27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
You're a loaded gun, I should probably run, cut all our connections
Without you, babe, think my heart would cave with a sadness the size of Texas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dobry plan.
Ku jej niemałemu zdumieniu, Joan poczuła, jak całe jej ciało próbuje wyprężyć się w kierunku, z którego padły te słowa - w kierunku Carlosa - wytężając śmieszne resztki energii jakie jeszcze ostały się w jej organizmie. Umysł rozjaśnił się na krótko - na literalny ułamek sekundy - a myśli rozplątały na moment jak zamotany kłębek wełny, jak gdyby Salazar pociągnął właśnie za odpowiedni kraniec wystający z całego tego chaosu, który kłębił się pod sklepieniem jej czaszki.
Prysznic to dobry plan. Nie wiedziała, że potrzebuje afirmacji; że pragnie, żeby ktokolwiek -
Nie. Żeby ten właśnie mężczyzna, który spoglądał na nią teraz z jakąś fuzją winy i troski, jakiej Joe nigdy wcześniej nie widziała u nikogo oprócz miłej funkcjonariuszki policji, gdy ta przyszła poinformować Grainierów o losie ich ojca, rzucił jej nagle jakiś ochłap pochwały. Jakieś zapewnienie, że Joe - Joe, która czuła się, jakby ktoś wytrzebił z niej resztki jej własnego człowieczeństwa, pozostawiając tylko marną, bladą, trochę tragikomiczną w kształcie łuskę - wie co robi. Że nadal potrafi snuć plany, i to w dodatku dobre.
Zupełnie automatycznie, przytrzymywała się teraz jego słów tak kurczowo, że nawet nie zarejestrowała dokładnej chwili, w której Carlos po nią sięgnął, zamykając kant jej twarzy w ciepłej kołysce dłoni. Dopiero ruch jego palców - krwista sygnatura złożona zatrważająco łagodnym ruchem kciuka - pozwoliła jej na powrót wynurzyć się na chwilę z odmętów dysocjacji. Poczuć to ciało, w którym trwała, jako własne. Dopuścić do siebie chłód, który ogarniał jej skórę, i pierwsze zwiastuny bólu, który miał dopaść ją dopiero we wszystkich tych miejscach, w których ramiona i plecy spotkały się z podłogą, a wierzgające stopy zahaczyły o kant tego czy innego mebla.
- Okay - Powiedziała słabo, zmusiwszy się do nikłego skinięcia głową; każdy ruch był heroicznym w skali aktem, walką Syzyfa z niesprzyjającym mu losem. Chciała krzyczeć, płakać i piszczeć jak rozkapryszone dziecko. Rzucić się, może, ku schodom, w żałosnej próbie zagrodzenia brunetowi drogi. Mogła spróbować go powstrzymać, rzucając mu się na szyję i ściągając go, jakimś cudem, do poziomu podłogi, polegając tym samym wyłącznie na elemencie zaskoczenia. Ale prędzej, niż zdążyłaby zareagować w którykolwiek z tych sposobów, rozsądek zaoponował gwałtownie, ograniczając jej ruchy do absolutnego minimum. Co, w końcu, gdyby zamiast skutecznie go przy sobie zatrzymać, raczej odstraszyłaby Salazara takim właśnie aktem dziewczęcej histerii? Udowodniła mu, że jest szalona - tak samo jak jej matka; i że zasługuje na taki sam los, jaki spotkał i ją. Zastygła więc w niemal perfekcyjnym bezruchu, oczekując na powrót mężczyzny, i starając się odeprzeć atak wszelkich intruzywnych myśli, które nadal atakowały jej wyobraźnię w brutalnej szarży. Może Carlos nie wróci... Może kłamał, tylko po to by móc wyślizgnąć się w objęcia nocy i, tym samym, spod ciężaru odpowiedzialności o jej bezpieczeństwo. Może był, mimo wszystko, dokładnie taki jak ci mężczyźni - te pozbawione twarzy i imienia sylwetki, które w kolejnych miesiącach miały czaić się na nią w cieniach i szmerach nocy - przed którymi rzekomo miał ją obronić.
Musiała jednak ufać. Musiała wierzyć, że mówił prawdę. Nie miała siły na nic więcej - na podejrzliwość, na kalkulacje, na ostrożność. Utrzymywanie zmordowanego ciała w pionie okazywało się być wystarczająco trudne.

Nie miała pojęcia co robił, gdy została sama - ani siły by próbować to sobie wyobrazić. Schwytana we wnyki stuporu, nie potrafiła nawet stwierdzić ile dokładnie na niego czekała - sekundy? minuty? dni? Mogły upłynąć całe lata, całe dekady albo i wieki. Joe czuła się skamieniała, jak relikt dawnego, utraconego dzisiejszej nocy raz na zawsze życia. Nie ośmieliłaby się zrobić więcej niż paru kroków bez jego kurateli, bez sposobu, w który obejmując ją samym spojrzeniem, Salazar zdawał się nadawać jej kształt. Gdy więc do niej ponownie powrócił - z naręczem ubrań, których Joan nawet nie zarejestrowała (a więc i nie miała szansy, by pokryć się głębokim rumieńcem jeśli jej wzrok padłby na cieniutką warstwę koronki, którą nosiła czasem pod ubraniem, w sekrecie przed wszystkimi oprócz - a i to z rzadka - Levi'ego) - prawie w ogóle nie zmieniła pozycji, zbliżając się jedynie do jednej ze ścian, i wspierając o nią nadal lekko drżącą dłoń.
