Chłopak.
Naprawdę to powiedziała?
Czy Abby Wallace przy ludziach i świadkach naprawdę nazwała Archibalda Millera swoim chłopakiem? W dodatku mówiąc to tak pewnym siebie głosem, jakby to faktycznie była prawda? Otóż tak. Nawet na moment się nie zawahała, a akurat do tego było trochę powodów. Głównym rozpraszaczem był chociażby
digidong kolegi naprzeciwko, którego Tom za nic nie miał w planach schować. Niby była lekarzem, niby nie powinno jej to ruszać, a jednak w stanie upojenia w jakim się właśnie znajdowała i biorąc pod uwagę, że jednak mieli ze sobą poniekąd
romantyczną przeszłość, było conajmniej niezręcznie.
Poznali się jeszcze na studiach. On był rok starszy, Abby młoda, głupia i ambitna. Kiedyś zagadał do niej w bibliotece, zaprosił na wspólna naukę, okazało się, że najlepiej na roku zdał przedmiot, z którym ona miała największy problem i poniekąd to dzięki niemu tak dobrze go zdała. Potem ich drogi się rozeszły, chociaż Tom jeszcze kilka razy próbował się z nią kontaktować. Dopiero po dwóch latach znowu się przecięli na rezydenturze, a dokładniej… na jednej z imprez integracyjnych. Ona wypiła w swojej
party era, on był bardzo chętny i jakoś tak wyszło. Szkoda tylko, że zaraz po Wallace kompletnie wyparowała, kiedy on liczył na kolejną randkę. No nie dogadali się. I takim sposobem po pół roku wylądowali razem na plaży nudystów. No kurwa, z której strony to NIE było niezręczne?
I może nawet Abby by spanikowała, gdyby Miller tak dobrze nie wszedł w role. Ale to zrobił. Jak zawsze stanął na wysokości zadania, szarpnął ją mocno do siebie, że aż obili się biodrami, a palce zaczepił o jej nagą skórę w taki sposób, jakby naprawdę
chciał jej dotykać. Tom przesunął po tym widoku własnym spojrzeniem, ewidentnie się nad czyś zastanawiając, a zaraz skrzywił się nieznacznie na słowa Millera.
—
Ciebie też… miło — wcale nie. Tom za nic nie wyglądał, jakby cieszył się z poznania Archiego. Widać to było po tym, jak przewrócił oczami, a potem jego spojrzenie ciągle uciekało do Wallace. Dużo w nim było żalu i niezrozumienia i może nawet zrobiłoby się jej szkoda mężczyzny, za to, że tak bezczelnie go zghostowała, ale na tamten moment była kompletnie zalana i jedyne, co czuła i czym się przejmowała to
d o t y k Archiego Millera na własnej skórze. To jak jego szorstkie palce przesuwały się po udzie i zakrawały o pośladek, wystający spod króciutkich, jeansowych spodni. Nic a nic nie potrafiła poradzić na przyjemne dreszcze, które generowało to doznanie. I kiedy myślała, że to był już
szczyt jego umiejętności aktorskich, Millerowa bulwa postanowiła pójść o krok dalej.
One potrzebują intensywnej terapii, a ze mną ma ją dwadzieścia cztery godziny na dobę.
MIAŁA.
Chociaż w momencie, w którym jego usta musnęły ją tuż za uchem, przywołując kolejne dreszcze, to Abby Wallace najprawdopodobniej przydałby się lekarz. Najlepiej jakiś anastezjolog, żeby walnąć jej w żyłę i uśpić na dobre. Wyrzucić z jej głowy te wszystkie skrajne,
nowe emocje jakie czuła przy Archiem, a których czuć zdecydowanie
nie powinna.
Nie mogła.
Nie miała do tego prawa.
W imię przyjaźni, która budowali przez tak wiele lat. Każdych wzlotów i upadków.
Szacunku to tego, ile ze sobą przyszli. No po prostu nie mogła. A jednak to wszystko co czuła, było przecież silniejsze niż jej dobre chęci. Dlatego czując na szyi jego usta, zacisnęła mocniej palce na jego przedramieniu, wzdychając przy tym głośno, ostatkami sił skupiając się na tym, o czym rozmawiali.
Bo ja jestem pełen niespodzianek, co nie Wallace?
