ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
173 cm
barmanka w The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
I could pretend that I'm just praying now
But I'm only on my knees
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Czasami trzeba zaufać przeczuciu, zwłaszcza gdy ciało spina się, wyczuwając na sobie czyjeś spojrzenie, a umysł dopowiada resztę historii, kreując najczarniejsze scenariusze. Może była sama, a może nie. Ostrzegawcza lampa mignęła w jej głowie raz – rażącej umysł czerwieni nie mogła zignorować.
Klub był zamknięty dla klientów – gdy zasilanie padło właścicielka podjęła decyzję o tymczasowym zamknięciu lokalu. Zavia w pełni akceptowała postanowienie przełożonej, nie zastanawiając się nad faktycznym powodem zawieszenia działalności. Utrzymywanie zasilania awaryjnego na pewno było kosztowne, a trakcie blackout'u ruch na pewno też byłby mniejszy. Chociaż... może właśnie zupełnie na przekór przychodziłoby więcej osób. Ludzie pozbawieni energii elektrycznej na pewno szukali sobie zajęcia na różne sposoby.
Nawet w czasie gdy lokal nie prosperował normalnie zdarzały się dyżury. Raz na jakiś czas ktoś wpadał do środka żeby zobaczyć czy wszystko jest w porządku. Trzeba było sprawdzić czy nikt nie próbował się włamać do środka, czasami dobrze było przetrzeć blaty, by te były gotowe gdy tylko pojawi się światłość.
Tego wieczora w środku była Zavia. Początkowo zakładała, że wpadnie tylko na chwilę, zrobi to co jest do zrobienia i w pośpiechu wróci do swojego mieszkania. Szybki powrót stał się jednak dla niej mało atrakcyjny – najchętniej znalazłaby sobie zajęcie na resztę nocy, by tylko dotrzeć do następnego dnia. Byle jak najszybciej wrócić do normalności. Może właśnie dlatego zaczęła przecierać wszystkie kufle, później stoliki, a na koniec zajęła się sprawdzaniem zapasów, żeby sprawnie można było poradzić sobie z następnym zamówieniem towaru, bo te po otwarciu na pewno byłoby potrzebne.
Straciła rachubę czasu, a te dziwne uczucie, które pojawiło się w niej wcześniej nie odpuściło. Podczas porządków słyszała jakieś stukanie – jakby deszcz uderzał w szybę, choć niebo było bezchmurne i wcale nie padało. W takich sytuacjach jej głowa płatała jej figle. Bez najmniejszego problemu potrafiła sobie wyobrazić, że ktoś na nią czyha przy wyjściu. Nic dziwnego, że zdecydowała się na zawiadomienie kogoś, kto mógłby zostać jej wsparciem w podróży powrotnej do domu. Mogła wybrać każdego, ale zdecydowała się najpierw napisać do Ambrose'a – przez to, że ostatnio bywał w klubie jako pierwszy przyszedł jej do głowy.
Wystukała te kilka wiadomości naprawdę szybko. Czuła, że chce opuścić to miejsce. nawet jeśli wszystkie drzwi były zamknięte, a w budynku znajdowała się tylko ona. Najgorszy scenariusz zakładał samotną noc w tym gmachu – zdecydowanie bardziej wolałaby przeczekać do rana, niż pchać się w ciemność w pojedynkę.
Uśmiechnęła się sama do siebie, gdy dostała odpowiedź.
Ufff, przyjedzie. Mogła odetchnąć z ulgą.

Nie zastanawiała się ile dokładnie czekała, czas i tak ciągną się w nieskończoność. Oczekując przyjazdu znajomego znów zajęła czymś dłonie. Może któryś raz z kolei wycierała ten sam kufel albo porządnie wyczyściła jeden z nalewaków. Nieistotne.
Zerwała się, gdy tylko usłyszała stukanie w tylne drzwi. Trzykrotne, z przerwami, czyli tak jak prosiła, tak jak się umówiła z Sinclairem. Od razu doskoczyła do zamka, włożyła w otwór klucz, ale zanim zdecydowała się go przekręcić... postanowiła sięgnąć po gaz pieprzowy. Wyjęła z kieszeni kurtki małą puszkę sprayu, którą potrząsnęła. Gdyby się jednak okazało, że to nie on to miałaby choćby cień szansy by poradzić sobie z nieproszonym gościem.
Jeszcze jeden głęboki wdech.
Przekręciła klucz, uchylając delikatnie drzwi, żeby w razie potrzeby mieć nad nimi większą kontrolę i móc je w prosty sposób zamknąć ponownie. Ale na szczęście nie było takiej potrzeby, bo stał przed nią Ambrose. Od razu wpuściła go do środka, ale gdy tylko wszedł to jeszcze na chwilę zamknęła drzwi, przekręcając klucz.
— Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Dziękuję, że jesteś, serio, to wiele dla mnie znaczy — powiedziała od razu, gdy znajdowali się w środku. Zdecydowała się nawet postąpić krok w jego stronę i objąć go przyjacielsko. Mógł poczuć zimny dotyk jej dłoni, jeśli w jakikolwiek sposób zetknęła się z jego skórą.
— Nie widziałeś nikogo na zewnątrz? Miałam dziwne wrażenie, że ktoś łaził wokół budynku. Bałam się sama wyjść — podzieliła się swoimi obawami, nie chcąc niczego przed nim zatajać. I tak czuła się już dużo lepiej, sama jego obecność podnosiła ją na duchu.

