24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor



Nie pamiętał kiedy ostatnio usiadł dłużej niż na kwadrans.
Nie licząc kilkugodzinnego lotu, przesiadki i kolejnych paru godzin w samolocie, od kilku dni miał nieodparte wrażenie, że wciąż zajmował czymś ręce. Gdzieś trzeba było pójść, coś koniecznie należało załatwić, inny problem nie mógł czekać ani chwili dłużej. Nawet w trakcie czwartkowej terapii zamiast zamknąć się w gabinecie, Lian wciąż wyrabiał kilometrówki chodząc po domu z laptopem rozłożonym w jednej ręce.
Drugą odbierał w drzwiach nowy garnitur i potwierdzał, że w pełni słucha nowych zaleceń i że do następnego tygodnia z pewnością rozważy zmianę dawki leków nasennych. Paradoksalnie, choć nie pomagały mu szczególnie w ostatnim czasie, czuł nieprzyjemne ssanie w żołądku na myśl o zrezygnowaniu z części z nich. Rozumiał - problemem był zapewne komfort związany z samą świadomością posiadania ich pod ręką, doktor Ross próbowała wyjaśnić mu to od miesiąca, ale wciąż był oporny - nie wiedział tylko, czy moment był dobry.
一 Żaden nie będzie 一 słyszał zazwyczaj, na co kiwał głową by wieczorem i tak sięgnąć po tę samą dawkę. 一 Musisz w końcu podjąć decyzję.


Kilka godzin po popołudniowej sesji z terapeutką Lian wygodnie zapomniał, że po raz kolejny obiecał temat rozważyć, nadając większy priorytet koszuli. To, że w szafie wisiały same nadające się na pogrzeb nie oznaczało, że nie mogły leżeć schludnie z garniturem, z którym na próbę zestawiał każdą z nich. Czarno-czarny komplet zawisł pod wieczór na drzwiach do łazienki na piętrze, gotowy na następny dzień, zaraz obok stanęły wypastowane buty.
Nie oznaczało to jednak końca jego wydeptywania dziur w podłodze; ledwo skończył na górze, a już zaledwie chwilę później przeszukiwał gabinet, bo przypomniało mu się, że na wiosenny recital w Japonii potrzebował swoich translacji. Zeszyt nutowy jak zniknął tak uparcie trzymał się poza widokiem, unikając Liana i jego porządkujących inne przypadkowe materiały dłoni.
W tym wszystkim prawie zignorował z przyzwyczajenia dzwonek do bramy.


Wierząc, że o tej godzinie jedyną osobą jaka mogła zechcieć przyjść bez zapowiedzi był Daniel, nie patrząc nawet na panel z ekranem w przedpokoju, po prostu wcisnął na oślep przycisk i zawierzył, że gość poradzi sobie z całą resztą sam. W drugiej ręce trzymał stare, przypadkowo znalezione wyrywki z zeszytu nutowego, inne łącznie z pięciolinią wykreślone były jego dłonią na tym, co w danym czasie znalazł. Zapodziała się nawet chusteczka z kawiarni na lotnisku w Chicago.
Zmarszczył lekko brwi na to odkrycie gdy jego spojrzenie padło na nuty oraz kawowego kleksa; kiedy to napisał?
一 Jestem w gabinecie 一 rzucił przez ramię nawet nie patrząc w stronę przedpokoju, gdy usłyszał otwierające się drzwi. 一 Pada?



Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
19 y/o
NATCHNIONA GĄSIENICZKA
168 cm
student chemii w University of Toronto
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

7
trigger warning
homofobia, prześladowanie
Emocje buzowały w Riverdale Collegiate Institute praktycznie od dnia ogłoszenia terminu balu maturalnego. Przeciskając się zatłoczonymi korytarzami chcąc nie chcąc wyłapywało się urywki niekończących się rozmów na temat sukienek, partnerów, planów na imprezy przed czy po głównym wydarzeniu. Z początku doświadczanie z trzeciej ręki entuzjazmu rówieśników, włączenie z częścią najbliższych znajomych, było dla Daniela prawie że neutralnym doświadczeniem - pomijając te drobne ukłucia zazdrości chowane pod przewracaniem oczami w udawanym znużeniu. Teraz, dzień przed wyczekiwaną datą, aktywnie dokładał się do gwaru szkolnych korytarzy w kulminacyjnym momencie narastającej od kilku miesięcy, nastoletniej ekscytacji. Grzebiąc w swojej szafce, z szerokim uśmiechem na twarzy i rozbawieniem w głosie przerzucał się ze stojącą nieopodal grupką opiniami na temat garniturów, sukienek i masek, oraz predykcjami na temat repertuaru zamówionego zespołu. Miał później spędzić długie godziny zastanawiając się czy nieświadomie powiedział o jedno słowo za dużo, czy sam jego uśmiech starczył jako zapalnik.

Z głową w chmurach wyszedł z budynku szkoły, poprawił zjeżdżający po materiale fiołkowej bluzy plecak, rzucił na chodnik deskorolkę i udał się w przydługą, ale znajomą trasę do domu. Zdążył przejechać zaledwie kilkanaście metrów zanim został gwałtownie szarpnięty za kaptur i wylądował na kostce otoczony twarzami, których unikał od dobrych paru lat. Nawet nie próbował się bronić, już dawno nauczył się, że to tylko pogarszało sprawę, a jedyna próba ucieczki skończyła się złamaniem jego deski wpół o pobliski krawężnik. Popychany i szarpany wylądował w alejce między dwoma budynkami, gdzie po kwadransie, kiedy w końcu się nim znudzili, zaczął powoli dochodzić do siebie. Całe jego ciało bolało, a świat wirował mu przed oczami kiedy podnosił się do siadu pod najbliższą ścianą i zwijał się w kulkę. Po kilku minutach cichego płaczu, gdy zaczął odróżniać gdzie była góra, a gdzie dół, pociągając nosem wyciągnął obdrapaną od betonu dłoń po leżące kawałek obok okulary. Szczęśliwie tym razem przetrwały bez szwanku, patrzenie na świat przez porysowane szkła było jedną z gorszych konsekwencji tych i tak mało przyjemnych spotkań. Ocierając rękawem stale płynące łzy i nieświadomie zostawiając na jasnym materiale ciemne plamy krwi, zebrał się do pionu z plecakiem na ramieniu i kawałkami deski pod ręką, po czym z wzrokiem wbitym w ziemię by uniknąć spojrzeń przechodniów udał się na przystanek autobusowy.

