ODPOWIEDZ
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

078.
Były sprawy, których nie lubiła się podejmować, ale czasami nie miała wyboru, zwłaszcza że współpraca z miejskim szpitalem zobowiązywała ją do zajmowania się również takimi przypadkami. Tym razem chodziło o śmierć pacjenta, który trafił na ostry dyżur po zawale, a następnie został przekazany na oddział kardiochirurgii, gdzie zmarł, choć wcześniej nic nie wskazywało na to, że jego stan miał się nagle pogorszyć.
Denatem był znany i szanowany polityk, dlatego rodzina zadbała o to, żeby autopsję przeprowadziła jedna z najlepszych lekarek medycyny sądowej w prowincji. Pech chciał, że była nią właśnie Miller. Komendant Sloan również naciskał, żeby to ona zajęła się sekcją zwłok, głównie ze względu na swoją znajomość ze zmarłym Conradem Hargrovem. Zaylee, rzecz jasna, nie skakała z radości. Zbyt wiele osób oczekiwało od niej szybkiego odkrycia prawdy i wskazania, kto był odpowiedzialny za śmierć Hargrove'a, mimo że na tym etapie nie było nawet pewności, czy w ogóle doszło do przestępstwa. Każdy po cichu właśnie na to liczył.
— Doktor Miller — powitał ją zastępca dyrektora, który od samego progu wyczekiwał jej przybycia. — Proszę powiedzieć, czego pani potrzebuje. Zagwarantuję pani dostęp do niezbędnej dokumentacji — zapewnił z wymuszonym uśmiechem, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że cokolwiek zrobi, to i tak ma przejebane.
Lawrence Shaw był wysokim mężczyzną przed sześćdziesiątką. Jak na swój wiek trzymał się wyjątkowo dobrze i Zaylee bez trudu dałaby mu dziesięć, a nawet piętnaście lat mniej.
— Chciałabym odtworzyć wszystko od początku, łącznie z przyjęciem pacjenta na SOR — wyjaśniła, choć wydawało jej się to dość oczywiste. Zanim mogła przyjrzeć się sprawie z bliska, musiała dokładnie ustalić, z jakimi objawami Hargrove trafił do szpitala i w jakim stanie przekazano go na oddział.
— Naturalnie! W tym z pewnością pomoże pani doktor Gurney. To on jako pierwszy zajmował się pacjentem. Jestem przekonany, że udzieli pani wszystkich informacji — pokiwał głową, gestem ręki zapraszając ją do przejścia długim korytarzem.
Miller wydała z siebie cichy pomruk niezadowolenia. Oczywiście, że to musiał być River. Dlaczego nie przewidziała, że właśnie na niego trafi? Ostatni raz widzieli się na konferencji naukowej w centrum miasta, a jeszcze wcześniej - ponad rok temu, kiedy Zaylee była pacjentką z licznymi obrażeniami, które zafundował jej seryjny morderca koronerów. Cudem uszła wtedy z życiem, ale nawet to nie przeszkodziło jej wykłócać się o zmianę lekarza prowadzącego. Tamtej nocy Gurney pełnił dyżur i nie było możliwości, żeby zajął się nią ktoś inny. W końcu bezradność i zmęczenie wzięły górę na tyle, że skapitulowała. Pozwoliła mu opatrzyć rany i zlecić szereg badań. Niechętnie, ale jednak.
— Wszystko w porządku? — zapytał Shaw, widząc jej skonsternowany wyraz twarzy.
Miller ściągnęła brwi i skinęła głową.
— Tak, pewnie. Zakładam, że znajdę go u siebie? — ruszyła dalej, ale uniosła rękę, kiedy zastępca dyrektora podążył jej śladem. — Znam drogę — rzuciła krótko, dając mu do zrozumienia, że nie potrzebuje towarzystwa. Musiała po zęby uzbroić się w cierpliwość przed spotkaniem z Gurneyem.
Na ostrym dyżurze jak zawsze panował istny sajgon. Ludzie trafiali tutaj z mniejszymi i poważniejszymi urazami, a personel segregował ich według priorytetu wynikającego z triage’u. Zaylee nie chciała przeszkadzać zabieganym pielęgniarkom, które uwijały się między pacjentami. Kiedy dostrzegła Rivera przy jednym z łóżek, oparła się ramieniem o ścianę. A gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, kiwnęła lekko głową.