Ambrose Sinclair
something wicked
don't be a fcking dick to people
26 y/o
For good luck!
179 cm
Prezes w firmie ojca Nexora Technologies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkifajne
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ponowne pojawienie się w życiu Ambrose Valentina było niebywale frustrujące. Niemal zdążył zapomnieć (kłamstwo) dawnego przyjaciela, układając sobie wspaniałe życie bez niego i poczucia zdrady, kiedy los uznał, że coś za fajnie było i na nowo postanowił skrzyżować ich drogi. Jaka szkoda, że nie mógł z jednej z nich zepchnąć Montclaire’a patrząc, jak się obija. Na domiar wszystkiego okazało się, że ów osobnik mieszka w tym samym budynku, co Sinclair. Ba, do kurwy nędzy, on mieszkał po przeciwnej stronie, co czyniło ich najbliższymi sąsiadami. I co, że niby mogło być gorzej?
Westchnął, przeglądając dokumenty, które podesłał mu jeden z pracowników. Powinien się skupić na nich, a nie na rozmyślaniu o człowieku, który już nie miał dla niego znaczenia. Przeszłość była przeszłością, prawda? jaka szkoda, że wcale nie dało się zapomnieć wszystkiego, bo nie istniał guzik, który wybiórczo usuwałby niechciane obrazy i emocje.
Zerknął na lampkę, która zamigotała - zastanawiające ile jeszcze czasu będą działały agregatory. Mieli zdecydowanie za dużo sprzętu a zasilanie awaryjne nie było nieskończone - Rose wiedział, że prędzej czy później całkowita ciemność pogrąży również i ich budynek. Już teraz odesłał kilku pracowników do domów, by zamknęli się w nich bezpiecznie, unikając spustoszenia, które działo się na ulicach. ludziom serio odbiło i sam prezes nie miał zamiaru narażać się nikomu, kto był silniejszy od niego. A umówmy się, o to nie było aż tak trudno bo zdecydowanie lepiej radził sobie ze strzelaniem, niż z walką wręcz.
Sięgnął po telefon, który zawibrował oznajmiając nadejście wiadomości. Dostawał takich dziesiątki tego dnia, wiele ignorując. Kiedy jednak jego wzrok padł na nadawcę wiedział, że przejmie się nią znacznie bardziej.
Zavia.
Zmarszczył brwi, kiedy okazało się, że potrzebowała jego pomocy. Nawet się nie namyślał - pewnym było, że nie pozwoli jej samej wracać do domu w takich patologicznych warunkach. Sam się trochę obawiał o własne bezpieczeństwo, a co dopiero piękna, samotna dziewczyna. Cel zbyt idealny.
Wiedząc, że musi dokończyć przeglądanie dokumentacji, nie mogąc pozwolić sobie na zwłokę, wystukał odpowiedź mając nadzieję, że w tym czasie nie przydarzy się nic, czego później mógłby żałować.
Niespełna czterdzieści minut później zebrał się, kierując w stronę klubu, w którym pracowała koleżanka. Tak, na ulicach zdecydowanie nie było bezpiecznie, czego potwierdzeniem były dziwne osobistości paradujące w podejrzany sposób, ogólny bałagan, jak również niepokojące dźwięki, których nie dało się tak o zignorować.
-Cholera, tu faktycznie nie dzieje się dobrze - powiedział na powitanie, kiedy został wpuszczony do środka. Zbliżało się Halloween, ale to był jakiś pogrom, z którym rząd chyba sobie nie radził. Łatwo było dać ogólne ostrzeżenia, ale jak to niby miało pomóc biednym mieszkańcom miasta? - Kochana, za nic nie dopuściłbym do sytuacji, w której miałabyś sama wracać. To jak przeprawa przez jakiś poroniony level w grze survivalowej - skomentował, obejmując ją delikatnie. Niespodziewane z jej strony, acz przyjemne.
-Aktualnie nie, ale kilka osób wałęsało się ogólnie po okolicy, kiedy przechodziłem. Jesteś sama w pracy? Stawiam, że na policję i tak nie ma sensu dzwonić, żeby sprawdzili otoczenie, bo pewnie są zajęci. Ile czasu ci potrzeba, żeby się zebrać? - zerknął na nią. Póki nie było aż tak tragicznie wolał już mieć odstawianie jej do domu z głowy. Lubił jej towarzystwo, ale czuł się dziwnie niekomfortowo w miejscu, do którego dało się tak łatwo dostać.

Zavia Vanberg
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”