Pójdziemy pod prysz...
...nic.
Gdyby miała na to siłę, mogłaby się teraz roześmiać. Rozchichotać tym rodzajem wisielczego humoru, który czasem dopadał ją w najbardziej niedorzecznych, najbardziej beznadziejnych kontekstach na szpitalnym oddziale. Nawet tragedie miały czasem w sobie coś zabawnego. Nawet to, że Carlos, który przed chwilą najpewniej uratował jej życie, teraz odrobinę plątał się we własnych słowach, mogłoby rozbawić ją do łez. Ale nie teraz. Jeszcze nie. Kto wie, może kiedyś - przy odrobinie mało prawdopodobnego szczęścia - będą potrafili obrócić to wszystko w jakiś (okrutny) żart?
- Zostań - Potwierdziła jednym słowem, gdyby Carlos potrzebował więcej przyzwoleń niż desperacja widoczna w jej, uniesionym ku niemu, spojrzeniu. W niedorzecznym przypływie gniewu, Joe wściekała się teraz na własnych rodziców - na to, że nigdy nie przeszkadzał im brak dodatkowej łazienki, że nigdy nie wpadli na pomysł, by zbudować dodatkową toaletę. Jakże to wszystko musiało być dla niego niezręczne?! Jakże absurdalne?!
Sama Joe nie miała siły dbać o własny honor. Jaki honor zresztą, na miłość boską? Jakieś jego smutne szczątki mogły pozostać, o ironio, właśnie po drugiej stronie łazienkowych drzwi, tam, gdzie kryła się ledwie w bieliźnie, zanim wyważył je napastnik.

Zasuwając za sobą drzwi kabiny, Joe poczuła jakiś rodzaj rezygnacji. Carlos tyle już widział, że smutny błysk bladego pośladka pochwycony w tafli lustra, w której się przeglądał, nie zrobiłby już żadnej różnicy. Nie pogorszyłby sytuacji. Czy powinna teraz myśleć o tym, że nie było już żadnych szans by kiedykolwiek jeszcze zobaczył w niej po prostu kobietę - nie teraz, kiedy doświadczył jej jako ofiary. Swojej własnej, albo tamtego obcego człowieka - nieważne.
Strumień wody przynosił zarówno ból jak i ulgę, rozbijając się o wycieńczone ciało. Joe zwiesiła głowę i trwała, wspierając się o kafelki rozczapierzonymi palcami obu dłoni. Czuła obecność Carlosa, choć nie pozwoliłaby sobie na zuchwałość potrzebną by sprawdzić, czy patrzył. Zarówno tak, jak i nie, byłoby teraz błędną, bolesną odpowiedzią. Starała się tylko oddychać miarowo i nie myśleć, i wkrótce znów ogarnął ją ten bezmiar upływającego czasu. Naprawdę nie potrafiłaby osądzić ile spędziła pod prysznicem, zanim wreszcie przymusiła się do sięgnięcia po wiszący na haczyku ręcznik.
- Wyręczyłeś mnie - Powiedziała pierwszą rzecz, jaką ślina naniosła jej na język. Miała świadomość, że stoi przed nim teraz boso, z wilgotnymi włosami okalającymi twarz w brzydkich strąkach, i fiołkowym ręcznikiem owiniętym wokół szczupłego chudego ciała. - To nie fair.
Chciała się gniewać, ale nie miała siły. Może, jeśli los pozwoli, odzyska ją rano - i o ile Carlos jeszcze wtedy przy niej będzie, spotka go prawdziwy atak dziewczęcego rozżalenia.
- Muszę się ubrać - Dodała zaraz, głupio, bez związku z poprzednim stwierdzeniem. Sięgnęła po przyniesione jej przez Salazara ubrania na oślep. - Nie patrz.

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Starał się nie analizować tego wszystkiego. Po prostu skupić się na obecnej chwili, na rozchodzącym się po ramieniu bólu, chłodnej porcelanie umywalki, na której zaciskał palce, szorstkich włóknach gazy przyłożonej do rany. Gdyby zaczął myśleć o tym, na czym budowali tę relację – dziwną, pełną emocji, które ciężko było mu określić – zapewne chciałby uciec. Od początku był strach. Wtedy, gdy pojawił się w jej mieszkaniu, wykrwawiając się po postrzale i później, podczas bezsennej nocy spędzonej na kanapie, piętro niżej, gdy miotał się w gorączkowych majakach. Teraz też czuli strach, wobec tego co się zdarzyło i co dopiero miało nadejść. Świt nie zmyje wstydu, rzuci jedynie światło na nowe problemy, pozwoli im dostrzec siebie wyraźniej, a to z pewnością również zacznie napawać ich lękiem. Było poczucie winy, Carlos w nim tonął, bo gdyby nie pojawił się w życiu Joe, może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Winny czuł się też dlatego, że im więcej czasu z nią spędzał, tym trudniej było powiedzieć dość. Stawał się zbyt ciekawy osoby jaką była Joe Grainier, nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę, że to niebezpieczna gra. Chciałby powiedzieć, że między tym wszystkim znalazło się też miejsce na pewną czułość – teraz bardziej niż kiedykolwiek – jakąś instynktowną chęć opieki. Początkowo sądził, że największym przejawem troski będzie odtrącenie jej od siebie, ale okazała się zbyt uparta, lgnąc do niego jak ćma do ognia. Po wydarzeniach tej nocy nie było już jednak miejsca na jakiekolwiek wahanie i próby zerwania kontaktu. Dlatego został. Chciał ją ochronić, zapewnić ciepło, komfort obecności, zaoferować sprawczość, uciszyć strach. Musiała zrozumieć, że nie stała się nikim mniej – na pewno nie dla niego - bo ktoś próbował obedrzeć ją z godności.