Wchodząc do domu nie spodziewał się spotkać nikogo przez przynajmniej godzinę - zwykle szedł prosto do swojego pokoju i schodził dopiero na obiad, po przygotowaniu sobie wszystkiego, czym musiał zająć się na następne dni w szkole. Tym razem planował ogarnąć się do akceptowalnego stanu, znaleźć ubrania najbardziej ukrywające nowe obrażenia i wymyślić łatwe do przełknięcia wyjaśnienie tych, których nie dało się schować. Tego też nauczył się jakiś czas temu - pierwsze pobicia skończyły się jedynie pogorszeniem sprawy, a ostatnie o jakim wspomniał dało jego rodzicom pomysł przeniesienia go do innej szkoły. Personalnie chciał tego uniknąć, nie chciał tracić znajomych, a ludzie mający z nim problem zapewne znaleźliby się także w nowej placówce, a zwłaszcza kiedy zakończenie roku było dosłownie za rogiem. Nie było sensu ich stresować.
Stanięcie twarzą w twarz z matką przy samych drzwiach wejściowych odebrało mu opcję wyboru jak podejść do tematu. Kobieta praktycznie krzyknęła na jego widok, zaprowadziła go do salonu i posadziła na kanapie by obejrzeć go w lepszym świetle, a przelewające się w Danielu emocje, z którymi nie miał okazji poradzić sobie w odosobnieniu, wypłynęły zmiatając ze sobą wszystko. Rozpłakał się przed matką otwarcie, porzucając wszystkie drobne i większe sekrety jakie trzymał przed nią przez ostatnie lata. Powiedział jej prawdę, zarówno co do pobicia jak i powodu, który został mu wyłożony jasno licznymi epitetami dotykającymi jednej konkretnej sfery jego życia. Wyznał otwarcie, że była to prawda - od lat wiedział, że jest gejem i nie chciał więcej tego ukrywać.
Po dłuższej ciszy i braku reakcji spojrzał matce w twarz. Oburzenie, frustracja i smutek mieszały się w oczach kobiety, ostatecznie zatrzymując się na emocji, która przeszła lodowatym ukłuciem przez serce Daniela - zawód. Od tego momentu czuł się jakby znajdował się pod wodą, zaprzeczenia ze strony Sophie brzmiały daleko, niewyraźnie, zapewnienia, że jeszcze mu przejdzie, że nie było powodu tak bardzo starać się o ich uwagę i że będzie musiała porozmawiać sobie z rodzicami tych uczniów, którzy rozpowiadają o nim tak obrzydliwe kłamstwa z każdym słowem odbierały mu zdolność oddychania. Z zaschniętymi na policzkach łzami, zatrzymanymi z szoku, zerwał się z miejsca i udał na górę bez słowa. Jeśli matka powiedziała do niego coś jeszcze, nawet tego nie zarejestrował. Zamknął się w swoim pokoju, przez chwilę chodził w kółko między regałem, łóżkiem i biurkiem w chaotycznej próbie odzyskania poczucia kontroli nad sytuacją, a gdy w oczy rzucił mu się pokrowiec z przygotowanym na następny dzień garniturem po raz pierwszy od przekroczenia progu poczuł skrawki stabilizacji. Wziął oddech, wsłuchał się w ciszę domu i wnioskując, że jego matka nie znajdowała się nigdzie w pobliżu, po cichu wyszedł z pokoju i wymknął się garażem.

Nawet nie wiedział kiedy zaczęło padać. Na wpół idąc, na wpół biegnąc, czuł jak ciężkie krople toczą się po jego twarzy zmywając słone korytarzyki łez i zaschniętą krew spod jego nosa i wkoło ust. Z klejącymi się do twarzy, mokrymi kosmykami włosów, bluzą przemoczoną na ramionach i trampkami przesiąkniętymi od przechodzenia przez środek rosnących na chodniku kałuż wszedł do domu Liana. Przez cały ten czas nie miał okazji spojrzeć w lustro, nie miał pojęcia o nabierającym kolorów siniaku na kości policzkowej i podobnym na boku szyi, rozlewającym się na bark. Czuł opuchniętą wargę, którą sam przegryzł kiedy dostał w twarz, pulsowanie naruszonego nosa i brzucha odzywającego się przy każdym ruchu, ale nic z tego się nie liczyło kiedy kierował się do pokoju, z którego dobiegał głos działający łagodząco na szargające nim emocje i krzywdy. Stanął w progu gabinetu, otworzył usta chcąc chociażby potwierdzić pogodę na zewnątrz, ale zamiast słów z gardła wyrwał mu się wstrzymywany szloch.

Lian Mei
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Wydawało mu się, że pada.
Okna w gabinecie były uchylone, podobnie jak to tarasowe, by po kilkunastu dniach nieobecności rozwiać panujący w domu zaduch. Lian słyszał szum, ale był to dźwięk tak mocno drugoplanowy, że kompletnie ignorował go podczas bieganiny i dopiero gdy dzwonek oraz późniejsze stuknięcie drzwi rozproszyły go na moment, zdał sobie sprawę, że trochę przesadził z wietrzeniem.
Zerknął na stojące nieopodal pianino i wciąż trzymając w jednej ręce plik opracowań, zamknął okno z trzaskiem, nie chcąc by wilgoć weszła w drewno albo zniszczyła instrument.

Z przyzwyczajenia założył, że Daniel sam znajdzie sobie miejsce i początkowo zignorował również ciszę z jego strony, uznając to za coś naturalnego. Podniósł wzrok dopiero gdy usłyszał bardzo niepokojące pociągnięcie nosem i przez kilka sekund patrzył na niego zza biurka, nie wiedząc dokładnie co widzi.
Zmęczenie nie pomagało w skupieniu, Lian co chwilę skakał od jednego sińca do drugiego, wyławiał nietypowe kolory i powoli oddzielał wilgoć wynikającą z przebieżki w deszczu od tej, która musiała mieć inne podłoże.
Poczuł jak coś opada mu ciężko na żołądek, gdy częściowo dotarło do niego w jakim stanie znajdował się Moore, a garść odręcznie wykreślonych tekstów nutowych wypadła mu z ręki, by głośno pacnąć w blat. Automatyzm zadziałał zanim do głosu doszedł ospały rozum, Lian nie zdawał sobie sprawy kiedy nogi same ruszyły z miejsca. Obszedł biurko wspierając się tylko o nie koniuszkami palców, przydeptał jakiś bibelot, który chrupnął mu pod podeszwą domowego buta i zatrzymał się dopiero w progu, zaraz przed nosem zapłakanego Daniela.
Gdy pochylił się i oparł dłonie o własne kolana by zmienić perspektywę, dopatrzył się rozmytej przez deszcz krwi pod nosem, na brodzie, opuchniętą wargę i nabierające dojrzałości limo pod okiem. Moore wyglądał okropnie, a co gorsza, jego spojrzenie było tak zgaszone, że aż dało się wyczuć tę zmianę w jakiś fizyczny, nieprzyjemny sposób.
一 Kto ci to zrobił? 一 zapytał cicho, szukając z nim kontaktu wzrokowego choćby na krótką chwilę. To, że Moore nie poobijał się w ten sposób sam było na tyle oczywiste, że nawet nie przeszło mu to przez myśl. 一 Powiedz mi wszystko.
W pierwszej kolejności przypuszczał atak na tle rabunkowym, choć nie rozumiał dlaczego w takim razie rodzice puścili go do niego zamiast natychmiast pojechać na obdukcję. Rozumiał oczywiście, że Daniel jako świeżo upieczony osiemnastolatek miał prawo decydować za siebie, ale również nie sądził, by w przypadku kradzieży z pobiciem miałby odmawiać zgłoszenia się na policję.
Chwycił go za obie dłonie - ostrożnie, powoli odwracając je wierzchem do góry - i przyjrzał się im chcąc zweryfikować, czy przynajmniej próbował się bronić.
Nic na to nie wskazywało, Lian znalazł za to skaleczenia po ich wewnętrznej stronie, na co zmarszczył lekko ciemne brwi i uchylił bezgłośnie usta. Na powrót utkwił wzrok w jego twarzy, wówczas kątem oka dostrzegł bardzo charakterystyczną plamę rozlewającą się na jego szyi, więc puścił jedną z wciąż drżących dłoni i odchylił odrobinę kołnierz.

