Temat śmierci był dla niego o tyle zawiły, że nie potrafił go do końca przepracować w swojej głowie. Wiedział, że było to nieuniknione, a jednak obawiał się dnia, kiedy po prostu zniknie — kiedy jego głowa przestanie przetwarzać miliona myśli, a bliskie mu osoby pogrążą się w rozpaczy. Miał podobnie jak Vita, zastanawiał się, na ile jego rodziców poruszyłaby śmierć syna; choć może nie powinien generalizować i wrzucać matkę do tego samego worka co ojca? Jego rodzicielka zdecydowanie wykazywała więcej uczuć w kierunku swoim dzieci, nawet jeśli pogoń za pracą była dla niej nieuchronnie ważna. Miał siostrę, dwóch debili, których nazywał swoimi najlepszymi przyjaciółmi i mimo że wyzwiska i gnębienie siebie nawzajem było na porządku dziennym, to jednak Aiden
miał nadzieję, że jedna, niewinna łza, zakręci im się w oku na myśl, że rudy pozostanie obiektem żartów tylko i wyłącznie w ich wspomnieniach.
Teraz również była ona — kobieta, bez której nie wiedział, jak wcześniej żył. Czasami ciężko było mu uwierzyć, że ktoś go ponownie pokochał, że ktoś postanowił zaadoptować go niczym zagubionego szczeniaka i pokazać, że zasługiwał na miłość. Prostą, bezwarunkową i całkowicie szczerą. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak potrzebował poczuć tego uskrzydlającego uczucia. A może po prostu musiał znaleźć ją w swoim życiu, aby w końcu, po wszystkich przebojach, poczuć się lekko? Spoglądał na nią do góry i widział w jej spojrzeniu troskę oraz pewne rozczulenie, przez co mimowolnie czuł się zaopiekowany. Jak miałby ją zostawić? Zamienić rozbawienie w oczach na smutek spowodowany stratą? I w drugą stronę, jak ona miałaby zostawić jego? Skazać już na wieczną tułaczkę, bo również wychodził z założenia, że była mu
przeznaczona. Była tą osobą, z którą związana była jego dusza, więc po jej utracie zostałby skazany na wieczną samotność. Nie przeszkadzałoby mu to, ponieważ chciał tylko jej. Tylko Vitę Holloway i nikogo innego.
— Po prostu zostajemy wampirami i będziemy żyć do końca świata albo zanim ktoś nie wbije nam drewnianego kołka w serce — parsknął.
— Złościłabyś się na mnie nawet w zaświatach? Przecież tam będziemy już na zawsze razem, hm? — zauważył, bo wtedy już ubiegający czas nie będzie ich gonił. Splótł palce ich dłoni i delikatnie przejeżdżał kciukiem po wierzchu jej skóry.
— Poza tym, nawet jeśli będziesz mnie dręczyć po śmierci, to najważniejsze, że to będziesz ty — stwierdził, uśmiechając się lekko. To była najprostsza matematyka, jaką mógł wykonać; bo nieważne co będzie się wtedy działo, najważniejsze było bycie ponownie razem. O ile w ogóle koncept życia pozagrobowego żyje i duchy naprawdę istnieją, choć absurdalne mu się wydawało ustalać to, co będą robić, kiedy ich mózg już całkiem odetnie.
Targało nim wiele uczuć — obawy, ale również niesamowita ekscytacja na rozdział, którego nie umiał przewidzieć. To nie był kolejny dzień w pracy, który mimo wszystko wyglądał codziennie tak samo. To nie była ich randka, która mimo że trwała na różne sposoby, to jednak finalnie kończyła się tak jak zawsze (nie żeby narzekał). Wchodzili właśnie do całkiem nieznajomej wody, a wizja zbudowania rodziny z kobietą, którą kochał nad życiem, wydawała się być spełnieniem jakiegoś nieoczekiwanego marzenia.
— Oczywiście, że będziemy super rodzicami. A ty będziesz najwspanialszą mamą — przypomniał jej, bo nie mogła w tym wszystkim zapominać o sobie, skoro spełniała najważniejszą rolę w tej całej sytuacji.
— Będziemy mieć po prostu kompana w naszej codzienności, małego ziomeczka albo małą ziomkównę — zaśmiała się krótko. W końcu jeszcze nie wiedzieli, kto zdecyduje się dołączyć do ich rodziny.
Vita O’Cahallan brzmiała naprawdę kusząco i wiedział, że szybko się do tego przyzwyczai. Nie chciał wywierać na niej presji, jednak uspokajało go to, że sama dziewczyna była chętna, aby w może dość niedalekiej przyszłości, zostać jego żoną. To wszystko nie mieściło mu się w głowie, skoro jeszcze pół roku temu w ogóle nie brał pod uwagę jakiegokolwiek szczęścia w miłości.