Nie wiedział ile czasu minęło zanim wyszła spod prysznica. Tafla lustra zaparowała, powietrze stało się wilgotne i ciężkie. Zdążył przebrać splamione krwią spodnie na pomięte szare dresy, choć sam nie wiedział kiedy to zrobił. Działał mechanicznie, na chwilę wyłączając umysł, jakby chciał pozwolić mu odpocząć i przygotować się na to, co dopiero miało nadejść. Wiedział, że to co najtrudniejsze dopiero na nich czekało. Teraz się trzymali, nawet jeśli tylko na strzępkach, ale za kilka godzin? Adrenalina całkiem opuści ciało i wszystko odczują ze zdwojoną siłą. Zaczną analizować, gdy trybiki umysłu znów zaskoczą, a to nigdy nie prowadziło do niczego dobrego.
Zerknął na nią niepewnie, gdy stanęła przed nim opatulona w ręcznik. Starał się nie być nachalny, ale nie odwracał wzroku, bo chciał żeby wiedziała, że wciąż była dla niego tak samo widoczna jak wcześniej. Nic się nie zmieniło, nawet jeśli jej mokre włosy zlepione były w strąki, ramiona garbiły się, a na kolanach wykwitały siniaki. Może powinien czuć się niezręcznie i niepoprawnie, ale nie miał na to siły. Na wstyd – jeśli nadejdzie – przyjdzie pora później.
— Nie wyręczyłem — zaprzeczył łagodnie. — Wciąż musisz zerknąć na ranę. Lepiej będziesz wiedziała co z nią zrobić. — W innym wypadku zapewne odrzuciłby jakąkolwiek pomoc, pozwalając ciału regenerować się w własnym tempie. Tym razem wiedział jednak, że musiał dać jej cel. Zająć jej głowę i ręce. Uświadomić, że miała coś do powiedzenia, była dobra w tym co robiła i to on potrzebował jej rady i pomocy. Zamienią się rolami – Carlos przekonująco zagra ofiarę, by ona się nią nie stała.
Odwrócił się do niej plecami dopiero wtedy, gdy go o to poprosiła. Dał jej tyle czasu ile potrzebowała na przebranie się. Przymknął nawet oczy, upewniając się, że nie dostrzeże jej postaci w lustrzanym odbiciu, gdy para przestanie zasłaniać jego taflę. Miał nadzieję, że ubrania, które jej przyniósł będą pasowały i sprawią, że poczuje się choć trochę pewniej. Czy w ogóle zwróciłaby na to uwagę? Może powinien spytać, czy nie przynieść czegoś więcej? Nie był w to dobry, ale chciał się postarać.
Joe nie była jednak jedyną postacią, która się odsłoniła. Carlos, który stał przed nią półnagi, również bosy, w wysłużonych dresach wyciągniętych z bagażnika samochodu, nieświadomie odkrył część długiej historii. W ostrym łazienkowym świetle doskonale mogła zauważyć wszystkie te elementy, które na co dzień zakrywały warstwy ubrań. Starą ranę wylotową po kuli tuż nad łopatką. Krzywą wypukłość kręgosłupa. Siatkę blizn, które pokrywały jego plecy – źle wygojone rany cięte, kłute, zgrubiała tkanka, wyblakłe oparzenia. Pieprzyki tworzące trójkąt w dole pleców. Świeży siniak na lewym ramieniu. Spinające się mięśnie, jakby stale był w gotowości do ataku lub ucieczki. Mogła być pewna, że to tylko niewielka część zamkniętych na skórze doświadczeń. To, co jednak rzucało się w oczy w szczególności, zostało wymalowane tuszem na jego własne życzenie. Tatuaż mogła dostrzec wyraźniej, gdy poruszył się nieznacznie, odsłaniając lewy bok. Czarna zgaszona świeca wyryta na żebrach. Dym zawijał się pod piersią, gdzieś w okolicy serca. Wosk spływał po korpusie ciemnymi plamami, wędrując niżej i znikał za linią miednicy, zakryty przez spodnie. Przez ciemne plamy tuszu również przebijały się jaśniejsze niedoskonałości, zapewne kolejne blizny, ukryte i wkomponowane w pigment.
Jeśli wiedział, że jest obserwowany – a wiedział na pewno, wyczulony na to napięcie przebiegające po skórze – nie dał po sobie tego poznać. Na to też zamierzał jej pozwolić. Skoro on ją widział, w tej formie, która niewiele ukrywała, ona powinna zobaczyć jego. Niezależnie co mogła pomyśleć o wymęczonym ciele, które lata świetności miało dawno za sobą. Był posklejany i pozszywany, w jakiś sposób niekompletny. Może sądził, że ten widok w jakiś sposób zapewni jej… komfort? Niezależnie od tego ile ran nosił na sobie (i w sobie, przecież niektóre blizny musiały sięgać głębiej niż mięśnie i kości), wciąż potrafił trzymać głowę wysoko. Oddzielić się od tego co mu uczyniono i co uczynił sobie sam i starać się być czymś więcej. W tamtym momencie po prostu kimś, na kim mogłaby się oprzeć, gdyby właśnie tego potrzebowała.


joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
You're a loaded gun, I should probably run, cut all our connections
Without you, babe, think my heart would cave with a sadness the size of Texas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ucieczka — choć przecież akt dezercji w większości przypadków natychmiast kojarzył się z oznaką zwyczajnego tchórzostwa — w gruncie rzeczy byłaby w tym wszystkim prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem. Najrozsądniejszym. I to na długo przed tym, jak los wprawił w ruch wrzeciona ich znajomości, tkając przedziwny rodzaj narracji, której ani Joan, ani Carlos nie mogli się spodziewać (a więc, co za tym idzie, na którą też nie mogli się przygotować). Być może powinni byli rozstać się już wtedy, kiedy po raz pierwszy, słaniając się na nogach i na granicy przytomności, przestąpił próg jej mieszkania - nawet, jeśli miałoby to oznaczać, że Grainier oddałaby go zwyczajnie na pastwę samej Śmierci. Może powinna była wygnać go ze swojego życia nazajutrz, gdy gorączka ledwie co przestała trawić jego ciało. Z całą pewnością zaś później, kiedy oboje zdążyli przekonać się, że każde kolejne spotkanie czyniło perspektywę następnego coraz bardziej prawdopodobną, a perspektywę ostatniego — coraz mniej znośną. Teraz jednak na ucieczkę było już trochę za późno.
Joe pokręciła głową, zbyt zmęczona, by choćby spróbować zamaskować grymas dyskomfortu wykrzywiający jej rysy podczas wykonywania tego gestu. Nie wiedziała kiedy, ale była pewna, że musiała nadwyrężyć mięśnie szyi — do pary z całym zbiorem innych partii ciała, ścięgien i mięśni jeszcze zupełnie niedawno rozszalałych w zwierzęcej niemalże walce o przetrwanie. Być może stało się to, gdy próbowała zamachnąć się na napastnika, albo wówczas, gdy ten dosłownie cisnął nią o podłogę w przedpokoju. Nie przypomni sobie, choćby wytężała umysł do granic jego wytrzymałości, teraz i tak napiętych już niczym płótno zbyt brutalnie naciągnięte na sztalugi.
— Nie zamierzam się z tobą kłócić — Oznajmiła, choć jeszcze godzinę wcześniej podobna deklaracja byłaby w jej ustach równie wiarygodna, co zapewnienie, że zamierza odtąd regularnie chodzić do kościoła. Grali w coś na wzór gry, w której obydwie strony miały wgląd w karty i strategię przeciwnika. Joe zdawała sobie sprawę, co Salazar teraz robi - że daje jej zadanie, któremu nie będzie potrafiła odmówić, zwłaszcza w połączeniu z pochwałą, na którą reagowała jak spragnione komplementów dziecko, głównie po to, by powstrzymać ją od jakichkolwiek protestów. Zadziałało. — Przynajmniej nie dzisiaj. - Dodała. I było w tym zarówno coś z obietnicy, jak i coś z groźby. Ale przede wszystkim jawne przyznanie się do wyczerpania, którego Joan nie potrafiła już ukryć za swoją zwyczajową upartością.
Pozwoliła mu się odwrócić, przyjmując ten ruch mężczyzny z wdzięcznością, której nie zamierzała nazywać na głos. Ubrania, które dla niej przyniósł, były zwyczajne, znajome, pozbawione jakiegokolwiek szczególnego znaczenia, a jednak wsuwanie ich na ciało wymagało osobliwego wysiłku, jakby każda kolejna warstwa materiału miała przywracać granice, których jeszcze niedawno Joe zwyczajnie nie była w stanie obronić. Zmusiła własne dłonie do spotkania się za jej plecami, i przez chwilę szamotała się z zapięciem stanika, ignorując ból łokci, który wiązał się z tą czynnością; bawełna koszulki otarła się o obolałe ramię, wywołując u szatynki krótkie syknięcie, a naciągana na biodro gumka majtek wgryzła złośliwie w skórę; spodnie zahaczyły o zdarte kolano. Joe przez moment stała nieruchomo, z dłońmi opartymi o biodra, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej tak banalna czynność kosztowała ją tyle uwagi.
Już możesz, zamierzała powiedzieć, odwracając się w stronę mężczyzny, ale słowa ugrzęzły jej w gardle razem z oddechem. Dopiero teraz, niespodziewanie, przyznała sobie prawo, by tak naprawdę mu się przyjrzeć.
Bynajmniej nie był to pierwszy raz, kiedy widziała Carlosa Salazara bez jakiejś warstwy ubrania. Wręcz przeciwnie — ich relacja rozpoczęła się w okolicznościach, w których Joe nie miała innego wyboru niż odrzeć go z ubrania, jednocześnie starając się nie odebrać mu ostatnich resztek honoru. Wówczas jego ciało było jednak przede wszystkim przedmiotem medycznej interwencji, zbiorem uszkodzonych struktur wymagających natychmiastowej uwagi. Czujna obecność Cassandry, pośpiech i widmo wykrwawienia się pacjenta skutecznie odbierały całemu przedsięwzięciu jakąkolwiek dwuznaczność.
Teraz jednak nie było przy nich ani Cass, ani tego pośpiechu, który pozwalałby nie zastanawiać się nad znaczeniem każdego gestu. Byli tylko oni, we dwoje, w ciasnej łazience wypełnionej wilgotnym powietrzem, i cisza domu, który jeszcze niedawno nie potrafił pomieścić wszystkich rozgrywających się w nim dźwięków.
