28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Shut up and listen
Look at my eyes
Don't ever lie


Albert był rozdarty. W jego umyśle, serce i rozum toczyły nieustanną walkę bez jakichkolwiek zasad fair play, a on ze wszystkich sił starał się nie analizować każdego gestu i słowa Thalii, ale… kurwa, czy on choć raz w życiu mógł nie overthinkować wszystkiego naokoło? Czy chociaż ten jeden, jedyny raz mógł skupić się na tym, co było tu i teraz? A mianowicie na tym, że leżał w parku z Thalią Rosenhall, wyjaśnili sobie pewne… hm, kwestie sporne, spędzali razem cholernie miły czas, całowali się i wpatrywali w gwiazdy? Miał wolny wieczór z naprawdę słodką, śliczną dziewczyną - czy tak trudno było po prostu cieszyć się ulotną chwilą, zamiast bez przerwy kalkulować pięć kroków naprzód?


Kurwa, a właśnie te pięć kroków naprzód wywoływało u niego natychmiastowy odruch wymiotny.


Cholera, bardzo wyraźnie widział pochmurne, zawiedzione miny swoich najbliższych, gdyby jakimś cudem dowiedzieli się, że nie dość, że dalej spotykał się z Thalią, to jeszcze… zaczynało mu na niej zależeć, kurwa. Jednak on chyba nie potrafił inaczej? W sensie, nie potrafił wyłączyć logicznego myślenia i żyć chwilą, tu i teraz. Stracił ojca, potem matkę, musiał z dnia na dzień przejąć pełną odpowiedzialność za rodzeństwo i przez te ostatnie lata po prostu zdołał się już przyzwyczaić do ciągłego myślenia o przyszłości. Kurna, on bez przerwy zamęczał się wstrętnym już poczuciem winy, że nie był w stanie dać Benjiemu i Clem tyle, ile daliby im rodzice. Na początku, kiedy musiał utrzymać cały dom i siebie, Bena i Clem z jednej marnej pensji - z czego Ben i Clem wciąż chodzili do szkoły! - było, mówiąc krótko, przechujowo. Przeżycie każdego miesiąca graniczyło z cudem, nic więc dziwnego, że ten wyuczony nawyk ciągłej czujności po prostu w nim pozostał.

No ale! Nie myśl o tym, Albert, skup się. No to skupił się na słowach Thalii - mówiła coś o zdjęciach... Hm, czy mogła już dodawać z nim zdjęcia? Westchnął ciężko, starając się powstrzymać uśmiech. - Możesz, ale nie na okładkę i nie na relację, dobra? Mam na pieńku z Clem - odrzekł, ale zaraz przewrócił oczami, gdy Thalia wyciągnęła telefon i włączyła przednią kamerkę. - Jezu… - mruknął pod nosem z udawaną rezygnacją, ostatecznie jednak uległ i nawet uśmiechnął się do obiektywu! A potem - zupełnie niespodziewanie nawet jak dla samego siebie - nachylił się i pocałował ją w policzek, by mogła złapać to ujęcie na drugiej fotce. Uśmiechał się dalej w momencie, gdy włączyła nagrywanie i zaraz to ona złożyła krótki, czuły pocałunek na jego poliku. Zaśmiał się pod nosem i spojrzał na nią jakoś tak… zupełnie inaczej niż zwykle. Miękko? Łagodnie? Jakby wyłączyły mu się wszystkie negatywne emocje i odruchy obronne. Jakby po raz pierwszy spojrzał na Thalię nie jak na byłą dziewczyną Chrisa albo winowajczynię niefortunnego wypadku, ale jak na kobietę, zwykłą dziewczynę z Oakville, w której kiedyś mógłby się zakochać, gdyby nie ubiegł go najlepszy przyjaciel. Poważnie, spojrzał na nią z taką czułością, że… nim zdążył się zorientować, wypowiedział jej imię i poprosił, żeby pomyślała życzenie, na co Thalia wybuchnęła głośnym monologiem skierowanym prosto w niebo. Oh, well. Czego innego mógłby się po niej spodziewać?