River Gurney
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pacjent ma prawo do umierania w spokoju i godności. Miał ochotę się roześmiać – głośno i bezczelnie, najchętniej prosto w twarz osoby, która umieściła ten zapis akurat tutaj, na oddziale ratunkowym, gdzie ludzie umierali na wiele sposobów, ale rzadko w spokoju i jeszcze rzadziej z godnością. Nie było nic wzniosłego w pękniętych tętniakach, udarach mózgu i ofiarach wypadków samochodowych – większość ludzi umierała przerażona, a on czasem zastanawiał się, jak wspaniałe musiało być ich życie, skoro tak bardzo nie chcieli się z nim rozstawać, jak koszmarne musiało być jego w porównaniu. Pomyślał o dwuletnim dziecku, przyjętym godzinę temu na oddział, o tomografii głowy, która wyglądała jak szwajcarski ser i o jego rodzicach, którzy najpewniej się nad nim znęcali, ale teraz oboje siedzieli przy łóżku, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Chłopiec jeszcze żył, ale wiedział, że niedługo umrze – gdzie była w tym godność?
Ktoś chwycił go za przegub. Poczuł skurcz napiętych mięśni, przesuwający się wzdłuż ramienia, płytko pod skórą, lecz nieznajdujący zwieńczenia w zaciśniętej pięści.
– Mam do pana pytanie – kobieta zwróciła się w jego stronę, a on zauważył, że wzdrygnęła się, kiedy się odwrócił, choć próbowała to ukryć.
– Medyczne? – spytał.
– Nie, ale… – zaczęła, ale on już się odchodził, uwalniając rękę z uścisku jej ciepłych palców. Nie było na to czasu. Wokół panował gwar – ludzie przepychali się i krzyczeli, słyszał, jak za jedną z cienkich, szpitalnych zasłon rodzina kłóciła się o to, czy powinni nadal podtrzymywać kogoś przy życiu, słyszał, jak w pokoju obok ktoś przeklinał, ktoś inny się śmiał, ktoś pytał, jak długo będzie musiał jeszcze czekać, zanim przyjmie go lekarz. W końcu stanął przy jednym z łóżek – mężczyzna jeszcze dwie godziny temu wyrywał się i szarpał, musieli zapiąć go w pasy, ale teraz leżał spokojnie, prawie nieruchomo.
– Jak się pan czuje? – zapytał, rozmasowując palcem miejsce na szczęce, gdzie pacjent wcześniej uderzył go ręką, a gdzie napuchnięta skóra zaczynała powoli nabierać barw. Mężczyzna odwrócił wzrok – być może było mu wstyd.
– Muszę je wziąć – powiedział, wskazując na papierowy kubeczek z tabletkami. – Trochę się boję – musiał mieć nie więcej niż trzydzieści lat, a teraz, kiedy na jego twarzy pojawił się niepokój, wyglądał dużo młodziej. Miał bardzo jasne oczy i dwie zaokrąglone blizny na czole – przypominał mu jelenia, który dopiero co zrzucił swoje pierwsze poroże.
– Wiem – odparł, decydując, że nie będzie chował urazy, chociaż siniak zabolał, kiedy ucisnął go teraz palcami. – Ale da pan sobie radę. Lekarze wiedzą, co robią. – czuł, że nie był zbyt przekonujący – trudno było mu mówić rzeczy, które uważał za kłamstwo. Pacjent wydał z siebie cichy pomruk, a on odchylił lekko głowę, chyba tylko dlatego, żeby nie wyczytał z ruchu jego warg wypowiedzianego przekleństwa. To, co zobaczył po drugiej stronie korytarza, sprawiło jednak, że miał ochotę wypowiedzieć je ponownie, dużo głośniej. Zaylee skinęła głową – nie odwzajemnił gestu, odwrócił się jedynie z powrotem do leżącego na łóżku mężczyzny, tym razem z bardziej naglącym rozdrażnieniem. – No już, to tylko tabletki.
Podejrzewał, dlaczego Zaylee przyszła do szpitala – nie dla niego. Tak wiele mógł stwierdzić, sądząc po tym, że kiedy była tu poprzednim razem, spędziła godzinę, wykłócając się z pielęgniarkami o zmianę lekarza prowadzącego. Zasunął gniewnie zasłonę, oddzielającą łóżko od korytarza.