Joe powiodła wzrokiem po jego barkach i boku, uświadamiając sobie, że zna część tej mapy, ale bynajmniej nie całe terytorium. Blizny i ślady dawnych urazów rozciągały się po plecach Carlosa niczym osobliwa konstelacja, stworzona wbrew zasadom znanym nawet największym astronomom. Jasne linie zbliznowaceń przecinały skórę pod różnymi kątami, niektóre niemal niewidoczne w łazienkowym świetle, inne wystające ponad jej powierzchnię w brzydkich zgrubieniach.
Gdyby chciała, mogłaby spróbować uporządkować je według wieku, charakteru urazu, prawdopodobnego mechanizmu powstania. Zbudować z nich historię, w której każde uszkodzenie miałoby przyczynę, przebieg i skutek. Ale nawet najbardziej skrupulatna dokumentacja medyczna nie odpowiedziałaby na pytanie, ile razy Carlos musiał później sam opatrywać te miejsca. Ile razy ktoś robił to za niego. Ile z tych ran zadano mu z zamiarem zabicia, a ile wyłącznie po to, by przypomnieć, że można.
Jej spojrzenie powędrowało niżej, ku ciemnej plamie pigmentu, której fragment dostrzegła na jego żebrach. Zgaszona świeca. Zygzak dymu wijący się w stronę serca, zastygły w nieustającym ruchu, i wosk spływający wzdłuż boku. Symbol przemijania, czy reminiscencja winy? Coś podpowiadało jej, że domagając się wyjaśnień, zburzyłaby jakiś rodzaj kruchego porozumienia, który zdawał się pomiędzy nimi rozwijać.
Dopiero gdy mężczyzna nieznacznie poruszył ramieniem, Joe uświadomiła sobie, że wstrzymuje oddech. Odchrząknęła.
- Możesz się odwrócić - Przyzwoliła, odwracając wzrok ku umywalce. Było coś przerażająco odsłaniającego w odkryciu, że patrzyła na niego inaczej niż dotychczas. Że poza ciekawością przyszłej lekarki, która nawet w mikrej skórnej zmianie próbowała dopatrzeć się ciekawego przypadku, istniała w niej również ciekawość zupełnie innego rodzaju - pozbawiona diagnostycznego celu, nieprzyzwoicie więc personalna, skierowana nie ku temu, co należało naprawić, ale raczej temu, czego można było dotknąć.
Umyła i zdezynfekowała ręce, zdając sobie sprawę, że wszystko to jest jakąś formą deja vu ich pierwszego spotkania, ale jakby odbitego w krzywym, spękanym zwierciadle. Ruchem głowy nakazała mu usiąść, sięgając w między czasie po przygotowaną przez Carlosa gazę. A potem, na fali niepotrzebnej poetyki, po zupełnie nieprofesjonalne w tym kontekście słowa:
— Powiedz mi, gdzie boli najbardziej. - Na miłość boską. Mogła przecież pytać o tak wiele różnych rzeczy jednocześnie - i tylko nikły ich ułamek byłby czysto fizyczny.

Pochyliła się, próbując krytycznie ocenić wygląd rany i stopień rozejścia jej brzegów. Zmarszczyła brwi, gdy dostrzegła miejsce, w którym szew nie wytrzymał naprężenia, a świeża krew zaczęła sączyć się pomiędzy podrażnionymi fragmentami skóry.
— Spokojnie — poprosiła cicho, nie będąc pewną do którego z nich kieruje tę prośbę. Wyciągnęła dłoń po czystą gazę, zamierzając przynajmniej oczyścić okolice uszkodzonych szwów zanim podejmie decyzję co z nimi zrobi, gdy światło nad lustrem zamigotało, upodabniając łazienkę do monochromatycznej fotografii. Blask świetlówki przygasł, powrócił, po czym rozlał się po kafelkach jeszcze ostrzejszą bielą.
— Jasny szlag — Wymamrotała pod nosem. — Jeszcze tego nam brakowało.
I właśnie wtedy, światło zgasło. Nie tylko nad lustrem. Zniknęła jasna szczelina pod drzwiami, odbicie lampy na zaparowanych ścianach, kontury przedmiotów rozstawionych wokół umywalki. Z głębi domu dobiegły stłamszone westchnienia wyłączających się urządzeń: lodówki, bojlera i łazienkowego wentylatora, a potem zapadła całkowita cisza.
— Carlos? — Wyrwało się Grainier spomiędzy warg zanim wyciągnęła po niego dłoń, na oślep natrafiając wyłączne na kontury: ostry kant szczęki, ciepłą linię naprężonej szyi. Mimo innych okoliczności, brzmiała dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy wołała go z drugiego końca miasta, nie wiedząc, czy zdąży przyjechać.

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Doskonale wiedział, że ona wiedziała. Nawet w takim momencie – gdy umysł był zmęczony i przygaszony, przestrzeń obca, a ciało tak dziwnie nieswoje – zdawała sobie sprawę w co grał. Dlaczego pozostawał tak łagodny i współpracujący, niemal nierealnie potulny, dlaczego sam prosił o pomoc, gdy wszystkie poprzednie razy zapierał się, że jej nie potrzebuje. Przyjmowała jednak tę wersję Carlosa, bo przecież było to łatwiejsze, niż próby szarpania się z rzeczywistością. Dobrze było wprawić ręce w ruch, poczuć, że znowu do niej należą, a jej obecność w tym małym, zamkniętym świecie Salazara w końcu okazała się zaakceptowana. Nie, nie zaakceptowana – potrzebna, wręcz upragniona. Chciał mieć ją blisko, bo tylko tak mógł dopilnować, by żadne z nich nie zatraciło się w paranoi, która czaiła się w każdym zacienionym kącie, pełzła po schodach i wyglądała zza piwnicznych drzwi. O to chodziło – o opiekę i zachowanie kontroli, która tak szybko potrafiła wymykać się z rąk, wystarczyło tylko zawiesić się na moment, nierozważnie odwrócić spojrzenie i opuścić gardę – t y l k o o to, prawda?
