Trzymając w dłoniach mokry materiał swojej koszulki zdążyła przejść przez wszystkie powody, przez które nie mogła jej teraz zdjąć i wszystkie stojące za nimi jednostki bądź wydarzenia, na które mogła być wściekła. Od deszczu, w który weszła z własnej nieprzymuszonej
głupoty woli, przez ubrania, które ukradła obcej kobiecie, aż po obecne trendy w damskiej modzie, która najwyraźniej nie zakładała, by rzeczy były luźne lub zdolne do rozpięcia przez środek.
Tkwiła w tym procesie jakby przechodziła przez wszystkie etapy żałoby, zsuwając z powrotem materiał w dół, lecz trzymając go w palcach. I jak w tych etapach żałoby, w pewnym momencie zaczęła się targować - ze swoim barkiem, który być może powinien to
przeżyć, może to było jak plaster, który musiała zrzucić z siebie zamaszystym ruchem, ignorując sygnały jej ciała podpowiadające jej, że jeden ruch mógł być ruchem za daleko.
I dopiero gdy wyczuła jego ruch, gdzieś za plecami, na łóżku, z którego zaczął schodzić, w jej sercu pojawiła się iskierka paniki.
-
Jest cienka, wyschnie - zadecydowała, nawet jeśli wiązało się to z jej tkwieniem przed tym pieprzonym ogniem przez następną "godzinę", a już teraz, po tej wędrówce przez las, samo stanie w pozycji pionowej dokładało cegiełkę do wieży odczuwanego przez nią dyskomfortu. -
Nie potrzebuję...
Pomocy ugrzęzło w jej gardle gdy stanął obok, choć przecież wstanie kosztowało go własną cegiełkę, dołożoną do własnej wieży tego samego rodzaju. Panika w jej ciele wzmogła gdy znalazł się tak blisko, gdy sięgnął do materiału tej uporczywej koszulki, której nie potrafiła nawet zdjąć własnoręcznie - byłoby na tyle z jej pieprzonej
niezależności.
Panika, która nie miała tym razem nic wspólnego z tym, co robił o n.
Zamarzła, jak lodowa figura, do której upodobniała się już temperaturą ciała, sztywność w jej ciele wydawała się bardziej związana z jego ciepłem niż z ilością stopni w pomieszczeniu. Wstrzymała oddech, byle tylko nie dotarł do jej płuc naznaczony jego zapachem. Przygryzła policzki od środka, oferując samej sobie odwrócenie uwagi od jego dotyku. Palców, pozostawiających po sobie ślad zupełnie innego rodzaju napięcia niż to, które towarzyszyło jej od tygodnia.
Musiała się
opanować.
Jej wzrok błądził po okolicy, szukając odpowiedniego miejsca, na którym mogłaby go zawiesić. Rzecz w tym, że gdy tkwił tak blisko, wypełniał całe pole jej widzenia. Z początku usiłowała wpatrywać się w biel opatrunku, upewniając przy tym, że żadne, czerwone kropki znów go nie zaburzały. Jedno uderzenie serca później błądziła nim już po sinych śladach wokół jego żeber i krzywiznach klatki piersiowej, która była zdecydowanie zbyt n a g a, by tkwił tak blisko niej.
Uniesienie wzroku było jeszcze gorsze.
Dostrzeżenie tego, w jaki sposób, ze skupieniem i uwagą, usiłował pomóc jej uporać się z cholernym skrawkiem odzieży w sposób, który nie wyrządzał jej żadnej krzywdy. W jaki spoglądał na nią, na odkrywane przed nim skrawki jej ciała, które przecież już znał, które wcześniej oglądał w innym kontekście, a jednak teraz zdawały się znaczyć dużo więcej.
Może dlatego, że teraz jej ciało nie należało wyłącznie do Ortegi - należało do
niej, całej, stworzonej zarówno z tego, co znał jak i tego, czego nigdy mu nie pokazała.
Jej wzrok zatrzymał się więc na drobnej niedoskonałości na jego twarzy - zaschniętej, drobnej smudze krwi pozostałej na jego policzku po jej własnych dłoniach, niosących na opuszkach palców należący do niego szkarłat. Wpatrywała się w ten punkt uparcie, odnajdując w nim złoty środek pomiędzy oczami, na które nie potrafiła podnieść wzroku a jego
roznegliżowanym ciałem, na które nie pozwalała mu opaść.
Był c i e p ł y.
Właśnie w ten sposób mogła uzasadnić sobie komfort, który czuła gdy tkwił tak blisko niej i którego zabrakło gdy odwrócił się, by sięgnąć po koc, na moment zostawiając ją w chłodzie otaczającego ją powietrza, smagającego jej odkrytą skórę. Właśnie dlatego gdy na moment go zabrakło, tak dotkliwie odczuła jego brak - brak jego bliskości, ciepłych palców muskających jej skórę, oddechu, który niemal czuła na własnym policzku.
Nie miało to nic wspólnego z żarem, który zakradł się do jej wnętrza i drżeniem ciała, które nie miał nic wspólnego z chłodem.
Wszystko to było ogromną, temperaturową niesprawiedliwością mężczyzn nagrzewających się dużo szybciej, niż kobiety.
-
Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek cię rozbierała - wytknęła mu w odpowiedzi, nie śpiesząc się do odebrania splecionych na jej mostku końców koca, który magicznie nie utrzymywał się na jej plecach.
Jej wzrok trzymał się uporczywie tej jednej smugi krwi, jednej niedoskonałości, którą zostawiła po sobie, gdy wcześniej przecież specjalnie to wszystko
ścierała.
-
Jak dla mnie zawsze wystarczył ci byle pretekst, żeby zrobić to samemu - dodała, choć zaczepnej natury jej słów nie zdołał wesprzeć zaczepny głos. Smuga ją denerwowała. Uniosła dłoń, lecz zamiast odebrać od niego koc, zwilżyła końcówkę palca własnymi ustami w bezmyślnym odruchu, wyciągając go w jej stronę. Smuga szkarłatu zniknęła z jego szorstkiego policzka, starta jej kciukiem. -
Pewnie myślisz, że jeśli wyglądasz w ten sposób, wszyscy ludzie chcą cię oglądać.
we'll never be even after what i've done