Również parsknął śmiechem i ścisnął mocniej jej dłoń. - Już chcę cię w każdym miejscu na świecie - obwieścił jej z łobuzerskim uśmiechem, dalej się śmiejąc, mimo że to wcale nie był durny żart. On naprawdę pragnął jej obecności wszędzie. W każdym pieprzonym miejscu, w każdej sekundzie dnia, w każdym kącie swojego względnie poukładanego życia. On… chyba poczuł ulgę, gdy powiedział te słowa, mimo że zostały wypowiedziane w towarzystwie śmiechu. Lol. Nagle Thalia usiadła na nim okrakiem, a jego dłonie automatycznie wylądowały na jej pośladkach. To było tak niedorzecznie naturalne, zupełnie jakby jej ciało idealnie pasowało do jego ramion, a jego dłonie stworzono po to, żeby ją obejmowały. Uniósł wysoko jedną brew, gdy palnęła ten tekst o bieliźnie, o ile jakąkolwiek miała na sobie. Zgrywuska. - O ile masz jakąś na sobie? A jak można to sprawdzić, co? - zaczął się z nią droczyć, a na jego ustach znów pojawił cwaniacki uśmieszek. Odwzajemnił jej pocałunek; tym razem był dłuższy i intensywniejszy niż te wcześniejsze. On też nie chciał, żeby ta noc się kończyła. Chłonął smak jej ust, jakby próbował zapamiętać każdy milimetr jej ciała i zatrzymać ten moment na zawsze. Chciał jej, tylko i wyłącznie jej. Tu i teraz. W całości. Miał dość myślenia o konsekwencjach, o Oakville, o Clem, o Cassie, o Benjiem, o jutrze… Nagle jego dłonie powędrowały pod materiał jej bluzki. Thalia pewnie drgnęła lekko, gdy jego rozgrzane palce przejechały po nagiej skórze jej pleców. Pocałunek stał się jeszcze bardziej zachłanny, a Ace - nie dając Thalii czasu na protesty - podniósł się do siadu, wciąż mocno obejmując ją w pasie i nie wypuszczając z objęć. Domagał się więcej, chciał chłonąć każdy jej jęk, każdy drżący oddech… Ale nie tutaj. - Chodźmy stąd - rzucił nagle, prosto w jej wilgotne od pocałunku usta. Jedną dłonią dalej obejmował jej plecy, a drugą wplótł w jej ciemne, długie włosy, nie pozwalając jej odsunąć się nawet o milimetr.


I need you to tell me the truth


Cholera, gdzieś z tyłu głowy przypałętała mu się myśl, że przecież jeszcze przed chwilą chciał, żeby wyznała mu prawdę. Chciał znać szczegóły sprzed ośmiu lat, których nikomu nie wyznała; chciał wiedzieć i miał prawo wiedzieć, ale kiedy czuł pod palcami gładką skórę jej pleców, a Thalia odpowiadała na jego pocałunki równie zachłannie jak on sam… To przecież prawda była tutaj, pod jego dłońmi, pachniała jej perfumami i drżała na jego udach. Jeśli mieli kiedykolwiek ponownie rozdrapać stare rany, to na pewno nie w tej sekundzie, kiedy jedynym, czego pragnął, to mieć ją całą tylko dla siebie. Jebać przeszłość, jebać przyszłość. Żyj teraz, Ace. Nachylił się do jej ucha, a jego gorący oddech otulił jej wrażliwą skórę. - Znam jedno miejsce niedaleko - szepnął Thalii prosto do ucha, po czym przygryzł delikatnie jej płatek.

Skoro miał spróbować w końcu żyć chwilą… to czas start?

You whisper in my ear now let's begin

you grab my arms and slowly sit on me
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I’m your girl, right?
heart still aches,
u wanna hurt mine


Zerknęła na niego i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Nie na okładkę ani na relację, noted! - kiwnęła głową, wyciągając telefon, by chwilę później wybuchnąć śmiechem na widok jego reakcji. - Cicho, to idealne pamiątki i inspiracja na ręczne robótki, gdy nie będzie nas obok siebie XD! - Nacisnęła przycisk nagrywania i skierowała przednią kamerkę na ich twarze, po chwili zaczynając przemawiać do ekranu, pomiędzy słowami obdarowując jego policzek sporadycznymi pocałunkami. - Witam szanowną widownię! Oto przed państwem nikt inny, jak mój chłopak! - oznajmiła z przesadną powagą, po czym parsknęła śmiechem. - Jest cholernie przystojny, co nie? No sami zobaczcie! - Spojrzała na niego, przekręcając telefon tak, żeby teraz to jego twarz zajmowała większość ekranu. - Czy chciałby pan coś powiedzieć do naszych przyszłych widzów? - zapytała, ale zanim zdążył odpowiedzieć, pokręciła energicznie głową. - A nie, nie, jednak nie musisz! Wystarczy, że mnie pocałujesz. - Zaśmiała się pod nosem, a kiedy chwilę później poczuła jego miękkie usta na swoim policzku, uśmiech rozciągnął się na jej twarzy jeszcze bardziej. Cholera, jak ona kurewsko mocno go uwielbiała. Nie potrafiła tego opisać.. tego co z nią robił.

Czy naprawdę byli aż tak zajebistymi aktorami, że udawanie pary przychodziło im z taką łatwością? Czy te wszystkie drobne gesty, pocałunki, spojrzenia… i sposób, w jaki potrafili się ze sobą droczyć, były po prostu częścią ich małego przedstawienia? Czy może właśnie tak zachowywali się ludzie, którzy naprawdę byli w sobie zakochani? Nie no, bez przesady. To była tylko gra. Zwykłe udawanie, perfekcyjnie odegrane role, w których żadne z nich nie angażowało prawdziwych uczuć.

p r a w d a?