Nie zamierzam się z tobą kłócić. Nie sądził, że te słowa padające z jej ust kiedykolwiek będą napawać go takim dyskomfortem. Jej krnąbrność i upartość przez większość czasu doprowadzały go do szewskiej pasji, gdy wchodziła mu w drogę, próbując coś udowodnić. Kiedy jednak ucichła, a kryjący się w oczach żar przygasł, zatęsknił za tą niepokornością. Każdym odpowiednio dobranym słowem, które miało zmusić Carlosa do refleksji. Za dłońmi ułożonymi na biodrach i postawą mówiącą: nigdzie się nie ruszam. Nawet za niewygodną prawdą, sprawiającą, że na chwilę milkł. Kiedy więc po chwili dodała – przynajmniej nie dzisiaj – uśmiechnął się delikatnie, choć nie mogła tego zobaczyć. Z jednej strony tym jednym zdaniem wywieszała białą flagę, z drugiej obiecywała (bo dla niego to nie brzmiało jak groźba), że powróci do Joe, którą znał. Tego chciał się trzymać. Wizji, że pomimo wycieńczenia i traumy, zarówno fizycznej jak i psychicznej, nadal tlił się w niej ten sam ogień.
Szelest materiału naciąganego na ciało i ciche, mimowolne pomruki wysiłku, związane z drażnieniem zmaltretowanej skóry w końcu zamilkły. Nie był pewien jak długo trwali w ciszy, przerywanej jedynie ich niespokojnymi oddechami i brzęczeniem łazienkowej lampy. Długo – za długo, by Carlos nie domyślił się, że Joe dokładnie bada wszelkie wypukłości blizn i obraz wymalowany na skórze tuszem. Za krótko, krócej niżby chciał, bo choć wyczekiwanie i napięcie były przytłaczające, doskonale wiedział, że odwrócenie się i spojrzenie na Joe będzie większym wyzwaniem. Każda upływająca sekunda umożliwiała mu zebranie sił, by wcielić się w rolę, którą sam sobie wybrał.
Kiedy jednak pozwoliła mu się odwrócić, nie pokazał po sobie wahania. Tors i ramiona były odbiciem pleców – całunem naciągniętym na szkielet, rozrywanym i zszywanym po wielokroć. Sam dawno przestał zwracać uwagę na pokaleczoną fizjonomię, choć nie zawsze tak było. Młody Salazar zwykł szczycić się zdobytymi bliznami, traktując je jak przypomnienie, że okazał się silniejszy od ludzi, którzy próbowali go zranić. Z czasem jednak żłobione w skórze ryciny przestały poruszać w nim cokolwiek, stając się jedynie oznaką minionego bólu i popełnionych błędów. Zadusił w sobie przekonanie, że piętna te znaczą coś więcej, zupełnie jak żołnierz, który pragnie odgrodzić się od tego, czym stało się jego ciało po wojnie.
Jej pytanie spotkało się z kolejnymi długimi sekundami milczenia. Zabrzmiało tak, jakby nie chciała się dowiedzieć, który fragment rozszarpanej skóry pali pod wpływem najmniejszego ruchu, a próbowała sięgnąć głębiej. Na to Carlos jednak nie potrafił znaleźć w sobie odpowiedzi, bo nauczył się ignorować każdy przejaw bólu, a już w szczególności tego psychicznego. Dlaczego więc w ogóle pomyślał, że chciałaby wiedzieć właśnie o nim? O tym, co nie pozwalało zamknąć oczu, o niewybaczonych winach i nieosiągalnym odkupieniu?
— Nie wiem — odpowiedział się w końcu, nie będąc pewnym, o której płaszczyźnie (duch czy ciało?) mówił. — Jeśli zaboli bardziej, na pewno będziesz wiedzieć. — Znów słowa nie tłumaczące zupełnie nic; żadnego zobaczysz, poczujesz, dam znać. Będziesz wiedzieć - jakby zakładał, że jej oczy widziały więcej, aniżeli sam odkrywał.