Ciąg skojarzeń jakie wyrwał z niego ten aż zbyt znajomy widok sprawił, że zebrało mu się na mdłości, a zaraz po tym Lian pierwszy raz od bardzo dawna poczuł, jak coś się w nim zagotowało.
Bez trudu rozpoznał kształt ludzkiej dłoni, na co zacisnął mocniej usta by nie wybuchnąć. Odetchnął głęboko przez nos, spojrzał mu znów w oczy i chociaż Daniel nadal gubił kolejne łzy, wsparł mu czoło o swoje. Poczuł wilgoć na własnych policzkach, więc sięgnął obiema dłońmi do jego opuchniętej twarzy i delikatnie otarł kciukami mokre policzki.

一 Nie musisz mówić od razu 一 zmienił zdanie, bo chociaż w tym momencie chciał wiedzieć absolutnie wszystko, musiał ustalić podstawowe priorytety. 一 Zajmijmy się najpierw tobą, okay? Chodź, opatrzę cię i zapakuję w coś ciepłego, jesteś cały mokry.
Nie oczekiwał od niego owocnej współpracy, za sukces uznał to, że gdy chwyci go za ramiona i poprowadził w stronę nowo wykończonej łazienki na parterze, Daniel nie protestował. Z drugiej strony znów zrobiło mu się niedobrze, kiedy układał go w dłoniach jak lalkę i sadzał na krześle przy zlewie.
Ciepłe światło wyciągnęło kilka dodatkowych barw, których Lian nie wypatrzył wcześniej. Blaszaną apteczkę postawił po cichu na łazienkowym blacie i przez chwilę skupiał się głównie na tym, by palcami poodklejać Danielowi włosy z twarzy. Pospinał je kilkoma wsuwkami i podniósł mu znów uciekającą w dół głowę za brodę; wyglądało na to, że obyło się bez złamań.

一 Postaram się zrobić to delikatnie, ale gdyby coś cię zabolało to powiedz od razu, dobrze? Musimy jeszcze zdjąć z ciebie bluzę. Obiecuję, że będziesz mógł sobie wybrać dowolną z mojej szafy jak skończymy.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
19 y/o
NATCHNIONA GĄSIENICZKA
168 cm
student chemii w University of Toronto
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Komfort bezpiecznej przystani, za jaką uznawał dom Mei'a, oferował mu zarówno stabilizację w świadomości, że miał do kogo się udać i nie musiał radzić sobie sam, oraz możliwość rozsypania się zamiast usilnych prób trzymania się w ryzach. Nie chciał zarzucać go swoimi problemami, jednocześnie przyjście tam było pierwszym instynktem i chociaż fizycznie czuł na sobie intensywny wzrok Liana nie żałował tej decyzji. Potrzebował go. Bardziej niż kogokolwiek w swoim życiu.
Rozglądając się wkoło bezradnie i bezcelowo, na moment zatrzymał się na ciemnych oczach i ponownie odbił w dół, na wysokość mostka, jakby materiał przykrywający klatkę piersiową Liana miał wesprzeć go w radzeniu sobie z całkowitym zagubieniem szarpiącym go od środka. W ciągu ostatnich paru godzin wydarzyło się zbyt wiele, jego życie, dotychczas dające mu wrażenie jakby znajdował się w perfekcyjnym, niekończącym się śnie, przewróciło się do góry nogami i nie dało mu szansy na odzyskanie równowagi. Jakby świat chciał mu przypomnieć jak bardzo był naiwny wierząc, że wszystko zacznie się układać. Został ściągnięty na ziemię w momencie, kiedy Noah fizycznie rzucił nim o chodnik, a bańka w jakiej żył pękła, zostawiając go w zimnej, szarej rzeczywistości. Takiej, w której nawet matka odwróciła się do niego plecami.
Dał się obejrzeć bez oporów, chociaż wciąż nie spieszyło mu się do patrzenia Lianowi w oczy. Nawet czując jego czoło na swoim, kiedy ciepło bliskości przygaszało przeszywający serce chłód, wolał przymknąć powieki. Delikatność dłoni na policzkach, ocierających strużki łez, uderzyła go dość głęboko by wywołać odwrotność zamierzonego efektu - nurt przyspieszył, bezskutecznie próbując wylać z drżącego ciała zebrane smutki i bezsilność. Uchylił wargi próbując odpowiedzieć na pytanie, ostatecznie wypuszczając tylko skaczący oddech z braku najmniejszego pojęcia od czego miałby zacząć. Za dużo. Zbyt szybko. Jedynie ręce pianisty na ramionach, prowadzące go do przodu, nawet nieszczególnie obchodziło go dokąd dokładnie, pomagały mu nie stracić ziemi spod nóg. Szedł przed siebie odcięty od własnego ciała, na wpół obecny, jakby skorzystał z pierwszej okazji by wygasić część umysłu odpowiedzialną za przetrwanie i nie włączył nic w zamian.
Zajął miejsce przy zlewie, instynktownie naciągając rękawy bluzy na poharatane dłonie, po czym przycisnął jeden z nich do policzka i linii szczęki, gdzie słone łzy drażniły obtarcia od płytek chodnikowych. Przed oczami błysnął mu moment przesunięcia twarzą po ziemi kiedy zwijał się w pół i zamrugał szybko, spinając się w chęci fizycznego obronienia się przed wspomnieniami. Czując drobny kawałek metalu naciskający na skórę głowy wrócił do chwili obecnej i wbił wzrok w otwartą apteczkę. Nie kojarzył momentu, w którym ta pojawiła się obok, ani kiedy Lian wyczarował wsuwki by zająć się jego włosami. Cienka warstwa wilgoci ponownie zaświeciła w oczach Daniela na podniesienie głowy, kiedy zawiesił wzrok na nachylonej nad sobą twarzy. Pierwszy raz od wejścia zaoferował mężczyźnie jakąś sensowną reakcję i skinął głową na znak, że rozumie następne kroki. Nie wiedział do końca co ten planował zrobić, ale ufał mu dostatecznie by przyjąć to bez pytania. Podobnie wspomnienie o pożyczeniu bluzy z czarno-czarnej szafy dało radę wyciągnąć słabe, szybko blednące uniesienie kącika ust. Konkretne instrukcje starczyły by Moore wciągnął ręce do wnętrza bluzy i wypchnął ją w górę, wychodząc z drugiej strony z grymasem bólu na naruszenie łokciem skopanego brzucha. Instynktownie obniżył podciągniętą przypadkowo koszulkę z kotem w laboratorium i objął się obiema rękami.
- Przepraszam - szepnął głosem niewyraźnym od płaczu i naruszonego przełyku. Przełknął ślinę i ponownie skupił wzrok na apteczce. - Że tak... tak bez zapowiedzi. To tylko... w szkole i... - urwał, kiedy chłodny ścisk w sercu tym razem zacisnął mu się na gardle. Zewnętrzne poturbowanie nie było jedynym powodem, przez jaki wylądował w tym stanie. - Przez jakiś czas dawali mi spokój, myślałem... - przyznanie się do własnej naiwności nie przychodziło mu łatwo. Opuścił gardę, teraz dopiero był w stanie to zauważyć. Próbował żyć normalnie, bez unikania prywatnych rozmów na terenie szkoły i ciesząc się swoją nową codziennością. Wyraźnie zapomniał w międzyczasie spoglądać przez ramię. - Nic mi nie będzie, ogarnąłbym to sam, ale... Ale powiedziałem mamie - wyznał, oferując najbardziej okrojoną wersję wyjaśnień dlaczego pojawił się akurat u niego zamiast wylizać swoje rany jak nawykł robić to na własną rękę.