– Czego chcesz? – warknął ściszonym głosem, podchodząc tak blisko, że przez chwilę, pomiędzy zapachem choroby, potu i wybielacza, poczuł znajomy zapach jej perfum. – Nie mam czasu. Nie widzisz co tu się dzieje?

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wcale nie było jej na rękę tutaj przychodzić. Nie do samego szpitala, ale na ostry dyżur. River był jedną z ostatnich osób, z którymi miała ochotę obcować. Zakończyli znajomość w jakimś niewyobrażalnym szale. Zaylee nie pamiętała, czy kiedykolwiek wcześniej była aż tak wściekła. Pewnie tak, ale to właśnie z Gurney'em kojarzyły jej się przede wszystkim te emocje.
Oczywiście mieli też dobre momenty. Seks był świetny, co musiała uczciwie przyznać. Zwłaszcza po kłótniach, kiedy zamiast się uspokoić, potrafili jeszcze przez pół godziny wytykać sobie nawzajem, jak bardzo oboje są pokurwieni. Najwyraźniej ich metoda rozwiązywania konfliktów pozostawiała wiele do życzenia, ale przynajmniej bywała skuteczna.
Starała się nie przeszkadzać, ale nie miała całego dnia. Spojrzała wymownie na Rivera, chcąc dać mu do zrozumienia, że sprawa nie cierpi zwłoki, chociaż o zwłoki tutaj chodziło. Kiedy w końcu zasunął kotarę i podszedł bliżej, przechyliła głowę, przyglądając mu się z wyraźnym politowaniem.
— Wyznania miłości to ja się nie spodziewałam — rzuciła chłodno i uniosła swój neseser, tym samym uświadamiając mu, że nie zjawiłą się tutaj w celach towarzyskich. — Nie martw się, nie chcę cię zaprosić na kawę — mruknęła, wyciągając z teczki pojedynczą kartkę. — Conrad Hargrove. Mówi ci to coś? Podobno był twoim pacjentem, zanim został przeniesiony na kardiochirurgię. Przyjmowałeś go, prawda? Potrzebuję pełnej dokumentacji, zanim pójdę piętro wyżej. I wszystkich niezbędnych informacji, które mogą mi się przydać podczas sekcji zwłok. Na już, River — dodała, wyraźnie akcentując jego imię.
Gurney dobrze wiedział, po co tutaj przyszła. Nie był głupi. Właściwie należał do najbardziej inteligentnych osób, jakie kiedykolwiek poznała. Inaczej pewnie nie wylądowałaby z nim w łóżku. Podobno charakteru się nie rucha i to akurat była prawda, bo oboje mieli paskudne. Nie zmieniało to jednak faktu, że inteligencja potrafiła być cholernie pociągająca.
Za każdym razem, kiedy spotykali się w podobnych okolicznościach, mężczyzna wzbudzał w niej skrajne emocje. Miller wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, żeby miała ochotę rozszarpać go na strzępy. Wyłamać mu palce. Skręcić kark. Cokolwiek, byle tylko przestał tak kurewsko działać jej na nerwy. Nie wiedziała, dlaczego tak się działo, bo właściwie nic takiego jej nie zrobił. Nawet się jakoś wybitnie nie pokrzywdzili. River nie złamał jej serca. Komuś takiemu jak Zaylee nie dało się przecież po prostu złamać serca. Zresztą ich relacji nawet nie można było nazwać oficjalnym związkiem. Nigdy nie ustalili, czym właściwie są. Nie było wielkich deklaracji, wspólnych planów ani nawet szczególnie romantycznych momentów. Był seks, kłótnie, jeszcze więcej seksu i cała masa powodów, żeby się nawzajem wkurwiać. Nie miała więc pojęcia, dlaczego żywiła do niego aż tak negatywne uczucia. Może dlatego, że pod wieloma względami byli do siebie cholernie podobni. Tak, to w sumie całkiem prawdopodobne.