Obserwował uważnie jak Joe przygotowuje się do oczyszczenia rany, najpierw dokładnie ją obserwując. Pojawił się ten sam znajomy profesjonalizm, którym wykazała się za pierwszym razem, gdy go szyła. Tym razem jednak jego umysł pozostawał świadomy, nie został odcięty przez silny ból, wyrzut adrenaliny i zamroczony utratą krwi. Mógł więc dokładnie przyjrzeć się jej ruchom, sposobowi w jaki marszczyła brwi i zaciskała wargi, gdy skupiała się na rozerwanej tkance. Nie był pewien czy to jego chciała uspokoić krótką prośbą, która padała z jej ust, gdy sięgała po czystą gazę. Z pewnością mógł jednak stwierdzić, że czuł się spokojny, może paradoksalnie zbyt bardzo, zważając na to co się wydarzyło i w jakiej sytuacji się znaleźli. Było coś w jej obecności i bliskości, co nie pozwalało mu na nagłe zrywy. Czekał więc na moment, w którym materiał dotknie rany, a ciało zechce się cofnąć, porażone nagłym bólem – nie pozwoli mu, lgnąc do jej dotyku mocniej, skoro przecież był tym, który powinien uleczyć poskładać naprawić mu pomóc. Nim jednak gaza spotkała się ze skórą, rozległo się brzęczenie, jak ostrzegawczy sygnał nadchodzącej katastrofy, a później zapadła ciemność. Nie była to naturalna czerń, a głęboki, otulający zewsząd mrok, tak niespodziewany i przeszywający, że zmysły zaczynały szaleć. Spokój, który zawitał w Carlosie na ten krótki moment, znowu został zmącony, a serce uderzyło szybciej. Mięśnie spięły się, gotowe do walki w bezwarunkowym odruchu, a oczy krążyły po przestrzeni, która nagle stała się obca. To, co było pierwszym odruchem Joe – sięgnięcie w stronę jedynej oznaki obecności – stało się również odruchem Salzara. Czuł ciepły oddech, który owiał odkrytą skórę, gdy wypowiedziała jego imię, dokładnie w ten sam sposób, w jaki przyzywała go do siebie tuż przed tragedią. Delikatne dłonie musnęły jego twarz, na oślep szukając oparcia. Wstrzymał oddech, samemu wyciągając ku niej ręce, oplatając jej talię i przyciągając bliżej zbyt blisko w celu zapewnienia komfortu.
— Jestem — wyszeptał łagodnie, nadal trzymając ją w ramionach. — Będzie w porządku, Joe. Jestem. — Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, wyłapując rozmyte kontury przedmiotów. Niewielkie łazienkowe okienko wpuszczało blade światło, zbyt nikłe, by rozproszyło mrok. Nie było świateł latarni, żadnego błysku jasności docierającego z innych domów. Cisza, jakby cały świat na moment się zatrzymał, próbując nabrać oddech. Może dla nich, w tamtym momencie, dokładnie tak było.
Odsunął lewą rękę od jej ciała, próbując namierzyć pozostawiony na szafce telefon. Minęła chwila, nim dłoń natrafiła na upragniony przedmiot. Włączył latarkę, odstawiając aparat, a jasny snop światła w końcu oświetlił pomieszczenie. Nie sprawiło to jednak, że wszystko stało się prostsze. W ciemności przejmowali się jedynie tym, by odzyskać stabilność, znaleźć bezpieczeństwo i komfort. Kiedy jednak został rozproszony, Carlos zdał sobie sprawę jak blisko się znaleźli. Skóra przy skórze, palce zaciskające się na cienkim materiale jej koszulki, palce Joe nadal obecne na jego szyi. Był pewien, że mogła poczuć, jak jego puls przyspiesza.
— To chyba jakaś awaria. — Odchrząknął, uciekając spojrzeniem w bok. Zapewne byłoby prościej, gdyby próbował się odsunąć, ale nie zrobił tego, nadal pozostając przyciśniętym do jej drobnego ciała.

joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
You're a loaded gun, I should probably run, cut all our connections
Without you, babe, think my heart would cave with a sadness the size of Texas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To prawda, nie mogła dostrzec jego przelotnego uśmiechu, na który pozwolił sobie gdzieś poniżej linii jej spojrzenia, gdy zajęta była kolejną z drobnych czynności. Wmówiła sobie także, że nie mogła go usłyszeć - tego ledwie dosłyszalnego dźwięku spierzchniętych, męskich warg rozciągających się na moment pod naporem nie tyle rozbawienia nawet, co nadziei. Ale, choć zaraz wytłumaczyła sobie, że ma nie być niedorzeczną, i skupić się na tym, co było naprawdę ważne, mogła go poczuć, razem z falą ciepła, które przetoczyło się gdzieś konturami jej duszy. Choć nie potrafiłaby wytłumaczyć - i to w absolutnie żadnym języku, nawet po łacinie - co tak naprawdę czuje.
Być może powinna była się obruszyć, o bardziej konkretną, bardziej staranną odpowiedź dopytując go tak, jak zwykła robić to z pacjentami na oddziale. Nigdy nie zadowalała się prostym stwierdzeniem, że "boli", albo ogólnikowym stwierdzeniem, że "bardzo". Drążyła; ostrożnie dobierając słowa do wieku i poziomu świadomości pacjentów. Jak? W którym miejscu? Przy jakim ruchu najbardziej? Głęboko czy płytko? A jak w skali od jeden do dziesięciu?
W interakcji z Carlosem mogła przecież sięgnąć po ten sam system, precyzując tak długo, aż nasyciłaby tę zwyczajową wnikliwość własnego umysłu. Coś jednak nakazało jej urwać, ze skinieniem głowy akceptując dokładnie taką odpowiedź, jakiej mężczyzna potrafił jej udzielić. Może założyła, że faktycznie mówił szyfrem, nawiązując do znacznie bardziej intymnego, sekretnego rodzaju cierpienia niż to, które wiązało się z urazami ciała. Wystarczyło jedno spojrzenie - i to bynajmniej nie tak przeciągłe jak to, na które jeszcze chwilę temu pozwalała sobie Grainier - by stwierdzić, że Salazar fenomenalnie musiał radzić sobie z bólem czysto cielesnym. Jakiejś dziwacznej otuchy dodało jej jednak zapewnienie - o które przecież go nie prosiła, a jakie jednak złożył jej z własnej woli - że Joe dowie się, gdy Carlos uzna to za stosowne. Chciała mu wierzyć. Chciała mieć pewność, że tak długo, jak znajdowała się obok, niezależnie od rodzaju bólu, mężczyzna nie będzie musiał go znosić w pojedynkę. Przynajmniej tego czuła mu się zwyczajnie winna.