Lian Mei
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Po jak najdelikatniejszym zdjęciu z niego bluzy, Lian wrzucił ją od razu do pralki. Odsłoniło się kilka kolejnych siniejących plam, spośród których kilka uderzająco przypominały ślad buta i chociaż obiecał sobie, że z nerwami wstrzyma się do momentu doprowadzenia Moore'a do przyzwoitości, nie mógł nic poradzić na wymykające mu się spomiędzy zaciskanych zębów przekleństwo.
Coś w rodzimym języku, więc istniała szansa, że Daniel nie zwróci uwagi.
一 Koszulkę też, dobrze? Wiem, że ci się to nie podoba, ale temu kotu należy się pranie. 一 Nie widział sensu w wykładaniu mu sztywno konsekwencji niedostatecznego opatrzenia tych urazów, które chowały się pod t-shirtem. Łatwiej było mu do niego dotrzeć, gdy nie zmieniał diametralnie podejścia.
Zauważył grymas, który pojawił się również wcześniej, a teraz znów gdy podciągał mu koszulkę i Daniel musiał unieść ręce wyżej. To wywołało zmarszczkę między jego brwiami, które zbiegły się w zastanowieniu; miał nadzieję, że Moore nie miał złamanych żeber, w innym wypadku musiałby przekonać go do wizyty na sorze.
Na samą myśl coś przewróciło mu się w żołądku, nie dlatego, że wizja perswadowania Danielowi takiej konieczności napawała go niechęcią, lecz dlatego, że ktoś doprowadził go do stanu, w którym w ogóle musieli to rozważać.
Mei rozpoznał kolejne ślady podeszwy i delikatnie przesunął po jednym palcami, jakby z naiwną nadzieją, że to tylko przywidzenie.

一 Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wymagał od ciebie zapowiedzi, bǎo bèi 一 wtrącił się pomiędzy, oceniając pod ręką ruchomość żeber Moore'a. 一 Bardzo boli? Raczej nie są złamane, ale nie mogę zagwarantować, że nie ma pęknięć. Uważam, że powinniśmy pojechać do szpitala, bo nie mam rentgena w oczach i nie chcę się później zastanawiać, czy nie masz krwotoku wewnętrznego.
Obrażenia niepokojąco skupiały się na obszarze brzucha, który nie chroniony i miękki stanowił słabsze ogniwo. Sam mostek również wyglądał koszmarnie, nowe plamy pojawiały się tam, gdzie nie było ich wcześniej i dojrzewały obok tych, które powstały w pierwszej kolejności.
Mógł zająć się rozbitym nosem, otarciami na dłoniach i nakleić opatrunek, ale co do kości... do nich nie miał przekonania.
Wśród kilku wydukanych słów Mei wybrał te, które łączyły mu się w sensowną całość i chociaż nie odniósł się od razu, przez dłuższą chwilę obracał je w myślach usiłując oddzielić to, co wynikało z emocji i to, co posiadało sens.

一 Opowiedz mi o mamie 一 poprowadził w inną stronę, na razie postanawiając nie dotykać kwestii związanych ze szkołą. Sięgnął po czysty ręcznik, zwilżył go najpierw letnią wodą i skupił się na cierpliwym rozmiękczaniu zaschniętej krwi na twarzy Daniela.
W myślach był częściowo obok - bliżej wstępnych propozycji rozwiązania zaistniałej sytuacji, począwszy od najbardziej rozsądnych, aż po te, przy których zastanawiał się ile wyniosłoby go potencjalne odszkodowanie, gdyby zapragnął odpłatnie rozwiązać problem na własną rękę.
Przepłukał ręcznik pod kranem, rozwodniona krew na tle jasnej umywalki przypominała rozlaną akwarelę. W kilku miejscach rany otworzyły się na nowo, zwłaszcza na wnętrzach dłoni, którymi zajął się później. Musiał jednak usunąć to, co zdążyło przykleić się i zaschnąć.
Nie rozumiał jeszcze dlaczego rodzice - matka? - nie zabrali go od razu na izbę przyjęć. Lian nie był specjalistą, ale widział dość by wiedzieć, że człowiek wyglądający jakby posłużył komuś za worek treningowy powinien zostać obejrzany przez lekarza.

一 Zrobiłeś coming out? 一 podpytał by poprowadzić rozmowę dalej i poniekąd odwrócić jego uwagę od nieprzyjemnego szczypania podczas odkażania ponownie zasklepiających się ranek wodą utlenioną. Piana pojawiła się w wielu miejscach, a Lian usuwał ją i dezynfekował na nowo, nie zaklejając od razu by skaleczenia obeschły i nie wilgotniały pod opatrunkiem.
Widział swoje własne, pracujące bez zawahania dłonie, słyszał swój spokojny głos, ale przez wściekłość buzującą czymś lodowatym i pełzającą pod skórą, Lian miał wrażenie, jakby funkcjonował w tym momencie odrębnie. Dwutorowo.