—
Oj jest — kiwnęła chaotycznie głową, robiąc wielkie oczy do Beti. —
Nawet nie masz pojęcia jak bardzo — bo nie miała. Ani ona, ani Tom, ani nawet sama Abby nie była w stanie przewidzieć następnej rzeczy, która przyjdzie mu do głowy. Jak na przykład to, że zachce sięgnąć do jej twarzy, by odgarnąć niesforny kosmyk blond włosów z jej pijanej twarzy. Odwróciła się w jego kierunku, by ułatwić mu dostęp i przy okazji zajrzeć w jego jasne oczy. Niepotrzebnie. Bo teraz miała problem, by się od nich oderwać. Pomógł jej dopiero Tom, który
znowu wystąpił do przodu.
—
A właśnie, Wallace, słyszałem, że jednak zamiast Kardio będziesz szła w intensywną? — zagaił, próbując zwrócić na siebie uwagę. —
Jak dla mnie to straszna głupota — przewrócił oczami, podchodząc do nich bardzo blisko i krzyżując ręce na piersi. — Masz na to zbyt sprawne palce — wtrącił, lustrując ją wzrokiem. Wallace sama nie wiedziała, czy w tym momencie próbował wrzucić tam pewną dwuznaczność, czy naprawdę uważał, że miała zadatki na świetnego chirurga, ale szczerze? Nawet nie chciało jej się z nim dyskutować. Nie kiedy miała obok swoją ulubioną bulwę i ostatnie godziny wolnego wieczoru.
—
Całe szczęście nikt cię nie pyta o zdanie, Tom — wtrąciła, przesuwając się po przedramieniu Millera, by w końcu odnaleźć jego dłoń. Gotowa była go odciągnąć jak najdalej, ale wtedy odpaliła się jeszcze Beti. Zaczęła dopytywać się, czy Abby naprawdę była lekarzem, przy okazji patrząc na Millera z niemałym uznaniem, pewnie, że wyrwał taka
lekareczkę. Tom też próbował wtrącić cztery grosze o tym, że to dzięki
niemu, Wallace w ogóle zdała ostatnie zaliczenie… i może dyskutowaliby sobie tak do jutra, gdyby w końcu Wallace nie udała, że zobaczyła w oddali jakiegoś
słodkiego oposa i nie pociągnęła Millera za sobą. Chuj, że oposy po pierwsze nie były
słodkie, a po drugie nie bujały się po plażach… liczył się fakt, ze się stamtąd ulotnili, a nie z jakiego powodu.
—
Ja pierdole — westchnęła głośno, gdy już byli w bezpiecznej odległości. Jeszcze dwa razy obejrzała się przez ramię, czy na pewno za nimi nie szli, a potem spojrzenie wbiła w Archiego. —
Następnym razem jedziemy gdzieś za granice — oznajmiła w pełni poważnie, prawie potykając się o własne nogi, które plątały się w piachu. Tu spotykali zdecydowanie za dużo
znajomych twarzy. Jak nie w Whitby, to teraz na plaży
n u d y s t ó w! Kto kurwa widział takie rzeczy? Tak się zaaferowała tym tematem i oczami Millera, że znowu nie zauważyła kiedy jej nogi wplątały się w piasek i tym razem po prostu i bez ostrzeżenia… runęła na twarz. A jeśli Archie chciał jej pomóc, to z pewnością wylądował obok. Trochę piasku weszło jej
tu i ówdzie, ale na ten moment miała to już gdzieś. Prychnęła pod nosem, trochę pokręciła głową, a już po chwili przekręciła ją w stronę przyjaciela.
—
To temu zawsze robisz sobie krzywdę? — zagadała nagle, uśmiechając się do niego podejrzanie. —
Bo potrzebuje wiecznie intensywnej terapii? — nawiązywała do słów samego Millera, gdy rozmawiał z Tomem. Oczywiście nieco się zgrywała, bo przecież wiadomo, że nikt normalny nie krzywdził się tylko po to, żeby można go było opatrzeć. —
Lubisz kiedy cię jojam, Miller? — zaśmiała się, sięgając ręką do cienkiego sznureczka, który zwisał mu z nosa, a potem… po prostu za niego pociągnęła. Bezczelnie wyciągnęła mu nasączonego lekko tampona z nosa. Krew już wcale nie leciała. Była wystarczajaco dobrze zatamowana przez ostatnie minuty, by wstrzymać krwotok, a tym samym Archie też mógł już normalnie oddychać.