Rzeczywistość zaburzyła ostrożny taniec dziewczęcych dłoni, wybijając je z rytmu nagłością awarii. Musieli sięgnąć ku sobie dokładnie w tej samej chwili, bo spotkali się w jednym momencie, niesieni pojedynczym, gwałtownie wciągniętym w płuca oddechem, i jednym, silnym uderzeniem serca.
Tym bardziej teraz, niespodziewanie przykryci nieprzepuszczalną płachtą ciemności, przypominali dwoje rozbitków, którym zamiast ratującej życie tratwy, trafiła się wyłącznie wzajemna obecność. Nie było niczego innego - żadnej odgórnie złożonej im obietnicy, że przecież wszystko będzie dobrze, żadnej pewności, że świt nie przyniesie im tylko kolejnych problemów - czego mogliby przytrzymać się w tym mroku. Niczego oprócz tej drugiej osoby - jej dotyku, jej głosu, jej obecności. Jej zapachu.
Joe wiedziała, że pachnie hypoalergicznym mydłem i strachem. Wilgocią zmoczonych pod prysznicem włosów, i nikłym wspomnieniem proszku do prania, którego syntetyczna woń na stałe zamieszkała w tkaninach przyniesionych jej przez Carlosa ubrań. Była to prywatna kombinacja, zarezerwowana wyłącznie dla tych, którzy Joan Grainier doświadczali w bezpiecznych czterech ścianach jej własnego domu. Po dyżurze, po zajęciach, po pośpiechu codziennego życia, które szatynka bardziej niż cokolwiek innego traktowała zwykle jak tor przeszkód do pokonania w pogoni za ulotną szansą na lepszą przyszłość.
A Carlos? Carlos pachniał krwią. Metalicznie, jak para kluczy ogrzanych w dłoni w drodze z przystanku do domu w mroźny, zimowy dzień. Jak powietrze przed nadejściem burzy. Jak zawsze.


Nie powinna była tego zauważać.
Nie powinna była o tym myśleć.


Ale jak niby miała przestać, kiedy znalazł się tak blisko? I to w dodatku sprawiając wrażenie, jakby wcale nie zamierzał szybko się od niej odsunąć. Choć w większości przypadków, spontaniczny dotyk męskich ciał - na studenckich imprezach, gdy po paru głębszych Joe zapominała czasami, że nie wypada całować nieznajomych, i w klubach, do których dawała czasami wyciągnąć się Cassandrze, gdzie obcy często uzurpowali sobie nagle prawo, by jej szczupłe ciało otaczać ramieniem, przyciągać do siebie i badać nachalnością dotyku - wzbudzał w niej głównie irytację oraz obrzydzenie, nie znalazła ich teraz w sobie. Ani odrobiny.
Poczuła się po prostu zaskoczona. I - mimo powagi ich dzisiejszych okoliczności, mimo nadal wypełniającego ciało wycieńczenia, mimo strachu, który nadal kłębił się w przeponie i potrzeby, by czym prędzej upewnić się, że tym razem to Carlosowi nic nie zagraża - pozwoliła sobie nagle na niedorzeczny, czysto dziewczęcy przejaw ekscytacji.
Joe Grainier zachichotała.
W świetle telefonicznej latarki. Z gazą nadal zaciśniętą w tej dłoni, którą nie dotykała barku Carlosa. Z jego własnym ramieniem opasanym wokół jej talii. Spuściła wzrok, mniej więcej tak, jakby śmiała się na pogrzebie, albo na ważnym egzaminie. A mimo to trochę nerwowy, ale nadal perlisty, dźwięczny śmiech nie chciał umilknąć.
- Przepraszam - Wymamrotała, odgarniając kosmyk włosów z policzka. - Chryste, przepraszam. Ja... - Nie wiedziała co powiedzieć. Więc pewnie pozostawało jej powiedzieć prawdę. Miała dwadzieścia siedem lat. Była studentką medycyny. Siostrą, córką, przyjaciółką. Jeszcze jakiś czas temu jej życie toczyło się codziennie zgodnie z dokładnie takim samym, przewidywalnym, rozsądnym rytmem. A teraz? A teraz po raz drugi zabierała się za opatrywanie kompletnie obcego, w gruncie rzeczy, b a n d y t y, który nagle stał się jej jedyną ostoją. W łazience, w której jeszcze kilkadziesiąt minut temu równie dobrze mogła stracić życie. W egipskich ciemnościach, w koronkowej bieliźnie. W jego ciasnych objęciach. - Carlos... - Wymamrotała, ale teraz oprócz desperacji kryło się w jej głosie coś nowego, coś niesfornego mimo zmęczenia - Pamiętasz... Pamiętasz jak ci powiedziałam, że jesteś jak z serialu? - Ona nie zapomniała. Przez kolejne trzy dni wyrzucała sobie w końcu, że może tym jednym komentarzem posunęła się znacznie za daleko. Przełknęła ślinę wraz z kolejną falą chichotu. Cisza wokół nich nadal pulsowała jak otwarta rana - Tylko, że ja nie wiedziałam... Nie wiedziałam, że prowadziłeś wtedy casting...
Bo przecież takie rzeczy działy się tylko w telewizji. Nigdy w jej własnym życiu.

Carlos Salazar
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”