一 Jak skończę z tym z czym dam radę pomóc, pojadę razem z tobą do szpitala. Znam jedną prywatną klinikę, mają dobrych specjalistów. 一 Tym razem nie przyszedł do niego z pytaniem, lecz podjął decyzję, która obecnie wydawała się jedyną słuszną i priorytetową. Nie chciał nawet myśleć o tym co mógłby przeoczyć opiekując się Danielem na własną rękę.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
19 y/o
NATCHNIONA GĄSIENICZKA
168 cm
student chemii w University of Toronto
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrzeba pełnego odsłonięcia urazów obudziła ten sam wstyd względem własnego ciała jaki odczuwał na co dzień w towarzystwie innym niż sam Lian. Obnażanie przed nim nagiej skóry, zwykle schowanej pod licznymi warstwami miękkich ubrań, przychodziło swobodniej, bez uciekających wątpliwości i poszukiwania alternatywnych metod na zakrycie się przed jego wzrokiem. Chociaż jeszcze sam ich nie oglądał, wiedział aż za dobrze jak wyglądały na nim rozległe siniaki, odbarwienia i przetarcia skrywane aktualnie pod ostatnim kawałkiem materiału. O ile jeszcze kilka godzin wcześniej przystałby na polecenie bez większego zastanowienia, świadomość tak rozległego oszpecenia przeciągnęła podjęcie decyzji na kilka sekund całkowitej ciszy. Poruszył szczęką, rzucił okiem kolejno na pralkę, apteczkę i dłonie Liana, na koniec spoglądając w dół na własne ręce zakrywające obity brzuch. Po wypuszczeniu dłuższego oddechu przymknął powieki i pokiwał głową, przyzwalając na zobaczenie tego, co chowało się pod spodem.
Po zdjęciu koszulki nawet nie zerknął z powrotem na dół, uparcie utrzymywał wzrok także z dala od lustra by przypadkowo nie złapać własnego odbicia. Krzywiąc się i szybko wciągając powietrze, gdy ostrożny dotyk naruszał tymczasowo przewrażliwioną skórę, opierał dłonie na okrywającym uda materiale wilgotnych, brudnych jeansów z obtarciami na kolanach i czekał aż mężczyzna sprawdzi co chciał.
- Boli, ale nie jest... Bywało gorzej - przyznał cicho, lekko odcięty od całego procesu, akceptując to co się z nim działo aż ten wyciągnął swoje wnioski.
Podjęcie tematu matki wezbrało powoli ujarzmiane mdłości i sprawiło, że chwilowo zatęsknił za bolesnymi oględzinami żeber. Z zamkniętymi oczami przeczekał atak ręcznikiem na swoją twarz, oddychając nosem w próbie uspokojenia ściśniętego żołądka, a na bardziej konkretne pytanie przełknął ślinę i skinął głową.
- Nie chciałem, ale spotkałem ją w drzwiach i... I jak pytała co mi się stało to jej powiedziałem. Wszystko - wyznał, w ramach zajęcia własnej uwagi śledząc spojrzeniem linie tuszu na przedramieniu Liana. Szczypanie zbierającej się w oczach wilgoci mieszało się z gryzieniem wody utlenionej, na które Moore automatycznie cofnął dłoń jak oparzony i po chwili wrócił nią w to samo miejsce w ramach kapitulacji. - Zawiodłem ją, Lian - przyznał i jedna z łez wyrwała mu się z kącika oka by popędzić w dół po świeżo oczyszczonej skórze. - Robiłem wszystko, żeby-... Przez cały ten czas ona... Ona nigdy nie była mną tak zawiedziona - dokończył myśl, z głosem łamiącym się na ostatnim słowie, zanikającym tak że końcówka była praktycznie bezdźwięczna. Żal wstrząsnął już i tak drżącym ciałem, wyrywając z gardła Daniela urwany szloch. - Przez chwilę wierzyłem... Myślałem, że będzie dobrze, ale teraz... - uciął, podnosząc załzawione spojrzenie do twarzy Mei'a. Emanowało poczuciem beznadziei, bezsilności względem wrogiego świata i zagubienia przez utratę jednego z najbardziej stabilnych fundamentów jakie posiadał.
Ponowna sugestia odwiedzenia szpitala, tym razem bardziej konkretna, ponownie umieściła Daniela na skraju równi pochyłej, z której udało mu się uciec wchodząc do domu Liana. Powoli schnące loki podskoczyły wraz z gwałtownym ruchem głowy, na wpół w ramach zaprzeczenia, na wpół w szoku. Nowe emocje błysnęły w źrenicach nastolatka, oscylując wkoło paniki. Za szybko. Za dużo.
- Ja nie... Możemy t-tu zostać? Nie czuję się gorzej ni-niż zwykle, naprawdę. Nie potrzebuję... - zapewnił błagalnie, czując się jakby chwila spokoju i poczucia bezpieczeństwa uciekała mu między palcami. Bezwiednie zaczął wpadać w hiperwentylację. Myśl o wyjściu za drzwi, powrocie do świata, który nagle wydawał się groźny i zimny, przerażała go bardziej niż spotkanie twarzą w twarz ze swoimi oprawcami.

Lian Mei
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Patrzył na niego uważnie gdy pielęgnował każdą kolejną ranę, otarcie czy opuchliznę i nie chciał wyobrażać sobie tych razów, kiedy wedle Daniela - bywało gorzej.
一 A nie powinno wcale. Nigdy 一 oznajmił sztywno, dając mu chwilę odpocząć od wody utlenionej. Wychylił się w stronę zlewu i zmoczył ręcznik jeszcze raz, by móc schłodzić miejsca, które nabiegły kolorem.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, otwierał już usta, ale ugryzł się w język. Moore zaczął wyrzucać z siebie wszystko zo zaszło i właśnie poruszył temat matki.
Część musiał dopowiedzieć sobie sam, bo Daniel albo nie był w stanie wyrazić myśli na głos, albo to on nie był w stanie usłyszeć go wyraźnie przez łamiący się głos. Ogólny sens zdaje się jednak dotarł, bo Lian przestał go opatrywać i otulił jego twarz dłonią. Ten jeden raz zimne ręce były niewątpliwie plusem.

