Doskonale wiedział, że ona wiedziała. Nawet w takim momencie – gdy umysł był zmęczony i przygaszony, przestrzeń obca, a ciało tak dziwnie nieswoje – zdawała sobie sprawę w co grał. Dlaczego pozostawał tak łagodny i współpracujący, niemal nierealnie potulny, dlaczego sam prosił o pomoc, gdy wszystkie poprzednie razy zapierał się, że jej nie potrzebuje. Przyjmowała jednak tę wersję Carlosa, bo przecież było to łatwiejsze, niż próby szarpania się z rzeczywistością. Dobrze było wprawić ręce w ruch, poczuć, że znowu do niej należą, a jej obecność w tym małym, zamkniętym świecie Salazara w końcu okazała się zaakceptowana. Nie, nie zaakceptowana – potrzebna, wręcz
upragniona. Chciał mieć ją blisko, bo tylko tak mógł dopilnować, by żadne z nich nie zatraciło się w paranoi, która czaiła się w każdym zacienionym kącie, pełzła po schodach i wyglądała zza piwnicznych drzwi. O to chodziło – o opiekę i zachowanie kontroli, która tak szybko potrafiła wymykać się z rąk, wystarczyło tylko zawiesić się na moment, nierozważnie odwrócić spojrzenie i opuścić gardę – t y l k o o to, prawda?
Nie zamierzam się z tobą kłócić. Nie sądził, że te słowa padające z jej ust kiedykolwiek będą napawać go takim dyskomfortem. Jej krnąbrność i upartość przez większość czasu doprowadzały go do szewskiej pasji, gdy wchodziła mu w drogę, próbując coś udowodnić. Kiedy jednak ucichła, a kryjący się w oczach żar przygasł, zatęsknił za tą niepokornością. Każdym odpowiednio dobranym słowem, które miało zmusić Carlosa do refleksji. Za dłońmi ułożonymi na biodrach i postawą mówiącą: nigdzie się nie ruszam. Nawet za niewygodną prawdą, sprawiającą, że na chwilę milkł. Kiedy więc po chwili dodała –
przynajmniej nie dzisiaj – uśmiechnął się delikatnie, choć nie mogła tego zobaczyć. Z jednej strony tym jednym zdaniem wywieszała białą flagę, z drugiej obiecywała (bo dla niego to nie brzmiało jak groźba), że powróci do Joe, którą znał. Tego chciał się trzymać. Wizji, że pomimo wycieńczenia i traumy, zarówno fizycznej jak i psychicznej, nadal tlił się w niej ten sam ogień.
Szelest materiału naciąganego na ciało i ciche, mimowolne pomruki wysiłku, związane z drażnieniem zmaltretowanej skóry w końcu zamilkły. Nie był pewien jak długo trwali w ciszy, przerywanej jedynie ich niespokojnymi oddechami i brzęczeniem łazienkowej lampy. Długo –
za długo, by Carlos nie domyślił się, że Joe dokładnie bada wszelkie wypukłości blizn i obraz wymalowany na skórze tuszem. Za krótko,
krócej niżby chciał, bo choć wyczekiwanie i napięcie były przytłaczające, doskonale wiedział, że odwrócenie się i spojrzenie na Joe będzie większym wyzwaniem. Każda upływająca sekunda umożliwiała mu zebranie sił, by wcielić się w rolę, którą sam sobie wybrał.
Kiedy jednak pozwoliła mu się odwrócić, nie pokazał po sobie wahania. Tors i ramiona były odbiciem pleców – całunem naciągniętym na szkielet, rozrywanym i zszywanym po wielokroć. Sam dawno przestał zwracać uwagę na pokaleczoną fizjonomię, choć nie zawsze tak było. Młody Salazar zwykł szczycić się zdobytymi bliznami, traktując je jak przypomnienie, że okazał się silniejszy od ludzi, którzy próbowali go zranić. Z czasem jednak żłobione w skórze ryciny przestały poruszać w nim cokolwiek, stając się jedynie oznaką minionego bólu i popełnionych błędów. Zadusił w sobie przekonanie, że piętna te znaczą coś więcej, zupełnie jak żołnierz, który pragnie odgrodzić się od tego, czym stało się jego ciało po wojnie.
Jej pytanie spotkało się z kolejnymi długimi sekundami milczenia. Zabrzmiało tak, jakby nie chciała się dowiedzieć, który fragment rozszarpanej skóry pali pod wpływem najmniejszego ruchu, a próbowała sięgnąć głębiej. Na to Carlos jednak nie potrafił znaleźć w sobie odpowiedzi, bo nauczył się ignorować każdy przejaw bólu, a już w szczególności tego psychicznego. Dlaczego więc w ogóle pomyślał, że chciałaby wiedzieć właśnie o nim? O tym, co nie pozwalało zamknąć oczu, o niewybaczonych winach i nieosiągalnym odkupieniu?