River Gurney
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Conrad Hargrove trafił na oddział kilka minut po północy z podejrzeniem zawału – nie wyglądał jak mężczyzna, który zaledwie dwa tygodnie temu ubiegał się o stanowisko posła i którego twarz pozdrawiała go codziennie z dużego billboardu, wzniesionego dumnie naprzeciwko szpitala. Na niebieskim tle widniał napis „BUILDING A FUTURE YOU CAN DEPEND ON”, a obok niego Hargrove uśmiechał się do kamery. Kiedy zobaczył go na noszach, miał rzadkie włosy i zmęczoną twarz – był ubrany jedynie w cienki, hotelowy szlafrok i był tak blady, że jeszcze zanim przenieśli go na oddział kardiochirurgii, wyglądał już na martwego. Westchnął, obciążając Zaylee znużonym spojrzeniem – gdyby pacjent nie był politykiem, nikt nie prowadziłby śledztwa w sprawie jego śmierci. Gdzie byli koronerzy z TPS, kiedy umierali sklepikarze, recepcjonistki, nauczyciele? Podejrzewał, dlaczego przysłali ją akurat teraz – Hargrove należał do partii prawicowej. Partii, której konserwatywne poglądy sprawiały, że szpitale były przepełnione i nadwyrężone, młodzi ludzie odbierali sobie życie, a ci, którzy powinni umrzeć, leżeli pod respiratorami, odliczając dni do swojej śmierci. Partii, która w swoich poglądach unieważniała zarówno jej, jak i jego małżeństwo. W szpitalu nie miało to żadnego znaczenia. Pamiętał, że wydawało mu się to niemal śmieszne – te same dłonie, które Hargrove odepchnąłby od siebie na ulicy, próbowały uratować mu życie.
– Ta – mruknął, choć nie wyglądał, jakby wierzył w nagłość sytuacji – pacjenci, którzy leżeli w kostnicy, w przeciwieństwie do tych stłoczonych teraz na oddziale ratunkowym, nie mogli już umrzeć. Nie było dokąd się spieszyć. Wyciągnął rękę i spojrzał na zegarek. – Za pięć minut powinienem być na partnerze. Pielęgniarki zamierzają upamiętnić dzisiaj ordynatora. Kwiaty, księga kondolencyjna, te sprawy... W zasadzie równie dobrze mogę poświęcić ten czas na rozmowę z tobą. W nastroju to prawie to samo. – westchnął, po czym wykonał niechętny ruch głową, sugerując w ten sposób, żeby Zaylee przeszła za nim w stronę gabinetu, gdzie w metalowych szafkach trzymano zakończoną dokumentację. – Zamknij drzwi – odparł, kucając przy regale oznaczonym literą H i przerzucając pośpiesznie dokumenty, dopóki nie znalazł tego, którego szukał – na pierwszej stronie znajdowała się karta zgonu. Spojrzał na nią przelotnie, zanim wyciągnął rękę, rzucając plik dokumentów w kierunku kobiety, jeszcze zanim ta miałaby szansę podejść i wyjąć mu je z dłoni – w miejscu, gdzie widniało pytanie o podejrzenie udziału osób trzecich, zaznaczono „nie dotyczy”.
– Przeczytaj sobie, nie znajdziesz tam nic ciekawego – oznajmił, opierając się plecami o metalowe szafki. – Facet przyjechał z podejrzeniem zawału, od dziesięciu lat chorował na nadciśnienie. W EKG wyszedł ostry zespół wieńcowy z uniesieniem odcinka ST, więc przekazałem go kardiologii do pilnej koronarografii. Koniec historii. – mruknął, podnosząc ręce w geście poddania, jakby ustępował przed czymś absolutnie oczywistym. – Swoją drogą, trafił do nas w hotelowym szlafroku. Myślisz, że był tam ze swoją żoną? Nie, pieprzył się z jakąś pizdą, przynamniej trzydzieści lat od niego młodszą. Może w tym temacie też wdrożycie śledztwo? – parsknął cicho, po czym pokręcił głową – w jego głosie słychać było rozdrażnienie. – Słuchaj, Zee – chrząknął, zgorszony, że zdradziło go własne ciało, język, nawet po latach, z nawyku wciąż sięgający po zdrobnienie. – Zaylee. Marnujesz czas. Co spodziewasz się tu znaleźć? Gdyby ktokolwiek na tym oddziale miał zamiar go zabić, to Hargrove wciąż by żył. Większość z nich to kretyni.

zaylee miller
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”