一 Nie wiemy jeszcze czy jest zawiedziona 一 zauważył wstępnie, bo chociaż reakcja pani Moore pozostawiała jego zdaniem wiele do życzenia, nie chciał pochopnie wydawać osądów, tak samo jak nie chciał zupełnie w tej sprawie milczeć. 一 Nie twierdzę, że zachowała się właściwie, ale daj jej trochę czasu. I jeszcze, właśnie 一 zawiesił głos na krótko, ręką przychylając sobie jego twarz w swoją stronę. Nie wymagał natychmiastowego podporządkowania, jeżeli Daniel wolał patrzeć w innym kierunku, Lian nie zamierzał go zmuszać. 一 Bez względu na to jaka byłaby jej reakcja, nie możesz podporządkowywać jej całego swojego życia. Jej, ojcu, czy komukolwiek innemu, to jest... nie jesteś im niczego winien. Zaufaj mi, wiem coś o tym.
Gdyby pochylał się nad każdym życzeniem swojej matki, prawdopodobnie nie dożyłby tego dnia, a już na pewno nie poznałby Daniela. Posiadał wyjątkowo trudne relacje z własną rodziną - o ile można było mówić o jakichkolwiek - i nie nadawał się na profesjonalne doradztwo. Reagował wręcz alergicznie na każdą kwestię chociażby ocierającą się o temat bliższych kontaktów z ludźmi au general, wyjątkiem był oczywiście Moore, Rivera z Gauthierem, Han oraz... jego prawnik i terapeutka. To, że dwoje ostatnich miał również dostępnych na szybkim wybieraniu mówiło wiele o jego codzienności.
W pewnym momencie - aczkolwiek bez większego zaskoczenia - Daniel zaczął łamać mu się na decyzji, którą Lian próbował podjąć za niego od kilku minut. Nie mogło być łatwo, oczywiście.

一 Pamiętasz ten atak astmy? 一 wspomniał nie po to, by wytknąć mu tamtej wieczór, lecz by przypomnieć sens ich ówczesnej rozmowy. Mei nadal doskonale potrafił przywołać obraz duszącego mu się na kanapie Moore'a i wciąż przechodził go nieprzyjemny dreszcz na myśl co by się stało, gdyby łutem szczęścia nie znalazł inhalatora w jego plecaku. Albo, co gorsza, gdyby żadnego nie było w zasięgu. 一 Wtedy, kiedy oglądaliśmy... powiedzmy, że oglądaliśmy film?
Uznał, że złagodzenie nerwowej atmosfery nawiązaniem do czegoś przyjemniejszego odciągnie na chwilę Daniela od wpadania w spiralę negacji i paniki, przynajmniej na tyle by byli w stanie dojść do jakiegoś porozumienia.
Lian puścił jego policzek, natomiast chwycił obie dłonie, by po ich porządnym przeschnięciu na wnętrzach obu rozłożyć opatrunek z jałowej gazy i starannie opleść elastycznym bandażem.

一 Nie będę udawał, że się nie bałem. Kurwa, byłem przerażony, poważnie. Bardziej niż... nie pamiętam nawet kiedy ostatnim razem coś tak mną szarpnęło. Teraz jest tak samo, tylko nic mi nie zagwarantuje, że nie wykrwawiasz się właśnie od środka na kolorowo. Pojadę z tobą, jeśli chcesz wejdę do gabinetu, pomogę ci z dokumentami i wrócimy razem do domu. Bo wiesz, możesz zostać tu ile zechcesz.
Nie zamierzał ustąpić, nawet jeżeli Moore miałby zapierać się w drzwiach rękami i nogami. W obecnej sytuacji miał wszelkie prawo mieć ograniczone zaufanie co do przeprowadzonej na oko diagnozy, mógł zatem przyjąć na siebie jego niezadowolenie, gniew, jeżeli miałby się z czasem pojawić, ale o zbagatelizowaniu czegoś tak ważnego nie było mowy.

一 Pójdę po Alonso jeżeli będziesz miał ochotę, przyniosę z twojego pokoju czego ci trzeba, tylko proszę cię, pozwól mi się zabrać do kliniki. Będzie dyskretnie, obiecuję.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
19 y/o
NATCHNIONA GĄSIENICZKA
168 cm
student chemii w University of Toronto
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poszukiwał w nim oparcia, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie, i czując chłodną dłoń na swoim policzku przylgnął do niej z zamkniętymi oczami by pozwolić sobie na chociaż chwilę komfortu. Chwiejność całej sytuacji odbijała się oscylowaniem między zagubieniem, niemocą, smutkiem i lękiem, a czuły dotyk, troska Liana i poczucie przynależności dawały radę kotwiczyć go w chwili obecnej. Był bezpieczny, w towarzystwie osoby, której ufał bardziej niż komukolwiek innemu, i na chociaż ten moment mógł opuścić gardę. Wszystko co go przerażało zostało za zamkniętymi drzwiami.
Łagodne zmarszczenie brwi zasugerowało niezgodę z werdyktem Mei'a - wiedział co widział, słyszał jak kobieta nie chce przyjąć do wiadomości niezaprzeczalnego faktu na temat swojego syna i jak wraz z sugestią, że różnił się od jej wyobrażenia, uleciała z niej bezgraniczna troska, do jakiej był przyzwyczajony. Bardziej niż jego zdrowie zaczęło obchodzić ją zniwelowanie tych "krzywdzących plotek". Jednak nie odezwał się, nie wtrącił swoich trzech groszy, skupiony na głosie rozbijającym kłębki nerwów i na słowach, które potrzebował usłyszeć. Z tym także się nie zgadzał, jednak była to bardziej instynktowna potrzeba dostosowania się do woli rodziców niż jego szczere podejście do tematu. Na logikę wiedział, że Lian ma rację.
- J-ja... nie będę. Nie zamierzam, to nie... To nic nie zmienia - zapewnił, jako że pomimo skrajnych emocji rozmowa z matką miała zmienić przede wszystkim relację z nią samą oraz atmosferę w domu. - To... bolało, wciąż boli, ale nie będę... udawać kogoś kim nie jestem. Już nie - zadecydował, dając mężczyźnie odchylić swoją twarz w jego stronę i otworzył oczy by na niego spojrzeć. Wcześniej nawet o tym nie myślał, zbyt zajęty tonięciem w żalu nad swoją wykolejającą się codziennością, ale powrót do szafy, udawanie że ta rozmowa nie miała miejsca czy dalsze ukrywanie swojego życia już nie wchodziło w grę. Nie chciał dłużej się wymykać i chociaż sama myśl o następnej konfrontacji z matką rozrywała mu serce na pół, nie planował więcej kłamać i uznawać Liana za swój wielki sekret. Chciał poczuć tę wolność, a skoro wyrzucił z siebie wszystko w emocjach, zamierzał wykorzystać to zerwanie plastra. Na razie musiał jednak zebrać dość odwagi by w ogóle wrócić do domu.
W tej chwili nie miał jej nawet dość by wyjść na zewnątrz.
Z drżącą szczęką skinął głową, wpatrując się w pianistę z lękiem, ale także z niezrozumieniem dlaczego wspominał o już dość odległym ataku. Wybiło go to z rytmu dość by zaczął spokojniej oddychać, jakby pierwsze zagrożenie wyciągnięcia go za drzwi minęło. Szybko okazało się, że się mylił, chociaż cały dorzucony do zestawu kontekst wymieszał jego panikę z poczuciem winy przez ponowne zmuszanie Liana do martwienia się o jego zdrowie. Opuścił wzrok na dłonie ostrożnie opatrywane przez sprawne palce, zagryzając dolną wargę. Nawet kłujący ból nieszczególnie mu w tej chwili przeszkadzał. Wciąż nie był przekonany, że opuszczanie bezpiecznego miejsca było konieczne, nie chciał ruszać się stąd o krok, ale każde słowo zapewnienia co do ciągłego znajdowania się przy jego boku, każdy argument mający służyć odjęciu Mei'owi kolejnego powodu do stresu, przepychał go w kierunku przystania na jego warunki. Wypuścił oddech, tracąc jakiekolwiek słowa sprzeciwu, jakie miał na końcu języka jeszcze chwilę wcześniej.
- Okay... Okay, tylko... nie zostawiaj mnie samego. Proszę - wymamrotał z wpływającym na wcześniej nienaturalnie bladą twarz rumieńcem zawstydzenia, łapiąc się oferty by ten towarzyszył mu na każdym kroku podróży. - I mam wszystko czego-... - uciął i zmarszczył czoło na niewygodną myśl o potrzebie powrotu do domu. Miał ze sobą leki i inhalator, we własnym mniemaniu więcej rzeczy nie było mu potrzebne by zostać u Liana nawet przez kilka dni. Jedna rzecz wykraczała jednak poza jego typowe wymagania. - Mój... Moje rzeczy na jutro zostały w pokoju - przyznał, mentalnie kopiąc się za to przeoczenie, jednak w momencie tuż przed wymknięciem się z domu garnitur przypomniał mu tylko o partnerze, nie o samych przygotowaniach na bal. Od jakiegoś czasu pałał względem wydarzenia tak wielkim entuzjazmem, że fakt tak całkowitego zapomnienia o nim wydał mu się nienaturalny. Jakby przestąpił na chwilę do innej rzeczywistości.

