Nikogo nie dziwiło to, że Blair odcinała się od swoich prywatnych problemów, rzucając się w wir pracy. Co prawda miała przyjaciółki, na które można było liczyć, bo skutecznie wypełniały jej wolny czas i to jeszcze w sposób, na który sama by nie wpadła — nawet jeśli spa wydawało się być banalnym pomysłem, to jednak przyniosło jej ulgę, a zabranie przez Corę do klubu ze striptizem było… interesującym doświadczeniem. Wszystko skutecznie, lecz na chwilę, odciągało jej myśli od
byłego narzeczonego, a gdy miała jakikolwiek moment, aby zacząć o wszystkim myśleć… po prostu więcej pracowała. Była zmęczona, oczywiście, że tak, jednak wolała działać w ten sposób, niż po raz kolejny zatracać się w użalaniu nad sobą. Musiała ruszyć dalej, tak? Nie widzieli się od tygodnia i musiała przyznać przed sobą, że był to ciężki i długi tydzień; mimo chęci animatorek i przygotowaniu różnych aktywności, cały czas przewijał się jego temat. Pojawiał się w małych myślach, żeby zaraz brutalnie zniknąć i przypomnieć jej, że był to temat zakazany. Temat tabu. I tak najgorsze były powroty do mieszkania, gdzie każdy kąt niósł ze sobą bagaż wspomnień, a to najświeższe, najbardziej żywe wspomnienie, boleśnie uświadamiało ją w fakcie, że wspólnie zjedzona jajecznica najprawdopodobniej była ich ostatnim pożegnaniem. Gdzieś z tyłu głowy przechodziła jej myśl, aby sprzedać ich stare, wspólne gniazdko i kupić coś, co nie będzie co wieczór witać jej z bolesnymi wspomnieniami.
Miał o nią walczyć, tak?
Od tygodnia nie było po nim śladu. W kalendarzu Blair przetoczyło się spotkanie w Northland Power, bo jednak nadal ich firmy łączył biznes, ale sprawnie przerzuciła je do harmonogramu ojca, dalej ignorując jego jakiekolwiek próby nawiązania rozmowy i dowiedzenia się, co wydarzyło się w życiu młodej Mayfield. Była wdzięczna, że nie naciskał, ale jednocześnie zastanawiało ją to, że nie urządził konfrontacji — w końcu rzadko kiedy zamiatał problemy lub niedopowiedzenia pod dywan, a tymczasem czuła… przestrzeń.
Usłyszała pukanie do drzwi, jednak nie odpowiedziała ani nie uniosła spojrzenia. Była zajęta, a dzisiaj przyjmowała jedynie osoby, które były umówione. Nie miała czasu na nagłe problemy, ludzie powinni nauczyć się z nimi radzić, a nie biegać do niej z każdą sprawą, która nie potrzebowała jej interwencji. Jednak drzwi się uchyliły, a ona zaczęła mówić, nie odrywając spojrzenia od papierów.
— Nie prosiłam o wejś… — zaczęła chłodno, urywając w połowie słowa, kiedy podniosła wzrok na intruza… na jej problem, z którym umiała sobie poradzić, prawda? Dlaczego jej serce przyspieszyło swoją pracę? W milczeniu obserwowała jak zasłaniał rolety na przeszkleniu. Czuła się sparaliżowana tymi nagłymi odwiedzinami, a jednocześnie poczuła znajome ciepło, bo…
przyszedł.
Nie odpowiedziała. Nie spuszczała z niego spojrzenia, kiedy podszedł do biurka, postawił na nim kawę i jakąś torebeczkę. Po prostu patrzyła na niego, swoje jasne ślepia wbijając w jego czekoladowe tęczówki, tym samym wstrzymując w płucach oddech. Dopiero na komentarz, o czymś jej ulubionym, przeniosła wzrok na cynamonkę i czarną kawę. Co miała odpowiedzieć? Przez chwilę zapomniała języka w gębie, gdy ponownie uniosła na niego spojrzenie, w momencie jak rozglądał się po jej gabinecie.
— Dziękuje — powiedziała, bo tak wymagała kultura, prawda? Podziękować, gdy ktoś zachowuje się w miły sposób.
Ogarnęła ją panika, gdy zaczął się wycofywać. I to tyle? Zaburzył jej spokój, jej poukładany w punktach dzień, aby wparować do jej gabinetu, w swoim idealnie skrojonym garniturze, z kawą i jej ulubioną cynamonką oraz dodatkowo zostawiając po sobie ślad w postaci zapachu swoich perfum, które teraz będą ją prześladować? Zaczął coś mówić. To ma co? Cholera jasna, ruch jak w Paryżu w tym biurze! Nim zdążyła skomentować, żeby zignorował pukanie, Charlie odwrócił się do drzwi, a ona jedynie lekko wychyliła się, żeby zobaczyć kuriera z bukietem kwiatów — pięknych herbacianych róż. Wstała z krzesła, kiedy Marshall odbierał przesyłkę od kuriera i obeszła biurko, zaraz stając przed mężczyzną, który wyciągał w jej kierunku bukiet. Odebrała je — niepewnie, ale wzięła je do ręki, żeby zaraz dostać całusa w policzek.
Co…
Nastała cisza, a ona stała jak wmurowana w podłogę. Stojąc bliżej, jeszcze bardziej obezwładnił ją swoimi perfumami, a te wszystkie miłe gesty zdawały się być… nie na miejscu. Przez tydzień starała się o nim zapomnieć, ruszyć dalej, a on po prostu przychodził, wpraszał się do jej biura i robił zamęt nie tylko w jej głowie, ale przede wszystkim w sercu. Była w cholernym szoku i nie wiedziała jak to skomentować, chociaż pozostałości jej zdrowego rozsądku podpowiadały, że powinna go zjebać, zwłaszcza za krótkiego buziaka w policzek, który był
największym problemem.
Zaraz kontynuował wcześniejsze słowa, a Blair od razu zmarszczyła brwi, patrząc na niego zdziwiona.
— Urlop? — zapytała, bo przecież to było niespotykane. Wolne brali wtedy, kiedy gdzieś wyjeżdżali albo kiedy chcieli przedłużyć sobie weekend, spędzając razem czas, zwłaszcza po nieco bardziej zabieganych okresach.
— I co zamierzasz robić? Wyjeżdżasz gdzieś? — nie powinno jej to interesować, a jednak nie potrafiła powstrzymać się od zadania tego pytania.
— Znaczy, nie chcę wtrącać się w twoje życie, tak… tylko to dziwne, biorąc pod uwagę, że ty nie urlopujesz bez planów… — znała go lepiej niż siebie, wiedziała o każdym jego przyzwyczajeniu, nawyku i sposobie życia, więc ten nagły zwrot akcji był bardziej niż zaskakujący.
— I dziękuję za kwiaty — dodała zaraz, kiedy jej zdolność mówienia nieco się uaktywniła.
— Aczkolwiek to — wskazała palcem na swój policzek
— było nieco zbędne — wyjaśniła, zaznaczając swoją granicę i odsuwając się na pół kroku, żeby nie stać tak blisko niego i… choć trochę powstrzymać się przed jakąkolwiek impulsywną myślą. Kto wie, może jej rozdarte serce zaraz każe jej rzucić się mu w ramiona? Tego byłoby już za wiele.
you are still my love