Musieli znaleźć jakiś kierunek mini wakacji, żeby skorzystać z momentu, w którym mogli jeszcze podróżować we dwójkę. Poza tym, po tych wszystkich sytuacjach, naprawdę miał dosyć i potrzebował wyrwać się z Toronto, nawet jeśli wiązało się to z przesiedzeniem tygodnia w dziczy. Może wtedy służbowy telefon przestałby w końcu dzwonić i nie musiałby odbywać męczących rozmów ze swoimi klientami, którzy czasami nie rozumieli kompletnie
nic. Nie miał o to nigdy pretensji, w końcu po to był on — żeby przełożyć im to na prostszy język i wytłumaczyć co i jak, jednak poprzednie tygodnie pokazywały mu, że nawet proste, chłopskie tłumaczenie, czasami nie dawało rady.
Spacerowali z parówką, oświetlając drogę latarkami i Aiden pomyślał, że to byłoby naprawdę miłe wychodzić na wieczorne spacery z psem. Wiadomo, nie zawsze by im się chciało, jednak we dwójkę było jakoś przyjemniej. Może powinien na serio wziąć tę propozycję Caspiana i zgarnąć jakiegoś pieska, który będzie dodatkowym członkiem rodziny, ale również obrońcą jego cudownej dziewczyny? Był przyzwyczajony do życia z psem, w jego rodzinnym domu był Winston, a jeszcze przed nim były inne psy — zawsze im towarzyszyły i choć kot również był dobrym kompanem, tak jednak pies był nieco bardziej
interaktywny.
Psy miały również różne dziwne akcje, tak jak teraz. Serdel zaczął zbaczać z trasy chodnika i ciągnąc ich w kierunku krzaków.
— Oby tylko nic nie zeżarł, bo jeszcze będzie się o to pultać — mruknął, dalej średnio zadowolony z zachowania sąsiadki, ale co miał zrobić? Spacer jest dla psa, tak? Więc kontrolowanie poszli w miejsce, gdzie tak bardzo ich ciągnął i jakie było zaskoczenie, gdy zastali.. no masakrę. Aiden otworzył oczy szerzej w zdziwieniu i poczuł mocniejszy uścisk na swojej dłoni. Był to obrzydliwy widok, ale sam miał
okazje widzieć już trupa. Może nie świeżo po wyrządzonej krzywdzie, ale palce Vity na jego dłoni jasno dały mu do zrozumienia, że raczej nie była nigdy świadkiem tak brutalnego widoku. Stanął przed nią, zasłaniając jej ten widok i spojrzał na nią nieco zmieszany.
— Serdel powinien pracować w policji — rzucił niezręcznie, żeby jakkolwiek odciągnąć uwagę od tego wszystkiego i ruszył kilka kroków, żeby zmusić ją do wycofania się, jednocześnie ciągnąc psa ze sobą, który ujadał i zaraz Aiden bał się, że wyjdzie z tych słodkich szeleczek, które na sobie miał.
— Nie patrz tam, okej? Nie ma co robić sobie złych obrazów w głowie — dodał, przełykając ślinę i wyciągnął telefon, którym wybrał numer alarmowy. Poinformował o następującej sytuacji, po czym służby dość szybko pojawiły się na miejscu, a oni w międzyczasie odsunęli się jeszcze bardziej, a Aiden delikatnie obejmował ją, głaszcząc uspokajająco po plecach. Adrenalina zdecydowanie wyparła z niego odczuwanie choróbska, mimo że dalej czuł gamę dokuczających dolegliwości. Podszedł do nich policjant, którego akurat znał, więc przywitał się z nim i streścił mu całą sytuację.
— Wyszliśmy z psem sąsiadki na spacer, bo kobieta boi się ciemności i mały tropiciel wywęszył ciało w krzakach. Tamta latarka należy do nas, sturlała się do rowu, kiedy dostrzegliśmy leżące ciało. Już swoje musiała tutaj odczekać — stwierdził na oko.
— Poza tym, w całej okolicy nie ma światła, coś musiało nieźle jebnąć — dodał po chwili, bo nawet nie mieli jak sprawdzić tego, co dzieje się. Dodzwonienie się na numer alarmowy graniczyło z cudem, a co dopiero inne czynności komunikacyjne.
— Całe Toronto nie ma prądu, panie O’Cahallan — odpowiedział, na co chłopak uniósł lekko brwi i spojrzał na Vitę w niepokoju. Ponownie zostali sami, uprzedzeni, że będą musieli złożyć szczegółowe zeznania, choć Aiden podkreślił, że oprócz tego nic się nie wydarzyło, ani nic nie dostrzegli.
— Co tu się kurwa dzieje. Wygląda, jakby ktoś z premedytacją wykorzystał okazję — mruknął, patrząc w kierunku pracującej grupy analitycznej, która działała wokół przykrytego ciała.
— Jest okej? Dobrze się czujesz? — zapytał z troską, zakładając jej włosy za ucho. Cholera, mieli już nie mieć stresów, a tymczasem byli na nie nieskończenie skazani.
We are leaving tomorrow