Lian Mei
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Słysząc, że pomimo ogólnie parszywego stanu i fizycznego i psychicznego Daniel zachował jednak jakąś iskrę i chęć zawalczenia o swoje, kącik bladych ust Liana drgnął znacząco, a on sam pokiwał z aprobatą głową. W tym samym czasie na brodzie Moore'a pojawił się pierwszy plaster.
一 Słusznie, nie powinieneś 一 zgodził się mrucząc na wydechu, ponieważ nie chciał podnosić głosu gdy znajdował się zaledwie o pół oddechu od jego twarzy. 一 Chociaż wiem, że nie jest łatwo. To bardzo dojrzałe stać przy swoim. Odważne 一 dodał jeszcze, nie tylko po to, by zdradzić mu co na ten temat myślał ale również podbudować odrobinę jego koszmarnie podkopaną samoocenę.
Dłonią przygładził mu kilka loków, które uciekły wsuwkom i obrócił mu głowę w bok, palcami delikatnie trzymając za szczękę.
Przetaczająca się między nimi cisza ciągnęła się przez co najmniej kilka minut, podczas których - jak Lian zgadywał - Daniel dokonywał dogłębnej analizy i szukał argumentów, więc mu w tym nie przeszkadzał. Temat został podrzucony po to, by dać mu coś dla zajęcia głowy i jednocześnie uzmysłowić cel, który krył się za próbą przekonania go do wizyty w szpitalu, a w czasie potrzebnym mu do namysłu, Mei zajął się z grubsza otarciami znalezionymi na łokciu i w okolicach ramienia.
W końcu Moore skapitulował z dramatycznym westchnieniem, przedstawił swoje warunki i Lian przyjął je bez słowa skinieniem głowy. Woda utleniona zapieniła się tam, gdzie skóra szorstko spotkała się z chodnikiem i przez parę sekund czekał, by usunąć podeschnięte zabrudzenie za pomocą pęsetki.

一 Będę z tobą przez cały czas 一 obiecał, skoro Daniel najwyraźniej potrzebował większej ilości zapewnień. Jeżeli to miałoby poprawić jego kruchotliwy dobrostan, Lian był gotów powtarzać mu to przez całą drogę do kliniki. 一 Nie będę na razie niczym smarował, niech najpierw zrobią prześwietlenie.
Słowo siniaki z jakiegoś powodu nie chciały przejść mu przez gardło, więc jedynie wskazał na łaciate plamy na jego skórze i dotknął jednej z nich, tej większej na żebrach, dwoma palcami.
Moje rzeczy na jutro.
Przez dobry moment Lian nie miał pojęcia co kryło się za tym enigmatycznym zwrotem. Napaść - bo w tych kategoriach należało interpretować incydent - zupełnie zepchnęła nadchodzący event poza obszar jego zainteresowania, do tego stopnia, że teraz, gdy Moore wspomniał o tym na głos, wydawało mu się to wręcz absurdalne. To, że po takiej brutalności i niesprawiedliwości świat wciąż oferował im taniec i celebrację było czymś niezrozumiałym.
Wstrzymał się z opinią na temat planów czując, że w gniewie nie widział pełnego obrazu i powodu, dla którego Daniel wciąż chciał iść na studniówkę. Skupił się na inspekcji opatrunków, które już mu założył i dobrze się stało, bo po paru minutach zaczął powoli dochodzić do wniosku, że decyzja Moore'a mogła być o wiele mniej pochopna niż z początku założył.
Może nie chodziło o to, że świat miałby zmienić plany. Może chodziło o to, żeby nie dać odebrać ich sobie.

一 Przyniosę 一 zaoferował, nie chcąc by Daniel czuł presję powrotu do domu. 一 Pod warunkiem, że wcześniej powiesz mi czy mój garnitur nadaje się na... to jest bal maturalny, tak? 一 udał, że nie pamięta, starając się w ten sposób podtrzymać jego zainteresowanie na czymś, co zdawało się sprawiać mu jeszcze przyjemność. Odłożył ręcznik, wyrzucił na razie do zlewu wszystkie resztki po gazie i opatrunkach, po czym wierzchem dłoni skontrolował spodnie Daniela.
Mokre.