—
Nie wiem — odpowiedział się w końcu, nie będąc pewnym, o której płaszczyźnie (duch czy ciało?) mówił. —
Jeśli zaboli bardziej, na pewno będziesz wiedzieć. — Znów słowa nie tłumaczące zupełnie nic; żadnego zobaczysz, poczujesz, dam znać.
Będziesz wiedzieć - jakby zakładał, że jej oczy widziały więcej, aniżeli sam odkrywał.
Obserwował uważnie jak Joe przygotowuje się do oczyszczenia rany, najpierw dokładnie ją obserwując. Pojawił się ten sam znajomy profesjonalizm, którym wykazała się za pierwszym razem, gdy go szyła. Tym razem jednak jego umysł pozostawał świadomy, nie został odcięty przez silny ból, wyrzut adrenaliny i zamroczony utratą krwi. Mógł więc dokładnie przyjrzeć się jej ruchom, sposobowi w jaki marszczyła brwi i zaciskała wargi, gdy skupiała się na rozerwanej tkance. Nie był pewien czy to jego chciała uspokoić krótką prośbą, która padała z jej ust, gdy sięgała po czystą gazę. Z pewnością mógł jednak stwierdzić, że czuł się spokojny, może paradoksalnie zbyt bardzo, zważając na to co się wydarzyło i w jakiej sytuacji się znaleźli. Było coś w jej obecności i bliskości, co nie pozwalało mu na nagłe zrywy. Czekał więc na moment, w którym materiał dotknie rany, a ciało zechce się cofnąć, porażone nagłym bólem – nie pozwoli mu, lgnąc do jej dotyku mocniej, skoro przecież był tym, który powinien
uleczyć poskładać naprawić mu pomóc. Nim jednak gaza spotkała się ze skórą, rozległo się brzęczenie, jak ostrzegawczy sygnał nadchodzącej katastrofy, a później zapadła ciemność. Nie była to naturalna czerń, a głęboki, otulający zewsząd mrok, tak niespodziewany i przeszywający, że zmysły zaczynały szaleć. Spokój, który zawitał w Carlosie na ten krótki moment, znowu został zmącony, a serce uderzyło szybciej. Mięśnie spięły się, gotowe do walki w bezwarunkowym odruchu, a oczy krążyły po przestrzeni, która nagle stała się obca. To, co było pierwszym odruchem Joe – sięgnięcie w stronę jedynej oznaki obecności – stało się również odruchem Salzara. Czuł ciepły oddech, który owiał odkrytą skórę, gdy wypowiedziała jego imię, dokładnie w ten sam sposób, w jaki przyzywała go do siebie tuż przed tragedią. Delikatne dłonie musnęły jego twarz, na oślep szukając oparcia. Wstrzymał oddech, samemu wyciągając ku niej ręce, oplatając jej talię i przyciągając bliżej zbyt blisko w celu zapewnienia komfortu.
—
Jestem — wyszeptał łagodnie, nadal trzymając ją w ramionach. —
Będzie w porządku, Joe. Jestem. — Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, wyłapując rozmyte kontury przedmiotów. Niewielkie łazienkowe okienko wpuszczało blade światło, zbyt nikłe, by rozproszyło mrok. Nie było świateł latarni, żadnego błysku jasności docierającego z innych domów. Cisza, jakby cały świat na moment się zatrzymał, próbując nabrać oddech. Może dla nich, w tamtym momencie, dokładnie tak było.
Odsunął lewą rękę od jej ciała, próbując namierzyć pozostawiony na szafce telefon. Minęła chwila, nim dłoń natrafiła na upragniony przedmiot. Włączył latarkę, odstawiając aparat, a jasny snop światła w końcu oświetlił pomieszczenie. Nie sprawiło to jednak, że wszystko stało się prostsze. W ciemności przejmowali się jedynie tym, by odzyskać stabilność, znaleźć bezpieczeństwo i komfort. Kiedy jednak został rozproszony, Carlos zdał sobie sprawę jak blisko się znaleźli. Skóra przy skórze, palce zaciskające się na cienkim materiale jej koszulki, palce Joe nadal obecne na jego szyi. Był pewien, że mogła poczuć, jak jego puls przyspiesza.
—
To chyba jakaś awaria. — Odchrząknął, uciekając spojrzeniem w bok. Zapewne byłoby prościej, gdyby próbował się odsunąć, ale nie zrobił tego, nadal pozostając przyciśniętym do jej drobnego ciała.
joe grainier