Gdyby miała się tak dłużej nad tym wszystkim zastanowić, a przede wszystkim nad tym, dlaczego w ogóle pytała Dantego w jakimś tam stopniu o zgodę na zakup – wcale nie tak taniej – sukienki, to musiałaby w końcu przyznać, że na pierwszy plan wysuwała się jej próżność i najzwyklejsza w świecie chęć podobania się swojemu chłopakowi. Pokazując mu zdjęcia kiecki chciała chyba usłyszeć – poza tym oczywistym
pewnie, kup sobie jakiś komplement, jakieś nawiązanie do tego jak cudownie będzie w niej wyglądać. Ale nic takiego nie miało miejsca. Nie poddawała się jednak. Wpakowała go do auta z podświadomą nadzieją, że może jak ją przymierzy w sklepie to wtedy się nieco ośmieli. Była w końcu w stanie zrozumieć, że nie miał zbytnio rozwiniętej wyobraźni – na co wskazywały co rusz to nowe kłopoty, w które się pakował, a których konsekwencji też nie był w stanie przewidzieć – i trudno było mu ubrać Elsę w te nowe fatałaszki w swoich myślach.
Ale dopiero, kiedy z charakterystyczną dla siebie ekscytacją opowiadała mu na nowo o tej sukience, opisując jaka
sukienka była sexy, jak pięknie odsłaniałaby JEJ obojczyki, a on jedynie stwierdził, że w sumie to byłoby szkoda ją zakopać skoro nadawałaby się do dalszej sprzedaży, poczuła jak ta mała żyła na jej skroni zaczyna pulsować.
— Serio, Dante? Serio? Z tego wszystkiego wyłapałeś tylko tekst o tym, żeby ubrać mnie w nią do trumny? I wiesz co? Nie ma odsprzedawania. Masz mnie w nią ubrać, a potem jeszcze spalić. Koniec. Kropka. Taka jest moja ostatnia wola — prychnęła, krzyżując ramiona pod biustem i opierając głowę o chłodną szybę. Była jednak za bardzo podirytowana, żeby skupić się na drodze. W innym wypadku może wcześniej udałoby jej się zorientować, że znajdowali się w lesie, w którym najwyraźniej być nie powinni. A ona powoli zaczynała wątpić czy on w ogóle przyglądał się tym wcześniej pokazanym fotografiom, czy po prostu przytakiwał jej na wszystko dla świętego spokoju. Z jednej strony powinna być wdzięczna, że w takim razie zgodził się z nią pojechać i jeszcze usiąść za kierownicą zamiast wyjść na miasto z kumplami, ale z drugiej… czy wymaganie choć odrobiny zaangażowania było myśleniem życzeniowym? Chociaż wożenie jej tyłka, aby mogła sobie odebrać jakąś szmatkę — bo chyba powoli traciła radość z samego zakupu — było już swego rodzaju zaangażowaniem, więc… czego ona jeszcze od niego oczekiwała? I jak miała mu to zakomunikować skoro sama nie wiedziała?
Odetchnęła jeszcze cicho, pytając po chwili o jego alternatywne plany. Słysząc jednak, że w to popołudnie nie zamierzał się z nikim innym spotykać, uśmiechnęła się pod nosem. Czyli to i tak miał być ich wspólny czas.
— Po prostu od kiedy siedzę na tyłku w domu to zaczęłam zauważać jak ciebie często w nim nie ma. Albo że możesz wyjść z niego dosłownie w ciągu sekundy. — Bo to była prawda. Imprezy, wyjścia z kumplami na piwo do parku… wiedziała, że wcześniej też jego życie kręciło się w okół tych i podobnych rozrywek, ale kiedy nie widziała jak zamykał za sobą drzwi, zostawiając ją samą… to nie odczuwała tego aż tak.
— Albo jak jednym SMS-em potrafisz odwołać swoje plany. — dodała od razu, pozwalając sobie na cichy chichot. Bo przecież, kiedy go prosiła o wspólny wieczór to chyba nigdy jej nie marudził, że powinna szybciej go o tym informować, bo przecież miał już milion lepszych spraw do roboty. A przynajmniej nigdy nie robił tego na tyle głośno, aby mogła to usłyszeć.
Zaraz jednak miejsce chichoty zajął cichy jęk. Czując jak Dante wbija nogę w pedał hamulca sama odruchowo przycisnęła swoją stopy do podłogi, jakby miało to pomóc w szybszym i efektywniejszym hamowaniu. Auto na szczęście się zatrzymało, a ona opadła gwałtownie na oparcie fotela, pozostawiając lekko rozchylone usta, przez które wydobywał się jej przyspieszony oddech. Na pytanie chłopaka kiwnęła tylko głową i wyciągnęła z kieszeni płaszcza komórkę, ale wystarczyło kilka sekund, aby mogła stwierdzić, że nie mogła mu pomóc w znalezieniu drogi. Nawigacja postanowiła paść nie tylko w samochodzie, ale także i w jej telefonie.
— Nie mam chyba zasięgu… — wymamrotała. I naprawdę spodziewała się, że w następnych słowach zaproponuje po prostu powrót do domu i udanie się po tę nieszczęsną kieckę innym razem, dlatego momentalnie odwróciła się w jego stronę, gdy stwierdził, że pojadą na około. I chyba promienniejszego uśmiechu na jej twarzyczce nie widział już bardzo długo.
Przez cały ten czas, kiedy Dante próbował znaleźć jakąś boczną ścieżkę, w którą mogliby skręcić, tym samym omijając to nieszczęsne drzewo, które zablokowało ich pierwotną drogę, ona odświeżała nawigację, licząc, że w końcu uda się znaleźć trasę do butiku. Jednak wkrótce znów się musieli zatrzymać. I to — no kto by pomyślał — z powodu tej samej przerośniętej kłody.
— No to chyba jakieś jaja… — jęknęła, wysiadając z auta.
— To wygląda jak wstęp do jakiegoś słabego horroru… — Stanęła na palcach, wyciągając zaciśnięty w dłoni telefon do góry, tak jakby liczyła, że te kilkadziesiąt centymetrów różnicy sprawi, że magicznym sposobem na ekranie pojawi się chociażby ta jedna kreska.
— Może jak przejdziemy przez las to uda się złapać zasięg? Najwyżej jakiś psychopata nas złapie i przed poszatkowaniem zapyta o nasze polisy ubezpieczeniowe… ale poza tym to nic nam nie grozi. — Złapała go za dłoń i nawet jeśli protestował to na nic się to zdało, ponieważ już zaraz ciągnęła go w głąb lasu.
Nie była pewna, ile czasu już tak spacerowali. Świeciła im latarką z telefonu, który na szczęście miał całkiem sporo baterii, aby nie wpadli w żadne bagna ani nie napotkali się z zaskoczenia na żadne dzikie zwierzę. Ale na nic jej to było, bo zaraz jej but zahaczył o wystający korzeń, przez co zachwiała się niebezpiecznie, a z jej gardła wyrwało się krótkie, pełne oburzenia piśnięcie. Odruchowo zacisnęła palce na dłoni Dantego, a ręka, w której trzymała telefon, przechyliła się na bok. Snop światła latarki przeciął gęstwinę drzew i krzewow, i padł na coś, czego z pewnością nie spodziewała się zobaczyć pośrodku tego przeklętego lasu.
Samochód. Stary pick up.
— O, chyba nie jesteśmy tu sami. Może ktoś na grzyby przyszedł?
Rzut kostką - numer 11
Dante Levasseur