一 Chcesz wybrać sobie dresy? Chodź ze mną, sprzątnę później. 一 Pomógł mu wstać z krzesła i nie chcąc, by Moore zbyt długo przyglądał się na okrwawione waciki koczujące w umywalce, stanął mu za plecami i nakierował w stronę wyjścia i schodów na górę. Z obiema dłońmi opartymi luźno o jego biodra, Lian przeprowadził go w ten sposób aż do sypialni, gdzie otworzył przed nim garderobę.
Gdy Daniel przeglądał ubrania szukając czegoś, co nie spadłoby mu z bioder, Lian stał z boku i patrząc bezwiednie w róg szafy i zastanawiał się jak to możliwe, że wciąż był jeszcze spokojny. Próbował ustalić skąd to poczucie odrealnienia, skąd kontrola nad wściekłością, ale nie był w stanie wskazać żadnego wiarygodnego powodu. Z dużym prawdopodobieństwem były to lata cementowanego mechanizmu obronnego, dzięki któremu przetrwał gdy sam niewiele mógł zrobić z własnymi emocjami i z biernością wobec rzeczywistości, z którą się nie zgadzał. Lian sądził jednak, że gdy ów mechanizm przestał być konieczny i od dwóch lat z pomocą terapii próbował przełamać schemat duszenia wszystkiego wewnątrz siebie, coś się zmieniło. Nie wykluczał, że wybuch wciąż był możliwy - czuł to podskórnie, tak, jak czasami przewidywał pogodę patrząc na zachowanie ptaków - miał jednak nadzieję, że gdy już nadejdzie, będzie przynajmniej kontrolowany.
Bo tak naprawdę, Lian całym sobą miał szczerą ochotę pierdolić odpowiedzialność, wypłacić wartość potencjalnej wysokości odszkodowania i odpłacić oprawcom Moore'a dokładnie w ten sam sposób.
To była pierwsza myśl, bardzo kusząca i stale nawracająca gdy tracił uważność.
W drugiej natomiast pojawiał się jego prawnik, którego planował wtajemniczyć w sytuację tak czy inaczej.

一 Hej, klusko 一 zaczepił go, gdy zdał sobie sprawę, że milczał zbyt długo. 一 Pomóc ci się przebrać?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
19 y/o
NATCHNIONA GĄSIENICZKA
168 cm
student chemii w University of Toronto
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przypomnienie sobie o nadchodzącej imprezie dało radę rozproszyć go od przepełniających go lęków i niechęci względem wyściubiania głowy poza budynek. Zawieszenie w chwili obecnej zaczęło puszczać, podobnie jak utknięcie wewnątrz umysłu rozrywanego przez tak wiele skrajnych emocji, że zaczynał robić się odrętwiały, oferując mu stabilny punkt w najbliższej przyszłości, którego mógł dalej wyczekiwać. Nic się nie zmieniło, jak wspomniał już wcześniej, i podobnie jak po wszystkich poprzednich razach miał zamiar wstać, otrzepać się i iść dalej. Zyskał parę nowych siniaków, mniej widocznych na zewnątrz blizn, które miały zostać z nim na dłużej, ale nigdy nie dotarłby do tego momentu jakby pozwolił Noah i ekipie dyktować swoje życie. Wizja skupienia się na wspólnym wieczorze z Lianem podczas balu, na który czekał od kiedy pamiętał, zaczęła odbudowywać w nim determinację. Zawsze ją miał, czasem zdarzały się tylko gorsze momenty wymagające ponownego naprowadzenia na odpowiednie tory.
- Dzięki - odparł z ulgą na zapewnienie, że nie musiał jeszcze wracać do domu rodzinnego. Poza matką zapewne kręcił się tam także jego ojciec, a przeprowadzanie tej rozmowy po raz kolejny nie było w tej chwili na jego siły. Wątpił by miał zebrać się do tej konfrontacji w najbliższym czasie i w pewnym stopniu liczył, że podczas jego nieobecności matka zrobi to za niego. Przyjął warunek skinieniem głowy, uśmiechając się z powoli nawracającym entuzjazmem. - Mhm, ostatnia impreza przed końcem szkoły - potwierdził z odrobiną nadziei w głosie, jakby nie cieszył się tylko z domknięcia następnego etapu edukacji, a dobijał do mety wyczerpującej podróży. Po liceum miało być inaczej. Powtarzał to sobie od dawna, jednak dotychczas nie docierało do niego jak bardzo chciał już mieć to z głowy i móc rozpocząć życie na własnych warunkach. Ostatnie tygodnie szkoły, wyniki egzaminów i mógł składać dokumenty na studia. Nie zamierzał dać się zatrzymać na ostatniej prostej. - Właściwie... nawet dobrze wyszło, że to bal maskowy - wymamrotał, uciekając wzrokiem w bok z nieco przygaszonym uśmiechem. Próbował szukać pozytywów i o ile nigdy nie zakładał, że będzie wyglądał zjawiskowo, ciepłe, szczypiące rany na twarzy nie miały pomóc z wyjściowym wizerunkiem.
Zebrał z blatu okulary by nie zabić się po drodze na górę i wsunął je na obolały nos, od razu odwracając się tyłem do lustra. Ponownie dał mężczyźnie poprowadzić się do następnego pomieszczenia. Chwyt na biodrach zaróżowił mu czubki uszu, a sama obecność dłoni Liana rozgrzewała go poczuciem komfortu i stabilizacji pomimo fizycznego chłodu niedokrwionych palców.
Znajoma sypialnia, która chcąc nie chcąc kojarzyła mu się przede wszystkim z pierwszym, spontanicznym nocowaniem i brutalną pobudką na kacu, wydawała się cieplejsza od reszty mieszkania, a przynajmniej spięcie w barkach Daniela, trzymające się go przez cały pobyt w łazience, zaczęło się stopniowo rozluźniać. Oddychało mu się lepiej, opatrzone dłonie przestały drzeć. Ten proces był mu dobrze znany. Kiedy tylko nadarzała się okazja, korzystał z możliwości zapakowania się w połykające go w całości bluzy Liana, przy czym pomimo dominującego w szafie koloru potrafił je rozróżnić i miał pośród nich jedną ulubioną. Poza tą, którą miał u siebie i zapomniał oddać, podobnie jak jego szalik te kilka miesięcy wcześniej. Dogrzebał się do miękkiej bluzy, którą Mei pożyczył mu za pierwszym razem, oraz tych jednych spodni dresowych, których nogawki musiał zawijać tylko dwukrotnie.
- Hm? Och, ni-... T-tak, w sumie tak, poproszę - poprawił się zanim instynktownie odmówił pomocy. Dałby sobie radę sam, w końcu nie był faktycznie połamany, jednak ból nasilał się przy zbytnich akrobacjach i dodatkowa para rąk mogła temu zapobiec. Przyniósł wybrane ciuchy na łóżko i ułożył je na pościeli, po czym przeplótł ze sobą palce obu dłoni i wykręcił je w nerwowym geście. Przez krótką chwilę patrzył na ubrania i zamiast wykonać jakikolwiek ruch w stronę przebrania się z mokrych spodni odwrócił się w stronę Liana i po kilku krokach z impetem wpakował się w jego klatkę piersiową, ciasno obejmując go w pasie.

Lian Mei
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”