No właśnie, kurwa, prawda?! Bo dlaczego w takim razie, kiedy odłożyła telefon, wypowiedziała swoje życzenie i siedziała teraz na nim okrakiem, czując jego bliskość, miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej przez gardło? Dlaczego tak bardzo podobało jej się to, jak na nią patrzył? I dlaczego, do jasnej cholery, zamiast zastanawiać się nad tym, czy ich przedstawienie wypadło wystarczająco wiarygodnie, coraz częściej łapała się na myśli, że wcale nie chciała, żeby dobiegło końca?

Siedząc na nim, czując jego dłonie spoczywające na swoich pośladkach i to przyjemne ciepło bijące od jego ciała, miała wrażenie, że zaraz kompletnie straci rozum. Fuuuck. A jeszcze te jego wcześniejsze słowa, że chciał ją w każdym możliwym miejscu... No, dosłownie odjęło jej mowę. Po raz pierwszy od cholernie dawna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Chyba nawet się zawstydziła! I know right!!! Bo problem polegał na tym, że ona też go chciała. W każdym możliwym miejscu na świecie. I wcale nie chodziło jej tylko o te wszystkie zbereźne rzeczy, które właśnie podsuwała jej wyobraźnia, chociaż, nie oszukujmy się, tych również było całkiem sporo. Chciała po prostu, żeby przy niej był. Żeby wypełniał swoją obecnością każdą, nawet najbardziej banalną chwilę jej dnia. Nawet gdyby mieli godzinami leżeć obok siebie na łóżku, doomscrollując internet i podtykając sobie pod nos coraz głupsze tiktoki, z których śmialiby się jak dwie kosiarki. Nawet gdyby mieli w absolutnej ciszy oglądać jakiś beznadziejny serial, od czasu do czasu komentując fabułę albo kłócąc się o to, która postać jest większym frajerem, do zoreeeeee. Nawet gdyby mieli nie robić kompletnie nic. Bo właśnie o to chodziło, prawda? Nie potrzebowała z nim zadnych romantycznych kolacji ani spektakularnych gestów, żeby czuć się cholernie szczęśliwa. Wystarczało jej, że był obok. Że mogła go dotknąć, usłyszeć jego głos, zobaczyć ten charakterystyczny uśmiech, od którego ostatnio robiło jej się tak nieznośnie ciepło w klatce piersiowej. I jezu, jak bardzo nie chciała się z nim rozstawać. Nawet na kilka godzin. Czy to już było normalne? Czy właśnie tak wyglądało to całe zakochiwanie się o którym czytała w książkach?

Poczuła, jak jego dłonie nieco mocniej zaciskają się na jej pośladkach, i parsknęła śmiechem, unosząc brew z zadziornym uśmieszkiem. - wierzę, że coś wymyślisz, kocie- wymruczała wprost w jego usta, zanim złożyła na nich kolejny, tym razem wyjątkowo czuły pocałunek. Przymknęła oczy, wsuwając palce w jego włosy i przyciągając go odrobinę bliżej. Cholera, jak on dobrze smakował. I jeszcze ten jego zapach, który ostatnio chyba na dobre zadomowił się gdzieś w jej głowie, bo nawet kiedy nie było go w pobliżu, potrafiła przypomnieć sobie dokładnie, jak pachniała jego skóra. Nie spieszyła się. Chciała po prostu go całować. Czuć jego usta na swoich, ciepło jego dłoni... Powoli pogłębiała pocałunek, pozwalając, żeby z każdą kolejną sekundą stawał się coraz intensywniejszy. Jej palce zacisnęły się delikatnie na włosach jego potylicy, a kąciki ust mimowolnie uniosły się w uśmiechu.

Czując, jak objął ją mocniej i wyprostował się do siadu, wciąż trzymając ją na sobie, poczuła, jak cholernie mocno go w tamtym momencie pragnęła. A przechodnie? Naprawdę miała ich wszystkich gdzieś. Liczył się tylko on. - Prowadź - mruknęła, nawet nie próbując zaprzeczać. Jedyne, czego teraz chciała, to jeszcze większej bliskości, której tak cholernie łaknęła. Choć niechętnie, podniosła się z niego, a kiedy Albert również wstał, splotła swoje palce z jego i pozwoliła się poprowadzić w miejsce, które wcześniej znalazł. Trafili do jakiegoś starego budynku i właściwie wystarczył jeden pocałunek, jedno muśnięcie dłoni, kilka szeptów i drżących słów wypowiadanych gdzieś pomiędzy nimi, żeby zupełnie zatracili się w tej chwili. Spędzili kolejne momenty w swoich objęciach, nie przejmując się już niczym poza sobą. Był cudownym kochankiem... takim, którym nie potrafiła się nasycić, niezależnie od tego, jak długo pozostawała w jego ramionach. Jakby każdy kolejny pocałunek zamiast zaspokajać tęsknotę, jedynie ją pogłębiał.

Zabawne, że jeszcze na początku tego wieczoru była przekonana, że właśnie zbliżała się do końca ich znajomości i tego chorego układu, który wymyślili. A kończyła go w jego ramionach, pomiędzy pocałunkami i czułością, na którą przez tak długi czas była przekonana, że nawet nie zasługiwała.

k o n i e c

I wish u were mine… for real
ODPOWIEDZ

Wróć do „High Park Nature Centre”