierdziła wertując jeszcze przez chwilę palcami między płytami, choć coraz bardziej nie była w stanie ignorować jego bliskości. Może jeśli coś dla niego znajdą to nawet z tej okazji się mu podpisze na pamiątkę, co by nigdy nie zapomniał od czego zaczęła się jego kolekcja płyt? —
Czego zwykle słucham? — ponowiła pytanie odchylając delikatnie głowę na bok i zerkając na niego. —
Chyba łatwiej zapytać czego nie słucham, a i tak ciężko byłoby mi odpowiedzieć — powiedziała zgodnie z prawdą. —
Choć kiczowate klasyki z lat osiemdziesiątych i klasyczny rock są w ścisłej czołówce, ale muzyka filmowa szczególnie z filmów lat dziewięćdziesiątych też jest mocna konkurencją — wyznała wyciągając z przegródki jedną z zakurzonych płyt i b i n g o, klasyczny album Fleetwood Mac. Trzymając w dłoni swoją zdobycz obróciła się do Briana przodem, opierając się pośladkami o krawędź drewnianej skrzyni. —
To jest dobry album — zapewniła przytulając płytę do swojej piersi, wzrok unosząc na jego usta. —
A co do tego wspólnego słuchania… — cholera, była bardzo gotowa pokazać mu swoją prywatną kolekcję płyt, ale czasami nie wolno odkrywać wszystkich kart od razu, prawda? Przetrzyma go może trochę w niepewności, by raz jeszcze go zaskoczyć. —
…jest pewien sposób — zapewniła opuszczając jedną dłoń, by odszukać tą należącą do niego, a gdy znów splotła ich palce wymsknęła się spomiędzy niego i regału, po czym poprowadziła go do półki, na której stał gramofon. Ktoś tu bardzo dobrze znał to miejsce. Nie czekając wyciągnęła płytę z pudełka, chwilę majsterkowała przy sprzęcie, by koniec końców puścić wybraną piosenkę. Bujała od razu, przynajmniej Wendy, a ona miała w sobie coś takiego, że zaraz wpadała w rytm nucąc pod nosem, więc nie było nic dziwnego w tym, jak w którymś momencie odwróciła się do niego cicho śpiewając. Za grosz talentu, za to sto procent uroku!
ᯓ♪ So it's hard to find someone with that kind, that kind of intensity.
You touched my hand I played it cool and you reached out your hand for me…
ᯓ♪ If I live to see the seven wonders
I'll make a path to the rainbow's end
I'll never live to match the beauty again
The rainbow's end